Docstoc

Tajemnica willi Mimoza - Adler E

Document Sample
Tajemnica willi Mimoza - Adler E Powered By Docstoc
					          Tajemnica willi Mimoza - Adler Elizabeth.doc
                         (1438 KB) Pobierz
   ELIZABETH ADLER
   TAJEMNICA WILLI MIMOZA

    „Przed wszystkim, co żyje, Niebiosa skrywają księgę
przeznaczenia."
    Alexander Pope, An Essay on Man
    „Z pewnością w życiu każdego człowieka istnieją rozmaite
relacje i poplątania, które zdają się podporządkowane kategorii
przypadku, a w rzeczywistości okazują się działaniem ręki
Boga."
    Sir Thomas Browne, Religio Medici
    Prolog
    Przed halą przylotów lotniska San Francisco zatrzymał się
samochód. Wysiadł z niego wysoki, jasnowłosy, przystojny
mężczyzna. Jego umięśnione ciało z pewnością wyglądało
równie dobrze w ubraniu jak i bez, a do swobodnego, lekko
wyniosłego sposobu bycia lepiej pasowałby ferrari czy sportowy
dżip niż wynajęty biały lincoln, którym przyjechał. Mężczyzna
spojrzał niecierpliwie na zegarek. Wieczorny samolot z
Honolulu miał opóźnienie, a parkowanie dłuższe niż kilka minut
było ryzykowne. Gdyby pojawiła się policja, musiałby odjechać
albo zapłacić mandat. Szybkim krokiem wszedł więc do hali i
sprawdził na ekranie czas przylotu. Samolot wylądował przed
pięcioma minutami.
    Wyszedł na zewnątrz i z rękami w kieszeniach, oparty o
samochód, obserwował drzwi. Uśmiechnął się, kiedy wreszcie ją
zobaczył. Dziewczyna szła w kierunku postoju taksówek, a
miękkie włosy koloru miedzi kołysały się wokół jej ramion.
Nawet go nie zauważyła, gdy podszedł z tyłu. Gwałtownie
wciągnęła powietrze, czując na ramieniu ukłucie igły.
Przerażone brązowe oczy rozpoznały go, a on uśmiechnął się do
niej. Niemal bez jęku osunęła mu się w ramiona. Bez trudu
wrzucił ją na tylne siedzenie. Pośpiesznie okrył ciało kocem,
usiadł za kierownicą i wmieszał się w sznur samochodów
wlokący się w kierunku miasta. Wzruszył ramionami i zapalił
papierosa. Do licha, nie musiał się przecież śpieszyć. Jeśli
można się tak wyrazić - miał mnóstwo czasu do zabicia.
    Czterdzieści minut później zaparkował samochód na ulicy
Battery. Wysiadł i otworzył tylne drzwi, by sprawdzić, co dzieje
się z dziewczyną. Uniósł jej powieki i zmierzył puls. Wydawała
się nieprzytomna. Żadnych kłopotów. Zepchnął dziewczynę na
podłogę, nakrył kocem i zamknął samochód. Potem zapalił
papierosa i niedbałym krokiem ruszył do mieszczącej się za
rogiem restauracji II Fornaio.
    W środku było tłoczno. Mężczyzna przepchnął się do baru,
zamówił piwo i małą pizzę z mozzarellą, anchois, oliwkami i
kaparami. Czekając, sprawdził w gazecie wyniki rozgrywek
koszykówki. Zjadł pizzę, wypił jeszcze jedno piwo, a potem
ulegając słabości do słodyczy zamówił tiramisu.
    - Smakuje niebiańsko - odezwała się siedząca obok młoda
kobieta. - Sama nigdy nie mogę się mu oprzeć.
    Sączyła margaritę. Miała długie do ramion rude włosy i była
mniej więcej w tym samym wieku co uśpiona narkotykiem
dziewczyna w samochodzie. Dawała mu do zrozumienia, że jej
się podoba. Mężczyzna wzruszył jednak ramionami.
    - Raz na jakiś czas nie zaszkodzi - rzucił i poprosił o
rachunek.
    Widział, że czeka na jego reakcję, ale odwrócił się i
skierował do kasy przy drzwiach. Czuł na sobie jej zdziwione
spojrzenie. Była ładna i nie przyzwyczajona do porażek. Tylko
że tego wieczoru podrywała niewłaściwego faceta.
    Mężczyzna otworzył samochód, uniósł koc i jeszcze raz
sprawdził, co się dzieje z dziewczyną. Była wciąż nieprzytomna.
Usiadł więc za kierownicą i ruszył w kierunku ulicy
Embarcadero. Wiedział dokładnie, dokąd jedzie, ale było
jeszcze ciągle za wcześnie - za dużo samochodów, ludzi i
świateł.
    Jechał wolno przez miasto, krążąc ulicami, aż w końcu
skierował się na północ. Minął elegancką dzielnicę, pole
golfowe i dotarł do miejsca, gdzie szosa biegła wzdłuż
stromego, porośniętego lasem urwiska.
    Zatrzymał samochód i wyciągnął dziewczynę. Jej bezwładne
ciało oparło się o niego. Dźwignął je przeklinając i powlókł
pomiędzy drzewami, aż zatrzymał się na małej polance u brzegu
rozpadliny. Mgła opadła, a księżyc oświetlał skały, zarośla i
toczący się w dole strumień. Mężczyzna zawahał się, myśląc
tęsknie o spoczywającym w kieszeni pistolecie. Jedynym
sposobem było jednak upozorowanie wypadku.
    Uniósł dziewczynę i przez chwilę trzymał na rękach, chcąc
złapać równowagę. A potem z całą siłą przerzucił przez krawędź
prosto w przepaść.
    Jego ofiara nie wiedziała nawet, co się stało.
    Księżyc zaszedł za chmury i znów nadpłynęła mgła.
Mężczyzna wytężył słuch chcąc usłyszeć odgłos upadku.
Westchnął z zadowoleniem i odwrócił się. Pomiędzy drzewami
odnalazł drogę do samochodu. Przez gęstą mgłę pojechał wolno
z powrotem do swego apartamentu w jednym z najlepszych
hoteli w mieście.
    Rozdział 1.
    Franco Mahoney, detektyw Wydziału Zabójstw Policji San
Francisco, przyglądał się beznamiętnie ludziom z brygady
ratunkowej straży pożarnej zsuwającym się po zboczu
Rozpadliny Mitchella ku leżącemu w dole ciału. Było niemal
niewidoczne. Można było dostrzec jedynie stopę w czerwonym
sandałku i wystające z zarośli ramię. Poszycie zahamowało
upadek, lecz nie zdołało uratować życia ofiary. Jej śmierć stanie
się kolejną nie rozwiązaną zagadką kryminalną. Chyba że
Mahoney wykona swoje zadanie i odnajdzie mordercę.
    Popatrzył na zegarek. Była ósma rano. Nocna zmiana
właśnie dobiegła końca i Franco pomyślał tęsknie o tych
szczęśliwych facetach, którzy udają się teraz do domu albo na
śniadanie do baru przy ulicy Brannan, gdzie mówiło się o
najnowszych zbrodniach czy po prostu, dla odprężenia, gadało o
byle czym. To była długa noc. Jak zwykle w jednym z zaułków
doszło do zabójstwa pomiędzy członkami gangów
narkotycznych. Potem w nędznym pokoiku kamienicy
czynszowej znaleziono pchniętego nożem maleńkiego
Chińczyka, z którego ciała wypłynęło więcej krwi, niż Franco
kiedykolwiek widział u rzeźnika. Wreszcie wyrzucone z
samochodu zwłoki mężczyzny. Przejechano po nich
kilkakrotnie, zanim je odnaleziono, i stwierdzono, że denat
zginął wcześniej od kuli. O 7.34 przyszła wiadomość o odkryciu
ciała dziewczyny w Rozpadlinie Mitchella. Była kolej Franka.
Pech na sam koniec zmiany. W takie noce zastanawiał się
czasem, czy słusznie zrobił zostając policjantem.
    Westchnął przyglądając się polance na skraju rozpadliny.
Kłębił się tam tłum ludzi: ratownicy ze straży pożarnej i
pogotowia ratunkowego, technicy laboratoryjni, koroner i ekipa
telewizyjnych wiadomości. Równie dużo miejsca zajmował
przywieziony tu sprzęt: kable, wyciągarki, drabiny, nosze, butle
z tlenem, kroplówki i kamery. Wilgotna, porośnięta trawą
polanka zmieniła się w morze błota.
    Przed przybyciem brygady ratunkowej udało się jedynie
stwierdzić, że nie było walki, a potem jakiekolwiek ślady
zginęły bezpowrotnie w rozdeptanym błocie.
    Kilku umundurowanych policjantów, z oczami wbitymi w
ziemię, przeszukiwało poszycie, ale Mahoney czuł w głębi
duszy, że i tak niczego nie znajdą. Żadnych oberwanych
guzików, zaczepionych na gałęzi nitek, łusek z pistoletu.
    „Cóż za beznadziejne miejsce zbrodni - uśmiechnął się
żartobliwie, a potem pomyślał tęsknie - Agatha Christie miałaby
chociaż jeden doskonały odcisk stopy, a ja mam jedynie
zwłoki."
    Odkąd brygada ratunkowa przybyła na miejsce,
najważniejsze były zwłoki. Ze wszystkim trzeba było poczekać,
aż wydobędzie się je z rozpadliny, nawet jeśli pociągało to za
sobą zniszczenie dowodów. Kobieta leżąca tam w dole
wykorzystywała - prawdopodobnie po raz ostatni - swe prawa.
Potem stanie się kolejną bezimienną ofiarą, z tabliczką
przyczepioną do palca u nogi, czekającą w zimnej stalowej
szufladzie miejskiej kostnicy na koronera, który przeprowadzi
sekcję w celu ustalenia przyczyn i okoliczności śmierci. Albo na
wstrząśniętych rodziców lub zmartwioną - albo i nie - krewną,
która zacznie podejrzewać, że coś się stało z ciocią Flo, siostrą
Joleen czy kuzynką Peggy Sue, bo dawno jej nie widziano, i
przyjdzie zasięgnąć informacji.
    Mahoney niechętnie zwrócił się w kierunku kamer
telewizyjnych i zrelacjonował w skrócie to, co było mu
wiadome: ciało kobiety zostało odkryte wczesnym rankiem
przez mężczyznę wyprowadzającego psy na spacer. Nie,
mężczyzna nie jest podejrzany. Nie, nikt inny nie jest w tej
chwili uznany za podejrzanego. Dziękuję i do widzenia.
    Franco Mahoney był policjantem od czternastu lat, z czego
siedem przepracował jako detektyw brygady Wydziału
Zabójstw. Uchodził za jednego z najlepszych: starannie
analizował informacje i z uporem dążył do rozwiązania sprawy.
Znany był z tego, że nigdy nie wyrzucał z pamięci przebiegu
śledztwa. Mogły minąć lata, a Mahoney nie zapominał nie
rozwiązanych zagadek. Fakty i zeznania tasowały mu się w
głowie nocą, a potem nagle wszystkie elementy układały się w
całość. Dzięki uporowi, ciężkiej pracy i intuicji zdobywał
dowody w sprawach o morderstwo, odłożonych do archiwum z
adnotacją „nie rozwiązane".
    Miał nosa do zabójców.
    - Czuję ich. Są po prostu jak zepsute mięso - mówił
reporterom, którzy lubili go, ponieważ nigdy nie tracił poczucia
humoru i opowiadał pikantne historyjki. Poza tym, jako
policjant, dobrze się prezentował w telewizji.
    - Wyciągamy ją - krzyknął dowódca ekipy ratowniczej.
Franco patrzył, jak umocowane do wyciągarki nosze wyjeżdżają
powoli na brzeg rozpadliny. Widział więcej ofiar zbrodni, niż
był w stanie zapamiętać. Jak każdy policjant, zdawał sobie
sprawę, że chcąc pozostać przy zdrowych zmysłach, musi
zachować emocjonalny dystans w stosunku do ofiary. Było to
trudne, gdy - tak jak teraz - chodziło o młodą dziewczynę, nie
mówiąc już o dziecku.
    Ofiara miała może dwadzieścia cztery lata. Jej twarz
wyglądała groteskowo: spuchnięta masa fioletowych sińców
pokryta sinoczerwonymi plamami w miejscach, gdzie była
zdarta skóra. Zaschnięta krew na nosie i w uszach wskazywała
na pęknięcie podstawy czaszki, miedziane włosy zlepiały
ciemne, zakrzepłe wybroczyny.
    „Może była ładna - pomyślał gorzko Mahoney - lubiła się
bawić i śmiać. Aż do ostatniej nocy, kiedy jakiś drań postanowił
z nią skończyć."
    Cofnął się, ustępując miejsca ratownikom wyciągającym na
wierzch nosze. Odchrząknął i zaczął robić notatki: „Osoba płci
żeńskiej, biała, przypuszczalny wiek 24 lata, wzrost około 170
cm, waga - 53 kg. Włosy rude."
    - O Boże, czuję puls. Ona żyje!
    Ratownicy klęczeli obok noszy gorączkowo wbijając igłę
kroplówki w żyłę przedramienia, nakładając dziewczynie maskę
tlenową, unieruchamiając jej głowę woreczkami z piaskiem.
Szybko wsunęli jej na nogi opaski uciskowe, pompując je, aby
zwiększyć przepływ krwi przez górną część ciała i głowę.
Otulili ranną aluminiową, lśniącą folią przeciwwstrząsową.
    - Zaczekajcie, a co to takiego? - Franco zwrócił uwagę na
dwa rzędy kłutych ranek widocznych na prawym przedramieniu.
Ratownik przyjrzał się bliżej.
    - Do licha, Mahoney, to ślady zębów. Ugryzienie jakiegoś
dużego psa. Dziewczynę przeniesiono przez las do karetki, a
Mahoney podążył za nimi.
    - Myślicie, że ona przeżyje? - zapytał, gdy pośpiesznie
wsuwano nosze do środka.
    Ratownik wzruszył ramionami.
    - Nie wiem nawet, czy zdołamy dowieźć ją na urazówkę.
Mahoney wysłał umundurowanego policjanta na oddział
intensywnej terapii miejskiego szpitala w San Francisco.
    - Czekaj przed salą operacyjną - polecił. - Daj mi znać,
kiedy się obudzi.
     Jego zadanie dobiegło na razie końca. Jako detektyw z
Wydziału Zabójstw potrzebował ciała, aby rozpocząć pracę.
     - Nie jesteśmy tu już potrzebni, Franco - odezwał się
koroner Pete Preston, włażąc do samochodu. Jego praca także
rozpoczynała się po śmierci ofiary.
     -         Jeszcze nie, ale czuję w kościach, że chodzi tu o
morderstwo. - Westchnął, otrząsając z siebie wspomnienie
porannych wydarzeń. - Co byś powiedział, gdybym postawił ci
filiżankę kawy?
    Rozdział 2.
    Phyl Forster mieszkała samotnie w dzielnicy Pacific
Heights. Jak zwykle, o wpół do ósmej rano, obudziła się bez
budzika. Do lekarskiego treningu należała umiejętność ucinania
sobie drzemki nawet podczas wolnych dziesięciu minut i
budzenia się zgodnie z porządkiem zajęć.
    „Dziś skończyłam trzydzieści siedem lat - pomyślała idąc
pośpiesznie do łazienki. - Nawet nie wiem, kiedy to się stało.
Dziwne, ale ciągle czuję, jakbym miała nadal trzydzieści sześć."
Przystanęła i rozejrzała się z satysfakcją po swoim pięknym
mieszkaniu. Z ogromnych okien roztaczał się widok na Zatokę
San Francisco, pod ścianami stały półki z książkami, a uwagę
przykuwały interesujące obrazy i rzeźby młodych
amerykańskich twórców. Na jasnej drewnianej podłodze leżały
stare jedwabne dywany, a nowoczesna łazienka i kuchnia,
utrzymana w kolorach bieli, szarości i czerni, lśniła chromowaną
stalą i światłem lamp halogenowych.
    Niektórzy uważali, że jej dom, świadomie pozbawiony
kolorów, jest bez życia, ale Phyl była innego zdania, sądziła, że
ożywiają go dywany, dzieła sztuki i książki. Reszta to tylko tło,
rzeczy niezbędne, użyteczne, a nie na pokaz. „Proste, lecz w
dobrym gatunku", jak zauważyłaby czyjaś babcia. Wszystko to
Phyl kupiła sama i za własne pieniądze.
    Ubierała się w stylu równie surowym, najczęściej nosiła
proste stroje japońskich projektantów mody. Jej blada twarz,
czarne włosy zwinięte w węzeł, niebieskie oczy o
przestraszonym spojrzeniu, usta umalowane czerwoną szminką
pojawiały się często na ekranach telewizorów i na wieczorach
autorskich w całym kraju. Nie tylko prowadziła z powodzeniem
praktykę psychiatryczną, ale pisała także popularnonaukowe
książki z dziedziny psychologii, które rozchodziły się w
milionach egzemplarzy.
    Dr Phyl na temat małżeństwa. Dr Phyl na temat
przekwitania, rywalizacji między rodzeństwem, rozwodu,
narkotyków, alkoholu... Potrafiła w prosty sposób objaśnić
każdy trudny przypadek, podsunąć sposób, jak sobie z nim
radzić lub go pokonać. Znana dziennikarka telewizyjna, Oprah
Winfrey kochała ją.
    Stojąc pod prysznicem Phyl rozmyślała o czekającym ją
dniu: dyżur w miejskim szpitalu w San Francisco gdzie
pracowała      społecznie,    po   południu     konsultacje w
Uniwersyteckim Centrum Medycznym, potem, od 16.30 do
19.30, wizyty prywatnych pacjentów. Pokonanie ulicznych
korków w drodze do domu, wreszcie prysznic i kieliszek
czerwonego wina.
    Potem, otulona białym szlafrokiem frotte, z czarnymi
włosami wysuwającymi się z ciasnego węzła, bez makijażu i
zawodowego uśmiechu, zje kolację. Jak zwykle samotnie.
    Teraz jednak wycierała do sucha włosy ręcznikiem,
oglądając poranny dziennik telewizyjny. Skandale polityczne,
informacje dla kierowców, pogoda... i kilka najświeższych
wiadomości. Kolejne morderstwo. Bardzo przystojny detektyw
poinformował, że ofiarą jest młoda kobieta znaleziona w
rozpadlinie skalnej przez mężczyznę wyprowadzającego psy na
spacer.
    Phyl z napięciem obserwowała najazd kamery na ludzi z
brygady ratowniczej schodzących do ciała kobiety na wpół
ukrytego w listowiu dużego krzewu. Położyli je na noszach i
zaczęli windować w górę, a Phyl udało się dostrzec
miedzianorude włosy ofiary, opadające z noszy blade ramię,
stopę, z której wciąż zwisał czerwony sandałek.
     Wzdrygnęła się i wyłączyła telewizor, przerażona własną
reakcją. Podczas praktyki w szpitalu widziała wiele trupów, ale
to, co teraz ujrzała, było obrzydliwe. Telewizyjne kamery
podglądały ostatnie chwile bezbronnej młodej kobiety. Jeszcze
ubiegłej nocy żyła, spotkała się z przyjaciółmi, chodziła,
rozmawiała, może była z kimś na obiedzie, tańczyła. Biedactwo,
była dla kogoś „małą dziewczynką". A dzisiaj matka dowie się
strasznej, ostatecznej prawdy.
     - Do diabła! - krzyknęła Phyl.
     Włączyła suszarkę i popatrzyła na swe odbicie w lustrze
łazienki. Życie mogło być byle jakie, potwierdziłoby to wielu jej
pacjentów, ale zawsze było lepsze od tego, co przydarzyło się tej
nieszczęsnej młodej kobiecie.
     Wysuszyła włosy, zaczesała tak zdecydowanie, że zabolała
ją skóra na głowie, i zwinęła w węzeł na karku. Potem ubrała się
szybko. Nosiła skąpą jedwabną bieliznę. Była szczupła i jej
kształty nie potrzebowały podtrzymujących drutów ani lycry, a
poza tym jedwab był odrobiną luksusu, tajemnicą ukrytą za
surową czarno - białą fasadą, ale ostatnio nikomu jej nie
zdradzała. Wzruszyła ramionami, zapinając żakiet czarnego
kostiumu. Do licha, praca przede wszystkim. A poza tym celibat
jest teraz modny.
     Zbliżając twarz do lustra starannie umalowała usta czerwoną
pomadką Palomy Picasso. Bez tej żywej barwy jej wargi
wydawały się miękkie i bezbronne. Jaskrawa, aksamitna
czerwień nadawała im charakter. Phyl była kobietą, z którą
należało się liczyć. Osiągnęła szczyty kariery. Znała co do
minuty swój rozkład dnia. Nawet jeżeli czasem - pomyślała z
nagłym żalem - jej noce były trochę samotne.
     Włożyła klipsy - małe onyksy oprawione w złoto. Nie nosiła
żadnej innej biżuterii, jedynie męski zegarek, wystarczająco
duży, aby bez podnoszenia ręki do oczu odczytać godzinę. Jej
pacjenci nie powinni wiedzieć, że na niego spogląda. Sięgnęła
po czarną zamszową torebkę, odnalazła klucze i po raz ostatni
rzuciła okiem na swój ubiór do pracy.
    Chwyciła dużą torbę wypełnioną potrzebnymi jej dziś
papierami, zjechała windą i wsiadła do samochodu, czarnego
lexusa, surowego tak jak ona. Wyruszyła na spotkanie
prawdziwego świata - na Potrero Hill, do miejskiego szpitala w
San Francisco.
    Było dopiero dwadzieścia po ósmej, pierwszy pacjent miał:
przyjść o godzinie dziewiątej, więc podążyła w kierunku
kawiarni. Po zobaczeniu w telewizji zamordowanej kobiety nie
miała ochoty nawet na filiżankę kawy. W połowie drogi
zmieniła jednak zdanie. Nie opodal szpitala, we włoskim
sklepiku, można było dostać lepszą kawę i znakomite
drożdżówki.
    Na ulicy usłyszała sygnał karetki pogotowia. Odwróciła się i
zobaczyła wyskakujących ludzi z brygady ratunkowej. W
mgnieniu oka umieścili nosze na wózku i podtrzymując
umocowaną do przedramienia pacjentki kroplówkę, pobiegli w
stronę oczekującej na nich grupy lekarzy i pielęgniarek. Ciało
rannej owijała lśniąca, aluminiowa folia przeciwwstrząsowa, a
przymocowaną do noszy głowę podtrzymywały z każdej strony
woreczki z piaskiem. Phyl mignęła ziemistoszara, posiniaczona
twarz, zaciśnięte powieki, miedziane włosy zlepione krwią.
Kobieta z rozpadliny.
    „A więc żyje - pomyślała zaskoczona. - Jeszcze żyje" -
dopowiedziała ponuro, przypominając sobie twarz o barwie
wosku.
    Przeszła jej ochota na drożdżówkę. Obróciła się na pięcie i
wróciła ze zwieszoną głową do szpitala, rozmyślając o młodej
kobiecie, o rodzicach, którzy zostaną wezwani, o jej szansie na
przeżycie. Było jasne, że ma poważny uraz głowy i Bóg wie
jakie wewnętrzne i zewnętrzne obrażenia.
    „Biedactwo", pomyślała ze smutkiem. Potrząsnęła głową,
aby oderwać się od smutnych myśli, chwyciła z automatu kubek
kawy i lśniącym korytarzem udała się do swego gabinetu, aby
rozpocząć dzień.
    Do godziny dwunastej trzydzieści Phyl przyjęła ośmiu
pacjentów. Poczuła, że jest bardzo głodna. Upychając w czarnej
torbie notatki i papiery, myślała łakomie o focacci z
pomidorami, kurczakiem i świeżą bazylią. W połowie drogi do
drzwi zawahała się jednak i spojrzała niezdecydowanie na
telefon. Wciąż nie mogła zapomnieć o młodej kobiecie z
rozpadliny. Przez cały ranek, prowadząc rozmowy z pacjentami,
miała przed oczami stopę ze zwisającym z palców lekkim
czerwonym sandałkiem, bladą jak ściana, zmasakrowaną twarz,
zakrwawioną głowę. Zadrżała. Ruszyła pośpiesznie do drzwi, a
potem na dół do hallu na oddział intensywnej terapii. Dyżurna
pielęgniarka powitała ją uśmiechem.
    - Ma pani na myśli tę dziewczynę, którą przywieziono dziś
rano o 8.22 - odpowiedziała żywo na pytania Phyl. - Kiedy ją
znaleźli w rozpadlinie, myśleli, że nie żyje, ale gdy wydobyto ją
na górę, okazało się, że puls jest wyczuwalny. Ma złamane
żebra, prawdopodobnie wewnętrzny krwotok i kilka dziur w
czaszce, w lewej części skroniowej. Zabrali ją natychmiast na
oddział reanimacji i jeszcze tam wszyscy są - podniosła wzrok
znad notatek. - Myślę, że robią wszystko, co jest w ich mocy -
zapewniała, a potem z nagłym zainteresowaniem spytała: - A
więc pani ją zna?
    Phyl pokręciła głową.
    - Widziałam w porannych wiadomościach akcję ratowniczą.
Jakoś nie mogę o tym zapomnieć.
    - Wyobrażam sobie. - Pielęgniarka także była wzruszona. -
Szkoda jednak, że pani jej nie zna, bo nie udało nam się ustalić
tożsamości. Policjanci przeszukują rozpadlinę w poszukiwaniu
torebki, i jak sądzę, jakichś innych śladów. Lecz na razie, o ile
mi wiadomo, ciągle nic o niej nie wiedzą.
    - Może opublikują zdjęcie w prasie - zasugerowała Phyl,
wciąż myśląc o nieświadomej niczego matce dziewczyny.
Dźwięk głosu matki, jej dotyk, czy choćby tylko obecność w
tym samym pokoju, z pewnością by pomogły. Odnalezienie i
sprowadzenie matki wydało jej się nagle niezwykle ważne.
    - Nie będzie żadnych zdjęć - powiedziała pielęgniarka. -
Nawet matka nie rozpoznałaby jej w takim stanie.
    Phyl westchnęła z żalem, podziękowała i odeszła.
Niepotrzebnie się tak angażowała, przecież nawet nie znała tej
młodej kobiety. A jednak miała nadzieję, że ona przeżyje.
Zapominając ofocacci powoli ruszyła ruchliwymi ulicami w
kierunku Centrum Medycznego Uniwersytetu San Francisco.
    Wieczorem przyjmowała prywatnych pacjentów. Miała
problemy z koncentracją i z ulgą powitała wiadomość, że
ostatnia, zapisana na godzinę siódmą osoba odwołała wizytę.
Dopiero jadąc do domu przypomniała sobie, że przez cały dzień
nie miała nic w ustach.
    „Nic dziwnego, że byłam taka rozkojarzona", zganiła się w
duchu. Miała wyrzuty sumienia, że nie poświęciła się całkowicie
pacjentom.
    Skręciła w ulicę Sansome, potem w Embarcadero i znalazła
wolne miejsce do zaparkowania dokładnie przed II Fornaio.
Restauracja jak zwykle była zatłoczona.
    - Dla pani doktor znajdzie się miejsce przy barze -
powiedziała kelnerka. Phyl często wpadała tu po pracy, gdy była
zbyt zmęczona, aby myśleć o przygotowaniu kolacji w domu, i
wszyscy dobrze ją tu znali. - To cichy kącik i nikt nie będzie
pani przeszkadzał.
    Kelnerka zaprowadziła ją do miejsca w końcu baru i
wręczyła menu. Phyl zamówiła kieliszek czerwonego wina. Na
blacie leżał egzemplarz "Kroniki", a na pierwszej stronie
zamieszczone było zdjęcie z akcji ratowniczej. Ciało kobiety
znalezione w Rozpadlinie Mitchella - głosił nagłówek.
Przeczytała to ze zdziwieniem, lecz potem uświadomiła sobie,
że początkowo wszyscy myśleli, że kobieta nie żyje.
Prawdopodobnie jutro, jeśli nic ważniejszego nie zaprzątnie
uwagi dziennikarzy, gazeta przywróci ją światu żywych. Chyba
że do tego czasu umrze.
    Phyl grzebała w makaronie, rozmyślając o powrocie do
pustego mieszkania i o swych trzydziestych siódmych
urodzinach. Pod wpływem nagłego impulsu zamówiła kieliszek
szampana i niemal natychmiast tego pożałowała. Urodziny
świętowane w samotności to żadna przyjemność.
    Gdy przerzucała gazetę, jej uwagę zwrócił nęcący artykuł o
podróży do Paryża. „Paryż". Już samo słowo brzmiało
obiecująco: wiosna, kwitnące kasztany, kawiarniane stoliki pod
drzewami, spacery nad Sekwaną. Przystojny mężczyzna w
łóżku, mocna, gorąca kawa wypita wspólnie następnego ranka...
Oto przedmiot marzeń podczas deszczowych wieczorów w San
Francisco.
    Westchnęła tęsknie i przypominała sobie niejasno, że w tym
roku ma się odbyć w Paryżu konferencja psychiatryczna. Może
znalazłaby czas, aby wziąć w niej udział. Poczuła się lepiej.
Poprosiła o rachunek, przypudrowała nos i poprawiła usta
czerwoną szminką. Kiedy podniosła się do wyjścia, kobieta
siedząca obok odwróciła się i uśmiechnęła. Wokół jej ramion
falowały rude włosy i Phyl pomyślała z nagłym smutkiem o
dziewczynie zawieszonej pomiędzy życiem a śmiercią na
oddziale intensywnej terapii miejskiego szpitala.
    Zatelefonowała tam z samochodu. Operacja powiodła się,
ale kobieta była w stanie śpiączki. Lekarze ciągle nie byli pewni,
jakie uszkodzenia nastąpiły w mózgu, i może upłynąć trochę
czasu, zanim będą w stanie to stwierdzić.
    Phyl jechała powoli w kierunku domu. Po jej policzkach
spływały łzy. Przypominała sobie rzeczy, o których nie chciała
pamiętać, które - jak na dobrego psychiatrę przystało - usiłowała
zamknąć w przeszłości: strach, poczucie winy, smutek... Widok
zmasakrowanej rudowłosej młodej kobiety leżącej w szpitalu
uporczywie je przywoływał.
    - Phyl Forster, jesteś straszną idiotką - powiedziała do siebie
surowo.
    Rozdział 3.
    Młoda kobieta leciała coraz szybciej i szybciej przez ciemny
tunel w stronę punkcika światła. Lecz choć tak bardzo pragnęła
do niego dotrzeć, pozostawał wciąż w tej samej odległości.
Wiedziała, że nie może pozwolić, aby zniknął, że musi dogonić
światło, które było jej światem.
    - Szybciej - powtarzała - szybciej, leć tam...
    I nagle poczuła, że spa...
                                  Plik z chomika:

                                      jola50-50

                             Inne pliki z tego folderu:

                     Wszystko albo nic - Adler Elizabeth.pdf (762 KB)
                   Tajemnica willi Mimoza - Adler Elizabeth.doc (1438 KB)
                    Teraz albo nigdy - Adler Elizabeth .pdf (1156 KB)
                   Wcześniej czy później - Adler Elizabeth.pdf (785 KB)
                    Grzechy Mlodości - Adler Elizabeth.pdf (1134 KB)

                            Inne foldery tego chomika:

                     
                    !PROGRAMY DO CZYTANIA EBOOKÓW
                           !Romanse sprzed lat
             ★★E-BOOKI INFORMATYKA HELION★★ ═════════
                             Alexander Meg
                          audiobooki Złote Myśli

				
DOCUMENT INFO
Shared By:
Categories:
Tags:
Stats:
views:10
posted:7/31/2011
language:Polish
pages:18