Czy dekalog jest jeszcze aktualny by axUtrWCN

VIEWS: 36 PAGES: 816

									 TIHAMER TOTH




DEKALOG
2
                           I.


 CZY DEKALOG JEST JESZCZE AKTUALNY?


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Z   radością, całym sercem witam wszystkich
zebranych, z okazji rozpoczęcia nowego roku szkolnego,
dokoła ambony uniwersyteckiego kościoła. Witam i te
niewidzialne rzesze, które przez radio będą słyszały
wygłoszonej tu mowy.
      Pilna uwaga i wielka wytrwałość, z jaką w ciągu
zeszłego roku szkolnego słuchaliście moich kazań na
temat „Królestwa Chrystusowego”, świadczą o waszej
czci do ambony, ale jednocześnie wkładają większy
obowiązek na kaznodzieję. W poczuciu tego obowiązku
długo zastanawiałem się, jaki wybrać temat na ten rok.
Która z prawd wiary byłaby najpotrzebniejszą i
najbardziej pouczająca?
      Gdzie mamy szukać z ufnością ratunku dla
chorego, wyczerpanego walką społeczeństwa?
      Kiedy rozważałem, jaki temat należało by omówić
w cyklu tegorocznych kazań, przypomniałem sobie mały
wypadek, który miałem już dawno temu w Wiedniu.
Gdy teraz przytaczam to drobne zdarzenie, zdaje mi się,
że tym razem zapowiadam i uzasadniam temat
tegorocznych moich przemówień.

                                                      3
       Blisko 20 lat temu, gdy byłem studentem
uniwersytetu wiedeńskiego i pewnego dnia szedłem
ulicą, wyciągnęła do mnie rękę po jałmużnę stara
żebraczka. Zwykły to wypadek w wielkim mieście…
Ale żebraczka mówiła do mnie po francusku: „Ayez
pitié de moi” – „Zlituj się pan nade mną!”
      Oho! – pomyślałem sobie; to niezwykłe zdarzenie,
skoro żebraczka mówi po francusku! Zapytałem:
„Parlez–vous français?” –      „Czy pani mówi po
francusku” – Poprawną francuszczyzną odpowiedziała:
„I owszem. Zna również język angielski.” – „Do you
speak english?” –       pytam się ze wzrastającym
zdziwieniem. „Czy mówi pani po angielsku?” – „Yes, I
do” – brzmi odpowiedź. „Tak jest!”
      Pomyślałem, że nad tym faktem nie można przejść
do porządku dziennego. I stojąc na rogu ulicy, wdałem
się w rozmowę z żebraczką. Nastąpiły smutne
zwierzenia o młodych latach… o dobrobycie… o nauce
obcych języków… Ale teraz przytoczę tylko koniec
naszej rozmowy. „Tak, dlatego dostałam się tutaj, na
ulicę, że byłam młodą, piękną i miałam dużo
pieniędzy…”
      Bracia i siostry! Oto koniec mojej przygody.
      Ale w tej chwili stoi tu przede mną drugi stary,
zgrzybiały żebrak – całe dzisiejsze społeczeństwo, który
wyciąga do przechodniów rękę po jałmużnę. Straszne
wstrząsy społeczne, bezmyślne podeptanie starych
świętych tradycji, doprowadziło nas na brzeg przepaści.
Znamy język francuski, angielski, mamy radio,
ekspresy, oświetlenie elektryczne, cudowne wprost

4
urządzenia kąpielowe, mamy teatry, filharmonie;
powstają biblioteki, szkoły, a badacze szperają ciągle,
czy jeszcze czego trzeba, czy czego brak? Czy to nie
wystarcza nam do szczęścia?
      Rzeczywiście, okazuje się, że tego wszystkiego
jeszcze za mało! Dzisiejszy człowiek odurzony
cywilizacją, chociaż odniósł zwycięstwo nad przyrodą,
czuje się obłożnie chory. Czujemy wszyscy, że gdzieś
pękła oś świata. Byliśmy piękni, bogaci, jak ta żebraczka
za dawnych lat, byliśmy upojeni naszą wiedzą, techniką,
kulturą i zdawało się nam, że to już jest wszystko, że na
tym fundamencie można oprzeć życie ludzkie, zapewnić
byt ziemski, wychować prawdziwie godne nazwy
człowieka społeczeństwo.
       Dawniej nie mieliśmy takiego zaufania we własne
siły, jak dziś. Niegdyś rozumiano, że ludzki wysiłek
stanowi tylko cząstkę dzieła, że główną rzeczą jest
zachowanie praw bożych. Dawniej poeta pisał, że
„podstawą i fundamentem każdego państwa jest… co?
Może maszyna? Wiedza? Pieniądz? O nie!… Jest
prawdziwa cnota.” Jeśli lęk nas ogarnia, gdy patrzymy
na rozsypujące się w gruzy społeczeństwo ludzkie, gdy
słyszymy straszliwy łoskot, to jest jeden ratunek, wrócić
do zasad, które uważaliśmy za zbyteczne, do
Dziesięciorga Bożych Przykazań. Oto, Bracia temat
moich kazań na przeciąg dwóch przyszłych lat. O czym
będę mówił? O Dziesięciorgu Bożych Przykazań.
      A) Zanim się zabiorę do rozbioru poszczególnych
Przykazań,     pierwsze    kazanie     poświęcę    na
przygotowanie,     na   wstęp.    Mianowicie,    chcę
odpowiedzieć na pytanie, które – mam wrażenie –
                                                       5
powstanie w duszy wielu moich słuchaczy. A pytanie to
brzmi: czy Dziesięcioro Bożych Przykazań można
uważać za dobry temat do rozważań dla dzisiejszego
społeczeństwa? Przecież już trzy tysiące lat minęło, jak
wola boża ujęła w formę prawa te nakazy, i czy prawami
sprzed tysiąca lat można się dzisiaj kierować w życiu, z
gruntu zmienionym i rozwijającym się w odmiennych
warunkach?
      Albo ściślej mówiąc: czy Dziesięcioro Bożych
Przykazań są jeszcze na czasie, czy też są już
przestarzałe? Wielu tak sądzi, a jeśli nie mówią tego
otwarcie, to postępują według powyższego przekonania.
      „Nie mów fałszywego świadectwa!” nakazuje
Dziesięcioro Bożych Przykazań. Czy można dzisiaj
cokolwiek powiedzieć, żeby nie skłamać – pyta wielu.
Czy można żyć bez wykrętów? Czy można rządzić
państwem bez przemyślanej hipokryzji?
      „Nie kradnij” żąda Dziesięcioro Bożych
Przykazań! Czy można żyć bez przekupstwa? Jak można
bez malwersacji osiągnąć dobrobyt? Czy można robić
uczciwe interesy?
       „Nie cudzołóż!” wymaga Dziesięcioro Bożych
przykazań. Ależ czy możliwe lata młodzieńcze spędzić
w czystości? Żyć powściągliwie, aż do zawarcia
małżeństwa? Być wiernym w małżeństwie?… Nie, nie!
– mówi wielu, są to prawa przebrzmiałe, sprzed trzech
tysięcy pięciuset lat. Nie mogą obowiązywać
dzisiejszego człowieka!…
      Bracie, mam wrażenie, że nim zabiorę się
szczegółowo do rozpatrywania Dziesięciorga Bożych
6
Przykazań, muszę rozpatrzyć te zagadnienia, co więcej,
poświęcę na to nie tylko kazania wstępne, ale ponieważ
za tak doniosłe uważam wyjaśnienie tych wątpliwości,
w ciągu roku, roztrząsając poszczególne Przykazania,
będę niejednokrotnie wracał do tej myśli.
      Do jakiej myśli?
      Do myśli, czy przepisy Dziesięciorga Bożych
Przykazań, które liczą już trzy i pół tysiąca lat, są
przestarzałe? Czy mogą być regulatorami dzisiejszych
zawikłanych warunków ludzkiego bytu? Przy każdym
przykazaniu chcę podkreślić, że Dziesięcioro Bożych
Przykazań należy zachować nie tylko dlatego, że ich
przekroczenie jest grzechem przeciwko Bogu, ale i
dlatego, że jest grzechem przeciwko naturze ludzkiej,
przeciwko szczęśliwemu życiu ludzkiemu, przeciwko
społeczeństwu ludzkiemu. Wykażę tę wielką prawdę, że
prawa te, aczkolwiek stare, są jeszcze bardzo aktualne,
że mogą mieć nie tylko trzy tysiące lat, ale sześć, albo
dziesięć, a zresztą nie wiem ile, bo są tak stare, jak sama
ludzkość. Tak! Pan Bóg trzy i pół tysiąca lat temu spisał
te prawa na kamiennych tablicach na górze Synaj, ale
jeszcze tysiące wieków przedtem, w chwili stworzenia
człowieka wyrył je głęboko w ludzkim sercu, w
najgłębszych tajnikach ludzkiej natury i dlatego, chociaż
upłyną nowe tysiąclecia i dziesiątki tysięcy lat, chociaż
ludzie jeszcze cudowniejszymi wynalazkami zasypia
ziemię, proste słowa Dziesięciorga Bożych Przykazań
będą wiecznie żywe.
      Dziesięcioro Bożych Przykazań odnosi się nie
tylko do Żydów, nie tylko do pokoleń dawnych. To, że
nie wolno fałszywie przysięgać, kraść, kłamać, zabijać,
                                                         7
żyć niemoralnie – jest kamieniem węgielnym po
wszystkie czasy dla każdego społeczeństwa. Bracia! Czy
wiecie, co by się stało, gdyby w niezmierzonych
przestworzach ciała niebieskie choćby na włos zboczyły
z drogi wykreślonej przez rozumną wolę Stwórcy?
Nastąpiłaby katastrofa, zderzenie, które by zniszczyło
świat. Naturalnie nie obawiamy się tego, bo martwe,
niemające własnej woli światy, nie mogą tego dokazać.
      Ale człowiek rozporządzający żywą, wolna wolą,
posiada smutny przywilej, że może zboczyć z drogi
cnotliwego życia, które mu wyznaczyła wola boża…
Tak, Bracia, człowiek może zboczyć, ale nie bez
strasznej katastrofy. Celem moich kazań będzie
udowodnić, że od zachowania Dziesięciorga Bożych
Przykazań zależy nie tylko nasze życie wieczne, ale i
nasze szczęście doczesne. Ludzkość, albo pozostanie
wierną Dziesięciorgu Bożym Przykazaniom, albo
wyrzeknie się spokojnego, normalnego, szczęśliwego
zdrowego życia! Dziesięć krótkich zdań, wyrytych na
starych tablicach, zostało napisanych dla ludzi
wszystkich epok.
      B) Że tak jest istotnie, jak powiedziałem, że
zachowanie Dziesięciorga Bożych Przykazań, czy też
ich odrzucenie, leży w naszym interesie, a nie tylko w
bożym, do tego w ciągu moich kazań często będę
wracał.
     Ale już i teraz chciałbym przedstawić – jak to
powiedzieć? – jeden obraz, jak bardzo Dziesięcioro
Bożych Przykazań wpływa na nasze codzienne życie.
Wyobraźmy sobie, o ile by się zmieniło nasze ciężkie,
smutne życie ziemskie, gdyby ludzie postanowili: o d
8
jutra będziemy naprawdę uznawać
Dziesięcioro Bożych Przykazań!
       Bracia! Puśćmy wodze naszej fantazji: Ot dzisiaj
w nocy decydują się ludzie, że od jutra będą ściśle
przestrzegali Dziesięcioro Bożych Przykazań. Co by się
stało wówczas?
      Świta… tu i ówdzie budzą się ludzie ze
spokojnego, nocnego wypoczynku i, o dziwo: zamiast
wołać najpierw o śniadanie, wszyscy, obok łóżek padają
na kolana i krótką, gorącą, żarliwą modlitwą
pozdrawiają Boga. Wszyscy się modlą, by
wprowadzono w życie Dziesięcioro Bożych Przykazań!
      Następuje śniadanie, przynoszą świeże dzienniki.
Ale dziwna rzecz, śniadanie jeszcze nigdy nam tak nie
smakowało. Na łamach dziennika, w którym dawniej
drukowano plotki i skandale rodzinne, widnieją białe
plamy. Aha! Dziesięcioro Bożych Przykazań
zastosowano w życiu! Nie wolno oszukiwać, dlatego
mleko jest takie wyśmienite, niefałszowane; kłamać nie
wolno, dlatego takie krótkie gazety…
       Koniec śniadania. Każdy spieszy się do pracy.
Idzie dziatwa do szkół, wszystko dziwnie wesołe, bo nie
suszą sobie głowy, jak oszukać profesora, że nie umieją
lekcji – przecież dzisiaj kłamać nie wolno – wszyscy
powtarzają dobrze nauczoną lekcję, bo dziś każdy
spełnia swój obowiązek!
      Idą ojcowie rodzin do biur. Ciekawe! Dziś
punktualnie wszyscy o godzinie ósmej są na miejscu i
drobiazgowe sprawy urzędowe załatwiają się z wielką
radością. Co się im stało?!
                                                      9
      Idą robotnicy do fabryk; ochoczo, zadowoleni,
zabierają się do zajęć, biorą narzędzia. Nikt by się nie
odważył dzisiaj agitować… Nie przeklinają fabrykanta,
kapitalistów, panów… O tak, weszło w życie
Dziesięcioro Bożych Przykazań!
       Idzie gospodyni po zakupy na rynku… Co za
wygoda, jaka pewność! Kupuje litr śmietanki, nawet nie
próbuje, wie na pewno, że dziś nie ma w niej gipsu.
Kupuje paprykę bez domieszek cegły. Kupuje miód, ale
bez syropu. Kupuje kiełbaski niefałszowane mąką
ziemniaczaną. Kupuje masło bez margaryny. Bierze
resztę z dziesięciu złotych i nawet i nawet nie sprawdza!
Nikt się nie targuje, przecież nie wolno kłamać! Rzeźnik
kupuje bydło na rzeź nienapojone przedtem wodą, po
skończonym kupnie, woła za nim sprzedający:
„Przepraszam! Przez pomyłkę wydałem panu o jedną
złotówkę mniej, aniżeli się należy, proszę resztę!”
      Czy mówić dalej, Bracia, co będzie się działo w
dniu, w którym na serio będziemy traktować
Dziesięcioro Bożych Przykazań?
      Z dalekiej podróży wraca mąż, żona wita go z
prawdziwą radością, jaką odznacza się tylko zupełnie
spokojne sumienie i dotrzymana wiara małżeńska.
Wraca ze szkoły dziecko, jak się cieszą rodzice, że
każde słowo ich syna czy córki jest prawdziwe.
      Po południu odbywa się wielki wiec ludowy.
Mówcy, którzy dawniej pieniąc się ze złości,
przemawiali całymi godzinami, teraz mówią zaledwie po
parę minut, bo dziś można głosić tylko prawdę.
      Czy mam mówić dalej? O piątej po obiedzie
10
zeszło się na podwieczorek dużo przyjaciółek. Od wielu
lat przyzwyczajone są żywo rozmawiać, a dziś tak
trudno rozwiązują się im języki. Chociaż mają kilka
znajomych osób, które można by w nieobecności ostrym
języczkiem obrobić; ale prawda: dziś nikogo nie wolno
obmawiać.
      Z ulicy znika policjant, nic nie ma do roboty, bo
przecież nie ma przestępstw! Ze słupów zdzierają
dwuznaczne ogłoszenia i obrazki, wieczorem
młodzieńcy mogą spokojnie spacerować po ulicach: dziś
nikogo nie wolno namawiać do złego! Otwierają się
więzienia – bo nie ma złodziei! W urzędzie
podatkowym…, tam zebrały się tłumy: „Proszę
poprawić moje zeznanie płatnicze, dochód wynosi 10
razy więcej, aniżeli podałem…”
      Tak przedstawiałby się dzień, w którym by na
serio zachowano Dziesięcioro Bożych Przykazań. A
gdyby taki dzień trwał dłużej, gdyby tak było przez
tydzień? A gdyby z takich tygodni składało się całe
życie? W t e d y p r a w d z i w y r a j z a k w i t ł b y
na tym padole łez!…
       – Fantazja! Co to za poetycka fantazja –
odpowiecie. Nie, nie Bracia! To nie fantazja, ale wola
boża! Wolą bożą jest, abyśmy zachowali Dziesięcioro
Bożych Przykazań, a tym zapewnili sobie równowagę
istnienia. Ziemskie życie nawet wtenczas nie będzie
jeszcze rajem! Utrapienia, choroby i wtenczas będą
jeszcze istniały, ale zniknie z widnokręgu naszego
istnienia mnóstwo przykrości, których przyczyną
jesteśmy wyłącznie my sami. Znikną – i spokojnym,
dobrym i szczęśliwym stanie się znów życie ludzkie. Nie
                                                       11
zapomnijmy, Bracia! – że Chrystus Pan nie tylko dlatego
jest Zbawicielem, że uwolnił nasze dusze od grzechu,
ale, że dla ludzkiego życia na ziemi stworzył
najodpowiedniejsze prawa społeczne i cywilne.


                    *     *      *


       Kochani Bracia, Katolicy! Dzisiejszy zuchwały
człowiek odważył się zdruzgotać dwie kamienne tablice,
na których są wyryte prawa boże, Nie potrzebuję tych
przestarzałych praw!… Ale oto, dziś otwiera się przed
naszymi oczyma prawda, która pozwala nam dojrzeć, że
odłamki tych tablic zraniły nie tylko aż do krwi nosze
ręce, ale podkopały podstawy naszego życia. Im słabszy
wpływ na Dziesięcioro Bożych Przykazań na życie
nowoczesne, tym większa zachodzi potrzeba ludzkich
praw i stróżów bezpieczeństwa, które okażą się
zbyteczne, gdy zajaśnieje prawda, że Mały Katechizm
dostatecznie zabezpiecza życie ludzkie i więcej wart,
aniżeli szwadron policji.
      Niedawno ktoś wyliczył w czasopiśmie
„America” (1927 r. z 26 lutego, Nr 457), że w Stanach
Zjednoczonych… zgadnijcie ile wyszło ustaw. Dziesięć
milionów! Dziesięć milionów! Nie ma na świecie
człowieka, który by chociaż raz w życiu zdołał to
wszystko, ba, chociażby same tytuły przeczytać; ale
równocześnie nie ma państwa na świecie, które by
posiadało tylu strasznych włamywaczy, w którym by
popełniano tyle morderstw i rabunków. W Stanach
Zjednoczonych na rok przypada 15000 morderstw, a
12
kradzieże wynoszą cztery biliony dolarów („America”
1928 r. 20 sierpnia, Nr 447).
      Oto, Bracia, wyraźna sprzeczność: Dziesięć
milionów praw, dziesięć milionów ludzkich nakazów – i
potworne przestępstwa; i dziesięć króciutkich zdań,
Dziesięcioro Bożych Przykazań i szczęśliwe, godne
człowieka życie!
      Patrzcie oto temat tegorocznych moich kazań.
      Niedawno      gazety    zagraniczne     przyniosły
sensacyjną wiadomość, że chiński ambasador w
Szwajcarii, Lu, przeszedł na katolicyzm; w Brnie
zrezygnował ze stanowiska, a swoje wysokie
odznaczenia wysłał w podarunku papieżowi, sam zaś
wstąpił do nowicjatu Benedyktynów w Belgii („La
Croix” 1927 r. Z 18 sierpnia). Nikt z nas nie wie, przez
jakie walki i udręki ducha przeszedł ten chiński poseł,
zanim z błędów pogaństwa doszedł do spokojnego
zacisza benedyktyńskiego klasztoru!
      Ale ostatecznie doszedł…
      Panie Boże! Mu też walczymy, dręczymy się i
tułamy po manowcach nowoczesnego życia! Wspomóż
nas błagamy Cię, żebyśmy przez zachowanie Twoich
Przykazań, wzięli udział nie tylko w życiu wiecznym, ale
żebyśmy        zaznali     spokojniejszego,     bardziej
zrównoważonego, bardziej ludzkiego, niźli obecnie
żywota, już tu na ziemi. Amen




                                                     13
                           II.


     DZIESIĘCIORO BOŻYCH PRZYKAZAŃ, A
              ŻYCIE ZIEMSKIE.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W    każdym porządnym społeczeństwie pisane
prawa normują życie jednostek. Prawa kształtują się
jednak według wymagań epoki i kodeksy prawne
narodów ulegają nieraz wielkim zmianom.
       Jest jednak jeden króciutki, niezmienny kodeks,
który przeszło trzy tysiące lat temu został wyryty w
kamieniu, a kto wie, ile tysięcy wieków upłynęło, odkąd
został napisany w sercach ludzkich. Kodeks ten, to
Dziesięcioro Bożych Przykazań (Pwt 20, 1; Wj 5, 6 –
21). Te króciutkie dziesięć praw regulują czyny ludzkie,
ale nie na próżno dał je Bóg pierwotnie na górze Synaj
całemu narodowi – bo one regulują i zapewniają spokój,
porządek i szczęście społeczeństwom wszystkich
narodów.
      Zachować Dziesięcioro Bożych Przykazań nie jest
rzeczą łatwą. Mnóstwo pokus i przeszkód powoduje
złamanie tego prawa; potrafimy jednak zwyciężyć je,
gdy sobie dobrze uprzytomnimy, jaką rolę odgrywa
Dziesięcioro Bożych Przykazań w życiu ziemskim i co
one znaczą wobec życia wiecznego.
      Poświęćmy więc, Bracia, dzisiejsze kazanie
14
zagadnieniu: C o     oznacza        Dziesięcioro
Bożych Przykazań z punktu widzenia
życia      ziemskiego?          Następna     niedzielę
poświęcimy drugiemu pytaniu: Co oznacza Dziesięcioro
Bożych Przykazań z punktu widzenia życia wiecznego?


                    *     *     *


       Kochani Bracia! Francuzi mają nadzwyczaj
bystrego obserwatora życia, z zarazem znakomitego
pisarza, który jest proboszczem katolickim w Paryżu, a
podpisuje się Pierre I'Ermite. Może niektórzy z was
znają jego nazwisko, bo wiele jego dzieł tłumaczono na
nasz język.
      Niedawno podał o w wielkim piśmie „La Croix”
bardzo ciekawą rozmowę, która prowadził z pewną
panią. Była to starsza dama, ale nieodznaczająca się
wyglądem dostojnej matrony, spojrzeniom jej brakło
skromności; strojem, klejnotami, pudrem usiłowała
pokryć ślady starości. Niby należała do parafii owego
księdza, ale do kościoła nigdy nie chodziła. Za to na
ulicy nigdy nie omieszkała łaskawym ukłonem
pozdrowić swojego proboszcza, a nawet widziałaby go
mile u siebie, na poobiedniej herbatce… (czyniłaby
przez to zadość wszystkim swoim religijnym
obowiązkom!…) Proboszcz głuchy był jednak na jej
zaproszenia.
      Pewnego dnia owa starsza pani, idąc ulicą tuż
koło księdza, oburzona i drżąca z gniewu odezwała się
do kapłana, z którym rzadko zresztą rozmawiała:
                                                   15
„Monsieur le     Curé!      Księże   Proboszczu,    proszę
popatrzyć!…”
      Zaskoczony ksiądz spojrzał we wskazanym
kierunku… Rzeczywiście było na co patrzeć. Potężne
autobusy, jadące środkiem ulicy, przepełnione były
młodzieżą w czerwonych czapkach i z czerwonymi
chorągwiami, która głośno śpiewała międzynarodówkę.
      – Okropność! – wołała stara dama, a jej wybielone
policzki naprawdę się zaczerwieniły. – Wstrętna rzecz!
     Księdza również jakby coś ścisnęło za serce na
widok tego obrazu, ale udając spokój rzekł:
      – Madame, właściwie jest to logiczna rzecz.
      – Co?! Logiczna? – pyta ze zdziwieniem pani.
      – No tak. Zupełnie logiczna, bo jeśli nie ma Boga,
nie ma życia pozagrobowego, jeśli nie ma
chrześcijańskiego pojęcia dobra i zła, wtenczas czerwoni
naprawdę mogą liczyć na sukcesy.
      Dama zdenerwowana odpowiedziała:
      – Ale Bóg istnieje!
      – Czy tak, Madame?! A ja pani nigdy nie
widziałem w kościele!
      – Ja mam własnego Boga…
      – Własnego Boga?
      – Tak, własnego Boga. To wygodniej.
      To już wytrąciło z równowagi spokojnego
dotychczas kapłana i wypowiedział to, co od wielu
miesięcy leżało mu na sercu.
16
     – Wie pani, że za to, co się teraz tu dzieje, za ten
przewrót, odpowiada pani!
      – Ja?! – pyta ze zdziwieniem dama.
       – Tak, pani i podobne do pani osoby! Pani należy
do warstwy przodującej, która powinna być solą i
światłością ziemi. A czy tak jest? Czy nie dajecie
przykładu obojętności religijnej swoim sąsiadom,
służbie, domownikom, znajomym? Po co ma wierzyć
lud, jeśli wy nie wierzycie?! Lud idzie za wami. A jeśli
dla was nie ma żadnej świętości, dla ludu miałaby
stanowić świętość – powiedzmy – wasza własność,
wasze klejnoty, wasze życie?! Szanowna Pani! Za
wszystko będziemy odpowiadać wobec Boga!…
      Dama ze złością zmierzyła księdza od stóp do
głów, skrzywiła się, a odwróciwszy się, powiedziała:
      – Kochany Księże, jeśli zechcę słuchać kazania, to
pójdę do kościoła i ze złością poszła dalej.


                     *     *      *


       Kochani Bracia! Nie twierdzę, że ksiądz zachował
się zbyt g r z e c z n i e , a może i niezupełnie miał
słuszność… Ale ta pani również nie miała – zupełnej
racji! Bo zastanówmy się bliżej nad powiedzeniem, że
każdy ma prawo obierać sobie osobistego „boga” i
własną, indywidualną moralność. Dokąd by doszło A)
życie człowieka na ziemi, społeczeństwo ludzkie i B)
jaką drogą potoczyłoby się życie jednostek?
      A) W zeszłą niedzielę w swoim kazaniu, w
                                                      17
urojonym    obrazie   przedstawiłem  wam,   jak
błogosławionym, spokojnym stałoby się życie
człowieka, gdyby ludzie naprawdę zachowali
Dziesięcioro Bożych Przykazań. Zobaczmy teraz
odwrotną stronę tego samego przedmiotu: c o z a
okropne poniżenie czeka ludzkość,
jeśliby      pewnego         dnia    zupełnie
zerwała       z     Dziesięcioro      Bożymi
Przykazaniami!
      Odrzuć pierwsze Przykazanie i pozwól, żeby
sobie każdy tworzył własnego Boga; wtenczas, albo
znów wrócimy do Panteonu pogańskich Rzymian
między 30000 bogów, albo ugrzęźniemy w zamęcie
niższym od zwierzęcego, bo prędzej wyżyje ptak bez
powietrza, ryba bez wody, aniżeli dusza ludzka bez
Boga.
      Odrzuć drugie i czwarte Przykazanie, dozwól,
żeby każde dziecko ulicy przeklinając, wygrażało
pięścią Bogu. Czy po zburzeniu powagi boskiej ostoi się
ludzka? Tam, gdzie nie ma powagi rodzic, prawo, gdzie
nie cenią danego słowa, czy może być mowa o życiu
cywilizowanym, czy nie należy raczej mówić o ludzkich
hordach, zegnanych i utrzymywanych w posłuszeństwie
tylko pod grozą tyranów.
      Odrzuć trzecie Przykazanie, niedzielną służbę
bożą i dzień wypoczynku. Dobrze! Niech żyje
nieustanna praca, niech żyje gwizd syren fabrycznych! I
to już wypróbował człowiek: w wielu miejscach głos
dzwonów niedzielnych został przytłumiony turkotem
maszyn. Powiedzcie, czy staliśmy się przez to
szczęśliwszymi, wolniejszymi, czy nie zwalił się na
18
nasze barki gorszy ciężar od tego, który ciążył na
niewolnikach? Tak: trzeba postępować naprzód,
rozwijać się… ale czy w dziejach ludzkości było
kiedykolwiek więcej rozgoryczenia, więcej zaciśniętych
nienawiścią pięści, bardziej ponurych spojrzeń. Czy
kiedykolwiek dzieci manifestowały w czerwonych
czapkach, ze sztandarami, tak jak dzisiaj w epoce
rozwoju     techniki   i   lekceważenia     spoczynku
niedzielnego? Lekarze i socjologowie wykazują, jakie
dobroczynne skutki ma niedzielny wypoczynek. Według
nauki Kościoła praca obowiązuje i najbogatszego, ale
wypoczynek      należy   się    i   najbiedniejszemu.
Rzeczywiście, ile błogosławieństwa jest w tym, że
niedzielę możemy poświęcić na służbę Bogu;
przynajmniej w tych kilku świętych godzinach wznosi
się na wyżyny dusza ludzka, zbiedzona codziennym
trudem.
      Odrzuć piąte Przykazanie – czy odważysz się
wyjść spokojnie na ulicę?
      Odrzuć szóste Przykazanie, ogłoś wolną miłość.
Czy za kilkadziesiąt lat zobaczysz na ziemi ludzkie
twarze? O, zobaczysz tylko zwiędłe rdzenie, zapadłe
oblicza, oślepłe źrenice, zdegenerowane potomstwo!
     Odrzuć siódme i dziesiąte Przykazanie, a
wybuchnie walka, jakby drapieżnych zwierząt, o mienie.
      Odrzuć ósme Przykazanie, a mąż nie będzie mógł
ufać żonie, matka nie będzie mogła wierzyć synowi.
      Oto, Bracia: świętość danego słowa, zachowanie
prawa, szacunek przełożonych, miłość pracy, szczęście
rodzin, dobrobyt narodów upada, lub utrzymuje się
                                                   19
zależnie od Dziesięciorga Bożych Przykazań!
       Jeśli obserwujemy dzisiejszy stan i przyszłość
społeczeństwa, ogarnia nas przygnębiająca niepewność:
wszędzie widzimy błądzenie po omacku, przytłumioną
nienawiść, fermenty rewolucyjne, szukanie nowych
form życiowych. A jeśli weźmiemy pod uwagę
kataklizmy, które ludzkość przeżyła, nie mamy powodu
upadać na duchu. Chrześcijańskie społeczeństwo
przetrzymało jeszcze straszniejsze ciosy: przypomnijmy
sobie zniszczenie Rzymu, najazdy Wandalów, Hunów,
nawałnicę turecką, okropności wojny trzydziestoletniej.
Tak, wszystko to przetrzymała chrześcijańska Europa.
Ale w jaki sposób przetrwała? Przetrwała, bo wtenczas
istniała życiodajna myśl: była silna wiara w Boga!
      Bracia, dlatego z drżeniem spoglądamy dzisiaj na
niepokoje i rozruchy społeczne, bo zabrakło nam silnej
wiary w Boga. Co mamy na jej miejsce? Bezradność,
upadek na duchu, epidemię samobójstw u jednych,
niepohamowaną rozpustę, przepych i rozluźnienie
obyczajów u drugich.
      Socjologowie, uczeni, pisarze zachodzą w głowę,
kto wykopał przepaść, do której stacza się dzisiejsza
ludzkość. Czy chcecie wiedzieć, kto pracował nad tym
najwięcej? Nie chciałbym być tak surowy, jak
wspomniany proboszcz paryski, powiem jednak, że ci,
którzy pozbawili duszę ludzką wiary w Boga, ci, którzy
zdruzgotali tablice Dziesięciorga Bożych Przykazań.
      Człowieka, przyzwyczajonego do ciasnego
horyzontu zmaterializowanego dzisiejszego świata, nie
łatwo podnieść na wyżyny ideału Dziesięciorga Bożych

20
Przykazań, a jednak musimy tego dokonać.
      Tłumy patrzą dzisiaj z wielkim lekceważeniem na
wszystko, co nieziemskie, boże, podobnie, jak kura
grzebiąca na śmietnisku, spogląda z pogardą na
królewskiego orła, krążącego w podniebnych wyżynach,
myśląc: „Głupi ptak! Po co krąży w pustym powietrzu,
gdzie nie ma nawet śmietniska, na którym by można
grzebać?!” Nauka Kościoła katolickiego podejmuje się
trudnego zadania, żeby z tego skarlałego, kokoszego
rodzaju wyhodować pokolenie królewskich orłów.
     Do czego zmierza Dziesięcioro Bożych
Przykazań! Do tego, żeby nasz wzrok, naszą mowę
uczynić katolicką, żeby nam dać katolickie serce i
pouczyć o katolickich uczynkach.
      Chcemy żyć. Pragniemy spokojnego życia na
ziemi, więc nie ma innej rady, tylko zachować
przykazania głoszone przez samego Boga!
      Biada temu narodowi, który tłucze tablice z
Synaju!
      B) Ale biada i jednostce, która na to się odważa!
Gdy Bóg ogłosił Dziesięcioro Bożych Przykazań,
zagroził ciężką karą wszystkim, którzy by je łamali,
obiecał zaś nagrodę tym, którzy je zachowają (Wj 20, 5
– 7; Pwt 5, 9 – 11, 16). Wielu ludziom stoi to ością w
gardle – chcą być dobrymi, ale nie dla zasługi; unikać
grzechu, ale nie z bojaźni.
       Otóż, Mili Bracia Katolicy! Bóg nie wymaga ani
służalczości niewolnika, ani spekulacji kupieckiej. Jeśli
potrafisz wznieść się na te wyżyny, żeby postępować
zawsze, w każdym położeniu według zasad wiary,
                                                      21
jedynie ze względu na miłość do Boga i nie myślisz
zupełnie o nagrodzie lub karze, to wskazuje na twoje
nadzwyczajne wyrobienie moralne. Ale… pozwólcie, że
powołam się na codzienne doświadczenie i zapytam, kto
z was nie miał chwil słabości, upadku, w których
nakłoniła go do dobrego i czy dodała sił do pokonania
złego jedynie myśl o karzącym, lub wynagradzającym
Bogu!
      Nagroda i kara Boża! Wiemy dobrze, że tu na
ziemi nie ma równości, ale na każdym kroku spotykamy
wypadki, na podstawie których możemy stwierdzić
wpływ praw bożych na szczęście w życiu ludzkim.
       W czasie wojny prusko – austriackiej książę
Antoni Eszterházy został ciężko ranny i męczył się na
polu walki, leżąc w kałuży krwi. W tym stanie znalazł
go pewien żołnierz, pruski. Książę cierpiąc nieludzki
ból, prosił żołnierza, żeby strzałem karabinowym
uwolnił go od strasznych katuszy. Ale żołnierz pamiętał
Przykazanie Boże: „Nie zabijaj!” i nie posłuchał prośby
księcia, tylko na plecach zaniósł rannego do polowego
szpitala, gdzie książę trochę przyszedł do siebie. Z
wdzięczności ofiarował złoty zegarek żołnierzowi,
któremu nawet przez myśl nie przeszło, jakiej ważnej
osobistości uratował życie… Wojna się skończyła,
książę wyzdrowiał… Od tego wypadku upłynęło wiele
lat… Pewnego dnia nieznany mężczyzna przyszedł do
pałacu Eszterházych szukać pracy. Książę poznał
znajomą twarz, prosi wędrowca, by mu pokazał
zegarek… Obcy wyciąga zegarek – był to złoty zegarek
księcia! Ten mężczyzna uratował mu życie!… Otóż,
Bracia, odpowiedzcie mi na pytanie, jaki to zbieg
22
okoliczności sprowadził biednego żołnierza na Węgry? I
to właśnie do pałacu Eszterházych?…
       Działo się to w 1914 roku, na froncie serbskim.
Polowy szpital, w którym byłem kapelanem, już od
kilku tygodni był czynny w miasteczku Ruma. Pewnego
dnia przybył do szpitala węgierski rezerwista ze złamaną
nogą. Rana nie była groźna… Ranny z wielką radością
pokazywał mi garść srebrnych monet koronowych i
pięciokoronowych, były bardzo powyginane. „Wie
ksiądz kapelan – zaczął opowiadać – urządziliśmy
między sobą zbiórkę na bardzo biedną rodzinę jednego z
naszych kolegów. Otworzyłem swój woreczek, ale był
tam tylko 20 – koronowy banknot i jeden miedziany
halerz. Jednego halerza przecież nie mogłem dać!
Zmieniłem więc 20 koron i dałem jedną koronę na
zbiórkę, resztę same srebrne monety – włożyłem z
powrotem do woreczka i zawiązałem na szyi. Wczoraj
zabłąkana kula trafiła srebrne monety, ale tam się
zatrzymała, spłaszczyła i upadła mi pod nogi…”
       Bracia! Czy nie jest to temat do rozmyślania?! W
tych dniach był u mnie 22 – letni akademik, prawdziwie
szlachetny młodzieniec, pełen szczerego zapału do
pracy, rokujący najlepsze nadzieje na przyszłość.
Powiedział do mnie: „Księże, koledzy moi od wielu lat
robili sobie ze mnie dowcipy, mówiąc: Zwariujesz, jeśli
będziesz prowadził czyste życie! Gdybym był złośliwy,
mógłbym im teraz powiedzieć, dokąd ich grzech
doprowadził: nad przepaść szaleństwa, a ja stwierdzam
na sobie błogosławieństwo boże…”
      Ale po co przytaczać więcej wypadków?!

                                                     23
       Czy nie spostrzegłeś sam, Kochany Bracie, jakie
zadowolenie napełniło twoją duszę, skoro potrafiłeś
zapanować nad sobą i być wiernym Przykazaniom
Bożym? Odwrotnie, jak straszne męczarnie przeżywałeś,
jeśli usłuchałeś pokusy? Czy nie sprawdziły się na tobie
słowa Pisma Świętego: „Szczęśliwy każdy, kto boi się
Pana, który chodzi Jego drogami!” (Ps 128, 1).


                      *     *      *


      Kochani Bracia! Jeśli człowiek przyłoży ucho do
ziemi, słyszy z dala tętent zbliżającego się jeźdźca. Dziś
nie potrzeba przykładać ucha ku ziemi, żeby słyszeć
zbliżanie się nowej epoki.
      Jakie będą te nowe czasy? Jakie powinny być?
       Moralniejsze, bardziej religijne, więcej katolickie!
Wijąca się bólach ludzkość tyle się namęczyła
dotychczas szukaniem nowych dróg, że teraz naprawdę
nie pozostało jej nic innego, jak wrócić do wiary i
moralności starego Kościoła. Katolickie Credo oparte
jest na granitowej opoce katolickiej moralności, na skale
Piotrowej, na granitach góry Synaj. Tylko
bezkompromisowy, stuprocentowy – jakby to lepiej
wyrazić? – radykalny katolicyzm może stanowić trwale
fundamenty powstającego nowego świata.
      Tak, Bracia! – nie przestraszmy się tego słowa: że
mamy być radykalnymi katolikami. Dlaczego? Dlatego,
że nasz nieprzyjaciel jest też radykalny.
      Bracia! Do naszej wielkiej liczby dodajmy
24
wewnętrzną siłę! Potężni jesteśmy liczebnie, bądźmy
jeszcze silni jakościowo!
      Przeciwko ogniowi, zapalmy ogień! Przeciwko
sztandarom wroga, podnieśmy nasze sztandary. Zamiast
chwiejnej trzciny, nieugięty katolicyzm! Przeciwko
grzechom i kompromisom: Dziesięcioro Bożych
Przykazań. Amen.


                        III.


   DZIESIĘCIORO BOŻYCH PRZYKAZAŃ, A
             ŻYCIE WIECZNE.


     Kochani Bracia w Chrystusie!

      W      ostatnim dziesięcioleciu, w okolicach
Paryża, powstało dużo robotniczych osad. W
najopłakańszych warunkach, w największej nędzy
wegetują wielotysięczne rzesze robotnicze, oddane na
żer agitacji wywrotowej. Jeśli znajdą się tam ślady
religii, prawego życia, to tylko zawdzięczając
bohaterskim kapłanom katolickim, którzy apostołują
wśród tych biedaków, żyją wraz z nimi w barakach,
cierpią niedostatek, chłód, ubóstwo, byle głosić słowo
boże.
      Agitacja, która stara się przywrócić „ład
społeczny” Europy, rozbija się o osoby misjonarzy
Chrystusowych. Jeden przywódca tych proletariuszy na
widok takiego niesłychanego poświęcenia powiedział:
                                                   25
„Wiara księdza jest jedyną siłą, z którą musimy się
liczyć. Rządy wobec takiej wiary są niczym. Gdyby
zabrakło     rzymskiego       Kościoła,  już      dawno
rozsadzilibyśmy cały ustrój społeczny” (L h a n d e : „Le
Christ dans la banlieu.” Paris 1927).
       Kochani Bracia! Ta myśl, którą wypowiedział ów
przywódca, była tematem mojego kazania w przeszłą
niedzielę: Co zawdzięcza ludzkie społeczeństwo
Dziesięciorgu Bożym Przykazaniom? Spokojną pracę i
życie jednostki.
      Wiemy dobrze, Bracia, że życie ziemskie jest
tylko podróżą, przejściem do życia wiecznego, do celu
ostatecznego, dlatego naturalną jest rzeczą, żeby prawa
boże, obok szczęścia doczesnego, zapewniały ludziom
przede wszystkim żywot wieczny. Przestrzeganie tych bez
wątpienia ciężkich praw tylko wówczas się uda, jeśli
uzupełnimy temat, wygłoszony w przeszłą niedzielę,
bardzo ważną myślą: W jaki sposób zachowanie
Dziesięciorga Bożych Przykazań może nam zapewnić
życie wieczne. Czyli innymi słowy: C o o z n a c z a
Dziesięcioro          Bożych        Przykazań         z
punktu widzenia życia wiecznego?


                     *     *      *


      Kochani Bracia! Pewnego dnia stanął przed
Panem Jezusem miły, bogaty młodzieniec, skierował
swój ognisty wzrok na święte Oblicze Zbawiciela i
pragnąc znaleźć Boga, spytał: „Nauczycielu, co dobrego
mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?” (Mt 19, 16).
26
      Bracia i Siostry! Czyż nas nie dręczy to samo
pytanie? Czy nie moglibyśmy stanąć i my, ludzie
współcześni, obok owego młodzieńca i zapytać: „Panie,
ciążą na mnie troski tego chaotycznego życia, zabijają
mego ducha. Wiem, że mam duszę, ale co robić, żeby ją
zachować? Panie, otacza mnie bagno złości, grzech
napełnia przerażeniem moją zmęczoną duszę. Panie, co
robić, żebym mógł ją zachować dla życia
wiecznego?…”
      Tak, to jest i nasze zagadnienie.
       Uważajmy, Bracia, co odpowiada Pan! Jezus
rzekł: „ J e ś l i c h c e s z o s i ą g n ą ć ż y c i e ,
z a c h o w a j P r z y k a z a n i a . ” (Mt 19, 17).
      Jak to? To jest ta wielka tajemnica. To jest ten
wielki drogowskaz? Kilka słów?
       Tak, tych kilka słów: „Zachowaj Przykazania”. A
jeśli Pan Jezus z zachowaniem Przykazań łączy życie
wieczne, warto głęboko się za stanowić nad tymi
prostymi na pozór słowami.


                            I.


     Przede wszystkim zastanawia mnie pierwsza
połowa zdania: „Jeśli chcesz wejść do żywota…” Jeśli
chcesz!
      a) J a k t o c z y m o g ę i n i e c h c i e ć ?
Czy mogę przeżyć ziemskie życie bez myśli o życiu
wiecznym? O, Bracia, rozejrzyjcie się po tym zepsutym
świecie, popatrzcie na miliony rozpustników,
                                                       27
darmozjadów, a znajdziecie odpowiedź!
      Jeśli c h c e s z ! Więc ode mnie zależy, tylko ode
mnie, co się stanie ze mną po śmierci.
     Ode mnie zależy! Bóg nikogo nie zmusza, siłą
nikogo nie ciągnie do nieba. Człowiek jest wolny: może
decydować o swoim losie w wieczności.
      „Ci księża ciągle nam mówią o niebie! Za wszelką
cenę chcą nas tam zaprowadzić!” – narzekają niektórzy.
Jakże się mylą. Nawet Bóg nie może nas zmusić,
żebyśmy tam szli! Jest to twoja zupełnie osobista
sprawa! Tylko o jednym pamiętaj: jeśli nie troszczysz
się o swoją duszę, nie szkodzisz ani Kościołowi, ani
Bogu; wierz mi, Bogu nie wyrządzisz szkody!
        Wielkim skarbem jest wolna wola człowieka, ale
zarazem i niebezpiecznym darem. Działasz swobodnie,
ale i odpowiadasz za swoje czyny. Jeśli żyjesz według
praw bożych, twoją nagrodą jest szczęśliwość wieczna;
jeśli łamałeś te prawa, czeka cię wieczna kara!
       b) Może są tacy, którzy by chcieli powiedzieć:
tak, tak – potrzebna jest cnota, uczciwość, ale mogę być
porządnym człowiekiem i bez wiary! Mogę być
poczciwym i bez tego, żebym się modlił, chodził na
mszę, bez tego, żebym się uganiał za dobrym ze
względu na zapłatę wieczną, a unikał zła, bo mi grozi
kara…
        Powstaje więc pytanie: c z y m o ż e b y ć
c z ł o w i e k u c z c i w y b e z w i a r y ? Życie jakby
dawało potakującą odpowiedź.
      Bez wątpienia żyją wśród nas ludzie, którzy
28
stracili wiarę, dawną, żywą wiarę; o których świat, a
może i oni sami myślą, że nie mają wiary, a jednak
spełniają swoje obowiązki; nie przywłaszczyliby sobie
ani grosza z cudzego majątku i nie odważyliby się
szkalować bliźniego.
      Istotnie tak jest, Bracia.
      A jednak! Nie dziwcie się, że nie mogę wysoko
stawiać moralności bez wiary.
      a) Nie cenię takiej moralności przede wszystkim
dlatego, bo życie daje mi dużo przykładów, które
świadczą przeciwko niej.
      Co wykazuje życie?
      To, że taka moralność oparta nie o Boga, nie o
podstawy religijne, w wielu wypadkach jest niczym
innym, jak formą delikatnej grzeczności; nie zawiera w
sobie żadnej treści, jest tylko zachowaniem
zewnętrznych pozorów, zgrabnym lawirowaniem między
przepisami konwenansu, a państwowymi paragrafami
karnymi; jest to życie zewnętrzne, od którego
potajemnie wykonane czyny i pragnienia odchylają się o
180 stopni. Na każdym kroku widzimy, że moralność
bez wiary trwa dotąd, dopóki życie nie wymaga od nas
samozaparcia, ofiary, wyrzeczenia się, a z chwilą, kiedy
tego od nas zażąda, wali się cała budowla etyczna.
      Może na przykład wyobrazimy sobie lepiej słabą
stronę moralności nie opartej na religii. Pewien pan
opowiadał mi, że podczas podróży samolotem z
Moguncji do Wiednia miał ciekawą przygodę. Samolot
szybował wysoko nad Dunajem, nad błękitnymi górami
dolnej Austrii. W drodze napotkali potężnego orła.
                                                     29
Królewski ptak na moment z zakłopotaniem patrzył na
maszynę, potem z całym spokojem – można powiedzieć,
z pogardą – zataczał dalej kręgi. Nie potrafił, ale gdyby
mógł, to z pewnością tak by się ozwał: Ano widzicie! To
i wy tu jesteście tak wysoko? Tak, dopóki powietrze jest
spokojne i jasno świeci słońce, i nie ma wichru! Ale
skoro powstanie burza między chmurami!… to
spadniecie! A ja? Przetrwam spokojnie nawet burzę!…
     Bracia, czy potrzeba dalej tłumaczyć, jaka
zachodzi różnica między moralnością bez wiary, a
moralnością opartą o wiarę?
      b) Czuję, że nie zupełnie rozwiązałem wasze
wątpliwości.
       Przyznaję, ktoś może powiedzieć, że w wielu
wypadkach to, cośmy słyszeli, jest prawdziwe, ale ja
mam znajomego, wysokiego urzędnika, przez chrzest
jest katolikiem, ale nie praktykuje, a jednak głowę daję,
że i wtedy jest uczciwym, kiedy życie wymaga od niego
ofiary, i wtenczas wypełnia swoje obowiązki, kiedy nikt
nie widzi. Jak to wytłumaczyć?
Jak to zrozumieć, Bracia? Jeżeli są ludzie zawsze
wypełniający swoje obowiązki, zawsze uczciwi,
szlachetni, konsekwentni, z charakterem, moralni i
jednocześnie niereligijni, to żyją oni w pomyłce!
      W jakiej pomyłce?
      Moim zdaniem, nie są oni na tyle niereligijni, jak
sami mniemają! Od dawnej dziecięcej wiary daleko
odeszli, ale chrześcijańskie zasady podświadomie w nich
trwają i odbijają się w całym ich poglądzie na życie.
Duch chrześcijańskiej moralności przez dwa tysiące lat
30
tak przesiąknął opinię społeczeństwa europejskiego, że
powietrze, którym oddychamy, jest przepełnione jego
wpływami. Dziś za zupełnie naturalne uważamy takie
poglądy i myśli, które w istocie są owocem
chrześcijańskiej moralności. Chociaż słońce zajdzie, nie
zaraz zapada ciemność! Chrześcijaństwo do tego stopnia
zawładnęło Europą, że kto oddycha europejskim
powietrzem, mimowolnie wchłania wtedy życiodajne
pierwiastki uczciwości, honoru i moralności, chociaż
jasne słońce wiary już prawie zniknęło z horyzontu.
      Posunę się dalej i twierdzę, że jeśli są uczciwi,
szlachetni i moralni ludzie między niekatolikami, jak w
rzeczywistości się zdarza, to należy to przypisać
atmosferze Dziesięciorga Bożych Przykazań i
moralności katolickiej.
      Jakim sposobem?
       Wspaniała nauka naszej świętej wiary głosi, że do
kościoła katolickiego należy nie tylko 300 milionów
ludzi, którzy są po katolicku ochrzczeni, ale do jedności
duchowej katolickiego Kościoła należy każdy człowiek,
żyjący na ziemi, bez względu na różnicę wyznań, –
należy każdy, kto jest przekonany o prawdziwości swojej
wiary, w dobrej wierze szuka Boga i stara się według
swojego przekonania zachować przepisy swojej religii!
Bracia! Wspaniałą jest nauka naszej wiary:
gdziekolwiek na Ziemi mężczyzna stawia odważnie
czoło grzechowi, gdzie tylko niewieście serce depcze
pokusy – słowem, gdziekolwiek na świecie kwitnie
jakieś dobro moralne, wszystko to dzieje się dzięki
wpływowi Chrystusa Pana.

                                                      31
      Starochrześcijański pisarz Tertulian powiedział,
że dusza ludzka z natury jest chrześcijańską, „anima
naturaliter christiana”. Co chciał przez to wyrazić? To,
że życie chrześcijańskie tak odpowiada naturze ludzkiej,
jej najszlachetniejszym pragnieniom, że w ludziach –
nawet w poganach – przejawiająca się dobroć,
szlachetność, pojęcie moralne, wszystko to wyrasta na
gruncie chrześcijańskim. Tak: mogą żyć ludzie moralnie
na brzegach Gangesu, w oazach najdzikszych pustyń, w
niedostępnych, dziewiczych puszczach, w zawrotnym
wirze wielkomiejskich ulic, ale jeśli w ich sercach gości
dobroć, szlachetność i uczciwość – to bezwiednie
powinni ta to dziękować Słowu, temu Panu Jezusowi,
który według Ewangelii św. Jana „oświeca każdego
człowieka, gdy na świat przychodzi” (J 1, 9), który
przypomina nam, że jeśli chcemy wejść do żywota
wiecznego, musimy zachować przykazania.
       Doszliśmy zatem do drugiej połowy słów Pana:
„Jeśli chcesz wejść do żywota, przestrzegaj Przykazań”.


                           II.


      Drodzy Bracia i Siostry! Bóg wszystkie
stworzenia podporządkował prawu. Ład świata, piękno,
harmonia zależy od zachowania praw. Gwiazda swoim
biegiem, kwiat kwitnieniem, zwierzę swoim życiem pod
porządkowane są Bogu, wiążą je prawa przyrody, bez
których nie mogłyby istnieć. Bóg dla człowieka zrobił
wyjątek; wprawdzie i jemu dał prawa, ale pozostawił mu
wolną wolę. Bóg mówi niejako do człowieka: Chcę,
32
żebyś to zrobił; ale możesz tego i nie uczynić – i
wtenczas zgotujesz sobie zgubę!
     a) Tu znowu ozwie się głos mędrkującego
człowieka: „Ale w takim razie nie jestem wolny! Jeśli
Bóg przepisał dla mnie prawa, tym samym nie mogę być
wolny!”
       Owszem, jesteś wolny! P r a w o j e s t t y l k o
d o s k o n a l e n i e m w o l n o ś c i . Uważaj: kto się
uczy malować, musi zachować prawa perspektywy, a
czy to krępuje jego wolność artystyczną? Nie! Może nie
zachować prawa perspektywy – ale w takim razie
stworzy bezwartościowy obraz! Ty również możesz nie
zachować praw bożych, ale pomyśl, jaką karykaturą
stanie się twoja dusza!
      Kto się uczy muzyki, musi zachować prawa
harmonii. Czy krępowana jest przez to jego wolność?
Nie! Może komponować, grać wbrew tym przepisom –
ale trudno znaleźć ucho, które by słuchało tych
dysonansów. Możesz żyć do końca życia wbrew
prawom bożym, ale wierz mi, nie zaznasz harmonii.
      Dla tych, którzy się wspinają na tatrzańskie
szczyty, przygotowano ścieżki, poręcze i klamry. Czy to
krępuje wolność? Gdzie tam! Każdy może iść własnymi
ścieżkami, sam będzie winien, jeśli runie z tego powodu
w przepaść.
       Otóż, Bracia! Jeśli chcemy kunsztowne dzieło
życia, jego obraz wymalować w należytej perspektywie,
musimy zachować prawa boże. Jeśli chcemy, żeby nasze
życie było harmonijne, prawa boże wskazują nam, w
jakie struny mamy uderzać. Jeśli chcemy przejść
                                                        33
bezpiecznie przez życiowe niebezpieczeństwa, żeby nie
runąć, ale wyjść na szczyty, to znów musimy zachować
prawa boże, które wskazują nam drogę.
      Nie mówmy tak, jak mówią niektórzy
powierzchowni i bezmyślni ludzie: „Bóg wymaga od nas
tak wiele! Religia katolicka tak dużo nakazuje i utrudnia
życie!” Bracia! Nie mógł nam Bóg dać lepszego
dowodu, że jest „dobrym Ojcem”, jak ustanawiając
prawa i żądając żebyśmy je zachowali.
      b) Bóg właściwie t a k p o s t ę p u j e z n a m i ,
jak ojciec z synem, idącym w świat.
(według O. Kolba, T. J.)
      Powiedzmy dla przykładu: syn twój ukończył
szkoły, wysyłasz go na rok za granicę, żeby zobaczył
świat, a kiedy wróci do domu, przekażesz mu
prowadzenie całego interesu. Przed odjazdem spędzasz
razem z nim ostatni wieczór. Żegnacie się. Jakie uczucie
rozpiera ci piersi? O, niech mu sprzyja szczęście. Oby
szczęśliwie powrócił do domu! Boisz się o niego, bo jest
niedoświadczony i ludzie mogą go oszukać. Nie byłbyś
ojcem, gdybyś nie dał mu kilka wskazówek, jakich?
Takich samych, jakie Bóg, nasz najlepszy Ojciec, daje
nam, kiedy nas puszcza w drogę, w niebezpieczną drogę
życia, z której mamy kiedyś szczęśliwie wrócić do
Niego po Jego skarby.
      Rozważ przede wszystkim, jakie wskazówki
dałbyś swojemu synowi! „Żebyś nie zapomniał o ojcu!”
Myśl często, że czeka na ciebie i stara się o ciebie. Myśl
o nim często z miłością; jeśli przyjdą na ciebie ciężkie
chwile, ta myśl doda ci siły; jeśli napotkasz na trudności,

34
pomyśl, że jeśli je pokonasz, to sprawisz tym radość
ojcu…
     To będzie, pierwsza przestroga, którą dasz
wyjeżdżającemu synowi; największą krzywdą, jaką
mógłby ci wyrządzić, było by, jeśliby na obczyźnie
zapomniał o tobie, wyparł się ciebie, wstydził się ciebie.
       Jeśli tego wymagasz od twojego syna, nie dziw
się, że Bóg tego samego żąda w pierwszym Przykazaniu:
„Ja jestem twoim Panem i Bogiem”. Wprawdzie nie
widzisz Mnie, ale nigdy nie zapomnij o Mnie!
Gdziekolwiek będziesz żył, myśl często o Mnie: niech
nie wstaje ranek, niech noc nie zapadnie, żebyś w
swoich modlitwach nie porozmawiał ze Mną. Jeśli
trudno ci jest zostać uczciwym, powiedz: „Zostanę nim!
Sprawię radość mojemu Ojcu!” Nie wstydź się Mnie
wobec ludzi! Nie wyprzyj się Mnie!
      A dalej: Czcij imię ojca swojego!, Co by to był za
wstyd, gdyby zacne imię rodziny splamił mój syn
rodzony! Czy nie tego samego żąda od nas Bóg w
drugim Przykazaniu?!
      „Pisz często, co tydzień!” W każdym tygodniu
poświęć pół godzinki, w której oderwiesz się od
wszystkich trosk ziemskich i staw się duchowo w
kościele; w czasie mszy świętej porozmawiaj szczerze i
rzewnie, powiedz, czego twej duszy potrzeba. A gdyby
twój syn nie pisał całymi tygodniami, czy nie
pomyślałbyś sobie: „Niewdzięcznik! Zapomniał o
mnie!” A co ma powiedzieć Bóg, gdy nie zachowujesz
Jego świąt?!
      Ale to jeszcze mało dla ojcowskiego serca: daje
                                                       35
ono i wskazówki, jak syn powinien żyć. W stosunku do
każdego bądź uprzejmy, grzeczny, uważny (czy nie
widzicie w tym czwartego Przykazania?), nie bądź
gwałtowny, nielitościwy, kłótliwy (V Przykazanie). W
dalekiej obczyźnie otoczy twoją duszę wiele ponęt, które
będą czyhały na twoją czystość; kochany synu, uważaj
na to, co mówisz, co robisz (VI Przykazanie). Ojcowie,
matki, czy moglibyście usłyszeć tragiczniejszą wieść
nad tę, że wasz syn upadł moralnie na obczyźnie! A czy
nasz upadek nie sprawia większego bólu naszemu
Niebieskiemu Ojcu?
       A gdybyście słyszeli, że wasz syn zboczył z drogi
uczciwości, sięgnął po cudzą własność – jaka by to była
dla was hańba (VII Przykazanie). Albo, jeśliby kłamał,
stał się oszczercą! (VIII Przykazanie).
       Tak tedy, Bracia, Przykazania Boskie są
najpiękniejszym przejawem miłości Bożej ku nam.
Otrzymaliśmy je nie dlatego, żeby utrudniły nam życie,
ale żeby zapewniły powrót do Ojca Niebieskiego, –
również i ojciec dlatego daje przestrogi synowi, żeby go
uchronić od zguby. Podobnie jak ojciec ziemski z
radością oczekuje powrotu swojego syna z obcych stron,
tak nas wyczekuje nasz Ojciec Niebieski po 60 – 70
letniej podróży – jeśli zachowaliśmy Jego Przykazania!
Bo sam Pan Jezus powiedział: „Jeśli chcesz wejść do
żywota, zachowuj Przykazania”.




36
                     *     *      *


Drodzy Bracia i Siostry! Przekonaliśmy się chyba
dobitnie, że Dziesięcioro Bożych Przykazań, są rękojmią
spokojnego życia ziemskiego i wiecznego. Nie ma
człowieka, który by się mógł wyłamać z pod nakazu
tych praw. Obowiązują one zarówno dziecko jak i
starca, biednego i bogatego, świeckich i księży.
Powtarzam: obowiązują i księży!
      Widzę, że spoglądacie ku mnie ze zdziwieniem:
dlaczego to akcentuję? Dlatego, Bracia, bo w tym
tygodniu dostałem bardzo przykry list od jednego ze
swoich słuchaczy. Jaka była treść listu? „Wy, księża,
głosicie nam Dziesięcioro Bożych Przykazań. Zanim to
uczynicie, wpierw zachowajcie je sami, bo ich nie
zachowujecie…”
      Otóż, kochani Bracia i Siostry! – nie wiem, jakie
smutne doświadczenia podyktowały autorowi te słowa;
ale pozwólcie, że powiem uroczyście, iż Dziesięcioro
Bożych Przykazań obowiązują nie tylko osoby świeckie,
ale i kapłanów; co więcej: dla dawania dobrego
przykładu tym bardziej ich obowiązują, a jeśli który z
nich padnie ofiarą ludzkiej słabości, to upadku jego nikt
bardziej nie opłakuje, niż święty Kościół katolicki i
pobożni kapłani według Serca Bożego!
       Tak, Dziesięcioro Bożych Przykazań wrzynają się
w żywe ciało, tną jak nożyce, ostre są, jak dłuto! Tak,
kto może temu zaprzeczyć? Kto może zaprzeczyć, że
dzisiejszemu światu zrewolucjonizowanemu, potrzebna
                                                      37
jest bohaterska odwaga, ofiarny zapał, idące śladami
Chrystusa samozaparcie, by mógł zawsze pozostać
wiernym przykazaniom Boga?! Dusza, która chodzi
śladami Chrystusa, niech będzie przygotowana na
podwójną walkę ze swoimi własnymi, nie
uporządkowanymi     namiętnościami     i   pokusami
zewnętrznymi, z wadami świata, który nie uznaje
wyższych duchowych celów i odzywa się o nich z
pogardą.
     Nie wolno nam upadać na duchu!
      Jeśli widzimy sprzeczność między prawami
ludzkimi i boskimi, nie wolno nam żądać, by się
zmieniły prawa boże, ale musimy odpowiednio
przystosować do nich życie ludzkie. Wiary Chrystusowej
nie wolno, jak niektórzy żądają, „przekształcać
odpowiednio do potrzeb czasu”; jak nie wolno
„reformować” Ewangelii Chrystusowej, tak samo nie
wolno „reformować” zasad moralności Chrystusowej.
Zniewieściały, leniwy, zmysłowy człowiek chętnie
zgodziłby się       na   przerobienie, zrewidowanie
Dziesięcioro Bożych Przykazań – szczególnie na
pominięcie choćby szóstego Przykazania; – ale
podobnie, jak słońce nie kieruje się biegiem
kieszonkowych zegarków, jak prawo chemiczne o
atomach nie stosuje się do opinii żadnego uczonego
przyrodnika, jak planetom nie wyznaczają drogi poglądy
astronomów, jak prawa wszechbytu nie zależą od na
fizyków świata – tak samo prawa boskie nie mogą
zależeć od ludzi! Podobnie, jak z przyrody nie możemy
żadnego prawa wymazać, tak nie możemy zmniejszyć
liczby praw w świecie nadprzyrodzonym.
38
     Dzisiejszy człowiek potrzebuje nie nowej wiary,
nie nowego wyznania, nie nowych przykazań, ale
nowego serca, nowej duszy, szczerego oddania się Bogu,
nowego ukochania dawnej wiary!
       Bracia i Siostry! Zachować Dziesięcioro Bożych
Przykazań zawsze i we wszystkim nie jest rzeczą łatwą;
my jednak chcemy je zachować, bo wiemy, że od tego
zależy szczęście na ziemi, a r ó w n i e ż i n a s z a
szczęśliwość              wieczna    w      świecie
p o z a g r o b o w y m . Amen.


                          IV.


   NIEPOSŁUSZEŃSTWO DZIESIĘCIORGU
 BOŻYM PRZYKAZANIOM JEST GRZECHEM.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Już    trzy niedziele poświęciłem, by zwrócić
Waszą uwagę na doniosłość tegorocznych kazań, na
aktualność Dziesięciorga Bożych Przykazań, ich
decydujący wpływ na życie ziemskie i wieczne. Zanim
w przyszłą niedzielę zabierzemy się do ich
szczegółowego       roztrząsania, musimy    omówić
podstawowe zagadnienia, którym chciałbym poświęcić
dzisiejsze kazanie.
Na drogowskazie życia ludzkiego wypisał Bóg swoje
przykazania; kto je łamie, popełnia grzech. Bóg pragnie,
aby każdy człowiek zachował Jego Przykazania, ale dał
                                                     39
każdemu wolną wolę, możliwość decydowania.
       Ode mnie zależy, czy zachowam prawa boże, czy
nie. Ode mnie to zależy! Ale jeśli nie zachowam praw,
popełnię grzech; z grzechu wynika moja największa
tragedia, tracę łaskę bożą! Czy wiecie, co to znaczy? Kto
utracił swój majątek, stracił dużo; kto stracił prawą rękę,
jeszcze większe spotkało go nieszczęście, ale kto stracił
Boga – postradał wszystko!
      Przestąpienie Przykazań Bożych,
grzech, jest największym złem na
t y m ś w i e c i e – tak uczy nas nasza święta wiara.
Dlatego nigdy nie godzi się na grzech! Bracia, czy
rzeczywiście tak jest? Czy grzech jest naprawdę tak
okropną tragedią? Czy naprawdę tak bardzo obraża
Boga? Czy grzech jest buntem przeciwko Bogu? Czy to
Panu Bogu nie wszystko jedno, czy zachowam, lub nie,
Dziesięcioro Bożych Przykazań? Oto temat mojego
kazania:


     I. Co sądzi świat o grzechu?
     II. Co myśli Bóg o grzechu?




40
                          I.


        Co sądzi świat o grzechu?


       a) Kochani Bracia! Niedawno amerykańska
artystka zawarła ciekawą umowę z pewnym angielskim
towarzystwem ubezpieczeniowym. Oto, miała otrzymać
50000 funtów szterlingów – olbrzymią sumę! jeśli w
przeciągu 10 lat z jakiejkolwiek bądź przyczyny, z
powodu wypadku, lub choroby będzie niezdolna… do
czego? do pracy? zarobku? O nie! Jeśli nie potrafi się
więcej… słodko uśmiechać (Schönere Zukunft, r. 1927,
2. X.). Na 50000 funtów szterlingów ubezpieczyła swój
uśmiech!
       Kiedy człowiek czyta o tym niesamowitym
kontrakcie, widzi symbol dzisiejszych życiowych pojęć.
Nie chcę przez to piętnować faktu ubezpieczenia
uśmiechu, jeśli kto tego pragnie, może to zrobić. Ale,
kochani Bracia! – czy nie uderza w tym wypadku
dzisiejszy płytki stosunek do życia? Tylko śmiech, tylko
powierzchownie traktowane życie, tylko nigdy nie
myśleć poważnie o życiu ziemskim!
Tak, największą wadą naszych czasów jest, że nic nie
bierzemy poważnie, że j a k o b y n i e i s t n i e j ą
żadne grzechy.
     Dziwicie się, że to jest „wadą”. Jeszcze jaką!
Grzech nie istnieje, czyli nie jesteśmy dość poważni,
żeby cokolwiek uważać za grzech. Pan Jezus mógł
                                                     41
powiedzieć o Sobie, ale tylko On: „Kto z was dowiedzie
mi grzechu?” Ale niestety, dziś każdy tak mówi i tak
sądzi. Dziś nie ma grzesznika, nie ma nikogo, kto by był
winowajcą! Dziś każdy bardzo mówi: „Kto mi może
zarzucić grzech?” To pytanie stawiają rodzice, dzieci,
wychowawcy, rządy… Najstraszniejszym objawem
współczesnego życia, chylącego się do upadku, jest to,
że po szyję tkwimy w grzechach, ale tego nie czujemy i
nawet nam z tym wygodnie! Okropnie dużo jest
grzechów, a czy widać ścisk penitentów przy
konfesjonałach? Nie! Zanikło poczucie winy! Pokażcie
mi jeden dziennik, który głosiłby, że nie wolno
„grzeszyć”! Pokażcie mi chociażby jedną szkolę, w
której poza lekcjami religii można by choć jedno słówko
uświadamiające, że to, lub owo jest grzechem, czyli
obrazą Boga! Pokażcie mi jeden sądowy wyrok, który
by skazał winowajcę za „grzech”, czyli za obrazę Boga!
Nie ma wyroku! Mówić o grzechu nie należy do
dobrego tonu, to nie jest modne. Grzechu nie ma! Jest
tylko wada, przeoczenie, pomyłka, nałóg wrodzony,
słabość ludzka…
       b) Ale jeśli, Bracie…, patrzę na Krzyż Zbawiciela,
krzyk wyrywa mi się z piersi. Krzyczałbym głośno, żeby
usłysz cały świat, żeby słowa moje utkwiły w każdym
ludzkim sercu: Ludzie, patrzcie, co to jest grzech! Co to
jest grzech, który wymaga takiego zadośćuczynienia!
      Kiedy widzę cierpiącego człowieka, chciałbym
wołać: Ludzie, patrzcie, co to jest grzech, który
doprowadził nas do tego! Pan Bóg stworzył człowieka
do szczęścia, już tu na ziemi. Pierwotnym zamiarem
bożym było, by człowiek przeżywszy spokojnie lata tu
42
na ziemi, bez zaznania gorzkiej śmierci, dostał się do
wiecznej ojczyzny.
      Dlaczego tak nie jest? Czemu tyle cierpi człowiek,
który został stworzony do szczęścia? Daje nam na to
odpowiedź święty Paweł: „Przez jednego człowieka
grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć” (Rz 5,
12). Grzech zrujnował wszystko.
      Zdawałoby się, że tego, kto zmarnował szczęście
nas wszystkich, należy nienawidzić? A jednak, chociaż
jesteśmy ofiarami grzechu, to kochamy grzech.
Kochamy?! Więcej, rozszerzamy go wszędzie! Cały
świat jest jedną wielką szkołą grzechu, każdy wychwala
zło. Przychodzi malarz; w powabnych barwach maluje
grzech, abyśmy go pokochali. „Czy to grzech? Nie, to
nowoczesna sztuka!” Przychodzi rzeźbiarz; wlewa życie
w głaz, a poeta w słowa… „Czy to grzech? Nie, to
nowoczesna rzeźba, nowoczesna literatura!” Filozof
dowodzi, że nie istnieje grzech, tylko słabość, wada,
niedoskonałość…, oto jakie jest mniemanie świata o
grzechu.
      Chrześcijańskie pojęcie grzechu jest tedy
przesadą! Może grzech nie jest tak straszny? Może to
wynalazek Kościoła? Zobaczymy:




                                                     43
                         II.


         Co myśli o grzechu Bóg?


Czym jest grzech w oczach Boga? Żeby to wykazać, nie
potrzeba sięgać do systematów filozoficznych, bo
filozofowie mimo najlepszej woli błądzą w tej
dziedzinie. Mamy jedną starą księgę, o której wiemy, że
powstała z natchnienia bożego, w niej znajdujemy opis
pierwszego grzechu, pierwszego upadku.
Wiem, Bracia, że są tacy, którzy niezadowoleni kręcą
głowami, słysząc, że będę mówił o grzechu, który
zdarzył się w raju. „Czy to prastare świadectwo – mówią
– nie jest tylko alegorią, symbolem?” Bracia! Chcąc
rozstrzygnąć to zagadnienie, poświęcę więcej czasu,
żebyśmy zrozumieli głębię mądrości, kryjącą się w tych
starych dziejach, żebyśmy się przekonali, że tego nikt
nie mógł napisać bez natchnienia Boga, który jedynie
wie dokładnie, czym jest grzech, jakie są jego źródła i
następstwa. Historia upadku pierwszych rodziców w raju
to opis nie tylko pierwszego grzechu, ale każdego
grzechu w ogóle (według Mac Carthy).


         A) Jak powstaje grzech?


      a) Wszyscy znamy dobrze historię upadku
pierwszej pary ludzi, ale jeśli głębiej zastanowimy się
44
nad nią, zobaczycie, ile nowych rzeczy spostrzeżemy.
Próbujmy śledzić grzech, zróbmy analizę duchową
pierwszego grzechu.
       Przychodzi kusiciel z największym kłamstwem,
jakie kiedykolwiek słyszał świat: „Czy rzeczywiście Bóg
powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew
tego ogrodu?” (Rdz 3, 1). Czyż nie tak rozpoczyna się
każde kuszenie i dziś? Ale wróćmy do tematu. Dlaczego
miałby Bóg zabronić tego lub tamtego? Przecież to taka
dobra rzecz! To takie miłe dla moich zmysłów! Czy Bóg
jest nieprzyjacielem mojego szczęścia?! Bracie! Bądź
szczery, wspomnij tę chwilę, w której się zastanawiałeś:
zrobić to, czy nie? – czy nie słyszałeś tych samych słów?
„Dlaczego zabrania Bóg?…” i przyznaj się, czy nie tak
zrobiłeś, jak pierwsza kobieta? Skarżyłeś się
(przynajmniej przed sobą), dlaczego Bóg nie pozwała
kosztować zakazanego owocu: bo jest mi nieżyczliwy,
nie pragnie mego szczęścia. Skarżyłeś się, albo
przynajmniej myślałeś w skrytości, że „Bóg jest
okrutnym tyranem”, jeśli zabronił tego, co pociąga twoje
zmysły.
      b) Patrzmy dalej, jak powstaje grzech. Niewiasta
niedbale odpiera pokusę: Nie jemy, żebyśmy
przypadkiem nie pomarli (Rdz 3, 3). Przypadkiem! Ewo,
gdzie się podziała twoja silna wiara? Gdzie jest twoja
wdzięczność dla Boga? Bracia, powinna była stanowczo
odpowiedzieć: „Nie jemy, bo Bóg powiedział, jeśli
będziemy jeść, to pomrzemy!” Ale ona rzekła inaczej.
Nie mówiła: „Bóg nam dał życie i wszystko co mamy,
dlatego chętnie wyrzekniemy się tego, czego zabrania”.
Ewa mówi tylko: „Nie jemy dlatego, żebyśmy
                                                      45
przypadkiem nie pomarli”.
      c) Na to czekał kusiciel! „Na pewno nie
umrzecie!” (Rdz 3, 4) Oto, przed chwilą tylko chwiała
się wiara, tu już jej nie ma. O, wy współcześni
niedowiarkowie! Krzyczycie głośno, chełpicie się
postępem, twierdzicie, że wiara w Boga jest przestarzała
i że bezbożność przystoi człowiekowi dzisiejszemu!
Pierwszą pokusą na świecie było niedowiarstwo, jest
ono tak stare, jak świat. Kiedy mówicie, że nie wierzycie
w Boga, odzywa się w was echo starej pokusy: „Nie, nie
pomrzecie!”.
      d) Nieszczęśliwa niewiasta milczy, jest prawie
zupełnie przekonana. To dodaje śmiałości kusicielowi:
„Otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali
dobro i zło.” (Rdz 3, 5). Już namawia wyraźnie do
buntu! Człowiek zawsze pragnąłby być Bogiem,
pozbawić Boga przynajmniej cząstki majestatu.
Rzymscy cezarowie wymagali czci boskiej, to samo robi
człowiek dzisiejszy, zarozumiały ze swej wiedzy.
      e) Nieszczęśliwa Ewa słucha dalej. Patrzy na
owoc: „Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma
owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla
oczu… Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała
swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł.” (Rdz 3, 6).
Widziała własnymi oczyma. Każdy z nas przekonał się,
że wzrok, to główne wejście, przez które wkrada się do
duszy grzech. Jesteś pyszny? – co cię zrobiło takim?
Próżny widok ludzkiej wielkości. Jesteś łakomy? – co
cię takim zrobiło? Widok złota i jego blasku. Duszę
twoją pożera ogień rozpusty? – co go wznieciło? Nie
uważałeś na swój wzrok!
46
   B) Co jest następstwem grzechu?


       Stał się pierwszy grzech. Co było jego
następstwem? Co obiecywał kusiciel? Zapewniał, że:
„Otworzą się wasze oczy i będziecie widzieć” – otóż
otworzyły się! Ale co zobaczyły? H a ń b ę , t r w o g ę ,
u d r ę k ę s u m i e n i a ! To jest jedyna mądrość, do
której grzech prowadzi człowieka!
       a) H a ń b a jest następstwem każdego grzechu.
Grzesznik może się ukryć przed światem, przed prawem,
ale przed sobą nigdy. Może być ktoś na tyle zepsuty, że
chełpi się swoim grzechem; może być ktoś pseudo –
filozofem, który zło ubiera w szatę piękna, może być
poganinem, który wynosi grzech na ołtarz, poetą, który
na cześć grzechu tworzy pieśni – ale przyjdzie czas,
moment, kiedy dusza grzesznego człowieka, pseudo –
filozofa, poganina, poety gorzko zapłacze, upadnie pod
ciężarem okropnego wstydu, grzechu. Ta kara nikogo
nie minie.
       b) Zwłaszcza, gdy po grzechu nastąpi t r w o g a .
„Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się”
(Rdz 3, 10) Przestraszyłem się? Przestraszyłeś się
Boga?! O, Bracia! Dopóki nie popadliśmy w grzech, nie
przypominacie sobie, jak miło rozmawiał człowiek z
Bogiem? Jak klęczał przed ołtarzem! A teraz? Dlaczego
boisz się kościoła, konfesjonału? Byłbyś rad zapomnieć,
że jest Bóg, że masz duszę, że jest życie wieczne, sąd!
Dlaczego boisz się Boga?
      c) Nadaremnie się kryjesz. Przychodzi trzecie
                                                       47
następstwo grzechu: u d r ę k a s u m i e n i a . Odzywa
się Bóg, pyta Adama: „Gdzie jesteś?” (Rdz 3, 9). Czym
jest wyrzut sumienia, jeśli nie głosem Boga? Co
uczyniłeś? Gdzie się podziała twoja niewinność? Co to
za plama widnieje na Twojej duszy?
       Oto sumienie! To oskarżające, potępiające
męczące cię sumienie! Bracia! Gdybyśmy nawet nie
mieli innych dowodów, sumienie przekonałoby nas
dostatecznie, ze istnieje Bóg i co myśli o grzechu Bóg, i
że domaga się zachowania Swoich praw. Cokolwiek
wymyślałbyś, jakiekolwiek robiłbyś próby, głosu
sumienia me stłumisz niczym. Ono zawsze przypomina,
świadczy, oskarża. Nie dość na tym – jest naszym
sędzią, katem. Ma bicz, którym smaga, ogień, którym
pali, jad, którym truje, dzwon, którym bije na alarm,
żądło, którym rani. Nie daje nam spokoju, ani we dnie,
ani w nocy. Grzeszna dusza czuje wstręt sama do siebie,
lęka się widoku zła. Często w okrutnych męczarniach
woła: Wolę śmierć, aniżeli straszną, wieczną zgryzotę.
      Przychodzi śmierć! Tu trochę się zatrzymamy,
Bracia, tu bowiem widać dokładnie, jak Bóg nienawidzi
grzechu.


       C)Karą za grzech jest śmierć.


       Co to Jest śmierć? Nasze ciało dogorywa, zaczyna
się rozkładać.
      O człowieku zwykle mówimy, ze jest
najdoskonalszym tworem Boga. Dotyczy to nie tylko
48
duszy ludzkiej, ale i ciała. Ciało nasze jest również
kunsztownym dziełem Boga, Jest piękniejsze od ciał
innych stworzeń. Blaskiem płoną oczy człowieka!
Szlachetność bije z postawy! Inteligencja maluje się w
rysach twarzy! A zwłaszcza jak przystosowanym i
podatnym jest ciało dla nieśmiertelnej duszy.
      Mówicie: To kunsztowne dzieło Bóg tylko dlatego
stworzył, aby istniało przez krótki czas tu na ziemi, a
potem, by się rozsypało w popiół? Jakiż malarz, czy
rzeźbiarz rozbiłby dzieło sztuki z chwilą, kiedy je
stworzył? Jaki budowniczy wysadziłby w powietrze
cudowny pałac, który dopiero ukończył? Takim byłby
Bóg, gdyby na tak krótką metę był stworzył ciało
ludzkie. Nie! Bóg pierwotnie nie chciał śmierci. Śmierć
spowodował grzech!
      Bracia! Zastanówcie się na chwilę, co to jest
śmierć? Przystąp do łoża chorego, nie bój się – leży
umierający. Nie bój się, nie będę mówił o jego
okropnych cierpieniach, jak bije serce, jak urywany jest
oddech, jak straszne prześladują go widzenia – nie, już
to wszystko przecierpiał. Już ledwo oddycha. A był
potężnym królem, uczonym badaczem, za możnym
bankierem, światowej sławy artystą teatralnym, młodym
dziewczęciem. Jakie kosztowne nosił szaty! Jakie
krótkie, głęboko wycięte suknie! Jak tańczył kiedyś – w
ostatnim tygodniu – ba, wczoraj jeszcze – tango i black
– botona! Patrz, jaka to była mądra głowa, ile się w niej
mieściło myśli a teraz zżółkła, jak wosk, spoczywa cicho
na poduszce. Patrz, to silne ramię, które siało śmierć w
ogniu bitew, nie może się teraz ruszyć. Patrz, te cudne
oczy, które czarowną swą siłą przyciągały tłumy ludzi
                                                      49
do grzechu, które patrzyły tak kokieteryjnie, tak
wyzywająco, które tak ssały w siebie grzech, widzisz,
jakie teraz są omdlałe, bez wyrazu, szkliste, straszne.
      Ale poczekaj. To tylko początek kary. Bóg karze
za grzech jeszcze przed śmiercią, już tu na ziemi. Ale
karze przede wszystkim po śmierci.
      Jeszcze cię nie pochowano, a już otwierają
flakony z perfumami, bo cuchniesz. Zaczyna się rozkład.
Ledwie odmówiono nad twoimi zwłokami, „Ojcze nasz”
a już słychać glosy: „Zanieście go do kostnicy! Nie
wolno go tu trzymać, zatruwa powietrze!…”
      Słyszysz? „Zatruwasz powietrze”, ty, przed
którym jeszcze wczoraj drżeli twoi podwładni, ty, który
prowadziłeś ludzi do grzechu, psułeś dusze – a teraz
zatruwasz powietrze!
      A człowiek chce walczyć, broni się przed
nicością: – nic nie pomoże. Nie wśród dzikich, ale w
Ameryce, w zamożniejszych sferach istnieje zwyczaj, że
umarłego malują, pudrują, wargi pięknie zszywają i
twarz zdaje się być tak świeża, rumiana, uśmiechnięta,
jak nigdy za życia – a jednak nic to nie pomoże! Co
następuje po pogrzebie? Co się stanie z tobą w parę
tygodni po pogrzebie? O tym nie będę mówił. Nie! Nie
będę mówił o tej garści popiołu, o tych kawałkach kości,
które nas pozostaną. Gdyby cię kto znalazł parę dni po
śmierci, zimny pot oblałby go z trwogi.
      Pomyśl: Na uboczu leży sosna, powalona
starością, albo siekierą drwala, czy się jej kto boi, czy
przeraża kogo zwalony dąb? Nikogo. Robimy z niego
meble, które dziesiątki lat zdobią nasze mieszkania,
50
liście dębowe rozrzucamy po pokojach, żeby miło
pachniały… A ciebie niosą do grobu, żebyś nie zatruwał
powietrza, trwogą napełnia widok twojego trupa!
      To, co człowiek sam stworzył, tego się nie boi.
Odnawiamy dawne, prastare pomniki, jeśli się
rozpadają, lubimy marzyć na ruinach zamków, marzymy
na gruzach, tylko szczątki człowieka są po śmierci takie
odpychające i wstrętne.
Teraz już możesz przyjść i pytać: „Co to jest grzech?” I
mówić, że to „tylko straszak w ręku księży!” Teraz
przyjdź i powiedz: „Cieszy mnie, sprawia mi
przyjemność ten, albo tamten grzech, niemożliwe, żeby
się Bóg gniewał z powodu mojego szczęścia”. Możesz
sobie tak mówić! Bracia! Czymże jest grzech, skoro
przez niego zesłał Bóg na swoje najpiękniejsze
stworzenie tak wielką karę, upokarzającą, straszną,
nieubłaganą śmierć! Boże mój! Jak bardzo musi Cię
obrażać grzech?!
       Bracia, będziecie jeszcze bardziej zdziwieni, gdy
powiem, że żył na ziemi człowiek, który był Bogiem.
Czy on też umarł? Tak. On też podporządkował się
okrutnej karze. Patrzcie: jak się krwawo poci na Górze
Oliwnej,     jakie   wstrząsające    słowa     modlitwy
wydobywają się z Jego ust: „Ojcze mój, jeśli to
możliwe, niech Mnie ominie ten kielich!” (Mt 26, 39).
Jaka była na to odpowiedź? Niemożliwe! Przejął na
siebie grzechy ludzkości, dlatego musiał przecierpieć
najstraszniejsze męki i oddać duszę wśród najbardziej
upokarzających znieważeń. Boże mój! Jak bardzo musi
Cię boleć grzech, jeśli się nie zlitowałeś nad Swoim
Synem Jednorodzonym?!
                                                     51
     Ale skoro się już spełniła ta wielka ofiara, kiedy
już Syn Boży umarł za nasze grzechy, to może już
skończy się kara i nie będzie więcej śmierci? Nic z tego!
Człowiek umiera, chociaż dokonała się ta wielka ofiara!
      A może przynajmniej ogień zatracenia wygaśnie?
Nie! Będzie się palii wiecznie!
       O, Panie, Panie! Więc, po co umierałeś? Czymże
jest odkupienie? Odkupieniem jest to, że ci, którzy chcą
(chcą!) dostać się do Boga, przez sakramenty święte,
otrzymują łaskę zmazania dawnych grzechów, zyskują
siłę, żeby obronić się przed nowymi pokusami, a Bóg
zlituje się nad nimi i będzie ich miłował. Kto nadal żyje
w grzechu, tego Bóg przemocą nie będzie ciągnął do
nieba, tego Bóg nie kocha, lecz nim gardzi, bo nie byłby
Bogiem, gdyby nie brzydził się grzechem.
      Bracia! Pytaliście się: czym jest grzech w oczach
Boga. Oto macie: tak wygląda grzech w oczach Boga!


                     *     *      *


      Najdrożsi w Chrystusie! Dzisiejsze kazanie
zakończę starą historią. W przepięknym hiszpańskim
mieście Toledo, Karol V, król hiszpański, nad którego
olbrzymią krainą nigdy nie zachodziło słońce, zwołał
swoich doradców. Naturalnie nie brakło wśród
zebranych księcia Gandii: Franciszka Borgia…
Wiecznie nie można radzić nad trudnymi sprawami
rządowymi. Po długim, uciążliwym dniu należy się
zebranym magnatom trochę wypoczynku! Wieczorami
52
więc wśród wesołego grona podnoszono puchary
napełnione czerwonym winem, dostojne damy w
jedwabiach, seledynowych i błękitnych szatach, wesoło
tańczyły przy dźwiękach ognistej, andaluzyjskiej
muzyki. Gdy wtem nagle… wchodzi nieproszony gość,
spojrzał wprost w oczy przepięknej królowej Izabeli. Na
kogo raz spojrzał pustymi oczodołami, do kogo
wyciągnął kościstą rękę, uzbrojoną w kosę śmierci, ten
więcej nie otworzył oczu. Tak umarła czarująca królowa
Izabela.
      Pogrzeb odbył się w Granadzie, ciało złożono do
krypty, a książę Borgia otrzymał polecenie, aby wpierw,
zanim złożą trumnę do grobowca, przekonał się, czy
wszystko urządzono według dworskiej etykiety. Po kilku
dniach zdejmują wieko z trumny, książę wzruszony
załamał ręce i zawołał: Izabelo! To ty? To ty, tak niegdyś
cudowna, a teraz taka zmieniona, trup nie do poznania,
o Izabelo! Wszystko jest marnością, jedno tylko jest
słuszne: żyć duchowo, według przykazań wiecznego
Boga…
      Wzruszony Franciszek Borgia wrócił z pogrzebu
do poprzedniego swego zajęcia, na tron regenta
Katalonii, ale jak żył… Bracia! – tak żył wśród swoich
trudnych obowiązków, że się stał wielkim Świętym
Kościoła.
      Oto, Bracia! – jesteśmy przy końcu kazania…
Rozpoczynaliśmy od ubezpieczenia uśmiechu artystki
amerykańskiej, kończymy na królowej Hiszpanii,
gnijącej w trumnie…
      Panie Boże, dopomóż nam przejść bez grzechu

                                                       53
nasze ziemskie życie, ubezpiecz nasz uśmiech – ale nie
na dziesięć lat, ale tak, ż e b y n a s z y m u d z i a ł e m
był uśmiech i pogoda dusz wiernych,
zdążających do Ciebie, do wiecznej
s z c z ę ś l i w o ś c i . Amen.


          O PIERWSZYM PRZYKAZANIU.


                             V.


         „JA JESTEM PAN I BÓG TWÓJ!”


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Na starej drodze, prowadzącej do     Aten, dość
daleko od złocistego Akropolu, z dala od niezliczonych
bogów pogańskich, stał prosty ołtarz. Na opuszczonym
kamieniu były wyryte tylko te dwa słowa: ΑΓΝΩΣΤΩ
ΘΕΩ – „nieznanemu bogu”. Nie zdobiły go ani posągi z
marmuru, ani kwiaty, żaden z podróżnych tu się nie
zatrzymywał, by złożyć ofiarę…
      A jednak… pewnego dnia, nieznajomy wędrowiec
usiadł przy ołtarzu… Z daleka, z bardzo daleka musiał
przybyć, z wyglądu można było poznać, że nie jest
Grekiem. Stał milczący i błyszczącymi oczyma długo
spoglądał w stronę Aten… W myślach widział straszny
moralny i religijny upadek miasta… Naokoło gnuśne
tłumy… rozpasane, zmysłowe życie, nieokiełzaną chęć
54
rozkoszy i ciemne bałwochwalstwo: ulice, domy
świątynie przepełnione kamiennymi bożkami. Bożkami
niemymi, bożkami, którzy sami również są
przedstawicielami rozpusty. Bogami – bałwanami.
Niewymowny ból ścisnął serce zamyślonego
podróżnego, świętego Pawła, który wszedł do
pogańskiego miasta i – jak mówi Pismo Święte: „burzył
się wewnętrznie na widok miasta pełnego bożków” (Dz
17, 16). Stanął w środku Aeropagu, wśród
epikurejczyków, głoszących nieograniczoną wolność
używania, wśród stoików o materialistycznych
przekonaniach, zaczął opowiadać „Nieznajomym Bogu”,
o Jezusie Chrystusie. „Mężowie ateńscy – przemówił
Paweł… – Przechodząc bowiem i oglądając wasze
świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z
napisem: „Nieznanemu Bogu”. Ja wam głoszę to, co
czcicie, nie znając.” (Dz 17, 22 – 23). Z zapałem, na jaki
było stać świętego Pawła, zaczął opowiadać
pogrążonemu w rozpuście i bałwochwalstwu miast o
jedynym, prawdziwym Bogu.
      Bracia, przydałby się i nam dziś zapał św. Pawła, i
dziś potrzeba nam miłości, jaka płonęła w jego sercu,
gdy idziemy do wyuzdanego świata z Dziesięciorgiem
Bożych Przykazań, i chcemy te podstawowe prawdy
zaszczepić w dzisiejszym społeczeństwie.
       „Ja jestem Pan Bóg twój. Nie będziesz miał
innych bogów przede mną”. Tak brzmi pierwsze
Przykazanie Boskie. Ale co tu mówić! Co wie człowiek
dzisiejszej doby o czci oddawanej Bogu? Czy ból nie
ściska tak naszych serc, jak świętego Pawła, skoro
widzimy, że prawdziwego Boga spotkał wśród nas
                                                       55
podobny los, jak i ów opuszczony ołtarz przy drodze
ateńskiej? Dzisiejsze tłumy biją głębokie pokłony, ale
przed bałwanami pogańskimi!
      Bracia! Kazanie dzisiejsze, i wyznaczone na
przyszłą    niedzielę, poświęcimy     podwójnemu
zagadnieniu. Dzisiaj będziemy rozważali: J a k i e
powinien mieć człowiek przekonania
o Bogu? Na przyszłą zaś niedzielę:
Co myśli większość ludzi o Bogu?
       „ J a j e s t e m P a n i B ó g t w ó j ! ” – brzmi
pierwsze Przykazanie Boskie, a zaraz po pytania: Po
pierwsze: j a k t o r o z u m i e ć , ż e B ó g j e s t
n a s z y m P a n e m ? Jaki powinien być stosunek
pomiędzy Bogiem, a człowiekiem? Następnie: J a k i e
siły życiodajne tkwią w tej myśli, że
Bóg jest naszym Panem i Ojcem?


                            I.


       „Ja jestem Pan i Bóg twój!” – odzywa się
nieśmiertelny głos boży wśród grzmotów i obłoków na
górze Synaj, a śmiertelny człowiek słucha ze spuszczoną
głową. Śladami boskiego słowa przesuwa się przed nami
cała nasza słabość, nasze niedołęstwo. Przeszły tysiące,
setki tysięcy, miliony lat, w których oprócz Boga nie
było nic innego… Tylko majestat Stwórcy, z Jego
słowem „niech się stanie!…” Nasze przyjście na tę
Ziemię jest jak zjawienie się małej muszki na wielkim
globie. Nasza śmierć, jak zniknięcie jednego pyłku z
ziemi.,. Ale ponad tym wszystkim stoi d u s z a
56
powołana do życia wiecznego, dusza,
która z rąk Boga wzięła początek i
do Niego dąży.
      „Ja jestem Pan, Bóg twój!” – brzmi głos Pana.
Każde uderzenie mego serca, każde tętno, wszystkie
moje pragnienia, westchnienia są tylko echem, które
wzmacnia potęgę słów Pańskich. Z tej prawdy radosnej,
że należę do Boga, wypływa podwójny obowiązek:


         1)Miłować Boga
         2)Żyć w Bogu.


      1) M i ł o w a ć B o g a ! Kochamy Pana
Boga – łatwo wymawiać te słowa, ale uważajmy, żeby
nie były kłamstwem w naszych ustach.
       Bracia, patrzcie, nasza dusza jest uwięziona w
ciele. Z tego wynika, że chcielibyśmy wszystkiego
doświadczyć za pomocą naszych zmysłów, to znaczy
widzieć, słyszeć, dotknąć, a to, co bezpośrednio nie
podpada pod nasze zmysły, pozostaje dla nas pojęciem
oderwanym, niejasnym, mglistym.
      Dlatego to mówię, Bracia! – żebyśmy się mieli na
baczności! Boga nie widzimy, nie słyszymy, nie czujemy
naszymi zmysłami, a po mimo to mamy Go kochać
ponad wszystko! Jak to? Kiedy kocham Boga ponad
wszystko? Może wtenczas, kiedy moja dusza rozpływa
się w światłości nadziemskiej, w radosnej kontemplacji,
kiedy mam poczucie spokoju w obecności bożej, gdy
myślę o Bogu? Bynajmniej. Pan Jezus wyraźnie uczy:
                                                    57
„Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do
królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę
mojego Ojca, który jest w niebie.” (Mt 7, 21).
      „Miłuj Pana Boga z całego serca, z całej duszy, z
całej myśli, ze wszystkich sił swoich” – oto jest
podstawowy filar etyki Chrystusowej. Czy wiecie, kto
kocha Boga? Czy wiecie, co to znaczy serce, dusza,
rozum, siła? To znaczy cały człowiek, przez całe życie!
       2) Doszliśmy więc do drugiej zasady, z a w s z e
ż y ć z B o g i e m , z Jego myślą, wszędzie obecną,
wszystko ogarniającą. Jestem z Bogiem w dzień
powszedni, w niedzielę, zawsze! Jestem z Bogiem –
niech ta myśl towarzyszy mi w fabryce, w sklepie, w
biurze, w szkole! Jestem z Bogiem – niech mam to
przekonanie przy pracy, kiedy piszę, w warsztacie, w
kuchni, w kościele, w miejscu rozrywek! Jestem z
Bogiem – kiedy noc rozciąga nade mną swój Czarny
całun. Czy wiecie, kto kocha szczerze Pana Boga? Ten,
kto w każdej chwili dnia, wśród jakiegokolwiek zajęcia
jest zawsze gotów stanąć na wezwanie Boga. Ten, kto,
skądkolwiek by go wezwano, może śmiało przystąpić do
Komunii świętej bez poprzedniego oczyszczenia swojej
duszy.
      Możemy powiedzieć śmiało: jesteśmy rodzajem
boskim! Żyje w nas jakaś iskra boża, jeden promyk,
jedna kropla boża i ta iskierka pragnie wrócić do
wiecznego źródła ognia; ten promyk ucieka z powrotem
do nieograniczonego ogniska światłości; ta kropla
wyrywa się wszystkimi siłami do bezbrzeżnego oceanu
życia. Niezrównany znawca tajników serc ludzkich,
święty Augustyn, tak pisze w swoich „Wyznaniach”:
58
„Dla siebie stworzyłeś nas, Boże, i niespokojne jest
serce nasze, póki nie spocznie w Tobie”.
Tak jest, Panie, Ty jesteś naszym Panem i Bogiem!


                          II.


   Ale jeśli tak jest, Bracia! – t o s t ą d p ł y n ą
na nas nieocenione źródła energii
wzmacniającej.
      Z tego, że Bóg jest naszym Panem, wynika nie
tylko Jego prawo do nas, to znaczy, że może nam
rozkazywać, że ma bezwzględną władzę, ale i to, że
człowiek bez wahania, bez rozumowania powinien się
poddać Przykazaniom Bożym. Tak jest, ale wynika
jeszcze i to, że jeśli będę wiernym, oddanym synem dla
swojego Ojca Niebieskiego, znajdę w Nim taką podporę,
na której zawsze śmiało mogę się
oprzeć,          chociażby         się     podniósł
przeciwko mnie cały świat.
      Tak, Bracia! Ponieważ jednak są i tacy, którzy
myślą, że wiara w Boga popłaca tylko na drugim
świecie, dlatego szczególniej chcę Wam zwrócić uwagę,
że wiara w Boga już tu na ziemi przejawia swoją
niezrównaną moc i wywiera swój wpływ.
      Przypomnijmy sobie jeden wspaniały epizod z
Ewangelii: Pan Jezus zmęczony nauczaniem wsiadł pod
wieczór do łodzi z uczniami Swoimi. Niebo było ciche i
czyste… Nawet skrzydła ptaka nie mąciły spokojnego
powietrza… Pod wpływem rytmicznych uderzeń wioseł
                                                    59
łódź spokojnie płynie po falach… a Pan, zmęczony
Chrystus, zasypia… Nagle, skądś powstał wicher…
Pędzą chmury… Jeszcze większy wiatr, fala uderza
coraz silniej… Burza… Huragan… Trzeszczą ściany
łodzi, bałwany przelewają się ponad nią…, zmęczeni
Apostołowie wylewają wodę, ale na próżno. W końcu
budzą Pana. Z Ewangelii świętego Mateusza znamy
nawet ich trwożliwe wołanie, które może i nam posłużyć
za wzór prośby do Boga: „Panie, ratuj, giniemy!” (Mt
8, 25). Pan otwiera oczy i mówi: „Czemu bojaźliwi
jesteście, małej wiary?” (Mt 8, 26).
       Małej wiary! Tylko te słowa powiedział Pan,
kiedy koło Niego szalał orkan! Małej wiary – mówi Pan.
Może sobie pomyślał: To oni mają być apostołami? Ich
mam wysłać na podbój świata? Piotra do Rzymu, Jakuba
do Hiszpanii, Andrzeja do Tracji? Oni mają się stać
kiedyś pastwą dzikich zwierząt? Żebyście nie
zapomnieli, co to znaczy być z Chrystusem, co to znaczy,
że Bóg jest z wami – staje Pan na przedzie tonącej łodzi,
stoi jak posąg… rozkazuje morzu, a burzliwe fale tulą
się do Jego stóp, ulegle, jak myśliwski pies, który
zanadto się rozpędził za zwierzyną i musi wrócić na
rozkaz pana. Chwila, a wzburzona powierzchnia morza
lśni znowu cudownym spokojem…
      Bracia! Czy potrzeba wam jeszcze dłużej
tłumaczyć, co znaczy: „Jam jest Pan, Bóg twój!”?
Oznacza to wszechwładną potęgę, jeśli Bóg jest ze mną,
znaczy, że Pan na szalejących falach pokus, w cichej
krainie grobów, woła do mnie: Czego się boisz małej
wiary? Jam jest z tobą!
      a) C o t o z n a c z y w p o k u s i e , że „ze
60
mną jest Pan”?
      Bracia, co dawało siły dawnym męczennikom
naszej chrześcijańskiej wiary, że broczyli krwią na
arenie rzymskiego Koloseum? – Z nimi był Pan!
      Bracie, który mieszkasz w drapaczu nieba, w
nowoczesnym mieście i stoisz niezachwianie na straży
życia chrześcijańskiego, kiedy koło ciebie wszystkich
pochłaniają fale kultu złota, przekleństwa, rozpusta, o,
nie chwiej się, wytrzymaj – z tobą jest Pan!
      Bracie! Ty szesnastoletni uczniu rzemieślniczy,
kiedy w poniedziałek rano idziesz do fabryki, a z tobą
idzie dwustu twoich kolegów, z których może tylko ty
byłeś wczoraj na mszy świętej; może tylko ty jeden nie
hulałeś ubiegłej nocy; oni twojego Chrystusa, twoją
wiarę, twoje życie cnotliwe całymi dniami potrafią
wyśmiewać – Bracie, ty szesnastoletni uczniu, nie
zachwiej się – bo z tobą jest Pan!
      Powiem więcej.
       Pamiętajcie, że rozgoryczony prorok prosił w
Starym Testamencie o ogień zniszczenia na grzeszną
Niniwę. Znacie również legendę z „Quo vadis”. Święty
Piotr uważał, że bezcelowa jest dalsza walka z podłością
pogańskiego Rzymu i postanowił uciec z miasta. Ale po
drodze, w pobliżu Rzymu, napotkał broczącego krwią
Chrystusa, który niósł krzyż na ramionach: z ust
zdziwionego Piotra wyrwały się słowa: „Quo vadis,
Domine?” – Panie, dokąd idziesz? – „Idę do Rzymu,
żeby się dać powtórnie ukrzyżować”. Nauka
poskutkowała, święty Piotr powrócił do miasta.
      O, Bracia! Ileż to razy i na nas, którzy pracujemy
                                                     61
nad rozszerzaniem nauki Chrystusowej, przychodzi
zwątpienie; ileż razy wyrywa się z ust naszych skarga
rozgoryczenia: „Panie, ognia, siarczystego ognia na ten
wstrętny, zepsuty świat!” Ileż razy duszą naszą chce
zawładnąć słabość, jaka chwilowo opanowała świętego
Piotra: „Precz, daleko od tego zepsutego, morową zarazą
zakażonego świata!” Wtenczas przypominamy sobie, że
„z nami jest Pan”, który rozkazuje falom i wiatrom. Przy
chodzi nam na myśl, że z nami jest Chrystus, pod
którego stopami trawy rosną nawet na piaskach, a lilie
kwitną nawet na bagnach.
      Tak, jeśli z nami jest Pan!
      Czy czujecie już teraz, Bracia, jakie znaczenie
wśród walk, trudności duchowych, wśród pokus i w
chwilach zwątpienia, ma dla nas wiara w Boga?!
      b) Ale chcę rozwinąć jeszcze jedną myśl. Co to
znaczy, że i w c i c h e j k r a i n i e g r o b ó w j e s t
z nami Pan?
      Nazajutrz po pogrzebie, ze ściśniętym od bólu
sercem, klęczymy na grobach naszych ukochanych osób,
pożółkłe liście spadają cicho z drzew… lecą w mglisty
wieczór listopadowy, a duszę naszą ogarnia przykra
melancholia, poczucie nicości…
      Nie, nie, Bracia! W górę czoła! Wiecie, co to
znaczy, że mam Boga? To znaczy, że żyję nawet poza
grobem! Koło mnie wszystko marnieje, rozkłada się,
wali… a jednak: jeśli jest Bóg, musi być życie wieczne!
      Myśl o życiu wiecznym nadaje wspaniały urok
chrześcijaństwu! Odrzucić ją? Cóż pozostanie? Pięknie
zbudowany system o miłości, o przyjściu Chrystusa, o
62
pokoju, ale zabraknie fundamentu, na którym stoi gmach
wiary. Bez świata pozagrobowego, bez przygotowania
się do życia wiecznego, chrześcijaństwo jest tylko
zabawką, poezją, ozdobą, ale nie potrafi dodać sił, kiedy
zbliżają się pokusy.
      Stąd wynika jeden ciekawy objaw: Grzeszni
synowie zdemoralizowanego świata umieją wesoło żyć,
ale z rozpaczą umierają. Chrześcijanie zaś poważnie
żyją, ale spokojnie umierają! Spokój daje im myśl o
świecie pozagrobowym. Tam, gdzie nie pomoże ani
nauka, ani sztuka, ani lekarz, ani apteka, ani adwokat,
ani krewny, ani przyjaciel – przy łożu śmierci, gdzie
skarby i przepych, piękność i potęga, sława i poważanie
opuszczą konającego, nie pozostaje żadna idea, która by
dodała siły, prócz tej jedynej, że jest Bóg! Dla kogo Pan
był Bogiem dla tego śmierć nie oznacza końca, ale
początek, nie jest okropnością, ale bramą, przez którą
trzeba przejść, bo po ojczyźnie ziemskiej czeka nas
ojczyzna wieczna, po wstępie następuje książka, po
przerwaniu nici życia następuje narodzenie się do
nowego żywota. Opowiadał mi pewien stary lekarz: „W
ciągu mojej pięćdziesięcioletniej praktyki widziałem
tysiące umierających. Byli tacy, którzy konali głucho, z
jakąś rezygnacją zwierzęcą, inni – z bezsilnym
gniewem, z rozpaczą, z bluźnierstwem, z drżeniem
czekali przybycia śmierci. Tylko jeden rodzaj
konających spoglądał zawsze spokojnie, z równowagą w
oczy śmierci, byli to wierzący katolicy.”
      Tak, Bracia! Czy wiecie, dlaczego wierzący
człowiek może spoglądać spokojnie w oczy nawet samej
śmierci? Dlatego, bo w ciemnościach świata istnieje dla
                                                      63
niego promień nadziei, pociechy, bo na tonącego czeku
przystań.
       Niedawno, wszyscy ze wzruszeniem czytaliśmy o
wstrząsającej katastrofie, której na wybrzeżach Brazylii
uległ wielki, włoski okręt „Principessa Mafalda”. Okręt
rozbił się wśród bardzo ciemnej nocy, rozsadziło
motory, i 1200 podróżnych znalazło się w obliczu
śmierci. Całymi godzinami walczono ze śmiercią, a
okręt pogrążał się coraz więcej; kiedy panika wśród
pasażerów dosięgła szczytu, nagle w ciemnościach nocy
zabłysnął w dali promień światła z reflektorów okrętu
„Formosa”, który spieszył na pomoc. Rozbitkom ciężki
kamień spadł z serca. Wprawdzie niedługo potężny
kadłub okrętu „Principessa Mafalda” pochłonęły czarne
fale, ale większość podróżnych ocalała.
       Czy nie takim jest i życie ludzkie, Bracia! Czy nie
taki jest lęk umierającego przed śmiercią? Ale czy nie
taka jest i gwiazda naszej nadziei? Wprawdzie grób
pochłonie śmiertelnie zranione ciało, ale duszę moją
czeka światłość boska. Czeka, jeśli żyłem zgodnie z
pierwszym Przykazaniem Bożym: „Ja jestem Panem,
Bogiem twoim!”.


                     *      *     *


      Kochani Bracia! Porównaniem z nowoczesnego
życia chciałbym zakończyć dzisiejsze kazanie.
     W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej
żyje 120 milionów ludzi, którzy mają 20 milionów
64
samochodów. Można powiedzieć, że nie trudno tam
kupić auto, ale znaleźć dlań miejsce postoju. Gdyby te
wszystkie auta zatrzymały się na chwilę, nie można by
przejść przez ulicę. Na każdym kroku czytamy tego
rodzaju napisy: „No parking here” – „tu nie można się
zatrzymać”. Jeśli gdzieś chcemy wysiąść, kilkanaście
minut musimy się kręcić autem po sąsiednich ulicach,
zanim znajdzie się miejsce, gdzie można stanąć. Zdarza
się i to, że ktoś wysiadł, a i wraca z powrotem, nie może
znaleźć, wśród wielu aut, swojego wozu.
      „No parking here”, „tu nie wolno wysiąść” –
brzmi w naszych uszach na każdym kroku napomnienie
naszej świętej wiary. Chociaż się nam bardzo dobrze
powodzi na ziemi, chociaż instynkt, pycha, namiętność
chcą opanować ciało i duszę – „no parking here” – „tu
nie wolno się zatrzymywać”, nie wolno oddać się
całkowicie życiu ziemskiemu! Uważaj przy wysiadaniu
na dworcach złota i przyjemności, bo nie znajdziesz
swojego wozu, którym masz się udać do żywota
wiecznego!
     „W takim razie lepiej nie wiedzieć                o
nowoczesnym życiu, o nowoczesnej kulturze!”
      Nie, nie!
      Bracia! Głęboka, religijna kultura wieków
średnich wyrosła w cieniu gotyckich kościołów,
wtenczas było to naturalne. Czy mamy wrócić do
wieków średnich? Nie! Naszym zadaniem jest rozwijać
nową religijną kulturę w cieniu fabrycznych kominów,
wśród warkotu milionów maszyn.
      Nie wolno nam być pesymistami! O żadnej epoce
                                                      65
nie możemy powiedzieć, że jest zupełnie bezbożna. Jeśli
z nami jest Chrystus, aż „do skończenia świata” – to
rozciąga się to i na wiek XX.
      Bądź nowoczesnym człowiekiem, korzystaj z
wynalazków rozumu, pielęgnuj wiedzę, kochaj sztukę –
wszystko to dobre… tylko nie zapomnij o jednym: „no
parking here” – nie tu jest twoja ostatnia stacja, nie
technika jest twoim bogiem, nie wiedza, nie sztuka, nie
przyjemność – dla nas Bogiem jest na zawsze nasz
najwyższy Pan. Pokażmy w życiu, że potrafimy być
nowoczesnymi wyznawcami wiary katolickiej, że
potrafimy pogodzić Dziesięcioro Bożych Przykazań z
samolotami, z turbinami, że luki katedry kolońskiej
harmonizować będą z kominami żelaznych hut z okolic
Renu; że sklepienia świątyni Mariackiej w Krakowie nie
będą stanowić dysonansu z turkotem dynamomaszyny…
Po co mówić dalej? Nowoczesny człowiek potrafi z
pokorą skłonić głowę przed wiecznie żywymi słowami
Pana: „ J a m j e s t P a n , B ó g t w ó j ! ” Amen.




66
                         VI.


   „NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH
              PRZEDE MNĄ!”


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Dzisiaj będę mówił o bałwochwalcach.
      – Jak to? Nie rozumiemy dobrze?!… O czym?
      – O bałwochwalcach!
      – O jakich bałwochwalcach? Czy o szczepie
Indian z plemienia Sioux, tańczących przed totemami?
Czy o Hotentotach, lękających się fetyszów?
     – Nie, nie! Będę mówił o budapeszteńskich
bałwochwalcach!
       O budapeszteńskich bałwochwalcach? proszę!…
Czy można na serio twierdzić, że w cywilizowanym XX
wieku, w ośrodku najnowocześniejszej kultury, obok
bibliotek, szkół, uniwersytetów, laboratoriów są ludzie
oddający cześć bałwanom?
      Zaraz zobaczymy, drodzy Bracia i Siostry!
Wpierw odpowiedzmy na pytanie: Co nazywamy
bałwochwalstwem? Bałwochwalczy jest każdy czyn,
każde słowo, każdy krok, jeśli rzeczom stworzonym
oddaje cześć i kult należny Bogu. Dawni poganie czcili
kamienie, figurki z drzewa, słońce, gwiazdy, krowę,
czarnego byka, kota – wzdrygamy się na samą myśl o
                                                    67
tym. Żydzi – czytam – w Starym Testamencie – kiedy
przestali oddawać cześć prawdziwemu Bogu, kłaniali się
Baalowi, Dagonowi, Molochowi i złotemu cielcu, Co za
straszny upadek! – Człowiek cywilizowany wprawdzie
tego nie czyni…
      Ale!…
       Żeby popełnić bałwochwalstwo, do tego nie
potrzeba kamiennego, czy drewnianego posągu, przed
którym mielibyśmy się kłaniać; bałwochwalstwem jest
już, skoro coś kochamy i stawiamy wyżej od Boga, jeśli
w czymś pokładamy większą ufność, aniżeli w Bogu.
Bóstwem dla nas jest to, co zajmuje w naszym sercu
pierwsze miejsce. Skoro tak, to w czasach dzisiejszych
musimy stwierdzić smutne zjawisko. Wprawdzie w
naszych miastach nie stoją posągi bóstw, jak na
ołtarzach Grecji czy Rzymu; w mieszkaniach naszych
nie ma 30 tysięcy bałwanów, jak w Panteonie, ale jeśli
zajrzymy w tajniki naszych serc, do głębi naszej duszy,
do systemu naszego myślenia, z przerażeniem musimy
stwierdzić, że wielu ludzi, zarówno biednych, jak
bogatych;     uczonych    jak    i   prostaków,    jest
bałwochwalcami. Aż strach pomyśleć, jak wiele
bałwanów szczerzy ku nam zęby z duszy nowoczesnego
człowieka!
     „Jam jest Pan, Bóg twój! Nie będziesz miał
bogów cudzych przede mną!” – brzmi pierwsze
Przykazanie. Zeszłej niedzieli rozpatrywaliśmy pierwszą
połowę tego przykazania; weźmy teraz drugą.
Mówiliśmy o tym, w jaki sposób człowiek powinien
myśleć o Bogu. Dzisiaj przypatrzmy się, j a k
naprawdę         myśli         o     Bogu       wielu
68
współczesnych            ludzi.      Przyjrzyjmy się
rozmaitym grupom ludzi i przekonamy się z
przerażeniem, jakiego spustoszenia dokonało różnorakie
bałwochwalstwo.


                            I.


       Drodzy Bracia i Siostry! Rozpocznijmy nasze
spostrzeżenia od typu najbardziej godnego politowania
od człowieka nowoczesnego, którego przycisnęła twarda
ręka życia, pogrążonego w troskach, związanych z pracą
o chleb. Na każdym kroku spotykamy bliźnich, o
których sądząc z pozoru, moglibyśmy powiedzieć, że
pozbawieni są wiary, że nie znają
B o g a ! I czy rzeczywiście nie mają wiary?! O nie! Czy
dzisiejszy człowiek nie uznaje Boga? Takich ludzi
znajduje się zaledwie kilku! Więc jakim jest człowiek
nowoczesny? Jest to ptak, któremu podcięto skrzydła, –
orzeł przykuty do ziemi, – parias schylony nad skibą
nieurodzajnej roli. Przy szalonym tempie nowoczesnego
życia, nie ma czasu zastanawiać się nad swoją duszą,
nad Bogiem. Zdaje mi się, że to trafne spostrzeżenie!
Dzisiejszy, tak zwany „niewierzący” człowiek nie jest
zatwardziałym ateuszem, nie ma tylko czasu, żeby
chociaż d z i e s i ę ć m i n u t p o ś w i ę c i ć P a n u
Bogu.
       Gdyby miał na to choć dziesięć minut, to nie
tylko, że nie byłby bezbożnym, ale stałby się na wskroś
katolikiem, upadłby na kolana przed majestatem
prawodawcy z góry Synaj.
                                                        69
     – Czy to prawda? Czy wystarcza na to dziesięć
minut? – pytasz zdziwiony.
       – Tak, wystarcza! Krótkie rozmyślanie, jedno
głębokie zastanowienie się może nieraz wystarczyć, aby
tak zwany niewierzący stał się chrześcijaninem
katolikiem.
      Może mi nie wierzycie? Otóż starajmy się
przekonać, że tak jest w istocie! (według Pierre l'Ermite)
Starajcie się skupić przez kilka minut.
      – A więc, Bracie, czy zupełnie nie wierzysz?
      – Nie! W nic nie wierzę!
      – Otóż, patrz, jeślibyś się znalazł na pustyni
Saharze i zobaczyłbyś na piasku guzik, lub gdybyś się
dostał na biegun północny i znalazł tam zardzewiałą
stalówkę, co byś pomyślał?
      – Myślałbym, że tędy musiał przechodzić
cywilizowany człowiek.
      – Całkiem słusznie! Znasz okrzyk Kolumba,
który, gdy po długiej, beznadziejnej żegludze zobaczył
zwęglone polano na falach morza, zawołał: Ziemia!
Ziemia!
      Otóż mój Przyjacielu, gdy obserwuję zawrotny, a
jednak regularny bieg ciał niebieskich, albo badam
niesłychaną celowość budowy skrzydeł motylich, gdy
zastanawiam się nad wspaniałym mechanizmem
wszechświata, albo gdy patrzę na artystyczną budowę
gniazdka sikorki, również nie mogę powstrzymać
okrzyku: „Niebo! Niebo! Bóg! Bóg!”
      Gdyby wszechświat był tylko mechanizmem,
70
który trzeba by co siedem dni nakręcać, to i wtedy nie
mógłbym go sobie wyobrazić bez mechanika i stwórcy.
Słabe to porównanie, nieprawda?! Co tydzień trzeba
świat nakręcać? Gdzie tam! Całe tysiąclecia, a może
setki tysięcy lat idzie z godną podziwu punktualnością!
      Na to powiesz:
      – Tak, idzie, ale ma i wady!
       – Owszem. Podobnie i słońce ma plamy. Ale
właśnie te braki wykazują słuszność twierdzenia, że
wszystkie drogi kończą się u stopni tronu bożego. Patrz,
cierpienie, kłopoty, trudy i znoje, patrz… patrz… a na
pewno powiesz: Jeśli nie ma Boga, jeśli nie istnieje
życie pozagrobowe, to świat jest podobny do domu
wariatów! Rozum mój, serce moje, myśli moje i uczucia
znajdują ukojenie tylko w zrozumieniu słów, danych na
górze Synaj: Jam jest Pan, Bóg twój!
      – Dobrze, przyznaję, że jest Bóg, ale wy głosicie,
że człowiek ma duszę!…
      – A więc, o to ci chodzi? O duszę? Otóż
posłuchaj, proszę: Czy nigdy nie czułeś w sobie rozterki,
czy nigdy nie zawahałeś się pod wpływem kuszących
obietnic, czy nigdy nie toczyłeś ze sobą ciężkiej walki?
      – Tak, to prawda, jakaś wielka walka…
      – Otóż widzisz. Ciało twoje zmagało się? Z kim?
Przecież do walki trzeba dwóch przeciwników! Kiedy
od strony Włoch piekło ognia frontowego zalało
węgierskie wojsko, stojące na brzegach Isonzo, ludzie
drżeli z przerażenia i chętnie byliby się skryli w
okopach, i kto rozkazał tym znużonym żołnierzom iść
                                                      71
„naprzód do boju!” Czyż nie dusza, która potrafi rządzić
i ciałem?
      – Tak, tak… Ale między Bogiem i człowiekiem,
między niepojętą wielkością, a znikomym pyłkiem leży
niezgłębiona przepaść? Czy Bóg pełen majestatu
troszczy się to, co się dzieje z maleńką ziemią i z jeszcze
drobniejszymi jej mieszkańcami, jak żyją, czy walczą,
co robią, co mówią, o czym myślą? Czy to Bogu nie
obojętne?
       – Otóż, patrz, Bracie! Czy nie jest tak samo i z
nami ludźmi, jeśli coś uplanowaliśmy sobie, jeśli
wykończyliśmy jakiś dramat, posąg, gmach, książkę,
obraz, to losy tych dzieł obchodzą nas i po skończeniu.
Co się z nimi stało? W czyich są rękach? Jakie ich
dalsze dzieje? Umysł twórczy zajmuje się losem nawet
martwych przedmiotów, obrazów, budowli, domów,
posągów. Cóż dopiero mówić losie dzieci, o stosunku
macierzyńskim, ojcowskim?… Czy znajdzie się matka,
która by się nie interesowała losami syna, żyjącego na
obczyźnie? Czy jest matka, która by patrzyła obojętnie,
jak jej córka prowadzi rozwiązłe życie? A więc jeśli tak
jest z nami, ludźmi, czy nieskończenie dobry Bóg może
postępować inaczej? Czy miałby Go nie obchodzić nasz
los? Czy tylko Jemu ma być obojętne, czy żyjemy
cnotliwie, czy też grzęźniemy po uszy w bagnie
zepsucia?
      – Tak, tak… Ale kiedy tyle rozmaitych wyznań
jest na świecie, często sprzecznych między sobą, to w
końcu najlepiej nie słuchać żadnego…
      – No, tego bym nie twierdził! Patrz, kochany

72
Przyjacielu, ludzie kłócą się nawet o sposób odżywiania.
Jedni mówią, że obiad bez mięsa nic nie wart, a inni
twierdzą, że właśnie mięso jest bardzo niezdrowe! Więc
z powodu tak różnych zdań sądzisz, że najroztropniej
było by wcale nie jeść?
      – No, dobrze, niech tam będzie jakaś wiara, czy to
jednak nie wszy jedno, jakiego jestem wyznania?
Przecież każda religia chce dobra, każda jest jakby
gwiazdą, która przyświeca na niebie temu samemu
Bogu.
      – Istotnie: każda jest jakby gwiazdą. Wszyscy
lubimy piękno gwiazd. Jednak, żeby czytać, żeby
pracować, żeby śmiało iść drogą, czy wystarcza nam ich
światło? Nie! Potrzeba nam słonecznego światła,
Chrystusa, prawdziwego Chrystusa! Czy to nie wszystko
jedno, jaką wyznaję wiarę? Nie! Dwa razy dwa może
być cztery, albo niech sobie będzie i pięć, ale
jednocześnie nie może być i cztery i pięć. To samo
można zastosować do twierdzenia: obojętna rzecz, jaką
wyznaję wiarę. Żydowskie prawo religijne Starego
Zakonu mówi: oko za oko, ząb za ząb… Chrystus mówi:
jeśli kto uderzy cię w policzek prawy, nadstaw mu i
lewy – otóż z tych dwóch praw, jedno musi być fałszywe!
Koran naucza: miej tyle żon, ile możesz utrzymać;
Chrystus znów nakazuje: możesz mieć tylko jedną żonę
i tylko śmierć może cię z nią rozłączyć. Otóż jeden z
tych nakazów musi być nieprawdziwy. Wiara katolicka
uczy, że w Przenajświętszym Sakramencie jest obecny
sam Pan Jezus, bo wierzy słowom Chrystusa, ale są
wyznania chrześcijańskie, które wbrew słowom
Chrystusa nauczają, że Przenajświętszy Sakrament, to
                                                     73
tylko pamiątka, tylko kawałek chleba i nic więcej. Otóż
jedno z tych twierdzeń musi być fałszywe! Skoro tylko
jedno jest prawdziwe, więc muszę wybierać.
Zastanawiam się nad danymi i nie pozostaje mi nic
innego, tylko wybrać katolicyzm. Swojego czasu ktoś
trafnie powiedział: Człowiek albo jest niewierzącym,
albo katolikiem!
       Oto, Bracia i Siostry! Popatrzcie na zegarek.
Mówiłem przez dziesięć minut i przez ten czas
przeszliśmy z niewiary do naszej świętej wiary, do
religii katolickiej. Ale niestety: wielu dzisiejszych ludzi
nie chce ani dziesięciu minut czasu poświęcić swojej
nieśmiertelnej duszy i pozostają niewierzącymi.


                            II.


       Drodzy Bracia! Ale to jeszcze nie koniec.
Przyjrzawszy się grupie niewierzących, musimy parę
minut poświęcić i drugiej grupie, do której należą
katolicy z metryki, z chrztu, ale którzy w
praktycznym           życiu     zapomnieli      o
Dziesięciorgu Bożych Przykazaniach:
„Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!”
      Przypatrzcie się kilku takim obrazkom z życia
takich ludzi.
      A) Siedzę w przedziale międzynarodowego
ekspresu. Razem ze mną jedzie jakaś wychowawczyni z
dwojgiem małych dzieci, i jakaś wykwintnie ubrana
dama, żona bardzo bogatego ziemianina. Jadą do
74
Marienbadu na kurację. Mniejsze dziecko, dziewczynka,
mająca około trzech lat – okropnie źle wychowana.
Krzyczy, rozkazuje, kaprysi, ale jeszcze gorszy jest
pięcioletni chłopczyk, który już świadomie zaznacza, że
ma bogatych rodziców, że jest jedynakiem, który po to
raczył przyjść na świat, aby dokuczać wychowawczyni.
Tak też i postępuje… Obok dzieci siedzi matka:
elegancka, wymalowana, i przegląda jakieś podejrzanej
wartości pisma i ilustracje. Malec też przeglądnął
obrazki; jeszcze się nimi nie gorszy. „Przecież jest
jeszcze taki mały!” – powiedziałaby matka, gdybym ją
upomniał.
      Dzieci te jednak mają na szyjkach zawieszone
medaliki Matki Boskiej, są więc katolikami! Ale mój
Boże! Jakie znaczenie może mieć w danym wypadku
medalik?! Jak się przedstawia ich wiara? Prawda, że
później dzieci będą uczęszczać na naukę religii („kto by
im też dał radę bez religii w wieku dojrzewania?”), ale
co będą słyszeć o wierze w domu, w towarzystwie, od
wychowawczyni, od matki, od ojca?… Kiedy i co? Bóg?
„O, proszę księdza, dzisiaj nie mówi się w towarzystwie
o Bogu”. Kościół katolicki? „Za surowy. Mógłby
złagodzić swe prawa!” Modlitwa, Sakramenty? „Dzieci
pójdą przecież do pierwszej Komunii świętej! Czego
więc trzeba? Niczego! Reszta, to dla prostych ludzi!
Wystarczy, jeśli na klepsydrach będzie wydrukowane:
„zaopatrzony św. Sakramentami…” to wystarczy!”
       Patrzcie, Bracia! Tyle znacz „wiara” u wielu
dzisiejszych ludzi: jest to pewnego rodzaju
ubezpieczenie na wszelki wypadek, trochę bezdusznej,
zewnętrznej formy i nic więcej.
                                                     75
      Tylko patrzę… obserwuję… i nawet nie wiem,
czy to ta dama mówiła, czy mnie się tylko zdaje? Ale
jakbym dalej słyszał jej głos:
       – Proszę, dlaczego ksiądz z takim przerażeniem na
nas spogląda? Przecież nie jesteśmy bezbożni! Gdy w
niedzielę, przed obiadem idę z mężem na wizytę, zawsze
wychowawczynię i jedną pokojówkę wysyłam na mszę.
Niech usłyszą, co im mówi ksiądz! Ostatecznie te
stracone pół godziny wynagradza mi ich uczciwość, bo
wychowawczyni nie włoży na bal moich pantofelków z
krokodylej skóry, a Marysia nie będzie karmiła żołnierza
z mojej spiżarni… Wiara, prawdę powiedziawszy, jest
trochę przestarzała, zwłaszcza dla nas, inteligencji! Ale
jednak jeszcze jaki taki zysk jest z niej i człowiek musi
się o nią oprzeć…
       Nie wiem, czego bym się był jeszcze dowiedział,
jadąc pociągiem, ale mały chłopak tuż nad moją głową
łaził po siatce bagażowej i stamtąd szarpał za włosy
wychowawczynię. Panna protestowała, matka spojrzała
w górę i naprawdę zagniewana zawołała: „Proszę, by
pani wciąż nie dokuczała biednemu Jurkowi!…”
      Biedny Jureczku! Czy będziesz kiedykolwiek
wiedział, co to jest karność, posłuszeństwo?! Czy
kiedykolwiek będziesz miał choćby słabe pojęcie o
boskich rysach twarzy Chrystusa Pana? Czy ta
wspaniała twarz Chrystusowa będzie kiedykolwiek
naprawdę żywą w twojej duszy? Czy będzie wśród
nawału pokus życiodajnym źródłem siły? Nigdy! Nigdy!
    Bracia! „Nie będziesz miał bogów cudzych przede
mną!…”

76
      B) Zobaczmy inny obraz, typ innego człowieka.
Restauracja wykwintnego hotelu, sobota, godzina
dziewiąta wieczór… Przed hotelem mnóstwo
wspaniałych samochodów: Fiaty, Steyery, Renaulty,
Rolls – Roysy… A wewnątrz: białe stoły z małymi
matowymi czerwonymi lampkami, w karafkach
czerwone wino, szampan… muzyka… kipi życie…
Wchodzę. Stanąłem w środku i przyszło mi na myśl
pytanie: Panie Boże, czymże Ty jesteś dla tych ludzi?
       Co znaczy Bóg, wiara, moralność, na przykład dla
tego pana, który tam przy oknie je kolację w to jakiejś
pani, która nie jest jego żoną?! A zdaje się, że oboje są
chrześcijanami? Co znaczy Bóg, wiara, moralność dla
tych dwóch młodych arystokratów, którzy bawią się w
towarzystwie      damskim      jakiegoś    zagranicznego
poselstwa? Tak, są, katolikami! Niedawno tak poważnie
szli za trumną swojego wuja! W czasie bierzmowania,
córki ambasadora byli w kościele!… A kiedy
zachorowała ich ciotka, natychmiast wezwali na
pielęgniarkę Siostrę miłosierdzia zakonnicę. Czy to nie
dosyć?!
      Mój Boże! Na tym się kończy cała ich religijność!
Mówią nieraz o filmie, że jest „bardzo religijny”.
Dlaczego? Bo z trzech tysięcy wstrętnych scen, 15
metrów taśmy przedstawia portyk jakiejś świątyni
gotyckiej, pięć metrów taką scenę: bohaterka zanim
zacznie żyć niemoralnie, modli się przed obrazem Matki
Boskiej. „O, to naprawdę katolicki film!” – mówią
ludzie.
      Mój Boże! Jakie znaczenie ma jeszcze dla tych
ludzi wiara?
                                                      77
      „Zdaje się, że dziś jest wigilia jakiegoś święta i
nie można jeść mięsa?” – mówi jeden. „No widzisz: czy
ma to jakikolwiek sens? Przecież mógłbym zamówić
rybę, daleko droższą od mięsa. Ale czy ma sens tego
rodzaju skrępowanie w życiu?! I to w czasach obecnych
zatruwać sobie życie takimi formalnościami!”
      „Jutro jest święto, trzeba by pójść na mszę!
Przyjacielu, człowiek cały tydzień ugania się, haruje.
Zdaje mi się, że mam prawo przez jedno przedpołudnie
porządnie się wyspać! A jeśli już wstanę, to chciałbym
trochę wyjechać za miasto!”
       „Szóste Przykazanie: nie cudzołóż! Co to jest?
Brzmi, jakby po chińsku! Nic nie rozumiem, czego ono
uczy! Być takim zacofanym w dzisiejszych czasach!…”
I tak dalej.
      Pieniądz! Używanie! Powodzenie! Władza!
Rozmach!       Kalkulacja!    Wyrafinowanie!    Życie
wielkomiejskie!… Ci cudaczni bogowie przesuwają się
w rzęsiście oświetlonej sali. Chciałbym wołać głośno,
żeby zagłuszyć jazz – band: Ludzie! Bracia, czy nigdy
nie słyszeliście potężnego nakazu: „Nie będziesz miał
bogów cudzych przede mną?!”
     C) Czy mam mówić dalej? Mówić o jeszcze
nowszych bałwochwalcach?
      Dla wielu katolików bożkiem jest moda. „Oho,
teraz będzie grzmiał przeciwko ubiorom, kosmetykom,
wyciętym sukniom!”
      Nie! Obecnie nie to mam na myśli. Nikt nie
zaprzeczy, że i ten bożek ma wielu wyznawców. Ale
teraz nie o tym myślę. Mam na myśli lekkomyślne
78
naśladowanie mylnych zapatrywań innych ludzi. Tak, w
dziedzinie wiary też panują mody! Słuchajcie tylko:
Grzebią zwłoki dostojnego pana. Trumnę otoczyli
poważni mężowie we frakach i w cylindrach.
Odprawiam ostatnie modły nad zmarłym: „…bądź wola
Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi…” Zatrzymałem
się. Czekam na podchwycenie modlitwy ze strony
wiernych. Gdzieś za mną, daleko, w tyle, dwie stare
babki szepczą: „Chleba naszego powszedniego daj nam
dzisiaj…” A reszta? Jeden z panów spogląda ponuro w
dół, drugi kręci cylindrem, trzeci buja myślą w
obłokach… ale modlić się? Nie, nie modli się z nich
żaden. Dlaczego? Bo to nie w zwyczaju! Niemodne!
        „Niemodnych” praktyk religijnych jest więcej:
        – Byłeś w niedzielę na mszy świętej?
        – Wiesz, u nas nie ma tego zwyczaju.
        – Byłaś u spowiedzi?
        – Ależ gdzież! Mój mąż też nie chodzi.
        – Czy pościsz w piątek?
        – Wiesz, to u nas niewprowadzone…
        Bracia! „Nie będziesz miał bogów cudzych przede
mną!”


                       *       *   *


       Czy mówić jeszcze dalej o bałwochwalcach? Bo
to jeszcze nie koniec. Należałoby poruszyć jeszcze wiele
                                                        79
różnych rzeczy, ale czasu mamy za mało!
      Dla czwartego bożkiem, jest siła muskułów, sport,
boks. Piąty hołduje maszynie, technice nowoczesnej.
Złotym cielcem szóstego jest pogoń za pieniądzem, nie
wzrusza go płacz wdów – nie widzi zdeptanych tłumów
nędzarzy, niech sobie jęczą – jest głuchy, nic nie
słyszy…
      Oto nieprzebyte puszcze bałwanów w centrum
cywilizacji XX wieku! Jest jeszcze inna odnoga
bałwochwalstwa, która w zatrważający sposób szerzy się
wśród współczesnego społeczeństwa. Poświęcę jej całe
kazanie.
      Pogański filozof Seneka pisze te znamienne
słowa: „Jeśli mężczyźni zaczynają pokpiwać z bogów, a
kobiety chodzić w przejrzystych szatach – jest to
początek końca”.
       Bracia! Od naszych zasad moralnych, od naszego
konsekwentnego, katolickiego życia będzie zależało, czy
się sprawdzi ostrzeżenie pogańskiego mędrca!
       Bracia! Nie rzucajmy swoich serc na żer
bałwanom, ale niech serce, dusza, rozum, wola, cała
nasza duchowość, łącznie ze zmysłową naturą, należą do
Boga, niech będzie urzeczywistnieniem pierwszego
Przykazania Boskiego: „ J a j e s t e m P a n , B ó g
t w ó j ! ” Amen.




80
                         VII.


     „PANU BOGU SWOJEMU KŁANIAŁ SIĘ
               BĘDZIESZ!”


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W towarzystwach często słyszy się pytanie, jaki
język jest najpiękniejszy? Są tacy, którzy francuski
stawiają na pierwszym miejscu, inni bronią języka
włoskiego – jeszcze inni słyszeli język hiszpański i są
jego gorącymi zwolennikami.
      Bracia, czy wiecie, co ja myślę? Każdy język jest
piękny, kiedy się nim ludzie modlą! Niech to będzie
język bardzo prymitywny, prosty, nierozwinięty – gdy
człowiek używa jego niedołężnych wyrazów jako
skrzydeł, aby się dostać przed tron majestatu bożego,
zaraz bije z niego jakieś tajemnicze, nadprzyrodzone
piękno. Piękny jest język, którym przemawia matka do
dziecięcia, bawiącego, się wypowiadaniem wyrazów
niezrozumiałych dla ludzi dorosłych. Piękny jest język,
którym narzeczona wyjawia ukochanemu gorące uczucia
swego serca. Ale wszelki język wtenczas jest
najpiękniejszy, kiedy go człowiek używa do wyrażenia
swych uczuć, swojej duszy przed obliczem Ojca
niebieskiego, czyli kiedy się modli.
     „Kiedy się modlimy!” – Modlitwa, Bracia! jest
najwspanialszą pracą, jaką może wykonać duch ludzki,
                                                    81
dlatego ze wszystkich piękności ziemskich najbardziej
zachwycający jest widok twarzy klęczącego człowieka,
pogrążonego w modlitwie przed bożym majestatem.
       „Ja jestem Pan, Bóg twój!” – brzmi przykazanie,
w którym Bóg jakby przypominał: Jestem twoim
Stwórcą, a ty jesteś moim stworzeniem! – mam prawo
żądać od ciebie hołdu w postaci modlitwy. Jestem
potężny, a ty jesteś nikłym pyłkiem! – Miej sobie za
zaszczyt, że możesz się do Mnie zwracać w modlitwie.
Jam silny, a tyś słaby! – szukaj we Mnie mocy, wsparcia
i pociechy przez modlitwę.
      Oto, Bracia, potrójny podział mojego dzisiejszego
kazania:
     I . Modlę się, bo to j e s t m ó j o b o w i ą z e k ;
     II. Modlę się, bo to j e s t d l a m n i e w i e l k i
         zaszczyt i
     III. Modlę się, bo modlitwa j e s t          źródłem
     moich sił.


                               I.

Modlę się, bo to jest mój obowiązek.


      „Ja jestem Pan, Bóg twój!” Bracia, czy wiecie,
jaka myśl kryje się w tym króciutkim zdaniu? Bóg
napomina nas, abyśmy w modlitwie składali Mu hołd i
przez to się z Nim jednoczyli! Nagli nas do
wewnętrznego zjednoczenia się i nie zadawala się
chłodnym, wyrachowanym spojrzeniem, zatroskanym
82
spoglądaniem co pewien czas „na Boga siedzącego w
nieskończonościach na Swym tronie” Czy daleko jest od
nas Bóg? Gdzie tam! „W Nim żyjemy, poruszamy się i
jesteśmy” (Dz 17, 28)
      „Panie, powiedz nam, gdzie mieszkasz!” – pytali
się pewnego razu Chrystusa apostołowie. Wiecie, co to
znaczy, że moim obowiązkiem jest modlitwa? To, że i
my, często pytamy Boga: „ P a n i e ,        gdzie
mieszkasz?”
       a) Jaka będzie pierwsza odpowiedź? „Chwały
Twojej pełne są niebiosa i ziemia”. Bogiem napełniony
jest cały świat. On jest początkiem wszystkiego. On jest
źródłem każdej szlachetnej myśli. On jest sprawcą
wszystkich naszych dobrych uczynków. Czy nie
powinienem składać hołdu Panu Bogu?!…
       b) „Panie, gdzie mieszkasz?” W każdej duszy
czystej i bez grzechu. Każda czysta dusza jest świątynią,
ołtarzem, monstrancją. I moja dusza i twoja! Jak
delikatnie trzeba się obchodzić z duszami! Jestem
„Theophoros”, t.j. niosącym Chrystusa; ja „niosący
Boga”, niosący Chrystusa klękam i składam hołd
mojemu Bogu, mojemu Chrystusowi!
      c) „Panie, gdzie mieszkasz?” W codziennych
drobnych okolicznościach życia. Kiedy czynisz dobrze,
kiedy cierpisz bez narzekania – Bóg przebywa w tobie,
jeśli dla Niego czynisz dobrze i znosisz cierpienia.
Kiedy przychodzi nieprzyjemny gość, albo zjawia się
nieoczekiwana przeszkoda, czy choroba, która przykuwa
do łoża, albo ciężka praca –Bóg mieszka w tobie, jeśli
dla Niego czynisz dobrze i trudy znosisz cierpliwie.

                                                      83
Wszystko to jest modlitwą, hołdem, składanym Bogu
Wszechmogącemu. Wszystko to jest modlitwą! Więc
modlić się i składać hołd Bogu można nie tylko słowem,
ale również myślą, westchnieniem, czynem i życiem!
       Tego rodzaju hołd i taka modlitwa jest również
moim                    najelementarniejszym,
najbardziej katolickim obowiązkiem.
Bracia! Może zdziwi was to, co teraz powiem: Pokorne
uwielbianie Boga, codzienna modlitwa jest tak istotną
częścią wiary katolickiej, takim obowiązkiem, że kto się
nie modli, tego właściwie nie można zaliczyć między
katolików.
       Na każdym kroku słychać z ust naszych świeckich
braci skargi, że przy objęciu posad wszędzie pomija się
katolików, ba, nawet się ich prześladuje. Niestety tak
jest! Ale… Wielu z tych, którzy się skarżą, nie mają
prawa mieszać religii do krzywd im wyrządzonych. Na
przykład, jeśli ktoś tylko wtenczas przyszedł do
świadomości swojego katolicyzmu, kiedy odmówiono
mu posady, taki człowiek nie ma się prawa skarżyć! W
naszej religii nie wystarcza, jeśli ktoś tylko z metryki
należy do Kościoła, ale musi przyczynić się swoim
życiem, cnotami, przekonaniem do podniesienia dobrej
sławy katolicyzmu. Pozwólcie, że powiem: nie może być
katolikiem ten, kto się nie modli! Bo modlitwa jest moim
najbardziej ludzkim obowiązkiem!




84
                          II.

 Modlę się, bo to dla mnie zaszczyt.


       Modlitwa nie jest tylko moim obowiązkiem, ale
jednocześnie wielkim zaszczytem. Zdaje się, że to
zbyteczne tłumaczyć. Już sama ta myśl napawa dumą, że
ja znikomy pył ziemski, w każdej chwili, w
jakiejkolwiek sprawie mogę mieć posłuchanie przed
Majestatem Bożym. Nie potrzeba tam żadnych
polecających    listów,     ani    wyczekiwania    w
przedpokojach, nie wysyła Bóg do mnie na omówienie
sprawy Swojego sekretarza, ale zaraz, gdy proszę,
przyjmuje mnie osobiście, w każdej sprawie.
      Bracia! Jaka wspaniała demokracja panuje w tej
nauce Kościoła, że modlitwa posiada jednakową wartość
bez względu, czy wzbija się ku niebu z lepianki, czy z
pałacu! Czy brzmi w niej prośba o kawałek chleba, czy
też mieści się troska o losy całego państwa?! Nie o to
chodzi, z jakiego pochodzi środowiska, czy z nizin, czy
z wyżyn społecznych, lecz tylko o to: jakie serce ją
zrodziło!
      Lecz jeśli modlitwa jest zaszczytem, to nie mogę
zrozumieć, dlaczego wielu się jej wstydzi, dlaczego się z
nią kryje. Bez wątpienia, Bracia, wielu ludzi znalazłoby
się w kłopotliwym położeniu, gdyby się musieli
publicznie modlić!
     Przed kilku laty grupa lamów tybetańskich
zwiedzała większe miasta Europy. Między innymi
                                                      85
przybyli do Kolonii. Dzienniki tego miasta wyrażały
wielkie zdziwienie, że lamowie przed spożyciem
wieczerzy śpiewali swoje modlitwy, a stanąwszy przed
katedrą kolońską, przejęci jej pięknem i majestatem, nie
zważając na przyglądające się im tłumy, znowu zaczęli
śpiewać swoje religijne pieśni.
      Zdaje się, że nie potrzebuję mówić, jaka płynie
stąd nauka. Chcę pochwalić śmiałych lamów
tybetańskich, godnych takiego podziwu, jak niebotyczne
szczyty Mount. Everestu, skąd przybyli, a zarazem
wskazać na nas, na trwożliwych, zwyrodniałych synów i
córki cywilizacji! Wątpię bowiem, czy my,
Europejczycy, chrześcijanie, katolicy, ośmielilibyśmy
się tak otwarcie modlić! Powiedzcie, czy to nie
tchórzostwo, że w restauracjach, w pociągu, w
miejscach turystycznych, ze względu na gapiów,
wstydzimy się przed spożyciem pokarmu wypowiedzieć
słów modlitwy, które w domu zwykle odmawiamy i
uważamy je za zaszczyt!
      Nie mogę pominąć przykładu, jaki dali pod tym
względem holenderscy katolicy. Kilka lat temu rodzice z
Holandii odwiedzali dzieci węgierskie, które kiedyś były
w Holandii na kolonii wypoczynkowej. Jedną grupę
oprowadzałem po stolicy. Na obiad wstąpiliśmy do
Astorii. W całym towarzystwie ja byłem jedynym
kapłanem. Kiedy mieliśmy rozpocząć obiad, całe
towarzystwo z prostotą, najnaturalniej, przeżegnało się, i
na środku wspaniałej restauracji odmówiło modlitwę
przed jedzeniem. Nie wiem, co pomyśleli o tym obecni,
ale nie można zaprzeczyć, że Holendrzy postąpili
konsekwentnie. Zresztą, jeśli kto jest socjalistą, to lubi
86
demonstrować chociażby czerwonym kwiatkiem: niech
widzi świat, kim jestem! Węgier nie wstydzi się swoich
barw narodowych: niech wiedzą, kim jestem! A katolik
miałby się wstydzić swoich przekonań?! Katolicyzm, to
wiara i kultura! Katolicyzm, to świetna przeszłość i
nadziei pełna przyszłość! Co w tym krępującego?!
       Tak: to, że się modlę, że się modlę po katolicku,
to jest nie tylko moim obowiązkiem, ale i zaszczytem!


                          III.

Modlę się, bo modlitwa jest dla mnie
            źródłem sił.


      Bracia, modlę się nie tylko dlatego, bo to jest
moim obowiązkiem, i dlatego, że to dla mnie zaszczyt,
ale i dlatego, że modlitwa jest ź r ó d ł e m m o i c h
sił.
       „Gdzie nie dochodzą promienie słońca, tam
dochodzi lekarz”, mówi przysłowie: to znaczy, że ciało,
jeśli ma być zdrowe, potrzebuje światła i ciepła
słonecznego! Czy wiecie, co jest dla duszy odżywczym i
ogrzewającym światłem? Modlitwa! Ona podnosi,
oczyszcza, ogrzewa, ożywia. Głębokie spostrzeżenie
kryje się w słowach św. Augustyna; „Ten, kto potrafi się
dobrze modlić, ten potrafi dobrze żyć. Kto zaniedbuje
modlitwę, rozpoczyna życie grzeszne.”
     Bracie! Tobie potrzebna jest modlitwa, a nie Panu
Bogu. Bez względu na to, czy się modlisz, czy nie –
                                                     87
pokusy czyhają na ciebie ze wszystkich stron. Czy
ostoisz się jednak wobec grzechu, czy też upadniesz,
zależy od tego, czy w modlitwie znalazłeś broń, z którą
możesz walczyć zwycięsko.
      Czy dzień rozpocząłeś modlitwą, czy nie, czeka
cię taka sama ilość kłopotów, ale bez modlitwy
zabraknie ci sił do ich zniesienia, energii życiowej,
zapału i poczucia obowiązku!
      Oto, Bracia, módlmy się, bo modlitwa jest nam
potrzebna zarówno a) w duchowych, jak i b) w
cielesnych walkach.


    a) P o t r z e b n a n a m j e s t m o d l i t w a w
walkach duchowych.


      Nie zrozumie tego ten, kto jeszcze nie znalazł się
w położeniu, do którego można by zastosować w całej
pełni słowa Pisma Świętego: „Boże nasz… Jesteśmy
bowiem bezsilni wobec tego ogromnego mnóstwa, które
na nas napadło. Nie wiemy, co czynić, ale oczy nasze
zwracają się ku Tobie” (2 Krn 20, 12). Ile razy z ust
naszych płynie skarga: Czuję okropne udręki i pokusy!
Nie wytrzymam! Wśród tylu ponętnych pokus, wśród
powodzi złych przykładów, między tak rozbieżnymi
myślami, w krzyżowym ogniu ponęt ciała… nie, nie
można wytrwać na drodze cnoty!
      Bracie, nie oskarżaj się! Czy w chwili, kiedy
opadną cię złe myśli, kiedy grad pragnień i namiętności
uderzy w twoją duszę, czy próbowałeś schronić się za
88
stalowy puklerz modlitwy?
       – Jak to? – pytasz. – Czy naprawdę ta delikatna i
subtelna nić modlitwy może służyć jako najpewniejsza
tarcza? Tak, w ręku Boga i nić pajęcza może się stać
miedzianym publerzem. Czytamy, że świętego Feliksa z
Noli szukano, by go zamordować, wszędzie gdzie się
schronił, szli za nim prześladowcy. W końcu, znużony
śmiertelnie, zatrzymał się w jakiejś jaskini… A w chwilę
później pająk utkał piękną sieć na jej wejściu. Gdy
przyszli wrogowie świętego Feliksa, widząc siatkę
pajęczą, pobiegli dalej, myśląc, że skoro na wejściu jest
pajęczyna, to widocznie już dawno nikt nie wchodził do
groty.
      Bracia! W bożym ręku i pajęczyna może być
tarczą obronną. Im więcej czyha na ciebie pokus, tym
częściej uciekaj za zasłonę modlitwy.


    b) M o d l i t w a p o t r z e b n a j e s t n a m
także  wśród          utrapień        doczesnych,
cielesnych i materialnych.


       Skoro się rzuci okiem na niezmierzone morze
dzisiejszej, strasznej nędzy, na smutnie zwieszone
głowy, na zorane twarze, na wyczerpane i utrudzone
tłumy, to z piersi wyrywa się okrzyk: Panie Boże, co by
się stało, gdyby na domiar wszystkiego ludzie stracili
jeszcze wiarę w Ciebie?!
     Życie i tak jest bardzo ciężkie, i tak jest wiele serc
złamanych, samobójstw, co by się jednak działo, gdyby
                                                        89
nie było Ciebie?!
      Bracia! Czy nie widzicie tych smutnych,
przygnębionych ludzi, którzy tylko nędznie wegetują?
Pełno ich na rogatkach ulic, w lombardach i sklepach z
tandetą. Wielkie damy w staromodnych kapeluszach,
dyplomaci,    ojcowie     rodzin   w    wypłowiałych
spodniach… ci wszyscy, którzy przed piętnastu laty
„przeżywali swe dobre czasy”, a teraz są ofiarami
wielkiego przewrotu światowego, przygnębieni,
chyłkiem przesuwają się koło nas. Już się nawet nie
skarżą.
       Bracia, kto im może pomóc? Ustawa państwowa?
Partie? Instytucja dobroczynna? Mowy agitacyjne? Nie!
To wszystko za mało! Nikt, nigdy nie przekonał się
bardziej o wartości wiary, niż ci ludzie, którzy w
milczeniu znoszą nędzę. Szczęśliwy ten, kto z wielkiej
katastrofy, z gruzów swoich ziemskich nadziei potrafił
uratować wiarę w Boga! Kto posiada Ukrzyżowanego
Chrystusa, ma nieoceniony skarb i potężne źródło siły!
Chrystusa, ale nie takiego, który mieszka w luksusowych
willach, za zamkniętymi drzwiami; nie Chrystusa, który
siedzi na wysokościach tronu, odziany płaszczem
wyniosłości, ale Chrystusa, któremu bliskie jest morze
nędzy ludzkiej – Chrystusa, który sam zaznał ziemskiego
życia i nędzy, Chrystusa, który słyszy wszystko, nawet
cichą skargę; Chrystusa, który wszystko widzi, nawet
pełne noce bezsenne, spędzone na krawędzi łoża;
Chrystusa, który jest światłością dla naszego
zmęczonego ciemnością wzroku, naszą podporą,
pożądaniem i ukojeniem naszych tęskniących serc!
      Bracia! Bracia cierpiący – m ó d l m y    się!
90
Cierpienie i smutek ściska nasze serca… nie możemy
uniknąć zła. Bracia! Chrystus jest z nami, w naszych
sercach, doda nam sił do zwycięstwa. Uczmy się od
Niego, od Króla cierpiących, jak mamy znosić to, co nas
spotka w życiu.
      W jaki sposób zniósł Chrystus straszne męki?
Modlił się! „Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała
swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego,
który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany
dzięki swej uległości.” (Hbr 5, 7). Bóg Go wysłuchał.
Jak to? Czy odsunął od Niego gorzki kielich? Nie, ale
dał Mu siłę, żeby mógł dopełnić Swojej ofiary.
      Bracia! Uczmy się modlić od modlącego się
Chrystusa. Patrzcie, jak cierpi na krzyżu, a jednak
potrafi się modlić wśród Swoich cierpień! Rozjuszona
tłuszcza wygraża pięścią, a Chrystus się modli! Z Jego
otwartych ran spływa krew, a On się modli! Opanowały
Go najokropniejsze ciemności, zdaje się i Ojciec
Niebieski Go opuścił – a On się modli! Tak, w tej
strasznej chwili skarży się, ale i ta skarga jest modlitwą.
       O, Bracia! Nauczmy się cierpieć i znosić męki z
modlitwą na ustach, a jeśli się nam zdaje, że już więcej
nie wytrzymamy, skarżmy się Bogu w modlitwie!
Bracia, nie trzeba się buntować, lecz modląc się,
cierpieć! Nie oburzać się na niebo, nie grozić strajkiem
Bogu! Nie myśleć o samobójstwie! „W ucisku bądźcie
cierpliwi, w modlitwie – wytrwali.” (Rz 12, 12)
„Spotkało kogoś z was nieszczęście? Niech się modli.”
(Jk 5, 13) Nie wiem, czy wolno mi powiedzieć to, co
czuję w głębi duszy: Nasz los byłby znośniejszy, gdyby
w naszej biednej ojczyźnie było więcej ludzi, którzy się
                                                        91
modlą, a mniej niezadowolonych, zgorzkniałych i
rzucających przekleństwa.


                     *     *      *


       Kochani Bracia i Siostry! Jeślibyśmy chcieli
streścić dzisiejsze kazanie, musielibyśmy powiedzieć: Z
pierwszego Boskiego Przykazania wynika jasno, że
modlitwa jest moim obowiązkiem. Majestat Boży
wskazuje, że modlitwa jest dla mnie zaszczytem; z
dobrodziejstw modlitwy wynika, że przynosi mi korzyść
i jest źródłem mocy. Rosa zapewnia urodzaj spalonej
słońcem ziemi, a rosą dla naszej duszy są błogosławione
chwile modlitwy. W świętych momentach modlitwy
wpatruję się w twarz Wszechmocnego Boga, a im
częściej w nią spoglądam, tym wyraźniej odtwarzam w
swej duszy podobieństwo boże. A celem całego
bytowania ziemskiego jest: wytworzyć w sobie święte
podobieństwo boże.
      Gdy Pan Jezus chodził po ziemi, wziął pewnego
razu w Swe błogosławione ramiona małe dziecię i
powiedział do apostołów pamiętne słowa: „Jeśli się nie
odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do
królestwa niebieskiego.” (Mt 18, 3). Legenda niesie, że z
tego dziecięcia urósł później święty Ignacy, biskup –
męczennik Antiochii. Ile jest w tej opowieści prawdy,
nie wiadomo. Ale wiem, że święty Ignacy dużo się
modlił, i w czasie modlitwy często zatapiał się w obliczu
Pana Jezusa.
      Skąd wiem o tym?
92
       Stąd, że inaczej niezrozumiałą byłaby dla mnie
wielkość jego duszy i ogromna tęsknota za życiem
wiecznym, jaką pałał wśród okropnych mąk, oczekując
całymi miesiącami na niechybną śmierć. Złapano go i
prowadzono do Rzymu, przez Syrię, Małą Azję,
Macedonię, Dalmację. W drodze dowiedział się, że
chrześcijańscy patrycjusze ubiegali się u cesarza o jego
ułaskawienie. Zaraz ze Smyrny pisze do nich list. „Jeśli
mnie kochacie – to dacie dowód swojej miłości, gdy
pozwolicie mi paść ofiarą… Chciałbym umrzeć dla
świata, żeby zatopić się w Bogu… Jest ziarnem bożym,
potrzeba, by mnie zmełły zęby dzikich zwierząt, żebym
się stał czystym chlebem ofiarnym dla Chrystusa… Już z
góry się cieszę na myśl o dzikich zwierzętach. Niech
przyjdzie na mnie ogień i krzyż, rozdarcie przez dzikie
zwierzęta, wszystkie możliwe katusze, byłem tylko mógł
dojść do Jezusa Chrystusa!… Bije we mnie głęboko
źródło żywej prawdy i ciągle słyszę głos: Pójdź do domu
Ojca swego!…”
      Spełniło się pragnienie sędziwego biskupa. Dnia
20 grudnia 107 roku, na arenie rzymskiej, dzikie,
wygłodniałe bestie zmełły go na mąkę Bogu… Panie
Boże! W czasie mojego rannego i wieczornego pacierza
będę się starał patrzeć w Twoje Oblicze. A Ty dasz mi
usłyszeć w godzinę śmierci:
       Pójdź do domu… do domu… Ojca
s w e g o ! . Amen.




                                                     93
                          VIII.


         DLACZEGO SIĘ NIE MODLISZ?


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W ciągu ubiegłego tygodnia, rozmyślając nad
materiałem do dzisiejszego kazania, powziąłem dziwną
myśl. Dziwną, bardzo dziwną, ale wam ją opowiem…
      Przede wszystkim przypomnę, o czym mówiłem
ubiegłej niedzieli. Mówiłem o modlitwie. Jestem
stworzeniem boskim, a więc: modlitwa jest moim
obowiązkiem. Jestem mizernym mieszkańcem ziemi,
więc: modlitwa, to dla mnie zaszczyt. Jestem słabym, a
stworzonym do walki człowiekiem, więc: modlitwa jest
źródłem mojej mocy… Tak, wszystko to jasno
przedstawiłem moim kochanym Słuchaczom…
      Ale, mój dobry Boże – błysła mi myśl – nie
gniewajcie się za moją ciekawość, chciałbym widzieć,
czy od tej pory więcej się modlą moi słuchacze, aniżeli
przedtem? Czy w ciągu ubiegłego tygodnia więcej
modłów doszło do Ciebie, Panie? Czy ci, którzy się nie
modlili dawniej, modlą się teraz?…
      A Pan dał znak aniołowi, który pilnuje „Księgi
żywota”, tej wielkiej księgi, w której jest zapisane każde
nasze słowo wszystkie czyny, pragnienia i modlitwy… I
anioł otworzył przede mną tę wielką księgę… i bardzo
się zasmuciłem! Mówiłem w z niedzielę: Bracia,
94
módlmy się! Moich słów słuchaliście w wielkim,
skupieniu, a jednak w rzeczywistości jest słaby skutek,
bardzo mało widzę prawdziwego ukochania modlitwy.
      Ale jako pocieszenie, przyszło mi na myśl. A
może mi się tylko zdaje? Może nie jest tak źle! Może
jednak moi słuchacze więcej się modlą od tej pory?!…
Może!… A może się nie modlą?! Może powinienem
usunąć jeszcze wiele trudności, wymówek, uprzedzeń,
zanim ich pozyskam dla modlitwy!… Tak jest – czuję to
– Bracia! Dzisiejsze kazanie trzeba na to poświęcić,
abyście pokochali modlitwę. W ostatnim moim kazaniu
mówiłem, że kto się nie modli, ten grzeszy przeciwko
pierwszemu Przykazaniu Bożemu. Jednak faktem jest,
że większość dzisiejszych ludzi, pozwólcie, że powiem
prawdę, część katolików! – mało, albo wcale się nie
modli. Wcale!
      W dzisiejszym moim kazaniu stawiam pytanie:
Bracie, d l a c z e g o s i ę n i e m o d l i s z ? – i
odpowiem: d l a c z e g o dzisiaj l u d z i e s i ę n i e
modlą.


                           I.


      Dlaczego się nie modlą? Najczęstszym
usprawiedliwieniem są słowa: N i e m a m c z a s u
s i ę m o d l i ć ! Nie jestem bezbożny, nie „z zasady”
się nie modlę; jeśli idę koło kościoła, to wstąpię na
chwilę… Ale żeby codziennie rano i wieczór
punktualnie odmawiać pacierz, to jest niemożliwe przy
moich ciężkich życiowych zajęciach.
                                                      95
       A) „ N i e m a m c z a s u s i ę m o d l i ć ” –
słyszy człowiek na każdym kroku usprawiedliwienie, co
tyle znaczy, jakby ktoś powiedział: Nie mam czasu, żeby
mieć duszę…
      Niestety, musimy przyznać, Bracia, że w
szalonym pędzie życia nowoczesnego, tego rodzaju
wykręt nie jest tylko pustym frazesem, ale często smutną
rzeczywistością. Przygniotło nas życie nowoczesne!
Fabryki! Maszyny! Technika! Chełpiliśmy się
zdobyczami postępu nowoczesnego, zawładnął nami
jego duch: teraz trzyma nas i nie możemy się go pozbyć.
Pogoń życia nowoczesnego…

      Wiecie, ile samochodów kursuje po ulicach
naszego miasta? Niewiele – może paręset. A wiecie, ile
kursuje w Nowym Jorku? Dwanaście tysięcy! Ile aut
snuje się w Stanach Zjednoczonych? Dwadzieścia
milionów! Hola! Tempo!… Słyszymy ze wszystkich
stron szum życia nowoczesnego Nieustanny pęd! Dziś
widać jeszcze po ulicach napis: „Tu wolno jechać z
największą szybkością 5 km na godzinę!” Ale widzę, że
ruch w przyszłości będzie domagał się napisów tego
rodzaju: „Tu nie wolno jechać z mniejszą szybkością,
aniżeli 30 km na godzinę”.
Hola, tempo, naprzód!

       Ile pięter miał dotychczas największy dom?
Pięćdziesiąt osiem. Ale w tych dniach czytałem, że w
Nowym Jorku zaczynają budować dom o stu dziesięciu
piętrach! Dalej naprzód!
      Naprzód? Nie! Stańmy na chwilę i zastanówmy
96
się. Czy potrzebny nam ten szalony pęd? Bracia, na co
nam się zda ten zawrotny ruch? Owszem, potrzebna jest
maszyna do pomocy człowiekowi, żeby go uwolnić od
nadmiernego wysiłku muskułów, ale biada, jeśli
maszyna nad nim zapanuje!… Kiedy pędzi bezustannie i
nie pozwala, by się zatrzymać choć na pięć minut, by się
pomodlić, by chociaż przez kilka chwil czuć, że się jest
człowiekiem.
Szalone tempo techniki!

       Jesteśmy z niego dumni! Czy odpowiada ono na
najgłówniejsze, wieczne zagadnienia życia? Arystoteles
jeszcze nie znał sposobu badania ciśnienia krwi, my już
go znamy. Znamy, ale czy jesteśmy szczęśliwsi. Rafael
nie znał sztuki tak precyzyjnego rysunku, jaki daje nam
za parę sekund aparat fotograficzny, ale czy jesteśmy
szczęśliwsi? Czy potrafimy dać odpowiedź na
ostateczne pytania, na najgłówniejsze i właściwie
jedynie doniosłe zagadnienia: skąd przyszedłeś, dokąd
dążysz? Nie potrafimy! Czy te pytania nie zostały i
nadal pierwszorzędnymi zagadnieniami? Czy te pytania
będą aktualne i wówczas, kiedy technika postąpi jeszcze
bardziej naprzód, kiedy człowiek będzie spoglądał na
nasze czasy, jak dzisiaj patrzy z kajuty samolotu na
dyliżans z ubiegłego stulecia? Jestem święcie
przekonany, że dziś, i wtedy, i zawsze tylko człowiek
religijny potrafi dać odpowiedź na doniosłe zagadnienie
bytu!
     B) „ N i e m a m c z a s u s i ę m o d l i ć , bo
dniem i nocą muszę pracować na życie!”
      Otóż, patrz, Bracie. Pewien wielki parowiec w
                                                     97
czasie strasznej burzy wyruszył na morze. Jak każdemu
statkowi, towarzyszyło mu stado mew. Chociaż całą
parą puścił się po wzburzonych falach, jednak bardzo
dawał mu się we znaki przeciwny wiatr, i pomimo, że
pracowały wszystkie motory, statek posuwał się bardzo
powoli. „Biedne, małe mewy – mówił tonem
współczucia jeden z podróżnych. – Nasze motory
pracują setkami, a nawet tysiącami koni parowych, a
posuwamy się ledwo, ledwo naprzód w tej nawałnicy. A
czego wy szukacie, unosząc się na wiotkich
skrzydełkach, wy ptaki drobne i bezbronne?!”
      Ale nagłe zatrzymał się człowiek bardzo
zdziwiony, bo mewy odważnie natężyły swoje, dane od
Boga skrzydła i poleciały z pędem szalejącej wichury.
Gdy człowiek, zdany tylko na pracę i wysiłek techniki i
maszyn, z trudem posuwał się naprzód, mewy z
łatwością wyprzedziły walczący z falami statek, bo
mimo słabych sił, miały odpowiednio zbudowane
skrzydła…
      Statek, kochani Bracia i Siostry, to człowiek,
który ufa jedynie swym siłom, a dwa skrzydła mewy, to
dłonie złożone do modlitwy.
      Powiedz, Bracie, czy jeszcze i teraz uważasz za
stracony czas, który poświęcasz modlitwie? Czy i teraz
jeszcze mówisz, że nie masz czasu się modlić?




98
                            II.


      Przypatrzmy się jeszcze innej grupie ludzi, którzy
się nie modlą, którzy b o j k o t u j ą m o d l i t w ę , a
zobaczymy jeszcze smutniejszy obraz.
         A) Gdzieś w czasie podwieczorku mówiono o
modlitwie (jak rzadko porusza się tematy religijne!).
Jedna z pań z gestem pewności siebie rzuciła zdanie:
„Wiecie państwo, z chwilą, kiedy umarła mi córka,
jedynaczka, nie wierzę w Boga, nie chodzę do kościoła i
nie modlę się! Tak! O d                 tego    czasu
s t r a j k u j ę ! ” Może nie tak ostro, ale w podobny
sposób odzywa się wielu ludzi.
    „Od czasu, kiedy straciłam męża – mówi smutna,
wdowa – zachwiała się moja wiara i nie modlę się!”
      „Tyle musimy ponosić ofiar – mówi druga –
zawsze się modliłam, Bóg mnie nie wysłuchał i
przestałam się modlić…”
       Bracia! Kiedy tego roku wróciłem do swego
mieszkania po dłuższym pobycie za granicą, musiałem
telefonować w pewnej sprawie. Biorę słuchawkę –
centrala nie odpowiada. Myślę sobie, zaczekam chwilę.
Przypomniałem sobie budapeszteńskie przysłowie:
„Cierpliwość rodzi połączenie”. Czekam. Nic. Spieszyło
mi się na dworzec – nareszcie łączy się ze mną centrala i
słyszę odpowiedź: „Proszę pana, pan nie uiścił opłaty za
miesięczny abonament, więc wyłączyliśmy aparat”.
      Naturalnie, że wyłączyli. Rozumiem! Jeśli nie
                                                        99
płacę, centrala mnie wyłącza! Al czy wolno nam tak
postępować z Bogiem? „Modliłem się, prosiłem o coś
Boga. Nie otrzymałem, to do widzenia! Wyłączam
siebie, zrywam kontakt!…” Czy słuszne i roztropne jest
takie postępowanie?
      A jednak dużo ludzi tak postępuje. A jaki fałszywy
to krok! Mogę dużo złożyć na karb boleści, zawodu,
ciężkich przeżyć, ale jednego nie mogę pojąć, że kiedy
powinniśmy mężnie stawiać czoło czyhającym na nas
niebezpieczeństwom, kiedy najbardziej potrzeba nam
modlitwy, wtenczas ją odrzucamy.
Wiemy z mitologii greckiej, że gdy Anteusz, syn Ziemi,
podczas zapasów z Herkulesem czuł się zmęczony,
dotykał się swojej matki Ziemi, która mu dodawała sił.
Ale to tylko mit. Lecz to, o czym mówię dzisiaj, już nie
jest mitem – ale szczerą prawdą. Ile razy szukam oparcia
w Bogu, tyle razy zwycięska siła wspiera moją słabą
duszę.
       B) Ależ proszę – skarży się ktoś – ile to razy
prosiłem Boga, błagałem o coś, a jednak mnie nie
wysłuchał! A przecież Pan Jezus obiecał: „O cokolwiek
będziecie prosili Ojca w imię moje, da wam”. „Tyle razy
modlę się o coś, a nigdy tego nie otrzymuję”.
       Tak jest: n i e z a w s z e o t r z y m u j e m y
t o , o c o p r o s i m y . Wytłumaczę wam, dlaczego.
Uważaj, Bracie! Idziesz ze swoim małym dzieckiem,
droga prowadzi przez ciemny las. „Tatusiu boję się!
Podaj mi rękę!” Naturalnie podasz dziecku rękę, bo je
kochasz! „Ojcze, zmęczyłem się, weź mnie na ręce!”
Zrobisz to, bo kochasz swe dziecię. „Ojcze, jestem

100
głodny. Wyjmij chleb z plecaka!” Usłuchasz, bo kochasz
swe dziecko! Ale dziecko zobaczyło w gąszczu piękne,
czerwone, lecz trujące jagody i mówi: „Ojcze, daj mi
jagód, chciałbym je spróbować”. Czy spełnisz tę prośbę?
Nie! Właśnie dlatego, że kochasz swoje dziecko. Więc
dziecko zaczyna grymasić, jest niezadowolone. Czy go
usłuchasz? Nie, właśnie dlatego, że je kochasz!
      Bracia! Czy mam tłumaczyć dalej, dlaczego nie
otrzymujemy wszystkiego, o co Boga prosimy w swoich
modlitwach i dzieje się nie tak, jak to sobie ułożymy
naszymi ograniczonymi ziemskimi umysłami, ale tak,
jak tego chce Opatrzność Boża, która czuwa pad całym
światem.
      Czy rozważywszy to wszystko, mógłbyś
powiedzieć: „Nie modlę się, bo to i tak na nic się nie
przyda?!”
    C) M o d l i t w a    na   nic    ci   się    nie
przyda?…
       Otóż, patrz, Bracie! Rybak rzuca sieć… nic nie
złowi. Czy stąd wynika, że przestanie pracować – i tak
przecież na nic się nie zda jego trud. Pracujemy w
jakimś celu, by mieć namacalną korzyść. Polityk,
kupiec, robotnik, wojskowy, wychowawca… wszyscy
chcieliby widzieć owoce swojej pracy. Jeśli,
oczekiwania zawiodą, zniechęcamy się: „Nic z tego!”
      Bracia, biorąc po ludzku, w stosunkach
światowych jest to zrozumiałe. Ale w zasadzie błędnie
pojmuje istotę modlitwy ten, kto chciałby wnioskować o
jej wartości z zewnętrznych, namacalnych skutków. Ktoś
dlatego, że wyciągnął pustą sieć z wody, mówi: „na
                                                   101
darmo się trudziłem”, ktoś zaczyna strajkować dlatego,
bo mu się wydaje, że daremnie się modlił.
      Bracia! Nie ma mniej nieuzasadnionej skargi nad
tę: Daremnie się modlę! Modlimy się z obowiązku, a nie
z pobudek materialnych, z wyrachowania. Modlimy się,
bo nasza dusza pełna jest dziękczynienia dla swego
Stwórcy. Modlimy się, bo rozmowa z Bogiem jest nie
tylko    naszym     głównym      obowiązkiem,      ale
najzaszczytniejszym przywilejem.
      „Wiem, wiem! Ale proszę mnie wysłuchać! Mój
mąż leżał chory, gorącą modlitwą chciałam wzruszyć
niebo: Panie, tylko nie teraz! Niech jeszcze nie umiera…
a jednak umarł!…” – skarżyła się przede mną pewna
wdowa.
      „Daleko od Boga odszedł mój dorosły syn. Nie
przestaję wylewać za nim łez podczas modlitwy. Panie,
wróć mi mojego zbłąkanego syna, wróć go mnie i
Sobie!… Ale dusza chłopca jest zatwardziała!” – te
słowa słyszałem od jednej matki.
       Wiem, Bracia, że te i tym podobne wypadki są
poważnymi, tragediami życia! A jednak nie mów,
Bracie! Ach, nie mów: „daremnie się modliłem”. Wierz
i bądź przekonany, że żadne westchnienie wysłane do
Boga nie zostanie bez odpowiedzi. Może odpowiedź nie
będzie taka, jaką sobie życzyłeś, ale i wtenczas na pewno
jest l e p s z a od tej, którą sobie wymyśliłeś swoim
ciasnym rozumem.
      Żeby twój mąż nie umarł? Przecież kiedyś i tak
musi umrzeć! A jeśli teraz umiera – Panie, Ty wiesz,
dlaczego właśnie teraz! Syn marnotrawny nie wraca, a
102
więc „nadaremno się modliłaś”? Nie! W jaki sposób
Bóg wysłuchuje modlitwy, trudno zgadnąć. Bracie,
Siostro, módl się, módl się, a na pewno będzie skutek.
Kiedy? Zostaw to Bogu. Słyszałeś pewnie, że kiedy
otworzono stare, egipskie grobowce, znaleziono w nich
ziarnka pszenicy, które tam leżały 4000 lat. Posiano je, a
ziarnko z przed 4 tysięcy lat wykiełkowało! Bracia i
Siostry, wasze gorące modlitwy, wasze łzy, wasze
nieustanne błagania również wydadzą plon.
      W IV wieku żyła święta Monika i syn j Augustyn,
człowiek zdolny, ale, prowadzący pogańskie życie.
Biedna matka drżała, widząc jego ziemskie zachcianki i
hulaszcze życie. Młody Augustyn nie wierzył, miał
złych przyjaciół, prowadził rozwiązłe życie. Czy może
być większa boleść dla macierzyńskiego serca?
Upominała św. Monika syna, ale nic nie pomagało.
Groziła – bez skutku. Płakała, modliła się – wszystko
daremnie. Inna matka zrezygnowałaby ze wszystkich
nadziei, ale Monika nieustannie, dniem i nocą,
miesiącami, latami modliła się za marnotrawnego syna.
Tak upłynęło szesnaście lat. Ziarnko wykiełkowało. Syn
nawrócił się, dał się ochrzcić, i został największym
świętym Kościoła: świętym Augustynem.
     Bracia! Nie strajkujcie! Nie zniechęcajcie się! Nie
mówcie, że się daremnie modlicie.


                           III.


      Oto zrobiliśmy, Bracia, przegląd dwu grup ludzi,
którzy się nie modlą: jedni dlatego, „bo nie mają czasu”,
                                                      103
drudzy, bo usprawiedliwiają się, że „i tak daremną jest
ich modlitwa”. Nie masz czasu. Musisz go znaleźć! Im
większy mamy nawał zajęć, tym bardziej powinniśmy
szukać wolnej chwili na ranną i wieczorną modlitwę,
którą moglibyśmy poświęcić Bogu i swojej
nieśmiertelnej duszy. Modlisz się daremnie? Im
ciemniejsze chmury zawisną nad tobą, tym usilniej
powinieneś szukać w modlitwie prawicy bożej, która cię
podtrzyma.
       Jest jeszcze, kochani Bracia, trzecia grupa ludzi,
poważne i religijne jednostki, które słusznie się skarżą:
Chciałbym się modlić, ale – nie
m o g ę ! Pragnąłbym uwielbiać Boga, ale tysiąc
codziennych trosk przeszkadza mi w modlitwie.
Chciałbym na skrzydłach modlitwy wznieść się do Boga
i o niczym nie myśleć, nie wiedzieć, tylko o Nim, ale co
chwila spostrzegam, że zmysły ciągną mnie z powrotem
na ziemię! Chciałbym najpiękniejszymi słowami dać
wyraz moim uczuciom, dla Boga, ale nie potrafię się
wysłowić: P r a g n ę s i ę l e p i e j m o d l i ć , a l e
nie mogę!…
      Tak skarżą się czasami nawet najszlachetniejsi
ludzie, i cóż im mam powiedzieć?
      Bracia! Chciałbym ich pocieszyć słowami
świętego Augustyna: „Jeśli czujemy ból z tego powodu,
że nie możemy dobrze się modlić, to już jest modlitwą”
(„Si vel dolemus, iam oramus”).
      Chciałbym im także dać jedną, małą przestrogę:
niech wiedzą, że w oczach Boga miłą jest nie tylko
wystylizowana, kwiecista, ale w ogóle każda modlitwa,

104
niech to będą i najbardziej naiwne słowa, niezgrabne
zdania, nieśmiała myśl, uczynek, sposób życia – a
niech tylko wypływają z głębi serca.
Starajmy się jak najbardziej, ile tylko potrafimy, wielbić
Boga.
       A teraz       słuchajcie przypowieści,     która
jednocześnie będzie zakończeniem dzisiejszego kazania.
– Żył sobie znany błazen cyrkowy, który swoimi
sztuczkami i rozmaitymi dowcipami rozśmieszał
widzów, ale po skończonych występach biedny,
„dummer August”, kiedy już zmył z twarzy farbę,
chował głowę w dłonie i pogrąża się w smutnych
rozmyślaniach. „Jak bezbrzeżnie puste i jałowe jest
życie takie, jak moje!…” – wyrywa się skarga z jego ust.
      Pewnego dnia zerwał się: „Nie! Dłużej nie
wytrzymam!”
      I wiecie, co zrobił? Zapukał do drzwi jednego z
klasztorów i prosił o przyjęcie do zakonu!
      Przyjęto go…
      Niezmierna radość napełniła jego duszę. Teraz już
spokojnie będzie mógł poświęcić się Bogu! Będzie się
mógł długo modlić! I rzeczywiście. Każdego dnia
wczesnym rankiem, przed obiadem, po obiedzie,
wieczór, klęczał w prezbiterium, wśród wielu
modlących się braci i chciał się razem z nimi modlić.
Ale jego duszę prędko opanowało znużenie; biedny
błazen, nieuk, nie znał łaciny i ani jednego słowa nie
rozumiał z modlitw, i chociaż tak bardzo pragnął, jednak
nie umiał czcić Boga razem ze swymi towarzyszami.
      Długo się męczył i trapił biedny błazen, aż na
                                                      105
koniec w swej prostocie wpadł na dziwny pomysł. W
cichą noc, kiedy cały klasztor był pogrążony we śnie,
wyciągnął po kryjomu swój błazeński strój, włożył na
siebie i cichaczem wszedł do pustego kościoła. Wieczna
lampa rzucała tajemnicze blaski po ścianach i ławkach, a
brat – pajac stanął przed figurą Matki Boskiej i zaczął
pokazywać swoje zgrabne skoki i sztuczki kuglarskie,
tak pięknie i z takim przejęciem, jak nigdy dawniej.
      Powtarzało się to przez wiele nocy…, bo pajac –
braciszek tylko tak umiał się modlić…
       Ale raz ktoś go podpatrzył i zaczęto szeptać w
klasztorze, że nowy zakonnik zwariował. Zainteresował
się tą sprawą sam opat i pewnej nocy ukrył się w niszy
okiennej oratorium.
      Czeka… czeka… aż otworzyły się cichutko drzwi
kościoła, i wszedł w ubraniu cyrkowym nowy braciszek.
Ukłonił się przed figurą Matki Boskiej i zaczął
pokazywać swoje sztuczki. Opat osłupiał przez chwilę,
potem chciał się zerwać, żeby usunąć wariata ze
świętego miejsca… Już się ruszył z miejsca, kiedy…
kiedy zobaczył, jak powoli, cicho poruszyła się figura
Matki Boskiej, i ręka Marii Panny delikatnie otarła pot z
czoła błazna.
      Opat był zdumiony i czekał cicho, bo zrozumiał,
że w obliczu Boga modlitwą jest każde nasze słowo,
każda nasza myśl, wszelki uczynek płynący z naszej
najlepszej woli na chwałę bożą…
      Bracia! Bracia i Siostry Katolicy! Módlmy się!
(„Ojcze nasz…”)

106
                         IX.


            PRZECIW ZABOBONOM.


     Kochani Bracia w Chrystusie!

     Pewnego razu miałem coś załatwić na starych
przedmieściach Budapesztu i musiałem przechodzić
przez most Franciszka Józefa. Na moście szło troje
małych dzieci, mniej więcej koło lat 6 – 8, Większe z
nich – dziewczynka – obejrzała się za siebie…
zobaczyła mnie… i z przerażeniem krzyknęła coś w
stronę rodzeństwa.
      Co było w tym krzyku, teraz jeszcze nie powiem,
lecz dopiero przy końcu kazania. Ale –zabłysła mi
wówczas myśl, że o tym kiedyś muszę mieć kazanie!
Sam nie wiedziałem jeszcze, jak to wypowiem na
ambonie podczas kazania i czekałem na sposobność,
myśląc, że muszę o tym mówić!
     Ta sposobność, Bracia, dziś nadeszła.
      Już piątą niedzielę zajmujemy się objaśnianiem I
Przykazania Bożego. Widzieliśmy, że czci i uwielbienia
wymaga od nas nie tylko Majestat Boży, ale nasza
ludzka natura. Świadomość, że jestem zdany na własne
siły zmusza mnie upaść przed tronem potężnego
Stwórcy. Nakazują mi i Przykazania Boże, i moja ludzka
natura, żyć życiem religijnym…

                                                  107
       A kto nie żyje religijnie? Albo, kto nie żyje dobrze
pod względem religijnym? Ten, kto myśli, że można
stłumić pragnienie ludzkiej duszy, tęskniącej za Bogiem!
Czy to możliwe? Czy od kolebki do grobu można żyć bez
religii? Niemożliwe! Bracia! Może człowiek zadać
gwałt swojej duszy, przytłumić jej porywy, ale nie może
temu zapobiec, aby stłumione pragnienia nie znalazły
sobie innego ujścia i by tęsknota za religią nie pojawiła
się zniekształcona, w karykaturze, jako zabobon.
      Pierwsze kazania poświęciłem zagadnieniu, jak
należy czcić Majestat Boży według Przykazań Bożych i
zgodnie z ludzką naturą. W dzisiejszym kazaniu
będziemy rozważać, że nie wolno zniekształcać czci
boskiej, że nie wolno nam poniżać, ani kompromitować
uczuć religijnych głupimi zabobonami.


                            I.


       A) D z i ś t e d y b ę d z i e m o w a o
z a b o b o n a c h ! – „Ależ, proszę księdza – zdziwi się
niejeden z moich słuchaczy – mówić o tym można by
może Hotentotom, którzy tańczą dokoła ognia, albo –
dajmy na to – wiejskim kumoszkom, które leczą się u
znachorek. Ale tu, do nas? W centrum nowoczesnej
kultury! Tu w Budapeszcie – w śródmieściu? Tu, pod
bokiem uniwersytetu? Czy trzeba tu mówić o
zabobonach?”
      Tak, Bracia! – tu w śródmieściu, tu wśród
najbardziej nowoczesnej kultury, muszę o tym mówić.
Bo zabobony, czyli zniekształcenie instynktu
108
religijnego, spotykamy nie tylko u nieuków, ale –
niestety – nawet i wśród najbardziej wykształconych,
najbardziej kulturalnych ludzi.
       Kto jest zabobonny? Co mówi katechizm?
Zabobon popełnia ten, kto jakiejś rzeczy przypisuje moc,
jakiej Bóg jej nie nadal. Stąd wynika, że zabobonność
nieuków często pochodzi z ich niedołężnego poznania,
są też za to mniej odpowiedzialni przed Bogiem. Ludzie
inteligentni hołdują zabobonom nie tyle z powodu
nieznajomości rzeczy, ile z powodu braku ufności w
Boga, z ciekawości, goniąc za tajemniczymi rzeczami,
słowem drwiąc z prawdziwej religijności, więc będą
daleko ciężej odpowiadać.
      Człowiek jest, albo religijny, albo zabobonny.
Zamknij drzwi przed prawdziwym Bogiem, a oknami
będą właziły duchy w białych całunach. Odrzuć
„Credo”, a będziesz wierzył w sto tysięcy różnych
głupstw! Dusza ludzka chce być religijna, tęskni za
prawdziwym Bogiem. Jeśli nowoczesny człowiek
oderwie swoją duszę o Boga, zabije pragnienie wiary, to
powstanie najśmieszniejszy i najbardziej plugawy
zabobon.
     B) Bracia! Na takim gruncie wyrastają chwasty
zabobonnych zwyczajów, które często i w duszach
uczonych czynią spustoszenie.
      Chwasty zabobonnych zwyczajów!…
     Człowiek cywilizowany uśmiecha się na widok
dziewczyn wiejskich, które pozwalają wróżyć sobie
cygankom z kart, ale sam pójdzie do inteligentnej
„wróżki” i ślepo wierzy temu, co wyczyta z dłoni.
                                                    109
       „Czy jedziemy jutro? – pyta z przestrachem miła,
inteligentna osóbka swego męża. Proszę cię, nie jestem
zabobonna, ale jednak – wiesz… jutro piątek! Może
lepiej pojutrze!”
      Nosić na szyi medalik Matki Boskiej – o, to
„obskurne średniowiecze”, ale zawiesić czterolistną
koniczynkę! – to „przyniesie szczęście!”
       Umieścić krzyż na ścianie w pokoju? – to
niemodne, ale kupić za drogie pieniądze kawałek,
chociażby jak najmniejszy, powroza, na którym powiesił
się człowiek, to na pewno „przyniesie szczęście”. Czy to
dzieje się między prostymi ludźmi? O nie! W
najkulturalniejszych towarzystwach! Przed kilkoma
miesiącami zdarzył się wypadek, że pewna znana
artystka została uduszona własnym szalem, który
zaplątał się w koła samochodu; za szal ten zapłaciła
jakaś dama olbrzymią kwotę 40000 franków! – i
wyjechawszy do Monte Carlo, nosiła go na szyi w czasie
gry, bo to „przynosi szczęście”. I wiele, wiele jest takich
przykładów. Plaga zwyczajów zabobonnych tak się
szerzy, że człowiek nawet nie wie, o czym najpierw
mówić. Postaram się bliżej rozpatrzyć kilka typowych,
wielkomiejskich zabobonów.


                            II.


Weźmy            na    przykład    nieszczęśliwą
t r z y n a s t k ę ! W niektórych wielkich miastach
umyślnie opuszcza się przy numeracji domów
trzynastkę, zamiast niej wprowadzając numer 12A.
110
      Przywieziono do szpitala ciężko chorego, ale
„niestety, nie ma miejsca”, „Jednak bardzo prosimy o
przyjęcie chorego. Proszę go ulokować chociażby pod
numerem trzynastym!” „Pod numerem trzynastym? Czy
państwo myślą, że mamy taki numer? Jeszcze by tego
brakowało! Przecież to nieszczęśliwa liczba!” Ach tak?!
      Przychodzę do hotelu: nie ma wolnych pokoi.
Mówię do gospodarza: „dobra będzie i 13 – ka”.
„Trzynastka? Takiej nie ma! Nigdy żaden gość tam by
nie mieszkał”. „Przecież cały pański hotel jest
przepełniony, więc wszystko jedno!” „O nie, gość
spałby raczej w wannie, w łazience, niż w pokoju pod
numerem 13. Przecież to nieszczęśliwa liczba!” Ach
tak?!
      Proszę państwa, to wszystko dzieje się w
Budapeszcie! W centrum postępu i kultury XX wieku!
Biedna trzynastka! Dlaczego właśnie ty jesteś
nieszczęśliwa?! a nie 12 – ka, czy 14 – ka.
       Zeszło się na kolację jakieś towarzystwo do
gabinetu w restauracji. Z przerażeniem liczą, jest akurat
13 osób. „Proszę pana – mówi jeden z gości do kelnera –
nie jesteśmy wprawdzie zabobonni, ale lepiej niech pan
kogoś poszuka do towarzystwa… wszystko jedno,
kogo!” Przychodzi jakiś nędznie ubrany mężczyzna,
zjadł dobrą kolację na rachunek zabobonnego
towarzystwa. Gdy zaczęto się rozchodzić do domów,
spostrzeżono brak najlepszego futra, które na pewno
zabrał czternasty, a nie żaden z trzynastu gości.



                                                     111
                            III.


      Przypatrzmy się teraz nowszemu zabobonowi;
jednemu typowemu głupstwu wielkomiejskiemu,
którego ofiarami padamy my, księża katoliccy.
        Idę sobie spokojnie ulicą i spostrzegam nagle, że z
przechodniów jakaś pani… mała dziewczynka… a
nawet mężczyzna, w chwili, gdy mnie zobaczą,
przestraszeni chwytają się guzika u palta, kurczowo go
ściskają, dopóki mnie nie miną. Myślę sobie, co to ma
znaczyć? Czy tym ludziom urywają się guziki właśnie
teraz? Ale gdzie tam! Znowu jakiś nowy zabobon! Ktoś
im widocznie wmówił: „Ty, uważaj! Z księży
katolickich promieniuje jakaś straszna, niszcząca siła!
Jeśli więc spotkasz księdza, c h w y ć s i ę z a r a z
g u z i k a , bo tylko to cię uratuje. Guzik od ubrania! Nic
innego nie pomoże! Unieszkodliwi niszczącą siłę! A
żeby jeszcze pewniej uniknąć zgubnego wpływu,
wykrzyknij głośno: „ O j , j u ż n i e b ę d ę m i e ć
szczęścia!””
      Kochani Bracia! Jako wierni katolicy, pomyślcie
sobie: „To niemożliwe, żeby ludzie w takie głupstwa
wierzyli!” Więc wam się zdaje, że to niemożliwe?
Proszę, niech ktokolwiek z was przejdzie się ze mną w
południe o dwunastej, tylko przez kwadrans ulicą
Vacowską, albo ulicą Ludwika Kossutha, kiedy
przechadza się tam elita naszego miasta, a będzie
zaskoczony widowiskiem, że właśnie wtedy zaczną się
raptownie odrywać guziki od futer i palt!…
112
      Pewnego razu tu, w Budapeszcie, szło
naprzeciwko mnie małe dziecię. Gdy mnie ujrzało,
przestraszyło się i chwyciło się guzika, a przechodząc
koło mnie, pozdrowiło mnie pięknie: „Niech będzie
pochwalony Jezus Chrystus!” Ale i wtedy, gdy Boga
chwaliło, guzik mocno ściskało. Bracia! Widzę, że się
wam to wydaje śmiesznym, ale człowiek naprawdę nie
wie, czy ma się śmiać, lub płakać? Bo, Bracia! – to
chwytanie się guzików, to nie niewinna zabawka, ale
diabelna robota! – Przez diabła do duszy ludzkiej
wkradała się myśl, że „kapłan katolicki jest twoim
nieprzyjacielem, złym człowiekiem! Nie tylko, że nie
powinieneś go słuchać, ale go ze strachem omijać po
drodze!…”
      Tak, to się kryje za tym zabobonem.


                          IV.


       Kochani Bracia! Mówiąc o zabobonach, muszę
wspomnieć o nowoczesnym, modnym zabobonie
najinteligentniejszych ludzi: o w y w o ł y w a n i u
d u c h ó w , o s p i r y t y z m i e . Wiem, że poruszam
tajemnicze zagadnienie, którego dotychczas nie
wyjaśniono, ale katolicki kaznodzieja nie może pomijać
żadnego zagadnienia religijnego, ani moralnego.
      Nie wierzę, Bracia, by wśród obecnych
znajdowali się zwolennicy spirytyzmu w teorii lub w
praktyce, ale może ci, którzy słuchają przez radio
mojego kazania, oburzają się, że spirytyzm uważam za
zabobon. Proszę więc tych słuchaczy, bez wątpienia
                                                     113
ludzi dobrej woli, żeby nie rzucali ze złością słuchawek,
ale posłuchali kilka moich uwag.
       A) Niespełna sto lat temu wielu jeszcze
inteligentnych ludzi bawiło się szczerze, słuchając
strasznego opowiadania jakiejś wiejskiej kumoszki,
która wracając do domu, przechodziła o północy przez
cmentarz. Zimny pot ją oblał, bo zobaczyła, że z
jakiegoś grobu podnosi się duch w białej płachcie i,
potrząsając ciężkim łańcuchem, powoli sunie na
skrzyżowanie dróg. Tam zaczął kopać ziemię. Kopał i
kopał, aż wybuchnął płomień i rozszedł się zapach
siarki… Cała wieś drżała ze strachu, słuchając
opowiadania staruchy.
      Tak się działo dawniej w zapadłych wioskach.
      Ale co się dzieje dzisiaj w postępowych miastach?
      Na herbatkę popołudniową zeszli się panowie i
panie. W jaki sposób się bawią te wykwintne damy i
dyplomaci? Zapuszczają rolety i gaszą światło w pokoju.
Jeden z obecnych zasiada do fortepianu a reszta
towarzystwa, trzymając się za ręce, zajmuje miejsca
koło małego stolika, medium zaś niby wywołuje duchy
ludzi zmarłych. Stolik zaczyna wirować, tańczyć. Sypią
się pytania, stolik odpowiada stukaniem. Na abecadło
kładą srebrną monetę, nad którą trzyma rękę medium,
duch wodzi ręką i daje niezwykłe odpowiedzi!
      Z wielkiego wrażenia nerwy obecnych są
naprężone do ostatecznych granic, a właściwe tajemnice
dopiero teraz następują.
     Zjawiają się dusze: Heroda, Napoleona, króla
Macieja i każda odpowiada na pytanie. Teraz medium
114
wzywa ducha świętego Pawła. Zjawił się. Stawiają
jakieś pytanie teologiczne, a on głęboki teolog, na jak
proste pytanie religijne daje tak głupią odpowiedź, że
uśmiałby się nawet sztubak z pierwszego oddziału
szkoły powszechnej. Zjawia się duch Pascala, znanego
matematyka i dusza tego geniusza matematycznego
obecnie nie potrafi rozwiązać prostego zadania
matematycznego. Tymczasem zaczynają się ruszać
obrazy na ścianach… z sufitu lecą róże… szafa się
chwieje i trzeszczy, „fotografują ducha…” i kończy się
seans. Przez odsłonięte okna wpadają promienie słońca,
oświetlając okropnie zdenerwowane blade twarze… A
ludzie wierzą, wierzą fanatycznie, gotowi przysiąc, że
rozmawiali z duchami.
      Bracia! Takie rzeczy dzieją się w Budapeszcie! W
kołach ludzi kulturalnych, zdarzają się w miastach
prowincjonalnych, a podobno – chociaż nie chcę w to
wierzyć – nawet po wsiach i zaściankach.


 Co mówi o tym nauka chrześcijańska?


         a) Otóż przede wszystkim, Kochani Bracia, nie
zgorszcie się tym, jeśli do większości ich tajemniczych
zjawisk             zastosują          niemieckie      przysłowie;
„Geschwindigkeit ist keine Hexerei”, „spryt i zręczność
nie są czarną magią” czyli, że większa część zjawisk
spirytystycznych opiera się na k u g l a r s t w i e ,
s z a r l a t a n e r i i i o s z u s t w i e . Mam odwagę wydać
tego rodzaju opinię, gdyż w ciągu ostatnich
kilkudziesięciu lat, odkąd moda spirytyzmu opanowała
                                                              115
ludzi, zdemaskowano najsłynniejsze media, które
dokonywały nadzwyczajnych sztuk. Wykryto, że
wszystko było ich dziełem, a nie duchów. Skoro
naprawdę mają zjawiać się duchy, nie potrzeba
ciemnego pokoju. Dlaczego duch nie ukazuje się w biały
dzień?
       b) Czy myślicie, Bracia, że zdemaskowanie
oszustwa przyczyniło się do zmniejszenia wyznawców
spirytyzmu?     Bynajmniej!      Zaraz   wynaleziono
usprawiedliwienie. „Owszem, jedno, lub drugie medium
okazało się oszustem, mimo to niepodobna wszystkich
zjawisk przypisać szalbierstwu!”
        Słusznie, Bracia, nie wszystko jest oszustwem,
wiele           można        położyć         na    karb
z ł u d z e n i a . Przecież to zupełnie jasne. Wiemy, że
gdy jesteśmy zdenerwowani i siedzimy o zmroku w
pustym pokoju, to w każdym kącie dostrzegamy jakieś
niesamowite rzeczy.
       c) „Przepraszam – przerywa mi ktoś ze
spirytystów – zdarzają się tak tajemnicze zjawiska,
których nie można tłumaczyć ani
oszustwem,         ani   z ł u d z e n i e m . Jest to
wyłącznie sprawa duchów!…”
      Kochani Bracia… nie wierzę jednak w działanie
duchów. Sądzę, że rozumniejsza i bardziej odpowiednia
dla kulturalnych ludzi będzie odpowiedź, że wiele
rzeczy można przypisać nie duchom, lecz siłom i
właściwościom naszej psychiki, której jeszcze dokładnie
nie znamy.
      A gdyby nawet tak było, jak twierdzą spirytyści –
116
powtarzam: nie wierzę! – gdyby nawet były tam duchy,
to na pewno n i e s ą t o d u c h y l u d z k i e !
      Nie? Dlaczego?
      Bracia, bo to niezupełnie się zgadza ani z
mądrością Bożą, ani z powagą życia pozagrobowego,
żebyśmy na każde zawołanie mogli sprowadzać
zmarłych na ten świat!
       Jest to całkiem niezgodne z pojęciem Boga. Jeśli
ośmiu, czy dziesięciu ludzi znudzi się przy podwieczorku
i nie potrafi opanować swojej ciekawości, to czyż stąd
wynika, że Bóg ma pozwolić, by dusze zmarłych stawiały
się na popisy cyrkowe?! A jeśli na seansach
spirytystycznych zjawiają się naprawdę duchy – mówię
ponownie: ja w to nie wierzę; są to chyba duchy
upadłych aniołów, duchy złe! Zapamiętajmy sobie,
Kochani Bracia, że czart za darmo nie robi
przedstawienia, jeśli się pokazuje, to na pewno każe
płacić bardzo wysoki wstęp!
       B) Teraz zrozumiemy s t r o n ę r e l i g i j n ą
z a g a d n i e n i a , zrozumiemy, dlaczego Kościół
katolicki zabrania wiernym pod karą grzechu brać udział
w seansach spirytystycznych. Kościół pozwała badać
spirytyzm i zawiłe, związane z nim zagadnienia,
uczonym         psychologom,     poważnym      lekarzom,
zawodowym przyrodnikom, ale zabrania brać udział w
seansach spirytystycznych z pustej ciekawości.
      Dlaczego? Wielu się dziwi i mówi, że Kościół
powinien się cieszyć z ruchu spirytystycznego,
rozumując w ten sposób: „Dzisiaj jest wielu
materialistów, niewierzących w istnienie duszy. Kościół
                                                    117
katolicki stara się różnymi sposobami przekonać ich o
istnieniu duszy. A pomimo to wielu ludzi nie wierzy.
Tymczasem spirytyści rozmawiają z duchami. Nawet je
fotografują! Dają niezbite dowody istnienia duszy!…”
       Wiecie, co odpowiada na to Kościół katolicki?
„Nie! Dziękuję! Nie życzę sobie tego
r o d z a j u o b r o ń c ó w ! ” Kochani Bracia, Kościół
katolicki nie ufa tak mętnym dowodom, broniącym
życia pozagrobowego. Słabe to dowody na istnienie
duszy, życia pozagrobowego, życia wiecznego; jaśniej
od słońca wskazuje na te prawdy Pan Jezus w swojej
nauce, wobec której seanse spirytystyczne ze swoimi
fantastycznymi cieniami, niepewnymi zjawiskami,
wirującymi stolikami są mgliste i chaotyczne.
       Trzeba przyznać, że spirytyzm w gorliwych
zwolennikach wywołuje jakieś uczucia religijne.
Spirytystą nie może być materialista – to fakt.
Spirytystów cechują jakieś mgliste, niepewne uczucia
religijne, dalekie jednak od prawdziwego świata
religijnego pełnego blasku i światła!
      Może to lepiej wytłumaczę za pomocą
porównania. Codziennie, wcześnie rankiem idę ulicą
Ráday'ego do kościoła akademickiego, by odprawić
mszę świętą. Jak wiecie, ulica ta nie należy do
spokojniejszych ulic naszej stolicy, dlatego te często
spotykam wesołe, na pól pijane grupki, które po
nocnych hulankach szukają o świcie numeru swojego
domu. I wiecie, co zauważyłem? Ci ludzie, którzy na
trzeźwo – przechodzą bez pozdrowienia koło księdza,
podchmieleni – kłaniają się z głębokim szacunkiem.
Ktoś mógłby wysnuć stąd wniosek: „Pijmy, bo alkohol
118
robi człowieka religijnym, i to nawet takiego, który w
stanie trzeźwym jest niewierzący!” Co to znaczy? Czy
takiego człowieka można nazwać religijnym?! Otóż,
Bracia, czy mglisty chaotyczny, niepewny spirytyzm
może zrobić człowieka, religijnym, jeśli nie dokazał tego
ani Chrystus, ani nauka Jego Kościoła.
       Nie, Bracia! Jeszcze nie słyszałem, żeby ludzie
biorący     udział   w     seansach    spirytystycznych
przystępowali do spowiedzi, albo uczęszczali na mszę
świętą; słyszałem natomiast, że dostawali się do domu
obłąkanych! Dlatego Kościół katolicki zabrania
uczestniczyć w seansach spirytystycznych, bo one
podkopują zdrowie, siły, nerwy i zagrażają poważnie
życiu religijnemu.


                     *     *      *


      Czas minął, i dopiero teraz zauważyłem, że
jeszcze nie powiedziałem, co było w okrzyku owej małej
dziewczynki, gdy mnie zobaczyła na moście Franciszka
Józefa.
      Więc, gdy szedłem przez most z trojgiem
wspomnianych dzieci, dziewczynka, mająca około 8 lat,
przerażona, krzyknęła: „Ach, już nie będziemy mieli
szczęścia!”
       Młodsza dziewczynka zdaje się żałować mnie, bo
z wyrzutem odezwała się do starszej: „Daj spokój!
ostatnio też spotkałyśmy… a jednak wszystko udało się
dobrze…” A starsza na to: „Tak, ale to nie był ksiądz,
                                                     119
tylko kominiarz!”
      Otóż, Bracia, widząc coś podobnego, wierzyć się
nie chce, ż e w B u d a p e s z c i e , w m i e ś c i e
cywilizowanym są rodzice, którzy
mówią        do     dzieci:     Uważaj,        jeśli
spotkasz księdza, to znaczy, że ci się
nie     powiedzie,         jeśli       kominiarza,
będziesz mieć szczęście!
      Bracia! Wiara jest nieocenionym dobrodziejstwem
dla   ludzkości;    zabobony      groźnym    potopem,
zamulającym niwy, na których powinny kwitnąć wonne
kwiaty wiary!
      Bracia! Nie, nie, ja nie wierzę w czterolistną
koniczynę, nie wierzę we wróżby cyganki, ani w
przepowiednie z kart, ale wierzę w jednego Boga! Nie
wierzę w płanetnika, nie wierzę w huczenie puchacza,
ani w feralną trzynastkę, ale wierzę w Syna Bożego
jednorodzonego Jezusa Chrystusa. Nie wierzę w
stryczek wisielca, nie wierzę w strachy, ani spirytyzm –
ale wierzę w zmartwychwstanie ciała i żywot wieczny.
Amen.




120
                         X.


                 O CZCI MARYI.


     Kochani Bracia w Chrystusie!

     W centrum Budapesztu, wśród mrowia ludzi,
przy ulicy Rákoczy'ego, którą spieszą tysiące osób za
zakupami albo dla przyjemności, stoi wysoki posąg
Niepokalanej. W dole, po bruku uganiają się ludzie za
codziennym chlebem, widać ruch i gwar milionowego
miasta; setki ludzi walczy ze śmiercią w szpitalu św.
Rocha, a tam w górze, ponad wszystkie walki, ponad
wrzawę ulicy i pogoń za rozkoszami, ponad męki
cierpiących i walczących ze śmiercią, wznosi się
nieruchomy posąg Niepokalanej Panny.
       Za parę dni obchodzić będziemy święto Tej
Niepokalanej Dziewicy. Nie tylko my, ale katolicy
całego świata, idący po stromych drogach życia, mają
obraz Najświętszej Dziewicy, otoczonej aureolą
dwunastu gwiazd i depczącą głowę węża. Gdy spojrzy
dzisiejszy, utrudzony człowiek w oblicze Najświętszej
Panny, to natychmiast wielka ufność i spokój kojąco
wpływają na jego strapione serce.
      O jasne oblicze Najświętszej Panny! O te urocze
Jej święta! Te rzewne pieśni maryjne! Te cudowne
miejsca z obrazami Marii, co laskami słyną! Glos
dzwonów na „Anioł Pański!” Obrazy, figury, litanie do
                                                  121
Maryi Panny! Różaniec: wszystko to jest głębokim
wyrazem czci Maryi… Bracia! Czy ten serdeczny,
szczery, wewnętrzny, najgłębszy, katolicki kult
Najświętszej Maryi Panny sprzeciwia się pierwszemu
Przykazaniu Bożemu? Członkowie innych wyznań
zarzucają nam, że nie zachowujemy pierwszego
Przykazania. Pan Bóg wyraźnie żąda wyłącznej czci
tylko dla siebie. „Nie będziesz miał bogów cudzych
przede mną”. Wielu mówi, że katolicy tego nie
dotrzymują! Bezprawnie i niesłusznie obok Boga
postawili Pannę Maryję, świętych, a przecież to
sprzeciwia się wyraźnie pierwszemu Przykazaniu
Bożemu!…
      Jest to zarzut, który słyszy się co chwilę z ust
innowierców. Naturalnie, Bracia, skoro już blisko przez
dwa miesiące mówię o pierwszym Przykazaniu Boskim,
to muszę odpowiedzieć i na ten zarzut, zwłaszcza, że
kwestia ta jest aktualna, bo w tym tygodniu będziemy
obchodzić święto Panny Maryi.
     Podwójny jest zarzut, a więc i odpowiedź będzie
podwójna. „Bezpodstawny” i „niecelowy” jest kult
Maryi – tak zwykle mówią. Więc najpierw zobaczymy,
na jakiej podstawie, następnie w
jakim celu czcimy Najświętszą Pannę
Maryję?




122
                            I.


    Na   jakiej  podstawie                      czcimy
Najświętszą Pannę Maryję?


       A) Kochani Bracia i Siostry! Przede wszystkim
wyraźnie i mocno podkreślam i kładę nacisk na te słowa:
„Na jakiej podstawie czcimy Pannę Maryję?” Tak,
katolicy czczą Matkę Pana Jezusa, kochają Ją, składają
Jej hołd, ale J e j n i e a d o r u j ą ! Najświętszą Pannę
czcimy, ale Jej nie oddajemy czci boskiej! Nikogo, prócz
Boga nie adorujemy! Dziwicie się, Bracia, dlaczego to
tak akcentuję? Uznajecie to za zupełnie naturalne.
      Wy tak! Wy katolicy dobrze to rozumiecie, ale
inaczej zapatrują się na to niekatolicy, którzy są święcie
przekonani, że my Matce Boskiej oddajemy cześć boską.
      Gdyby tak było rzeczywiście, słusznie mógłby nas
spotkać zarzut, że nie zachowujemy pierwszego
Przykazania Bożego, ale że tak nie jest, o tym może się
każdy dowiedzieć z katechizmu; ani Matce Boskiej, ani
świętym nie oddajemy czci boskiej. Każdy może się o
tym przekonać z naszych religijnych praktyk. Modlimy
się: „Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami,
abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych”.
Mówimy więc: „Módl się za nami”, czyli nie oddajemy
Pannie Maryi czci należnej wyłącznie Bogu.
   B)   My   katolicy najwięcej  ze
wszystkich ludzi tego świata czcimy
                                                       123
N a j ś w i ę t s z ą P a n n ę ! Serce i duszę katolika
przepełnia cześć dla Maryi! Tak jest istotnie, a nawet
jesteśmy z tego dumni. Inaczej być nie może. 1) Czcimy
Pannę Maryję, bo Ona była Matką Pana Jezusa; 2)
czcimy Ją, bo po 2000 – letniej praktyce nawet nie
możemy porzucić Jej kultu.
    1)   Najpierw,  dlatego                  czcimy
Najświętszą Pannę Maryję,                   bo Ona
była Matką Pana Jezusa.
      Kim był Pan Jezus? Synem Bożym! Kto w to nie
wierzy, nie jest chrześcijaninem! Kto jednak wierzy i z
uwielbieniem pada na kolana przed Panem Jezusem, ten
jednocześnie nie może obojętnie, bez słowa, bez
okazania czci przejść koło Jego Matki!
       Jeśli oddaję cześć boską Chrystusowi, czy nie
mam prawa czcić Jego Matki?! Czy to obraża Pana
Jezusa?! Czy uszczupla Mu chwały?! Czy jest na świecie
syn, który by nie chciał, żeby czczono jego matkę? Czy
jest na świecie taki syn, który by uważał za ujmę dla
siebie, że szanują jego matkę? Raczej jest odwrotnie:
Nie chcę znać tych, którzy nie szanują mojej matki.
      Przeciwnicy kultu Marii chełpią się tym, że oni
uznają tylko Pana Jezusa, że tylko Jego szukają…
Dobrze! My też szukamy Pana Jezusa! Ale czy to od nas
zależy, że gdziekolwiek szukamy Pana Jezusa, to zawsze
znajdujemy przy Nim Najświętszą Pannę! Na Boże
Narodzenie szukamy małego Jezusa, na czyim
znajdujemy Go łonie w zimnej stajence? Towarzyszymy
Mu w ucieczce do Egiptu, na czyjej piersi złożył Swoją
główkę do snu? Wchodzimy do domku nazaretańskiego,

124
kto nas przyjmuje, kto troszczy się o małego Jezusa?
Idziemy za Jezusem po Jego drodze krzyżowej, stajemy
u stóp krzyża i czy możemy odmówić czci Tej Matce,
która wierną była Synowi, aż do Jego zgonu? A kiedy
idziemy do Grobu, na czyim łonie widzimy ciało
Jezusowe? I gdy dusza nasza wzniesie się do wiecznej
chwały niebieskiej, to w blasku tronu Chrystusowego
znajdziemy Pannę Maryję, która bierze udział w boskiej
chwale Chrystusa, bo tu na ziemi dzieliła Jego ludzkie
cierpienia!
      Oto, Bracia, kult Chrystusa jednoczy się z czcią
dla Najświętszej Panny. Jeśli odmówimy Ojcze nasz,
czujemy się niespokojni, dopóki nie usłyszymy echa,
którym jest Zdrowaś. Wznosimy w sercu świątynię
Bogu, a w niej z miłością stawiamy mały ołtarzyk dla
Niepokalanej.
      Tak, Pan Jezus i Maryja zawsze występują razem!
      Kto uwielbia Pana Jezusa, czci i Jego Matkę, i na
odwrót, jeśli kto czci Pannę Maryję, to tym samym
wzrasta jego miłość i uwielbienie dla Jezusa. Tak było
zawsze, odkąd istnieje chrześcijaństwo, to znaczy, od
dwóch tysięcy lat, i to jest drugą przyczyną, dla której
czcimy Najświętszą Pannę.
       2) Kochani Bracia! Czy wolno nam, potomkom
pierwszych chrześcijan, odrzucić tego rodzaju praktykę
religijną jak cześć dla Maryi, której od pierwszego
„Ave” – pozdrowienia Anioła Gabriela, wszyscy
chrześcijanie bez przerwy, pobożnie przestrzegali?! Czy
można zapomnieć, że w najtragiczniejszym dniu historii
świata, w pierwszy wielki piątek, wśród okrutnych

                                                    125
cierpień, sam Jezus Chrystus, konając na krzyżu, dał
nam Maryję za matkę, gdy powiedział do Niej i do
świętego Jana: „Niewiasto, oto syn Twój! Synu, oto
matka twoja!”?
      Bracia! Prawdziwa wiara Chrystusowa pamięta o
czci dla Maryi; chrześcijaństwo zawsze się chlubiło
czcią dla Maryi.
      Aby opowiedzieć, w jaki sposób czcili
chrześcijanie przez 2000 lat Najświętszą Marię Pannę,
nie wystarczy pół godziny, za mało było by dnia, a
nawet kilku miesięcy.
       Idź wszerz i wzdłuż po świecie… Patrz, ile jest
obrazów i kościołów poświęconych Bogarodzicy!
Wiemy, że nie tylko małe dzieci i wrażliwe kobiety
skłaniały głowy do kolan Najświętszej Panny Maryi, ale
także mężczyźni, mężowie o hardych duszach! Serce
Maksymiliana I jest pochowane w Altöttingen, mieście
słynącym z pielgrzymek maryjnych, a na nagrobku
widnieje napis: „Tu spoczywa serce Maksymiliana I,
które w życiu tak bardzo kochało Maryję. Wiedz,
przechodniu, że i po śmierci Maksymilian z całego serca
kocha Maryję!” Okręt Krzysztofa Kolumba, pierwszy
okręt, który z Europy dotarł do brzegów nowego świata,
nosił imię „Santa Maria”. Nowa Ziemia witała obraz
Maryi umieszczony na maszcie okrętu. Dożowie
Wenecji kazali się portretować w klęczącej postawie u
stóp Maryi. Na mieczu wielkiego wodza Eugeniusza
Sabaudzkiego był wyryty wizerunek Maryi. Murillo i
Rafael najpiękniejsze swoje obrazy malowali pod Jej
natchnieniem. Palestryna najpiękniejszą muzykę dla
Niej skomponował…
126
      W każdym państwie jest tradycyjna miejscowość,
słynąca z pielgrzymek ku czci Maryi, gdzie
wielotysięczne tłumy za pośrednictwem Panny Maryi
garną się do Jej Boskiego Syna! Proszę was, Bracia,
którzy zwiedziliście jakieś znane miejscowości
odpustów Maryjnych, którzy byliście w Lourdes,
Einsiedeln, w Maria–Zell, w Częstochowie, a chociażby
w jednej z mniejszych miejscowości pątniczych, stańcie
w szeregach broniących kultu Maryi, powiedzcie tym,
którzy nie znają i odwracają się od Panny Maryi, jakie
znaczenie ma dla nas Jej kult, jakie wielkie siły
czerpiemy za Jej pośrednictwem!
      Doszliśmy do drugiej połowy         dzisiejszego
kazania: w jakim celu czcimy Maryję?


                         II.


     W jakim celu czcimy Maryję?


      Kochani Bracia i Siostry! Z dotychczas
wypowiedzianych zdań jasno wynika, że cześć dla
Najświętszej Panny nie tylko, że nie sprzeciwia się
pierwszemu Przykazaniu Bożemu, ale na odwrót: cześć
Panny Maryi jest koniecznym uzupełnieniem istoty wiary
chrześcijańskiej.
      Teraz zbadamy jeszcze inne zagadnienie: Jakie
znaczenie posiada dla duszy ludzkiej kult Maryi? Jakie
potężne źródła wiary tryskają z kultu Maryi?
     Obyśmy poznali, Bracia, jaką wartość przedstawia
                                                  127
dla nas kult Maryi! Pomyślmy, że stracilibyśmy
niezrównane skarby, że wyschłyby źródła mocy,
gdybyśmy się musieli wyrzec kultu Maryi. Już nie
mówię, że z ustaniem kultu Maryi, nasza kultura i sztuka
straciłyby najcenniejsze dzieła! Tak, stracilibyśmy
najpiękniejsze dzieła we wszystkich rodzajach sztuki,
jeślibyśmy przyznali słuszność tym, którzy potępiają
kult Maryjny. Nie było by tylu wspaniałych świątyń,
wzniesionych na Jej cześć, świeciłyby pustkami
najsławniejsze muzea, bo Tycjan, Rafael, Guido Reni,
Tiepolo, Carlo Dolci, Perugino, Corregio, Murilo i inni
królowie malarstwa, nie malowaliby obrazów Madonny:
nie powstałyby wspaniałe kompozycje muzyczne „Ave
Maryja”.
       Tylko tyle na temat, co straciłaby sztuka, gdyby
nie istniał kult Maryi Panny, bo teraz nie mam czasu
obszerniej o tym mówić. Bracia! Jeślibyśmy porzucili
kult Marii, znikłyby istotne źródła naszych sił.
      Tylko trzy myśli chcę podkreślić:
      1. Utracilibyśmy naszą niebieską Matkę.
      2. Nie mielibyśmy naszej Matki Bolesnej.
      3. Stracilibyśmy Patronkę Węgier.


   1. S t r a c i l i b y ś m y   naszą   niebieską
Matkę!


      Najświętsza Panna jest dla mnie ideałem, wzorem,
do którego nie wystarczy tylko wzdychać; na który nie
wystarcza spoglądać, ale trzeba go naśladować!
128
„Najświętsza Panna jest naszą niebieską Matką” – czy
wiecie, co z tego wynika?       Święty obowiązek: życie
godne Najświętszej Panny Maryi! Nasza święta wiara
głosi, że medalik na szyi, czy obraz nad łóżkiem jeszcze
nie oznaczają kultu Marii. To jeszcze za mało! Moja
dusza powinna być godna Maryi, w całym moim życiu
powinna panować taka atmosfera, w której by się dobrze
czuła Najświętsza Panna. Najświętsza Panna jest moją
Matką, która powinna się czuć u mnie jak w domu: widzi
każdy mój czyn i nic nie ma do zarzucenia. Słysząc
wszystko co mówię, nie gorszy się żadnym moim
powiedzeniem, pochwała zawsze moje postępowanie!
      Przeciwnicy zarzucają, że kult Maryi oddala nas
od Chrystusa. Czy oddala? Chyba stokrotnie zbliża! Nie
ten oddaje cześć Maryi, kto tylko śpiewa pieśni Maryjne
i odmawia Zdrowaś, ale kto życie, mowę i uczynki stawia
przed oblicze Niepokalanej, pytając: Matko moja, czy ci
się podobam?
      Tak wygląda katolicki kult Maryi!
      Czy chcecie wiedzieć, jaka siła płynie z takiego
kultu Maryi? Przyjdźcie ze mną na jedno m a j o w e
nabożeństwo.
      Spieszmy się, aby się dostać do środka kościoła.
Stańmy w kącie i rozglądnijmy się. Na ten raz wybaczy
nam Bóg, że rozglądamy się w czasie nabożeństwa,
chcemy się przecież czegoś nauczyć… Z ołtarza
spogląda na nas spokojne oblicze Najświętszej Panny…
Uszu naszych dolatuje błagalny głos litanii, lecą ku
niebiosom słowa: „Święta Boża Rodzicielko!, módl się
za nami!” „Uzdrowienie chorych, módl się za nami!”

                                                    129
Jakże nabożnie śpiewa tłum! Przypatrzmy się, co to za
ludzie? Tuż przede mną klęczy wiekowa babunia z
pooraną bruzdami starości twarzą; obok niej troje
małych dzieci, na pewno wnuczęta. Tam dwie elegancko
ubrane, młode dziewczyny, klęczą na kamiennej
posadzce: nie oszczędzają swoich sukienek. Znam je, nie
są katoliczkami, ale kochają Chrystusa i przyszły do stóp
Bogarodzicy. Dalej widzę starszych panów, studentów,
panie, a wszyscy wznoszą modły do Najświętszej Panny.
Niedaleko stoją dwaj robotnicy, ich zawalane odzienie
wskazuje, że wracają z fabryki do domu; cały dzień
brzmiał im w uszach huk maszyn, a teraz z radością
słuchają łagodnych dźwięków organów. Tam widzę
urzędnika, który niedawno opuścił duszne biuro. Obok
niego… obok niego – czy dobrze widzę?! – a ta jak się
tu dostała – postać z półświatka! Patrzy nieruchomo
przed siebie… Mój Boże, któż zgadnie, jaka tajemnicza
siła ściągnęła ją z bruku tu, do kościoła, czego szuka jej
pusty wzrok i jeszcze bardziej jej pusta dusza!
       Duszno jest od zapachu mnóstwa kwiatów, od
oddechów wielu osób, a jednak jaka czysta, święta,
orzeźwiająca jest ta atmosfera dla udręczonej,
zmęczonej i zranionej duszy! Czyste i świeże jest
powietrze tu u stóp Bogarodzicy! Poza kościołem, na
ulicach wielkiego miasta ludzie sprzedają swoją cześć,
swoją krew i cnotę, tu wewnątrz śpiewają hymny
pochwalne na cześć Niepokalanej Matki. O, gdyby
katolicki kult Najświętszej Marii Panny posiadał tylko tę
moc kojącą, krzepiącą, wspierającą i ogrzewającą dusze
nasze, to już miałby bezcenną wartość! Wysoko ponad
nieokiełzane żądze zmysłowego życia wznosi się
pociągający symbol świętej czystości! Wkoło panują
130
nocne ciemności, ale tu palą się znicze! Czarny jest
firmament etyki, a tu dwanaście gwiazd sieje swój blask
z czoła świętej Dziewicy! Świecą silniej niż promienie
Roentgena: przepalają grzesznika, zmywają brud,
zagrzewają słabych…
      Bracia: patrzcie, czym jest dla nas kult Maryi!

    2.   Gdybyśmy przestali czcić Maryję,
stracilibyśmy naszą Matkę Bolesną.


     Bracia, czy mam mówić, czym jest dla nas postać
Matki Bolesnej. Gdy się idzie drogą między górami nad
Budapesztem, między polaną góry Jana i kaplicą św.
Anny, przy pięknej leśnej drodze widać na jednym
drzewie obraz Panny Maryi, a pod nim słowa:


      Jeśli ci obcym jest uczucie wiary
      i obojętnie spoglądasz na Pannę Maryję,
      Jeśli nie padniesz przed Nią na kolana
      i nie zaniesiesz modłów o Jej pośrednictwo:
      Pamiętaj, że zawstydzą cię smutni i opuszczeni,
      których pełno w każdej epoce świata.


     Często chodziłem tą leśną drogą, ale dopiero dziś
zrozumiałem głęboką treść tych słów.
      Czy prawdę mówi ten obraz w lesie? Czy potrafi
                                                        131
leczyć nasze rany Matka Bolesna?
      Widzieliście zapewne, że w każdym kościele
przed obrazem czy figurą Matki Boskiej, stojącej u stóp
krzyża, klęczą o każdej porze dnia poważni mężczyźni i
kobiety. Modlą się przed obrazem Matki Boskiej,
stojącej u stóp swojego Ukrzyżowanego Syna. Bożkiem
pogan był piękny Apollo, czarująca Wenus – Afrodyta.
Dlaczego? Bo wiara pogańska nie potrafiła znaleźć
ukojenia w smutku i cierpieniu życia. Nasz Bóg, Bracia,
wisi na krzyżu zbroczony krwią, a pod krzyżem stoi z
sercem przebitym Dziewica Matka! Dla nas ten obraz
jest najcenniejszym źródłem siły. Obok naszych
kościołów, na ulicach, za pieniądze kupują i sprzedają
cnotę; koło naszych świątyń panoszy się mamona j
żądza cielesna – a przed obrazem Matki Bolesnej klęczą
ludzie, którym życie nie płynęło wśród tańca i rozkoszy,
ludzie, którzy poznali brzemię trosk; ludzie zawiedzeni,
oszukani. A ukrzyżowany Jezus do każdego wyciąga
swe ramiona, a z oczu zbolałej Dziewicy Matki spływa
ukojenie.
      O jak nędzny i ubogi byłby człowiek, gdyby stracił
swoją Matkę Bolesną!

       3. Na koniec, Bracia i Siostry, powiem, że wiele
straciłaby dusza węgierska, g d y b y s i ę w y r z e k ł a
Dziewicy Matki, którą za Patronkę
W ę g i e r obrał nasz święty pierwszy król!


     Po strasznych dniach zamieszek na Węgrzech
umieściliśmy Jej podobiznę na znaczkach pocztowych,
132
ale obecnie już wymazaliśmy stamtąd Jej wizerunek. Za
wzorem pobożnych naszych przodków umieściliśmy Jej
obraz na banknotach i monetach – ale obecnie i stamtąd
Ją usuwamy. Bracia, nie pozwolimy jednak wymazać z
naszych dusz prastarej, od tysiąca lat istniejącej czci dla
Matki Dziewicy!
      Czy może się gorszyć chociażby jeden obywatel,
że Węgry nazywają się „Regnum Marianum”,
„Królestwem Maryi”? Jeśli się gorszy, niech robi
zarzuty naszemu pierwszemu królowi, świętemu
Stefanowi, który ofiarował naszą ojczyznę Najświętszej
Pannie!
      Czy może razić Węgra, że Węgry nazywamy
„Królestwem Maryi”? Jeśli go razi, niech wyrwie
najpiękniejsze karty z naszej historii, na których jaśnieje
duch Węgier obok kultu Maryi.
       Czy może dziwić Węgra, że naród węgierski chce
i na przyszłość dochować wierności Maryi? Jeśli tak, to
niech się nad tym zastanowi, że kult Maryi jest głównym
źródłem ofiarnej miłości i patriotyzmu węgierskiego i
nie zastąpi go żaden manifest, żadne szumne hasło
patriotyczne. Młodzieniec, który czci Maryję, może nie
chodzi w odświętnym stroju węgierskim, ale na pewno
prowadzi życie moralne i czyste! Czy to nie jest najlepiej
skrystalizowany patriotyzm?! Rodziną, która czci
Najświętszą Pannę Maryję, nie unika potomstwa, nie
hołduje neomaltuzjanizmowi, nie niszczy potęgi
narodowej. A taki patriotyzm jest nam potrzebny przede
wszystkim! Robotnik węgierski, który czci Pannę
Maryję, jest zawsze trzeźwy, pracowity, uczciwy,
sumienny. A taki patriotyzm jest najpożyteczniejszy!
                                                       133
      Tak, Matko – Dziewico, Tobie oddajemy cześć,
bo jesteśmy katolikami, bo jesteś Matką naszego Pana i
Zbawcy!
       Tak, Matko – Dziewico, składamy Ci cześć, bo
jesteśmy potomkami tych katolików, którzy przez 2000
lat Ciebie czcili.
       Tak, Matko – Dziewico, Tobie cześć składamy, bo
jesteśmy Węgrami, potomkami Węgrów, którzy w
tysiącletnich dziejach często doznali wsparcia Twojej
ręki.


                     *     *     *


       Kochani Bracia i Siostry Katolicy! Kazanie swoje,
zacząłem od wzmianki o posągu Maryi, który jest przy
ulicy Rákoczy'ego, a kończę je, przypominając wam, że
w koronacyjnym kościele króla Macieja znajduje się
statua Matki Bożej.
       Kościół króla Macieja właściwie nazywa się
kościołem Królowej Korony Węgierskiej, bo przy
wejściu głównym, po prawej stronie, wznosi się boczny
ołtarz z piękną marmurową statuą Matki Boskiej. Zdaje
mi się, że niewielu mieszkańców Budapesztu zna ten
piękny posąg, a może tylko kilku słyszało jego legendę,
      Podczas oblężenia Budapesztu przez Turków
dzielni obrońcy miasta, widząc, że przyjdzie się poddać,
z niepokojem myśleli, czy uda się ukryć przed. Turkami
piękną statuę Najświętszej Panny. Postanowili
zamurować posąg, aby go Turcy nie znaleźli. Przez 145
134
lat pozostawał posąg w ukryciu, i nawet Węgrzy o nim
zapomnieli. Minęło 145 lat panowania tureckiego,
wojska chrześcijańskie otoczyły miasto, i rozpoczęła się
walka. Po stronie węgierskiej walczył Franciszkanin,
brat Gabriel, którego przezwano „Ogień” prawdziwe
jego imię i nazwiska brzmiało: Gabriele D'Aviano. Ów
brat Gabriel kartaczami własnego wyrobu atakował
zamek. Jeden pocisk trafił w basztę, w której mieściła
się amunicja turecka. Ze strasznym hukiem wyleciała
baszta w powietrze, aż ziemia zadrżała i w gruzy
rozsypywały się mury miasta a w jednym miejscu
zauważono marmurową statuę Najświętszej Panny.
Przerazili się Turcy na ten widok, a radość wstąpiła w
serca węgierskie: los zamku był przesądzony.
Najświętsza Panna dopomogła Węgrom, którzy ufali w
Jej moc. Wkrótce Turcy zostali wypędzeni nie tylko z
Budapesztu, ale z całego kraju. Po 150 – letniej niewoli
zrzucono jarzmo tureckie…
     Oto koniec legendy o posągu Panny Maryi w
Budapeszcie.
      A teraz, Bracia, którzy stoicie koło ambony, lub
którzy w granicach i poza granicami naszej ojczyzny
słuchacie słów moich przez radio, skłońcie z pokorą i
ufnością głowy przed naszą Najdroższą Matką –
Dziewicą, błagając Ją słowami pieśni:
      „Ty, której berła ląd i morze słucha,
      Jedyna moja po Bogu otucha.
      O Gwiazdo morska, o święta Dziewico,
      Nadziei mojej niebieska Kotwico…”

                                                    135
                          XI.


      W JAKIM CELU CZCIMY ŚWIĘTYCH?


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Gdy w jakiejkolwiek miejscowości na świecie
wejdziemy do katolickiego kościoła, wszystko jedno,
czy do prastarej świątyni, czy do nowoczesnej ubogiej
kaplicy, wystawionej w dzielnicy robotniczej, najpierw
widzimy obrazy, posągi świętych, umieszczone bądź na
ścianach, bądź też w ołtarzach. W prastarych
świątyniach      spotykamy       oryginały       pędzla
najznakomitszych mistrzów malarstwa, w kościołach
wiejskich tylko nieudolne kopie, lub oleodruki, ale na
ogół we wszystkich świątyniach uderza kult świętych.
      Naprawdę, Bracia, kult świętych, jaki przejawia
się w Kościele katolickim jest prawdziwym skarbem
naszej religii, ale wywołuje zarzuty ludzi biorących
powierzchownie sprawy religijne, lub niekatolików,
którzy twierdzą, że nie zachowujemy I Przykazania
Bożego: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede
mną, ani nie będziesz się im kłaniał”.
      W ubiegłą niedzielę mówiłem na podobny temat
w związku z kultem Panny Maryi. Ale nie mogę
zakończyć swojej nauki o pierwszym Przykazaniu, by
nie poruszyć zagadnienia kultu świętych. Poświęcę na to
dwa kazania: dzisiaj odpowiem na pytanie: d l a c z e g o
136
o d d a j e m y c z e ś ć ś w i ę t y m , a w przyszłą
niedzielę na pytanie: w j a k i m c e l u c z c i m y
świętych.
    Przedmiotem dzisiejszego kazania             jest    –
dlaczego czcimy świętych?
        W dwóch zdaniach można odpowiedzieć na to
pytanie: I. Czcimy świętych, b o                   cześć
bohaterów              właściwa           jest    naszej
l u d z k i e j n a t u r z e , i II. Czcimy świętych, b o
byli          naprawdę             najidealniejszymi
ludźmi i największymi bohaterami.


                            I.


      Bracia! Nie potrzebuję mówić, że człowiekowi
mimo woli imponuje zarówno wspaniała budowa
fizyczna, jak i wartość moralna, wielkość duszy i
charakteru. Mamy na to wiele przykładów nie tylko w
dziejach dawniejszych, ale także dzisiaj.
      Wiemy z historii, że każdy naród czci swoich
bohaterów, przechowuje pamięć o nich, stawia ich za
wzór młodzieży. Codzienne doświadczenie również
wskazuje, że ludziom imponuje bohaterstwo.
Przypomnijcie sobie, jak małe dzieci gorąco proszą
matkę, by im opowiedziała jakąś bajkę. A wiecie, jaką
lubią najbardziej? Bajkę o olbrzymach i karłach! Małe
dziecko samo czuje się karłem i tęskni za postacią
olbrzyma, a słuchając tej bajki, długo rozmyśla, w jaki
sposób można by zostać olbrzymem. Tak, każda
                                                        137
wielkość pociąga i imponuje duszy ludzkiej. Jest to
powszechnie znany i niepodlegająca dyskusji objaw,
więc nie potrzeba się nad nim dłużej zastanawiać.


                         II.


    Należy jednak wyjaśnić drugą część twierdzenia,
a mianowicie, że ś w i ę c i b y l i i s t o t n i e
wielkimi        ludźmi,        największymi
ludźmi          i         najidealniejszymi
bohaterami, że zasłużyli, aby ich
czcić.
    A) C o       rozumiemy         przez     wyraz
„święty”?
       Niestety, to słowo jest zazwyczaj najfałszywiej
używane. Kogo nazywamy świętym? – pytam. „Święty,
to człowiek, który czyni cuda” – odpowiada mi ktoś. I
myli się: bo mamy wielu świętych, którzy w życiu nigdy
nie zrobili żadnego cudu.
      Kto więc jest świętym? „Człowiek, który nie miał
wad” – odpowiada inny. Znowu pomyłka. Już sam
wyraz „człowiek” wskazuje na walczącą z ułomnościami
i skłonną do złego naturę. Z pokusą i z grzechem
walczyli również i święci, ta walka jest nawet
charakterystyczną ich cechą, walka aż do ostatniego
tchu!
      Któż więc jest świętym? Zaraz usłyszycie
najśmieszniejszą odpowiedź, że „święty, to człowiek o
smutnym obliczu, nigdy się nie śmieje i wszystko na
138
świecie uważa za grzech”. O, Bracia! Jakie to okrutne
wypaczenie pojęcia świętości! A spotykam się z nim
niemal na każdym kroku. Gdy ktoś zwiesi na dół głowę,
spuści oczy, to zaraz usłyszy uwagę: „Nie bądźże takim
świętoszkiem!” Jeśli ktoś jest biedny, mało energiczny i
nie może sobie dać rady w życiu, mówią o nim:
„Poczciwe stworzenie!”
      Otóż, Bracia, jest to zupełnie, błędne pojęcie
świętości!
      a) Nie! Nic wspólnego nie ma ze świętością ani
schylona głowa, ani wystraszony wzrok, ani
wykrzywione ręce i nogi! A jeśli spotykamy tu i ówdzie
podobny wyraz w figurach, obrazach, czy rzeźbach,
pamiętajmy, że jest to kwestia stylu, który sprawił, że
postacie świętych są tak dalekie od rzeczywistości i
mają tak wychudzone członki oraz smutny wygląd.
       b) Pojęcie świętości nie polega również na
trwożliwym unikaniu świata i na smutnym wyrazie oczu.
Jest przecież rzeczą powszechnie znaną, że wielcy
święci Kościoła odznaczali się pogodą ducha i
wesołością. Wystarczy przypomnieć powiedzenie
świętego Franciszka Salezego: „Un saint triste est un
triste saint” – „smutny święty jest naprawdę smutnym
świętym”. Można wskazać na świętego Filipa Neriusza,
który w gwarnym i wesołym towarzystwie swoich
uczniów chodził po wzgórzach rzymskich; albo na
świętego Bosko, który wesołe gromadki chłopców sam
zachęcał do zabawy, wołając do nich: Stamni allegro –
bądźcie weseli!
      Posunę się jeszcze dalej i powiem, że katolicyzm,

                                                    139
pomimo swojego rygoru, a raczej właśnie dlatego,
zapewnia spokój duszy i rozpogadza nawet wyraz
twarzy.
Ktoś pisał, że w dawnej katolickiej Anglii obywatele
odznaczali się większą pogodą. Czy tak było istotnie, nie
wiem, powszechnie jednak wiadomo, że z humoru słyną
katolickie Włochy i Hiszpania, sami również możemy
się o tym przekonać, gdy pójdziemy od wsi do wsi w
okolicach, w których mieszkają ludzie różnych wyznań.
Katolików poznamy od razu po zewnętrznym ułożeniu,
po spokojnym i pogodnym wyrazie twarzy.
      Więc „świętość” nie ma nic wspólnego ze
wstrętem do życia. „Świętość” nie oznacza ciągłego
smutku, ani rozpaczy.
      c) Musimy jeszcze zaznaczyć, że „świętość” nie
oznacza również zatraty indywidualności i cech
ludzkich! Podkreślam to z naciskiem, zwłaszcza dzisiaj
w „epoce indywidualności”!
      Życie katolickie nie przekreśla właściwości
narodowych ani plemiennych, lecz rozwija, potęguje i
uduchawia szlachetne cechy charakteru. Chociaż
wszystkich bohaterów ducha nazywamy ogólnie
„świętymi” – rozumiemy jednak dobrze, że różnią się
między sobą właściwościami swej narodowości i rasy.
Dodatnie cechy Rzymian występują w spotęgowanym
stopniu u świętego Ambrożego, u Leona Wielkiego i
Grzegorza    Wielkiego.     Szlachetne   właściwości
mieszkańców Afryki uderzają w postaci świętego
Augustyna i Cyryla Aleksandryjskiego, a wystarczy
rzucić okiem na trzech świętych młodzieniaszków, aby

140
wywnioskować, że święty Alojzy należał do rasy
romańskiej, święty Stanisław do słowiańskiej, a Święty
Jan Berchmans do germańskiej. Szlachetne pierwiastki
narodowości węgierskiej wyniosły na ołtarze świętego
Stefana, króla węgierskiego, świętego Emeryka i
błogosławioną Małgorzatę.
      Bracia! Świętość nie polega na rezygnacji!
Wykrzywiona twarz nie oznacza świętości! Lękliwa
niezaradność również nie jest „świętością”.
      A więc, na czym polega „świętość”? Kto jest
świętym?
    B) C ó ż w i ę c          rozumiemy           przez
nazwę „święty”?
      Kościół katolicki w poczet świętych zalicza ludzi,
którzy udoskonalili swoją duszę na podobieństwo boże i
którzy jakąś cnotę chrześcijańską doprowadzili do
bohaterstwa.
      Kim są zatem święci?
      1) Święci, to artyści, 2) święci, to bohaterowie.
      1) Czcimy świętych, b o b y l i m i s t r z a m i w
naśladowaniu         życia      Chrystusowego.
Życie każdego świętego, bez względu na narodowość,
wiek, czy przynależność społeczną, jest prawdziwym
arcydziełem.
      W jaki sposób ta grzeszna i skłonna do złego
natura stała się arcydziełem, godnym wiecznego oblicza
bożego, nadającym się do wiecznej szczęśliwości?
Dzięki mozolnej pracy artysty – świętego! Bracia!
Podziwiamy rzeźbiarzy, którzy niekształtne marmurowe
                                                          141
bryły zamieniają w tak przepiękne posągi, że stwarzają
wielką iluzję rzeczywistych postaci, które omal nie
przemówią; imponują nam genialni malarze, którzy
potrafią rzucić na martwe płótno tak wyraźne obrazy, że
wyglądają jak żywe, dlaczego więc nie mielibyśmy
podziwiać i otaczać czcią świętych, których harmonijnie
ukształtowane dusze nie są iluzją artystyczną, ale
rzeczywistością, których doskonałość ocenił najbardziej
przenikliwy sędzia – Ojciec Niebieski. Do nich możemy
zastosować słowa, które Bóg Ojciec wyrzekł o Panu
Jezusie „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam
upodobanie”.
      Kim jest święty? Artystą! Artystą, który pracuje
nie nad brązem, nie nad płótnem, nie nad martwą
materią, ale który za przedmiot swego trudu obrał
najważniejszą rzecz na świecie: żywą ludzką duszę!
Święty, to człowiek, który potrafi osiągnąć w taki, lub
inny sposób ideał życia chrześcijańskiego.
      Historia zachowuje pamięć o wybitnych
jednostkach, poetach, mędrcach, artystach i wodzach,
których życie i czyny były najpiękniejszym rozkwitem
natury ludzkiej, dlaczegóżby więc religia nie miała
otaczać czcią tych, którzy tym więcej zasłużyli na
pamięć, że mimo ułomności śmiertelnego ciała, mimo
tysiąca niebezpieczeństw grzechu, doprowadzili do
zwycięstwa najidealniejsze porywy duszy katolickiej.
      Pod tym kątem widzenia znikają natychmiast
niesłuszne zarzuty, że kult świętych nie zgadza się z
kultem Boga. Czy się nie zgadza? Przeciwnie! Człowiek
wyraża w nim swój podziw dla wspaniałych stworzeń
bożych! Gdy człowiek stanie na niebotycznym szczycie,
142
wiecznym śniegiem okrytej góry, lub gdy znajdzie się w
wieczór majowy na kwiecistej łące i spojrzy na niebo,
iskrzące się miliardami gwiazd, to bezwiednie czuje
wspaniałość dzieł Stwórcy. Najwspanialszym jednak
dziełem bożym jest dusza świętego, promieniująca
pięknem, dobrocią i majestatem Boga!
       Życie każdego świętego jest prawdziwym
hymnem, chwalebnym „Te Deum” na cześć bożej
piękności, dobroci, miłosierdzia i miłości. W każdej
kropli potu i krwi świętego jest krew i pot Chrystusa.
Serce każdego świętego tętni życiem Pana, pała Jego
gorliwością i miłością. Usta każdego świętego
wymawiają słowa Chrystusa, a ręce naśladują Go w
dziełach i ofiarach. Wszystkie cierpienia świętych
stanowią jakby cząstkę świętego krzyża; każda zasługa –
cząstkę zasług Zbawiciela!… W apostołach widzimy, że
boskie Słowo przekształca świat, w męczennikach, że
cierpliwość Jezusa Chrystusa zwalcza wszystkie
przeszkody, w świętych dziewicach – triumf
niebiańskiej czystości Jezusa.
      Dlaczego są wielkimi męczennicy, którzy
ofiarowali swoje życie? Bo wyryli w duszach obraz
ofiarującego się Chrystusa! Dlaczego wielkimi są święci
jałmużnicy? Bo nosili w duszy obraz miłosiernego
Chrystusa! Ilu jest świętych, tyle jest podobieństw
Chrystusa: wszystkie różne, indywidualne, ale wszystkie
cenne, bo widnieje na nich, jako artystyczny wzór, święte
oblicze Chrystusa Pana.
      Czcimy świętych, bo po mistrzowsku naśladowali
życie Chrystusa.

                                                     143
    2) Czcimy również świętych, albowiem p o
bohatersku      żyli    według        zasad
Chrystusowych.
       Święci, to bohaterowie! Ludzie słabi i śmiertelni,
jak my, ale do głębi przejęci myślą o życiu wiecznym.
Myślą, z którą nie rozstawali się ani na moment,
zarówno w czasie modlitwy, jak zabawy, zarówno przed
ołtarzem, jak i na katedrze, w niedzielę i w dzień
powszedni. Święci przejęci byli jedynym pragnieniem:
by się stać świętymi bohaterami, i dlatego stali się nimi,
żyjąc zawsze według zasad Chrystusowych: my
posiadamy jakby p o d w ó j n ą duszę i dlatego tak się
od nich różnimy, jesteśmy nieudolnymi i potykającymi
się naśladowcami życia Chrystusowego.
      Co rozumiem przez powiedzenie, że „mamy
podwójną duszę”? Podwójną duszę ma polityk
chrześcijański, gdy sądzi, że w dzisiejszym państwie nie
można rządzić według dziesięciorga Przykazań Bożych.
Podwójną duszę ma chrześcijański kupiec, gdy jest
głuchy na siódme i ósme Przykazanie Boże. Podwójną
duszę ma lekarz, który zasłaniając się wymaganiami
higieny, daje niemoralne wskazówki młodzieży i spędza
płód matkom. Podwójną duszę ma elegancka pani, która
idąc za głosem mody, hołduje rozmaitym „lekkim”
zbytkom. Podwójną duszę ma artysta, który nie
zachowuje piątego Przykazania Bożego. Podwójną
duszę ma cały dzisiejszy świat, który do tego stopnia jest
niemoralny, że prostotę i niezłomność nazywa
dziwactwem i zacofaniem. Tak, jesteśmy biednymi,
przeciętnymi ludźmi!
      Bracia, kiedy patrzę na świętego, nie mogę
144
powstrzymać okrzyku: Oto człowiek! Całkowity
człowiek! C h a r a k t e r n i e z ł o m n y ! B o h a t e r !
Święty!
       Czcijmy i nadal zastępy dawnych świętych, tych
prawdziwych bohaterów! Ale również pamiętajmy o
bohaterach doby obecnej, którzy wśród dzisiejszego
życia bez zasad, wśród ludzi nieudolnych i chwiejnych,
wśród dwoistości świata potrafią zachować wierność
swoim zasadom i trwać niezłomnie i konsekwentnie
przy wykonywaniu prostolinijnego programu życia
katolickiego, którzy nawet dzisiaj umieją być świętymi!
      Powiedzcie, Bracia, czy wobec tego kult i cześć
dla świętych można nazwać „bałwochwalstwem,
sprzecznością z pierwszym Przykazaniem?” Raczej
przeciwnie, jest on najgłębszym objawieniem się natury
ludzkiej!


                             III.


      Kochani Bracia i Siostry, zrozumieliście, że kult
świętych jest zupełnie słuszny i naturalny, a teraz
nasuwa się jedna uwaga: kult świętych nie byłby
przedmiotem    tylu    ataków      i  nieporozumień,
gdybyśmy          zawsze           i     wszędzie
oddawali cześć świętym według woli
i nauki Kościoła katolickiego.
      Niestety, nasza ludzka natura skłonna jest do
wypaczania nawet najwznioślejszych i najwspanialszych
dążeń.
                                                           145
      Naprawdę, nawet między katolikami spotyka się
nieraz ludzi, którzy nie rozumieją, na czym polega kult
świętych, i często postępują pod tym względem zupełnie
sprzecznie z zasadami świętej wiary. Dlatego poruszam
tę sprawę, bo chcę, aby każdy, nie tylko katolicy, ale i
innowiercy wiedzieli, jakie stanowisko zajmuje tutaj
Kościół.
       Naturalnie, że czcimy świętych i wzorujemy na
nich swe życie moralne, i zarówno w poważnych
sprawach duchowych, jak i w ziemskich drobiazgach
możemy szukać u nich pomocy. Mamy zwyczaj
przechowywać w mieszkaniach podobizny kochanych i
bliskich osób, nic więc dziwnego, że umieszczamy tu
również obrazy i posągi świętych, stawiamy je na
placach i ulicach, bo pomniki wielkich ludzi świadczą o
ich szlachetnym życiu, a dla nas są bodźcem do
naśladowania. Jest to zupełnie słuszne.
       Ale, Bracia, jeśli ktoś przyrzeka świętemu
Antoniemu sto złotych za główną wygraną na loterii
państwowej, albo jeśli ktoś przed pojedynkiem kładzie
do kieszeni figurkę świętego Antoniego z prośbą o
pomoc – godzien jest potępienia; to już nie jest kult
świętości, tylko najpospolitszy szantaż, kupiectwo i
wyzysk, wyraźnie potępione przez Kościół. Możemy się
gorąco modlić przed figurami świętych i Matki Boskiej,
jest to rzecz zupełnie naturalna. Uderza jednak, że w
liczniej uczęszczanych kościołach tłumy ludzi gromadzą
się    przed     obrazami    świętych,    gdy    przed
Przenajświętszym Sakramentem widać zaledwie kilka
osób! Bracia! Pozwólcie sobie to dokładniej
wytłumaczyć: wchodząc do obcego domu, najpierw
146
powinniśmy się przywitać z gospodarzem, potem
dopiero z członkami jego rodziny. A kto jest panem w
kościele? Jezus Chrystus w Przenajświętszym
Sakramencie ołtarza! On jest ośrodkiem naszej wiary i
kościoła, nawet najmniejsza cegła w murze Jemu jest
poświęcona. On jest pierwszy, więc Jego powinienem
najpierw powitać serdeczną modlitwą, a dopiero później
Jego domowników, bo to rzecz zupełnie naturalna.
      Kochani Bracia! W religii nie ma niczego, co
trzeba by ukrywać. A jeżeli wkradają się gdzieś błędy,
sami się zabierzmy do ich usunięcia.


                    *     *     *


       Kochani    Bracia!   Doszliśmy      więc   do
następujących wniosków. My, katolicy, uwielbiamy
tylko Boga, mamy jednak prawo oddawać cześć
wszystkim, którzy przez swoje życie zbliżyli się do
ideału Chrystusowego. Kult świętych i kult Matki
Boskiej nie przeszkadza naszemu wewnętrznemu życiu
religijnemu, a nawet wpływa dodatnio na jego rozwój,
bo święci są gwiazdami, które pożyczyły sobie światła
od jedynego słońca, Jezusa Chrystusa. Skoro otaczamy
czcią znakomitych ludzi, bohaterów, więc tym bardziej
powinniśmy czcić największych i najszlachetniejszych
bohaterów: świętych.
      Kochani Bracia! Ubiegłego roku byłem w Maria –
Zell. W hotelu, w którym się zatrzymałem, nie było ani
na lekarstwo żadnego Niemca. Spotykało się tylko
Węgrów i Węgrów na każdym kroku. Podobno tak samo
                                                   147
było i w innych hotelach. Przez Styrię podobno
tysiącami przejeżdżali Węgrzy, również przez miasta
włoskie, francuskie, przez Paryż…Czy tylko Węgrzy
tyle podróżują? Nie! Inne narody również. Ludzie, to
niespokojne stworzenia! Kogo nie stać na wyjazd do
dalekich krajów, wybiera się na bliższe wycieczki,
najczęściej w góry – każdego coś ciągnie na szczyty, bo
tam znajdzie świeższe powietrze, rozleglejsze widoki i
orzeźwiające źródła.
      Bracia!     Dążenie     ku      szczytom    jest
charakterystyczną cechą nie tylko naszego ciała, ale
również i duszy. Dobrze nam, gdy możemy rzucić
wzrokiem na olbrzymów ducha, którzy nas przerastają.
Szczęśliwi jesteśmy, gdy się możemy zbliżyć do tych,
którzy żyli w bardziej czystym powietrzu wyżyn
ideowych, na których wpatrywali się w Boga i stali się
przez to źródłami orzeźwiającymi całe epoki.
      Wiecie już teraz, kim są święci? To jakby szczyty
alpejskie, które wznoszą się nad monotonną szarzyzną
codziennego życia, to czyste orze orzeźwiające
tchnienie, błogosławione promienie, które rozjaśnią
nieznane ścieżki bohaterskiego życia. Mieszkaniec
miasta dobrze się czuje, gdy może w wolnej chwili
wyjść do lasu, lub w góry i całą piersią odetchnąć
świeżym powietrzem, odpocząć po całodziennych,
szarpiących nerwy, trudach. Nie żałuje wysiłku, wspina
się na góry, bo doskonale rozumie, że w ten sposób
nabierze sił i tężyzny. Ma rację! Bracia, starajmy się ze
wszystkich sił naśladować artystów i bohaterów życia
chrześcijańskiego, t.j. świętych, bo w ten sposób
utrwalimy i wzmocnimy swój wątły katolicyzm,
148
nabierzemy hartu ducha. Przez naśladowanie świętych
dojdziemy do źródła świętości – Jezusa Chrystusa.
Amen.


                         XII.


NA JAKIEJ PODSTAWIE CZCIMY ŚWIĘTYCH?


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W Wersalu pod Paryżem, stoi otoczony parkiem
pałac „Trianon”, którego widok smutkiem napełnia
wszystkie węgierskie serca. Zachował cały swój dawny
przepych pałac Ludwika XIV, zwanego „Król – Słońce”.
Turyści     oglądając     przepiękne      komnaty,     z
zaciekawieniem czytają napis wyryty na jednym a
pomników: „Gli ultimi giorni di Napoleone primo” –
„Ostatnie dni Napoleona pierwszego”. Na fotelu siedzi
cesarz, wycieńczony śmiertelną chorobą, przed sobą
rozłożył mapę Europy… Orlim wzrokiem patrzy w dal,
jak gdyby się chciał wyrwać z ciasnych granic swego
więzienia, z wyspy świętej Heleny. Mały człowieku,
chciałeś zostać wodzem, cesarzem, władcą świata? –
szumią fale kołyszące się u stóp cesarza. Drżały miliony
na widok twych zmarszczonych brwi – a teraz patrz; jaki
cię spotkał los? Złote korony zdobiły twoje skronie,
korzyły się przed tobą, jak przed pół – bogiem, narody
świata, a teraz… huczy odwieczne, prastare morze –
patrz, taki los czeka ludzką wielkość, tak przemija

                                                    149
wielka sława ziemska!… W skupieniu słucha
śmiertelnie chory cesarz odwiecznej nauki zawartej w
szumie fal.
      Czy słucha tylko sam ciężko chory cesarz? Nie!
Cała dzisiejsza, śmiertelnie chora ludzkość! Wszyscy,
ludzie, którym mimo woli imponuje odwaga, wielkość
indywidualna, wiedza, sztuka i przejawy bohaterstwa,
powinni na koniec zrozumieć, że największymi
bohaterami nie są ani rzeźbiarze, ani zwycięscy
wodzowie; bo chociaż należy cenić i ziemskie zasługi,
trzeba jednak pamiętać, że prawdziwymi artystami i
zwycięzcami, którzy rozszerzają granice życia
ziemskiego,    są    bohaterscy    naśladowcy   życia
Chrystusowego, czyli: święci.
       W zeszłą niedzielę, mówiąc o pierwszym
Przykazaniu i zastanawiając się, na jakiej podstawie
czcimy świętych, doszliśmy do wniosku, że święci, to
artyści i bohaterowie. Dzisiaj, Bracia, powinniśmy
odpowiedzieć na drugą część pytania: w j a k i m
c e l u o d d a j e m y c z e ś ć ś w i ę t y m . Mamy nie
tylko prawo, ale i powody, żeby oddawać cześć
świętym. Kult świętych przyczynia się bowiem do
ożywienia naszego życia religijnego, dodaje sił w
dążeniu ku ideałom, zagrzewa do wytrwałej walki o
zasady Chrystusowe.
       Trzy myśli będą podstawą dzisiejszego kazania: W
jakim celu oddajemy cześć świętym? Bo kult świętych: I.
Ożywia          nasze      życie     r e l i g i j n e , II.
P r o w a d z i k u i d e a ł o m i III. W z m a c n i a
naszą siłę.

150
                          I.


  Kult świętych ożywia nasze życie
              religijne.


       Kochani Bracia! Wiadomo, że prawdy religii
katolickiej są bardzo głębokie, a jej przepisy moralne
surowe. Sprawiedliwy i wszechwiedzący Bóg! Życie
wieczne! Odpowiedzialność za wszystkie słowa i ukryte
myśli! Sąd ostateczny! Nieustanna walka z
namiętnościami i pokusami!… Oto olbrzymie,
granitowe bloki, na których wspiera się świątynia
katolickiej wiary i moralności; ten wspaniały,
niebotyczny gmach byłby jednak trochę za surowy,
budziłby lęk i niepokój, gdyby go nie zdobiły świetlane
szeregi świętych, gdybyśmy nie widzieli tysięcznych
zastępów świętych ludzi, podobnych do nas, słabych,
skłonnych do grzechu, którzy jednak wołają: Bracia! Nie
bójcie się! Nie drżyjcie! Wiara i moralność wymagają
od was ciężkich obowiązków, ale z radością was
zapewniamy, że to wszystko da się wykonać.
      Może niektórzy z was, Bracia, widzieli cudowną
katedrę mediolańską – istne marzenie zaklęte w biały
marmur, lub katedrę kolońską – cud gotyku. Pomyślcie,
co by zostało, gdybyśmy usunęli z tych wspaniałych
arcydzieł posągi, obrazy i witraże, które przedstawiają
świętych. Zostałyby tylko nagie łuki i filary, znikłoby
piękno, podniosły i przyjemny nastrój. Tak: kult

                                                   151
świętych wnosi z sobą do naszej religii pierwiastek
piękna i poezji.
      Kult świętych podobne pierwiastki wniósł i do
naszego codziennego życia, do życia naszych ulic i
miast. Szkoda, że po najeździe tatarskim i po niewoli
tureckiej pozostało zaledwie kilka dawnych miast i
domów węgierskich, gdyż mielibyśmy sposobność
stwierdzić, że podobnie, jak mieszkańcy innych krain,
tak i nasi chrześcijańscy przodkowie rozumieli
doskonale, jakie znaczenie posiada cześć świętych w
życiu codziennym. Dzisiejsza młodzież nie widzi teraz
w mieszkaniach wizerunków świętych, lecz gorszą ją i
psują niemoralne obrazy. Coraz rzadziej spotyka się
rodziny, które by paliły lampkę oliwną na cześć
Najświętszej Panny. Dziś tylko gdzieniegdzie, w starych
domach Budapesztu, spotykamy obraz, lub figurkę
Panny Marii, gdy dawniej posągami świętych zdobiono
portyki, bramy miasta, gmachy publiczne, a obrazy
świętych, figury i kapliczki stały przy drogach
wiejskich. Dziś niestety zwyczaj ten poszedł w
zapomnienie.
      O Cesarzu Hadrianie czytamy w historii, że na
Kalwarii, na miejscu krzyża Chrystusowego, kazał
wystawić posąg Wenery, bogini rozpusty. Nowoczesne
życie z niemoralnymi obrazami, plakatami, reklamami,
którymi napełnia ulice, to jakby drugi Hadrian.
Człowiek patrząc na obrazy świętych, stawał się
lepszym; na chwilę odrywał się od szarzyzny
codziennego życia; dziś patrząc na ulicę, staje się
gorszym, zatraca swe człowieczeństwo, pada ofiarą
namiętności.
152
      Bracia, starajmy się ocenić piękno i poezję, którą
wnosi kult świętych do naszej religii. Teraz
przechodzimy do drugiej kwestii. Życie świętych wnosi
do naszego życia religijnego nie tylko poezję, ale i coś
więcej.


                          II.


  Życie świętych stawia przed nami
       godne człowieka ideały.


     Bracia! Odwieczna cześć dla bohaterów zawsze
podnosiła ludzkość. Zależy jednak, kogo będziemy
uważać za godnego szacunku, za postać idealną?
      Ideałem moim może być bądź to wielki mędrzec,
bądź też artysta, wynalazca, słowem człowiek, który
przyczynił się do rozwoju kultury, który urzeczywistniał
słowa Biblii: „czyńcie ją (ziemię) sobie poddaną!”
Imponuje mi Dante, który wspaniałe wizje ukazał duszy
ludzkiej, porywa Murillo, który nadziemską piękność
uwiecznił na płótnie i Beethoven, który ułożył
niebiańskie melodie. Imponuje mi Karol Wielki,
Koloman, „miłośnik książki”, i każdy potężny
monarcha. Imponuje mi wynalazca elektryczności,
maszyny parowej, łodzi podwodnej i radia. A
najbardziej imponują mi ludzie wielkiego ducha,
bezimienni, cisi bohaterowie codziennego życia, którzy
zachowali uczciwość wśród nędzy, czystość wśród

                                                    153
zgnilizny wielkich miast i ostali się niezachwiani wśród
pokus. Tak, imponuje mi każda wielkość!
      Bracia! Dowodem moralnej tężyzny ludzkości jest
cześć prawdziwych bohaterów, natomiast dowodem
upadku entuzjazm, jakim darzymy obecnie rzekomych
bohaterów.
      Bracia! Ze smutkiem musimy stwierdzić, że
panuje straszny upadek i dewaluacja istotnych wartości i
wzniosłych ideałów. Przyjrzyjmy się na przykład
dziennikom krajowym, czy zagranicznym. O czym
piszą? O wielkich, szlachetnych czynach ludzkich
bardzo mało. Czy można dowiedzieć się o tym, jak
rozwijają się misje katolickie, szerzy chrześcijaństwo i
kultura wśród dzikich plemion? Nie! Wiemy jednak, że
w Barcelonie jakiś tancerz pobił taneczny rekord
światowy, bo tańczył 240 godzin, czyli 10 dni, i na
godzinę tylko przez 3 minuty wypoczywał, by coś zjeść
i zmienić strój (Osservatore Romano, 9. VI. 1927). Oto
bohater! Oto wielkość! O nim się pisze! Czy pisze się o
bezgranicznym poświęceniu Sióstr Miłosierdzia, które
narażają życie, usługując chorym? Nie! Piszą natomiast,
po ilu minutach został pokonany jakiś bokser i jak
krzyczeli widzowie w liczbie 80.000: „Knock out!
Knock out! Obal go!” Oto bohaterstwo! Oto wielkości!
O tym należy pisać!
      Czy wiemy, jak pracują przez dziesiątki lat
skromni badacze w zacisznych laboratoriach nad
prawdziwym postępem ludzkości? Nie! Czasem
spotykamy na ten temat zaledwie lakoniczne wzmianki,
a za to całe szpalty poświęca się bramkarzowi klubu
futbolowego, linoskoczkowi, pogromcy zwierząt,
154
gwiazdom filmowym, zdobywcy kanału La Manche,
lotom transatlantyckim. Kolumb przepłynął ocean, zaś
obecnie kilku ludzi przeleciało do Ameryki – wszystkim
należy się cześć; ale pozwólcie, że prawdziwego
bohatera widzę mimo wszystko w Kolumbie. On
bowiem wsiadając na okręt myślał o tym, żeby pozyskać
w odkrytej ziemi nowych wyznawców dla Chrystusa, a
nie o tym, żeby w razie powodzenia schować do
kieszeni tysiące dolarów!
     Bracia! Jeszcze większy obraz upadku wartości
duchowych i moralnych, przedstawia dziedzina
wychowania młodzieży, której brak ideałów.
       Ktoś zgorszył się, słysząc odpowiedź jakiegoś
młodzieńca, który na pytanie: „Jakie skończyłeś
studia?”, odpowiedział: „trzy klasy szkoły miejskiej i
cztery kursy taneczne”. Nic dziwnego! Czy wiecie, kto
jest ideałem dla dzisiejszej młodzieży? Czy filozofowie,
wynalazcy, artyści, przedstawiciele kultury duchowej?
Nic podobnego! Ideałem jest: champion boksu, gracz
futbolowy, rekordzista światowy, znakomity skoczek!
Ideałem dzisiejszej młodzieży jest przemyślność,
zręczność, pięść, muskuły i brutalna siła fizyczna!
Współcześni młodzieńcy przeważnie nie mają pojęcia,
kim był Michał Anioł, Rafael, Keppler, Pasteur, święty
Augustyn, święty Franciszek z Asyżu, w każdej
natomiast chwili, nawet wyrwani ze snu potrafią
wyliczyć bez zająknienia dwa tuziny imion gwiazd
filmowych. Nie mają pojęcia o położeniu geograficznym
wielkich miast, ale doskonale się orientują, gdzie się
znajduje Hollywood. Nie pamiętają, kiedy był najazd
Tatarów, klęska pod Warną, ale za to dokładnie wiedzą,
                                                    155
jaki jest rekord skoku wzwyż, ile sekund wynosi rekord
pływacki, ustanowiony na ostatniej Olimpiadzie.
      Bracia, pozwólcie, że jeszcze wrócę do znaczenia
kultu świętych w Kościele katolickim! Zadaniem kultu
świętych jest ukazać ludzkości godne człowieka ideały,
zwykłe wyrobienie sportowe zamienić na nadzwyczajny
heroizm życia nadprzyrodzonego, obudzić duchowe
pierwiastki w ludzkości rozentuzjazmowanej rekordami
sportowymi. Mistrz bieżni w ciągu jakiegoś czasu
przebiegł tyle a tyle kilometrów – dobrze, ale trzeba
pamiętać i o tych, którzy sumienną pracą i wytrwałością
dotarli do mety! Pływak światowej sławy przepłynął 100
metrów w niecałą minutę, dobrze, ale nie można milczeć
o tym, który przepłynął zwycięsko przez burzliwe wody
oceanu życia!
      Ludzie! Bracia! Wszystkie wasze rekordy
sportowe bije jeden czyn ducha; przepadnie cała nasza
kultura, zniknie z powierzchni ziemi ludzkość, jeśli w
naszych oczach będą miały większą wartość muskuły
niż duch, – szybkość aniżeli dobroć, – brutalna siła,
aniżeli dusza!
      Kult świętych zapewnia przewagę ducha nad
materią, nad techniczną, materialną kulturą!




156
                           III.


     Kult świętych daje nam siłę do
        naśladowania Chrystusa.


      Nie koniec na tym. Kult świętych wnosi do naszej
wiary nie tylko poezję, nie tylko ideały, ale d a j e n a m
i siłę do wytrwałego naśladowania
Chrystusa.
      Dziwni są ludzie! Na każdym kroku stawiają
pomniki sławnym mężom, malują ich portrety, kładą
wieńce na ich mogiłach i uważają to za objaw naturalny;
ale jeśli w ten sam sposób czcimy ludzi wielkich,
bohaterów naszej wiary, to niektórzy się tym gorszą.
       Podczas uroczystości narodowych z zapałem
urządzamy akademie, wygłaszamy mowy, organizujemy
pochody. Wszystko to jest naturalne! Chcemy pogłębić
patriotyzm i świadomość państwową! Bracia! Dlaczego
katolicy nie mają potęgować swej miłości ku niebieskiej
ojczyźnie, wyrażać przywiązania i wierności dla
Kościoła katolickiego?!
      Ostatecznym celem naszego rozwoju duchowego
jest sam Pan Jezus, ale Jego Majestat tylokrotnie
przewyższa ludzką nędzę, że często człowiek woła:
„Panie, to dla mnie niemożliwe! Żądasz, bym Cię
naśladował, ale nie potrafię, jestem słaby, nie mogę!
Nigdy nie potrafię!…” Kościół stawia nam wtenczas

                                                       157
przed oczy świętych, żebyśmy się przekonali, że jednak
można, że to jest możliwe!
       Zastanówcie się, Bracia, nad następującym
przykładem: Przypuśćmy, że chcesz, żeby twój syn
został artystą. Jak się do tego zabierzesz? Czy pokażesz
mu obrazy Murilla, Rafaela, lub Dolcego i powiesz:
„Synu, namaluj takie arcydzieło, jak Madonna Rafaela
lub Jezus Dolcego”? Czy w ten sposób zaczniesz uczyć
swego syna malarstwa? Bynajmniej! Gdyż twój syn
odrzuciłby zaraz pędzel i zawołał przerażony: „Ojcze!
To niemożliwe, abym kiedykolwiek coś podobnego
stworzył!” Cóż wiec poczniesz? Dasz proste wzory,
niech nabierze wprawy na prymitywnych rysunkach, bo
w ten sposób nie będzie się lękał wielkiego dzieła i po
każdym ćwiczeniu będzie się czuł pewniejszy siebie.
Zawrotna głębia duchowości Pana Jezusa może by nas
odstraszyła swą wielkością; szczyty chrześcijańskiej
moralności może uważalibyśmy za niemożliwe do
zdobycia, – gdy tymczasem widzimy, że już od dwóch
tysięcy lat byli ludzie różnych narodowości, rozmaitego
wieku, którzy szli i stanęli na szczycie! Mógł tego
dokazać ten lub ów człowiek, dokażę równiej i ja! Ze
wszech stron słyszymy skargę: mało jest ludzi z
charakterem, mało wielkich przykładów, gdzie szukać
wzorów? W mitologii greckiej? Brać przykład z
Herkulesa, z Mucjusza Scaewoli?…
      Nie! Mamy świętych!
      Czytamy w Starym Testamencie, w II Księdze
Królewskiej, że do mogiły proroka Elizeusza wrzucono
zwłoki jakiegoś złoczyńcy, które zetknąwszy się ze
zmarłym prorokiem, ożyły (2 Krl 13, 20n). Swoją słabą
158
wolę i nieudolne poczynania mogę wzmocnić chociażby
tylko patrząc na bohaterskie życie jakiegokolwiek
świętego. Czuję, że wstępuje we mnie i ogarnia mnie
jakaś tajemnicza siła, że dziwny prąd ciągnie mnie na
wyżyny.
      Kochani Bracia, zapytajcie zapalonych turystów,
co to znaczy „Bergfieber”, ta tajemnicza siła gór?
Śniegiem pokryte, tonące w chmurach szczyty
przyciągają wtedy tajemniczą mocą człowieka… hen, ku
wyżynom – i człowiek idzie dalej…bez wytchnienia,
coraz wyżej… ku niebotycznym szczytom!
      Kim jest święty? Duchową wielkością, dotykającą
obłoków, szczytem, który wznosi się ponad szarzyzną
codziennego życia. Na kogo podziała jego potężny
wpływ, ten pójdzie bez wytchnienia naprzód… zawsze
naprzód… coraz wyżej, ku dziewiczym wyżynom
najwznioślejszego życia duchowego… do Chrystusa!
      Bracia! Patrzcie, oto młode dziewczę wstępuje z
powołania do klasztoru! Oto młodzieniec przebojem
zdąża do celu, do którego woła go święty Alojzy
Gonzaga! Patrz na matkę, wdowę, która naśladuje świętą
Elżbietę – patrz, a zrozumiesz, jak wielką pomocą jest
kult świętych w naśladowaniu życia Chrystusowego.


                    *     *     *


      Kochani Bracia! Powiedziałem dwa kazania o
kulcie świętych, a teraz odpowiedzcie sami na pytania:
Czy kult świętych jest bałwochwalstwem? Czy kult
                                                  159
świętych sprzeciwia się I Przykazaniu Boskiemu? Czy
kult świętych jest przeszkodą dla życia wewnętrznego?
Czy wprost przeciwnie – kult świętych jest doskonałą
pomocą w naśladowaniu Chrystusa?!
      Tylko w ten sposób zrozumiemy, jakie znaczenie
mają święta. Od dziś za tydzień będziemy obchodzić
uroczystość Narodzenia Pana Jezusa. Na drugi dzień po
Bożym Narodzeniu przypada uroczystość świętego
Szczepana, diakona, pierwszego męczennika za wiarę
świętą.
      W pierwszej chwili człowiek tak rozumuje:
szkoda, że Kościół tylko przez 24 godziny obchodzi
cudne misterium tajemnicy Wcielenia! Dlaczego się tak
spieszy, skoro tyle czaru ma w sobie noc betlejemska:
gwiazda, pasterze, aniołowie?…
      Bracia – nie! Kościół nie jest ani roztargniony, ani
sentymentalny. Pamiętaj, człowiecze – mówi Kościół –
że nie wystarcza zachwycać się świętą nocą wigilijną.
Nie wystarcza! Za życie Chrystusowe musisz ponosić
ofiary! Czy wiesz, dlaczego płynie krew świętego
Szczepana przed żłóbek betlejemski? Dlatego, żebyś się
nauczył wielkiej prawdy! Jakiej? Że Chrystus żąda nie
rozczulenia, ale poświęcenia, nie zapachu kadzidła, ale
woni ofiarnego życia chrześcijańskiego. Dlatego zaraz
po dniu Narodzenia Pańskiego następuje święto
ofiarnego męczennika, dlatego Kościół każdy dzień roku
poświęca pamięci świętych.
      Tak, po to, żebyśmy się uczyli! Od kogo? Od
bohaterów woli, od świętych! Kto się ma nauczyć? Ty
zniewieściały wygodnisiu, który zajmujesz pokoje z

160
centralnym ogrzewaniem, żyjesz w wygodach, odziany
jedwabiami.
     Ja jestem zniewieściały? – obrażasz się – Przecież
co dzień pracuję, uprawiam sporty! Bez zmęczenia
wyjdę na górę Zamkową!
      Bracie, co innego przez to rozumiem. Pracować,
ćwiczyć mięśnie, potrafi współczesny człowiek, ale nie
potrafi ponieść ofiary dla duszy. Jednym tchem
wyjdziesz na górę Zamkową, ale jeśli mieszkasz o 25
minut drogi od kościoła, to już nie pójdziesz w niedzielę
na Mszę. W czasie treningu przed olimpiadą potrafisz
tygodniami pościć, ale piątkowy nakaz postu uważasz,
za ciężar nieznośny.
       Dzisiejszy     człowiek    po    najmniejszym
nieszczęściu sięga po rewolwer, zażywa trucizny,
popełnia samobójstwo – czy to jest hart? Dzisiejszy
człowiek     lękliwie    unika  wysiłku    moralnego,
samozaparcia najmniejszego i wstrzemięźliwości
płciowej – czy to jest hart? Dzisiejszy człowiek pod
względem fizycznym udaje olbrzyma, ale pod względem
woli jest niemowlęciem w powijakach; silny, jak dąb,
jeśli chodzi o sport, a wątły jak powój w dziedzinie
ducha i charakteru. Dlatego Kościół daje ludziom za
przykład świętych.
      U stóp żłóbka leży święty Szczepan z
roztrzaskaną głową i uczy nas wzniosłej prawdy, że
stopnie, które prowadzą do Chrystusa, są ułożone z
granitu ofiar, złożonych z Jego imieniem na ustach.
Jeszcze to raz podkreślam, wypowiadając swoje
życzenia świąteczne.

                                                     161
      Bracia! Kiedy zasiądziecie do stołu wigilijnego,
nie zapominajcie, że nie wystarczy zachwycać się małym
Jezusem, nie wystarczy zapalać świece, nie wystarczy
śpiewać „Wśród nocnej ciszy” i radować się przyjściem
Zbawiciela, ale trzeba karnym i ofiarnym życiem
urzeczywistnić naczelne zlecenie świętych, mianowicie,
że s t o p n i e p r o w a d z ą c e d o C h r y s t u s a
są ułożone z granitu ofiar złożonych
w J e g o I m i e n i u . Amen.


            O DRUGIM PRZYKAZANIU.


                          XIII.


  „NIE BĘDZIESZ BRAŁ IMIENIA PANA BOGA
          TWEGO NADAREMNO!”


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Pewien niedowiarek tak mędrkował: „Jeśli Bóg
jest, to dlaczego nie wypisał na firmamencie Swojego
Imienia tak wielkimi literami, żeby je każdy mógł
odczytać? Gdyby tak postąpił, to na pewno nie byłoby
na świecie ludzi niewierzących!”
      Tak rozumował ów niedowiarek. Zapomniał,
jednak powiedzieć, w jakim właściwie języku miałby
Bóg wypisać Swoje Imię na gwiaździstym firmamencie?
Może po węgiersku, ale wtenczas zrozumiałoby Go
162
tylko 10 milionów ludzi. A co stałoby się z 1700
milionami? A gdyby napisał w języku niemieckim,
angielskim lub francuskim, to reszta narodów również
by nie zrozumiała!
     „Powinien więc napisać w takim języku, który by
zrozumiał każdy!” – może ktoś powiedzieć.
       Słusznie! Ale czy są takie słowa. Bracia, które by
zrozumiał każdy człowiek? Owszem, są to: ład, karność,
miara, celowość i ścisłość. To każdy rozumie. I Bóg
rzeczywiście tymi słowy uwiecznił Swoje Imię na niebie.
W przestrzeniach międzyplanetarnych ogromne ciała
niebieskie, poruszając się w cudownej harmonii, głoszą
chwałę bożą. Widok gwiaździstego nieba ze wszystkich
piersi wywołuje słowa zachwytu na cześć Majestatu i
świętego Imienia niezmierzonego Stwórcy! Niezliczone
miliardy gwiazd od tysiąca stuleci wychwalają Imię
Boże, i słaby, śmiertelny człowiek od zarania swego
życia skłania głowę, słysząc Imię Boże! Mamy jedno
imię wspólne wszystkim językom, imię, które zajmuje
wyjątkowe stanowisko między wszystkimi innymi
imionami, imię, które urabia nasze pojęcia, przenika do
naszego światopoglądu, imię, wypisane żywymi
zgłoskami we wszystkich przejawach naszego
codziennego życia. Imieniem tym jest: Święte Imię
Boga! Nawet najdzikszy naród ma pojęcie Boga. W
każdym języku, chociażby najprostszym, istnieje wyraz
określający pojęcie Boga!
      Uwielbienia godne Imię Boże!
     Zdawałoby się, że każda istota na świecie
powinna najwyższą czcią otaczać to Imię. Każde

                                                     163
stworzenie powinno wymawiać           to   Imię    z   jak
największym szacunkiem.
     A jednak, Bracia, tak nie jest! Człowiek posiada
smutny przywilej, że zdolny jest i najświętsze Imię
zmieszać z błotem, i dlatego Bóg w osobnym
Przykazaniu starał się przypomnieć o szacunku dla
Swego świętego Imienia.
      Dziś doszliśmy do rozpatrywania drugiego
Przykazania: Nie będziesz brał Imienia Pana, Boga
twego nadaremno! Na rozpatrzenie tego Przykazania
poświęcimy cztery nauki. Dzisiaj zastanowimy się,
czego zabrania to Przykazanie, a w
następnych kazaniach, c z e g o o d n a s ż ą d a ?


                     *      *     *


        Kochani Bracia! Treść drugiego Przykazania jest
zupełnie       jasna:   Imię      Boże       możemy
wymawiać tylko z jak najgłębszym
s z a c u n k i e m ! Kto z nienawiścią, ze złością, czy
lekkomyślnie wymawia Imię Boże – grzeszy w różnym
stopniu przeciwko Drugiemu Przykazaniu.
        Niektórzy brutalni ludzie lubują się w
bluźnierstwach i przekleństwach; są to prawdziwi
b u n t o w n i c y , którzy nie uznają drugiego
Przykazania, i o nich będę dzisiaj mówił w pierwszej
części, a o większości ludzi, którzy bluźnią i przeklinają
w g n i e w n y m u n i e s i e n i u , powiem w drugiej
części dzisiejszego kazania.
164
                            I.

                   Buntownicy.


       A) Plutarch w jednej swojej książce (Życiorys
Marcellusa), wspomina o byku który miał mówić, jak
człowiek, czym wzbudzał ogólny podziw. Otóż, Bracia,
dziś jest odwrotnie; wielu ludzi mówi tak, jak zdziczałe
byki i nikt się temu nie dziwi.
        Aż nie chce się wierzyć, że niektórzy ludzie, nie w
gniewie, nie przez zapomnienie, ale z p i e k i e l n ą
nienawiścią,                   z            diabelską
przyjemnością, zupełnie świadomie
b l u ź n i ą B o g u . Niedowiarkowie wypierają się
Boga i bluźnią Mu, mówiąc, że nie wierzą w Niego;
wyzywają czarta, o którym gdy słyszą z ambon, dziwią
się, jak można w coś podobnego wierzyć! Przeklinają
Matkę Boską, świętych, sakramenty…
      Są ludzie wykształceni, uczeni znani pisarze,
którzy widocznie znajdują przyjemność w bluźnierstwie,
bo w przeciwnym razie bohaterom swoich utworów nie
wkładaliby do ust bluźnierstw, od których ścina się krew
w żyłach.
      Do tych bluźniących niedowiarków nie mam się
po co zwracać, ich języki poskromi dopiero śmierć.
      Ale za to muszę mówić do chrześcijan, którzy
bluźnią, bo niestety i między nimi znajdują się
buntownicy. Przeważnie są to ludzie złamani życiem,
                                                       165
rozgoryczeni, którzy fałszywie sądzą, że ulżą swej doli i
zwalą ciężar z serca, jeśli się zbuntują przeciwko Bogu.
Chciałbym im jasno wytłumaczyć, co czynią, złorzecząc
Bogu.
        B)    Ktoś      może     się   zapytać:   czy
bluźnierstwo              jest     naprawdę        tak
c i ę ż k i m g r z e c h e m ? Przecież „imię” to taka
martwa rzecz! Czy tak groźną rzeczą jest obraza Imienia
Pana Boga?
      a) Bracia! Jeśli przeczytamy dosłowny tekst
Dziesięciu Przykazań, przekonamy się, że świadome
bluźnierstwo, urąganie Bogu nienawiści, jest daleko
większym grzechem, niż to sobie ludzie wyobrażają.
      Do drugiego Przykazania dodał Pan Bóg osobne
napomnienie, bo według II księgi Mojżesza brzmi w ten
sposób: „Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga
twego, do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi
bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych
rzeczy.” (Wj 20, 7).
      Za przykładem Starego Testamentu i Nowy
Testament wskazuje, jakie znaczenie ma cześć dla
Imienia Bożego. W Modlitwie Pańskiej, zaraz po
słowach „Ojcze nasz, który jesteś w niebie…” umieścił
Pan Jezus – „święć się Imię Twoje!” To również
dowodzi, że nie człowiek ułożył Modlitwę Pańską, bo
człowiek pisząc „Ojcze nasz”, rozpocząłby na pewno w
ten sposób: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie, chleba
naszego powszedniego daj nam”. Pan Jezus natomiast na
pierwszym miejscu umieścił Imię Boga.
      Czasami nawet poważni ludzie myślą: czy nie ma
166
przesady w drugim Przykazaniu. Ostatecznie dla takiej
błahostki, dla obrony Imienia Bożego, czy warto było
wydawać osobne Przykazanie? I to jeszcze z tak ostrym
zawarowaniem?
       b) Po chwili namysłu musimy jednak uznać, że tu
chodzi o daleko więcej, aniżeli o zewnętrzną obronę
króciutkiego imienia. Tak: wymówienie krótkiego
imienia nie może być wielkim grzechem, ale Imię to
oznacza Osobę, to też jego nieuszanowanie obraża samą
Istotę, którą ono określa. Człowiek tedy, który bluźni,
obraża nie Imię Boże, ale samego Boga.
      Szanujemy imiona ludzi i przywiązujemy do nich
wielką wagę, o ile więcej powinniśmy czcić Imię Boże!
Są imiona, np. imiona naszych rodziców, dobrodziejów,
przyjaciół, na dźwięk których żywiej biją nam serca. Z
daleko większym szacunkiem niż imię ojca,
największego dobrodzieja, czy najwierniejszego
przyjaciela, powinien człowiek wymawiać Imię Boga!
Każde dziecko oburzy się, usłyszawszy przekleństwa
miotane na matkę; żaden żołnierz nie zniesie w
milczeniu obelgi i znieważenia swego ukochanego
wodza; co więc nawet żaden pies nie zachowa się
obojętnie, widząc, że ktoś krzywdzi jego pana, a tylko
ludzie ciskają z nienawiści setkami przekleństw na Króla
królów?!
      Czy odważyłby się człowiek w bluźnierczy sposób
wymówić Imię Boga, gdyby chociaż na chwilę
uprzytomnił sobie, kim jest Bóg, którego spotwarza?!
     Kim jest Bóg? – Kochani Bracia! – Kim jest Bóg?
Kiedy Mojżesz klęczał przed krzakiem gorejącym,

                                                    167
który, mimo że płonął, nie zgorzał, i zapytał: „Panie, jak
się nazywasz?” – Bóg odezwał się: „JESTEM, KTÓRY
JESTEM.” (Wj 3, 14), to znaczy: ja jestem, który istnieje,
którego istotą jest istnienie! Wszystko inne, co jest poza
Mną na świecie, jest przygodne: może być, albo nie.
Wszystko dlatego tylko istnieje, bo Ja chcę. Jest dopóty,
dopóki zechcę. Ja jestem źródłem życia wiecznego:
wszystko bierze we Mnie swój początek, jak kropla ze
źródła, a promień ze słońca. Bóg, Wszechmocny
Stwórca! Bóg, nieskończony Pan! Bóg, kochający
Ojciec! Bóg, surowy sędzia! – i ty, kochany Bracie, ty
rozgoryczony, smutny Bracie, ośmielasz się bluźnić
temu Bogu!
       Bracie, ciężkie jest twoje życie? Pokryte czarnymi
chmurami? Mimo to nie waż się bluźnić Bogu! Nie mów
– jak inni – że „Bóg zapomniał o tobie”, że „nie troszczy
się o ciebie”, że „nie istniej Opatrzność”, że „życie jest
bezcelowym chaosem”. Wszystko to jest bluźnierstwem!
Patrz na sieć drutów telegraficznych: biegną, zda się
bezładnie w różnych kierunkach, ponad dachami
domów. A jednak wiesz, że każdy z nich ma swój cel, że
wszystkie zbiegają się na końcu w jednym punkcie!
Gdzie? Chociaż tego ludzie nie widzą, ale wiedzą gdzie.
Ja również nie widzę, ale wiem i wierzę, że wypadki
życia mojego i nas wszystkich, że miliardy faktów z
historii świata, wszystko zbiega się w ojcowskiej ręce
nieskończenie mądrego Boga. Nie, nie, nie wolno nam
bluźnić! Świadoma nienawiść, która skłania nas do
bluźnierstwa, rodzi się pod wpływem diabelskich
podszeptów, każde świadome bluźnierstwo, to iskra
wiecznego ognia piekielnego.

168
      Bracie, nie ubliżaj Bogu!


                            II.

               Ludzie porywczy.


      Jest mało ludzi na świecie, jeśli ich w ogóle
można nazwać ludźmi, którzy z upodobaniem i
świadomą nienawiścią rzucają bluźnierstwa i
przekleństwa.
       A) Ale niestety więcej jest tych, którzy wprawdzie
nie zupełnie dobrowolnie, nie z zupełną świadomością,
ale w z ł o ś c i , w g n i e w i e , z a p o m i n a j ą c
s i ę , spotwarzają Imię Boga. Większa część
bluźniących i przeklinających należy do l u d z i
p o r y w c z y c h , którzy już po chwili żałują tego, co
powiedzieli.
      Pamiętam, jak zdziwiłem się, czytając gdzieś takie
zdanie: „Ludzie więcej przeklinają i złorzeczą, aniżeli
się modlą”. Myślałem, że to przesada, że to niemożliwe.
A jednak, Kochani Bracia, kto często obcuje z ludźmi, a
zwłaszcza – wstydzę się przyznać – z Węgrami, musi
przyznać, że tak jest istotnie, że prawdziwym okazuje
się smutne przysłowie: „Przeklinać, to węgierski
zwyczaj”.
      O, jak przeklinają, jak złorzeczą u nas ludzie! Nie
ze złej woli, tylko z gwałtowności z niepanowania nad
sobą! Na ulicy! W tramwaju! W poczekalniach! Na
rynkach! W karczmach! W wytwórniach! Mężczyźni i
                                                       169
kobiety! Starzy i młodzi! Nawet… dzieci! Musimy
przyznać, że Węgrzy zdobyli sobie wyjątkowy rozgłos
w dziedzinie przeklinania. Są po wsiach rodzice, którzy
chełpią się, że syn ich już jest dorosły, bo „już klnie”.
Węgier klnie po pijanemu, klnie, gdy jest trzeźwy, klnie
w biedzie i w dobrym humorze.
       „Proszę księdza, ja nie klnę, tylko wtedy, gdy
muszę!” – bronią się niektórzy. „Zajęcie moje mnie
denerwuje: muszę kląć”. Czy istnieje zawód, który by
zmuszał do przekleństwa? Mówi się np „to żaden
żołnierz, który nie klnie” – takie jest ogólne mniemanie.
To samo mówi rzemieślnik, bo „w inny sposób nie
można sobie poradzić z terminatorami”. Są nawet
nauczyciele, którzy otwarcie przeklinają swoich uczni.
Przeklina fornal swojego gospodarza, przełożeni swoich
podwładnych; rodzice, aż zgroza powiedzieć, swoje
dzieci. Są ludzie, którzy przeklinają słońce, bo zanadto
grzeje, są tacy, którzy klną deszcz, bo za krótko padał…
Przeklinanie – to węgierski zwyczaj!
      Stary Testament wspomina, że do ludzi, którzy
przeklinali,  stosowano       karę    śmierci przez
ukamienowanie (Kpł 24, 10 – 16), gdyby to prawo
obowiązywało dzisiaj, to zabrakłoby kamieni!
      B) Trzeba przyznać, że w czasach obecnych
ludzie są bardziej aniżeli dawniej, narażeni na działanie
różnych szkodliwych wpływów, ale to nie powód, żeby
się usprawiedliwiać: „Nie mogę wytrzymać, taką
gwałtowną mam naturę…” Istotnie może być ktoś
prędki i popędliwy, i za to nie odpowiada; ale w całej
pełni odpowiada za to, że n i e s t a r a s i ę
pobudliwej natury pohamować!
170
      a) Bracia! Trzeba tylko czuwać i panować nad
sobą, nie zaś uskarżać się: „Trudno, ja już taki
jestem!…” W codziennej modlitwie porannej trzeba
prosić Boga: „Panie, daj stróża moim wargom. Na
przyszłość będę ostrożniejszy w tych okolicznościach,
które wytrącają mnie z równowagi!”
       b) Następnie, Bracia, starajcie się zachować tę na
pozór prostą zasadę: „Jeśli jesteś zgniewany, milcz!”
Mówią, że Juliusz Cezar, gdy był zły, to miał zwyczaj
liczyć do dwudziestu, a dopiero potem mówić. Człowiek
zupełnie inaczej mówi w chwili uniesienia. Znikłyby
zupełnie z powierzchni ziemi ordynarne przekleństwa,
gdyby się ludzie nauczyli trochę panować nad sobą.
Przyczyną przekleństw jest przeważnie nie piekielna
nienawiść względem Boga, ale brak zastanowienia się i
porywczość, której za chwilę żałujemy.
      c) Ktoś jednak powie: „łatwo o tym mówić w
kościele, z ambony! Ale inaczej przedstawia się sprawa,
kiedy uczeń nie chce słuchać; kiedy rekrut źle wykonuje
ćwiczenia; kiedy służąca jest niedbała; kiedy dzieci są
nieposłuszne; kiedy koń nie chce ruszyć z miejsca!…
Człowiek nieraz prosi, błaga, a tu nie i nie! W takich
razach musi się coś powiedzieć, krzyknąć coś
okropnego, bo inaczej gniew by nas rozsadził…”
      W ten sposób tłumaczy się wielu ludzi i nie
przeczę, że mają trochę słuszności. Mają rację o tyle, że
są krewkie natury, które w jakikolwiek sposób muszą
wyładować swoje napięcie nerwowe. W ostateczności
uwierzę, że jeśli kto jest bardzo zły, gniew jego się
zmniejszy, jeśli rzuci szklankę o ziemię, albo trzaśnie
drzwiami. To można usprawiedliwić, ale dlaczego
                                                     171
obraża Boga?! Zwłaszcza rodzice, którzy przeklinają
swoje dzieci, ucząc je tym samym przekleństw,
zapominają o strasznej groźbie Pana Jezusa: „Lecz kto
by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych,
którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień
młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza.” (Mt
18, 6).
      Twoje dziecko jest może bardzo złe? Koń nie chce
ciągnąć? – możesz krzyczeć podniesionym głosem,
tylko nie łżyj Imienia Bożego! W czasie Wojny
światowej, gdy żołnierze niemieccy jadąc na front
karpacki przez „Füzesabony – Sátoraljaújhely”, nie
umieli prawidłowo przeczytać tych nazw i zazwyczaj
wymawiali je w ten sposób „Ficesaponi –
saddarajjaujje”. Więc, gdy nie chce ciągnąć twój koń,
albo nie słucha cię dziecko, krzyknij głośno
„Ficesaponnisadkarajaujjé!” – i nastraszysz je tak samo,
jakbyś wzywał Imienia Boga nadaremno.
      Bracia! Nie ubliżajmy Bogu!
       C) Kiedy słyszy się straszne przekleństwa,
miotane z piekielną nienawiścią, – albo gdy się widzi
szyderczy triumf złych ludzi, to mimo woli ogarnia nas
rozgoryczenie: „Panie, jak można na to patrzeć?
Dlaczego nie ukarzesz śmiercią tych, którzy Cię
przeklinają? Dlaczego znosisz triumfalny pochód zła na
ziemi?…” Bracia! Z ust niejednego z nas płyną takie
skargi, gdy widzimy, jak ludzie wyzyskują bezgraniczną
cierpliwość Boga i kują sobie z niej broń, żeby Go
jeszcze więcej znieważać; kiedy widzimy, jak nie
zważają na cierpliwość boską i klecą sobie barłogi do
dalszej rozpusty! Bracia, nie złośćmy się: Bóg jest
172
cierpliwy, czeka, nie spieszy się, ale o s t a t n i e
słowo zachował dla Siebie!
       Wystarczy przytoczyć przykład z epoki, w której
żyli nasi prarodzice. Panowało wtedy zepsucie i
bałwochwalstwo, szerzyła się niemoralność, trudno było
znaleźć uczciwego człowieka, gdyż wszyscy byli
pogrążeni w morowej zarazie rozpusty i w nocy
niewiary. Była to epoka, o której mówi Pismo Święte w
charakterystyczny sposób, że Bóg „żałował, że stworzył
ludzi na ziemi” (Rdz 6, 6).
       A jednak nie karał natychmiast! Czekał. Dał
polecenie Noemu, żeby budował przez lat sto arkę i żeby
przez lat sto napominał ludzi pogrążonych w
rozpuście… Może się opamiętają! Czy się nawrócili?
Bynajmniej! Żartowali ze starego Noego, że w tak
podeszłym wieku zabiera się do olbrzymiej budowy, że
przez zbyt czarne okulary patrzy w przyszłość! Że mówi
im o karze, zapowiedzianej przez Boga. O karze? Czy
ktokolwiek słyszał, żeby Bóg karał? Takie bajki w
dzisiejszych kulturalnych czasach! Obecny stan nauki
już dawno przeszedł nad tym do porządku dziennego!…
      A kiedy miara się przebrała… Bóg się ozwał. I
otworzyły się spusty niebieskie… wyszły z brzegów
wody… i potop zalał góry, doliny, ludzi, zwierzęta,
gmachy, mienie, życie, wszystko… Pamiętajcie wszyscy,
którzy przeklinacie, że Bóg czeka długo – ale ostatnie
słowo do Niego należy.
      Patrzmy na inny przykład.
    Najstraszniejsze   bluźnierstwo,   jakie    było
wypowiedziane na świecie, było wymierzone przeciwko
                                                   173
Chrystusowi, konającemu we krwi, na górze Kalwarii;
złość ludzka święciła największe triumfy u stóp
krzyża… a jednak, jak się zachował Bóg?
      Gdyby nas to spotkało, co byśmy, zrobili? – Na
pewno bylibyśmy zesłali pioruny, ogień, deszcz
siarczysty na ten grzeszny motłoch!…
      A co robił Bóg? Cierpiał, milczał, czekał.
Chrystus umarł na krzyżu. Ciało Jego spoczęło w
opieczętowanym grobie. Triumf Jego nieprzyjaciół był
zupełny. Wszystko przepadło. Wszystko!
      Ale nie, oto świta dzień trzeci… drży ziemia… z
nieba zlatuje anioł, straż przy grobie olśniona blaskiem
pada, jak martwa… a twarz Chrystusa zwycięskiego
promienieje nadziemskim blaskiem… Alleluja! Zwyciężył
Bóg! Ten Bóg, który w milczeniu znosił policzkowania
w noc wielkoczwartkową, ten Bóg, który przelał Swoją
krew w Wielki Piątek na Golgocie. Zwyciężył Bóg,
którego pogrzebano w beznadziejnych ciemnościach!
Ludzie, którzy bluźnierstwo uważacie za chleb
powszedni, którzy pytacie się bezczelnie: „no, i co złego
mi się stało?” – pamiętajcie, że o s t a t n i e s ł o w o
należy do Boga!
      Na tym kończę i ja moje dzisiejsze kazanie.
Bracia! Majestat Boga nie jest zależnym od naszych
modlitw, albo przekleństw. Jeśli ktoś przeklina, Bóg
przez to nie będzie mniejszy, jeśli się modli, nie
powiększy przez to Jego majestatu. Ale za to mniejszym,
albo większym staniesz się ty, biedny człowiecze! Bóg
pozostanie Bogiem, chociaż bluźni jakiś zbłąkany
człowiek, tak samo, jak słońce świeci, chociaż rzucisz na

174
nie błotem i śmieciem ulicy.
      Słońce nie przestanie świecić, a na ciebie opadnie
z powrotem wszystek brud i plugastwo, które na nie
miotasz. Bracia! Imię Boże jest święte, i n i e
będziesz wzywał świętego Imienia
B o g a n a d a r e m n o . Amen.


                          XIV.


           SZANUJ IMIĘ PANA JEZUSA!


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W pierwszym roku mojego kapłaństwa byłem
prefektem szkół powszechnych w pewnym mieście na
prowincji. Uczyłem 750 dzieci, i kiedy była mowa o II
Przykazaniu Bożym, dałem swoim uczniom następującą
radę: „Moje kochane dziatki, jeśli znajdziecie się na
ulicy, albo gdziekolwiek usłyszycie, że źli ludzie bluźnią
i przeklinają, spieszcie się wtedy i mówcie po cichu z
wielką miłością: „Niech będzie pochwalony Jezus
Chrystus!” A Pan Jezus będzie wam za to wdzięczny, że
gdy inni bluźnią, wy Go chwalicie!…”
      Kochani Bracia! Mówiąc o II Przykazaniu, nie
mogę wam dorosłym ludziom dać innej rady, tylko tę,
którą dałem moim małym uczniom: jeśli inni ubliżają
Bogu słowem, albo życiem, oddajmy Mu hołd naszymi
słowami i naszym życiem.

                                                      175
      Nie bluźnić, nie kląć, nie brać Imienia Pana Boga
nadaremno, to tylko negatywna strona II Przykazania
Bożego; o tym mówiliśmy w przeszłą niedzielę. W
każdym przykazaniu mieści się jednak i nakazująca,
pozytywna część – i o niej będę mówił dzisiaj. Będę
mówił, że to za mało, nie bluźnić, ale że powinniśmy
Imię Boże szanować i czcić.
      Ponieważ pojęcie Boga dokładnie wyjaśnił nam
Pan Jezus, wypada, kiedy mówimy o uszanowaniu
Imienia Boga, byśmy się zastanowili w osobnym
kazaniu, n a c z y m p o l e g a u s z a n o w a n i e
świętego Imienia Pana Jezusa.
      Co wiedzielibyśmy o Bogu, gdyby nie było Pana
Jezusa? Przecież i poganie wierzyli, że panuje ktoś nad
światem, ale o prawdziwym Bogu wiedzieli bardzo
mało! Naród żydowski, jak wiemy ze Starego
Testamentu, znał już prawdziwego Boga, ale uważał Go
tylko za srogiego Sędziego i strasznego Jehowę.
Wspaniałe pojęcie, że Bóg jest „naszym Ojcem”, do
którego możemy się udawać z dziecięcą ufnością, dał
nam Chrystus, jak wspomina o tym prefacja na dzień
Bożego Narodzenia: „Przez Słowo wcielone zabłysły
nam nowe promienie światła bożego”.
      W dzisiejszym kazaniu będę rozpatrywał dwa
pytania:
    I. D l a c z e g o powinniśmy czcić
święte Imię Pana Jezusa? i II. W jaki
sposób mamy czcić to święte Imię?



176
                           I.

  Dlaczego powinniśmy czcić święte
         Imię Pana Jezusa?


      Kochani Bracia! Brzmienie żadnego imienia na
całym świecie nie wywołuje tak cudownych wzruszeń w
duszy ludzkiej, jak Imię Pana Jezusa. Słusznie
powiedział w XIII wieku święty Bernard z Clairvaux, że
Imię Jezus jest „miodem dla warg człowieka, pieśnią dla
ucha, radością dla serca”. Rzeczywiście tak jest: to
króciutkie, chwalebne Imię przeniknęło całą ludzkość, i
codziennie powtarzają je miliony, miliony warg. „Krzyż
Chrystusa jest wszędzie: na ścianach świątyń i szkół, na
dzwonnicach i szczytach gór, w przydrożnych
kapliczkach, w głowach łóżek i nad mogiłami: miliony,
miliony      krzyży    przypominają      nam     śmierć
Ukrzyżowanego. Zniszczcie freski w kościołach,
usuńcie wizerunki z ołtarzy i z mieszkań, a jeszcze o
życiu Chrystusa będą mówiły muzea i galerie obrazów.
Spalcie na stosie mszały, brewiarze i książki do
nabożeństwa, a jeszcze i wtenczas Imię i naukę
Chrystusa spotkacie w literaturze” (Papini).
     Żadne imię nie jest codziennie tyle razy
wymawiane przez ludzi, co Imię Pana naszego Jezusa
Chrystusa!
      Skąd płynie ta serdeczna cześć, Kochani Bracia,
jaką okazuje całe chrześcijaństwo dla tego Imienia?
Skąd ta niezrównana cześć, z jaką Je wymawiamy? Skąd
                                                    177
ta ufność, że cały Kościół wszystkie swoje modły
kończy: „…per Dominum nostrum Jesum Christum…”
– „przez Pana naszego Jezusa Chrystusa!”
      Na te pytania odpowie nam samo znaczenie tego
Imienia. Czy wiecie, Bracia, że „Jezus” znaczy to samo,
co „Zbawiciel”? Od razu zrozumiemy, dlaczego
otaczamy Pana Jezusa bezgraniczną czcią, gdy
uprzytomnimy sobie 1) od jakiego zła wybawił nas i 2)
jaką ofiarę złożył dla nas Pan Jezus?
    1. O d j a k i e g o z ł a w y b a w i ł n a s P a n
Jezus?
      Wybawił naszą duszę od zguby. Chwalimy
człowieka, który z narażeniem własnego życia
wyratował topielca, chwalimy tego, kto wyniósł z
pożaru jakąś rodzinę, wspominamy o tych, którzy
ratowali życie. Wobec tego, jaka chwała należy się
Zbawicielowi świata, Panu Jezusowi, który wyzwolił od
śmierci i to od śmierci duchowej, wiecznej, nie jednego
człowieka, ale całą ludzkość, i nie z narażeniem, ale z
zupełnym poświęceniem własnego życia?
   Powiedziałem, Bracia, że Chrystus Pan jest
Zbawicielem świata.
      a) Człowiek obdarzony jest podwójnym życiem.
Posiada życie naturalne, t.j. doczesne, cielesne i
nadnaturalne, wieczne, t.j. duchowe. Jak wpłynął grzech
na te dwa rodzaje życia. Nadnaturalne zniszczył, a
naturalne uszkodził, osłabił. O ludzkości z czasów
przedchrystusowych słusznie pisał święty Augustyn:
„Kiedy Wielki Lekarz, Zbawiciel, zstąpił z nieba na
ziemię, wszyscy byli ciężko chorzy, cała ludzkość”. Tak,
178
cała ludzkość była chora. Zarówno w chatach, jak i w
pałacach Europy, Azji, Afryki i Australii leżeli chorzy.
Co im brakowało? Chore były wszystkie ich członki,
całe ciało: słaba była wola, nieudolne poznanie, serce
zepsute, życie ciała opanowane przez namiętność.
Przyszedł Wielki Lekarz: zlał Swoją łaskę na słabą wolę
i uczynił ją silniejszą; zlał na rozum, który stał się
jaśniejszy i na serce, które zwróciło się do Boga.
      b) Nie była to jednak najcięższa choroba, z której
Pan Jezus wybawił ludzkość. Nie! Od tysiącznych
udręczeń ciała straszniejsza była śmierć duszy, śmierć
nadprzyrodzona.
      Śmierć nadprzyrodzona! Co to znaczy, Kochani
Bracia? Jeśli strachem napełnia nas śmierć ciała, cóż
dopiero mówić o śmierci na duszy stworzonej na obraz i
podobieństwo boże, która burzy jej radość i spokój!
Okropna to śmierć – a bez Jezusa Chrystusa wszyscy
bylibyśmy jej ofiarą!
      Kto nas wyratuje? Kto doda sił? Kto się zlituje?
Kto wskrzesi zmarłego? Chrystus, Zbawiciel świata!
Święty Paweł mówi: „A Bóg, będąc bogaty w
miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas
umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków,
razem z Chrystusem przywrócił do życia.” (Ef 2, 4 – 5).
     2. Ale jeszcze bardziej wzrośnie nasza miłość do
Pana Jezusa, jeśli się zastanowimy, j a k w i e l k ą
złożył ofiarę, by nas odkupić?
      Święty Paweł we wzruszających słowach mówi:
„Który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.”
(Ga 2, 20).
                                                    179
     Który mnie umiłował! Pomyślmy, jacy byliśmy, a
potem powtórzmy: Umiłował mnie!… Mnie, który
byłem złym, buntownikiem… mnie umiłował!
      Jeszcze więcej uczynił, bo ofiarował się za mnie!
Przechodzi to nawet rozum aniołów, ale wiara mnie
uczy, że tak jest! Jak? Tak, że zstąpił dla mnie na ziemię.
Trudził się – dla mnie. Modlił się – dla mnie. Cierpiał –
dla mnie. Umarł – dla mnie. Swoje Serce dał przebić –
dla mnie. Troszczy się o mnie bardziej, aniżeli matka o
swe dziecko. Przychodzi do mnie, wzmacnia mnie,
pociesza i czeka, czeka na mnie w niebie!
      Czy nie czujecie, Bracia, jak słusznie woła święty
Paweł: „Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie]
przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze
grzesznikami.” (Rz 5, 8). Czy jest na świecie człowiek,
który by umarł za swojego przyjaciela? A Chrystus
umarł za Swoich nieprzyjaciół! Trudno jest spełnić małą
ofiarę nawet dla własnej duszy: odprawić modlitwę
sumiennie, uczęszczać w niedzielę na mszę świętą,
przerwać niebezpieczną przyjaźń, umartwiać się… o, z
jaką to wszystko przychodzi nam trudnością! Nie
potrafimy ponieść ofiary dla własnej duszy. A Chrystus?
Nie potrafisz wyrzec się mięsa w piątek, a Chrystusa
octem napoili – dla ciebie! Boisz się szyderstwa świata i
myślisz, że na pewno wyśmieją cię za to, a z Chrystusa
szydzono – dla ciebie! Nie potrafisz ponieść ofiary dla
własnej duszy, a Chrystus dla ciebie umarł na krzyżu!
Przyznajmy, Bracia, że Chrystus kochał nas, kochał
więcej, aniżeli my kochamy siebie, i więcej zrobił dla
nas, niż my robimy dla siebie!
      „O Jezu, jak dużo kosztowało Cię, by być
180
Jezusem!” – wołał święty Bernard, a w tym okrzyku
mieści się najkrótsza odpowiedź na pytanie, dlaczego
powinniśmy czcić święte Imię Jezus.
     Zastanówmy się teraz:


                        II.

   Jak powinniśmy szanować święte
             Imię Jezus?


      W czasie wojny niemiecko – francuskiej zdarzył
się bardzo pouczający wypadek z oficerem, który każde
zdanie zwykł był rozpoczynać od słów „Mon Dieu” –
„Mój Boże”, tak, że przezwano go porucznikiem
„Mondieu”. Walka wre, trajkocą karabiny, porucznik
został śmiertelnie ranny. Późno w nocy znaleźli go na
pobojowisku… już ledwie oddychał. Gdy nieśli go, z
bólem szeptał: „Mon Dieu, mon Dieu…” Bracia,
prawda, że inaczej to brzmi w ustach umierającego,
który niegdyś tak tylko, pustego przyzwyczajenia
wymawiał Imię Boga! Gdyby w swoim życiu był
zawsze tak wymawiał Imię Boga!…
      Bracia! Szanujmy Imię Pana Jezusa: 1) w mowie i
2) w życiu naszym.
   1. S z a n u j m y I m i ę P a n a J e z u s a w
mowie.
      Pan Jezus jest naszym Bogiem, Bratem,
Zbawicielem, więc nie obawiajmy się wymówić Jego
Imienia z uszanowaniem, ale właśnie dlatego, że jest
                                                  181
naszym Bogiem, Bratem i Zbawicielem, dlatego nie
powinniśmy lekkomyślnie wymawiać Jego Imienia.
Imię Boga jest dla nas święte, Imię Pana Jezusa tak
samo, więc nie wymawiajmy Je na darmo! Krzyż,
śmiertelne łoże zbroczone krwią Pana Jezusa, jest dla
nas święty: nie wzywajmy go na darmo!
      Ale czy wolno w ogóle wspominać Imię Pana
Jezusa?
O, tak, wymawiać Je z szacunkiem nie tylko wolno, lecz
jest to nawet bardzo zbawienne. Święty Paweł w swoich
listach więcej niż dwieście razy powtarza Imię Jezus, a
święty Piotr w Imię Jezusa Nazareńskiego uzdrawia
chromego. W „Dziejach Apostolskich” święty Piotr
mówi o Panu Jezusie: „I nie ma w żadnym innym
zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego
innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.”
(Dz 4, 12).
W dwutysiącletnich dziejach Kościoła świętego jak
błogosławiona melodia brzmi święte Imię Jezusa
Chrystusa. To Imię głosili apostołowie, pierwsi
wyznawcy, miliony męczenników. Święty Franciszek z
Asyżu ile razy usłyszał Imię Pana Jezusa sądził, że
brzmi mu w uszach dźwięk harfy. Z Imieniem Jezus na
ustach     konali     1800   lat    temu    męczennicy
starochrześcijańscy, z tym Imieniem na ustach niedawno
nasi bracia katolicy z Meksyku szli na męczeńską śmierć
pod gradem kul karabinowych, szli wołając: „Niech
żyje, Chrystus, Król nasz!”
     O tak, z uszanowaniem wolno wymawiać Imię
Chrystusa Pana!

182
      Kiedy, w jakich okolicznościach?
      Wolno w każdej poważnej potrzebie, bo święty
Paweł tak pisze do Kolosan: „ I wszystko, cokolwiek
działacie słowem lub czynem, wszystko /czyńcie/ w
imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego.”
(Kol 3, 17).
      Wolno w modlitwie. Wolno w niebezpieczeństwie
wołać do Boga. Zachęca nas do tego sam Bóg: „Wzywaj
Mnie w dniu utrapienia: Ja cię uwolnię, a ty Mnie
uwielbisz.” (Ps 50, 15). Wolno przy pracy zawołać:
„Rozpocznijmy w Imię Jezusowe!” Wolno przed
podróżą westchnąć: „Jedźmy w Imię Jezusa!” Wolno się
witać: „Bóg mnie tu przyprowadził” Wolno wołać wśród
pokus: „Jezu, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną!”
Wolno szeptać konającym: „O Jezu, bądź mi miłościw!”
      Kościół katolicki zapewnia nawet odpusty tym,
którzy Imię Pana Jezusa z uszanowaniem wymawiają,
którzy używają pozdrowienia: „Niech będzie
pochwalony Jezus Chrystus!” Smutno pomyśleć, że
coraz więcej zanika ten piękny, wybitnie chrześcijańsko
– katolicki zwyczaj.
      W wielkim mieście niemieckim Bonn operowano
ciężko chorego. Nieszczęśliwemu mieli wyciąć język,
bo miał tam raka. Kiedy już leżał na stole operacyjnym,
chirurg, zanim rozpoczął operację, zwrócił się pełen
współczucia do chorego: „Pomyśl, że więcej w swoim
życiu nie wymówisz ani słowa. Co chcesz powiedzieć
po raz ostatni?”
     Cisza… Chory namyśla się, co powiedzieć. Może
powiedzieć coś do swoich kochanych dzieci? Może
                                                   183
posiać ostatnie swoje słowa kochanej żonie?
     W końcu odezwał się i wypowiedział swe ostatnie
słowo: Gelobt sei Jesus Christus! Niech będzie
pochwalony Jezus Chrystus!
      O Bracia! Gdyby te słowa mogły być naszymi
ostatnimi słowami!
     Tak, to wolno, to jest chwalebne, bo dowodzi
uszanowania Imienia Pańskiego.
    2. Bracia! Imię Pana Jezusa powinniśmy nie tylko
wymawiać z uszanowaniem, ale przede wszystkim ż y ć
życiem godnym Chrystusa.
      Uszanujmy Jego święte Imię i przez to, jeśli
będziemy je wymawiali nie tylko tak, jak gdyby to było
dla nas mało znaczące słowo, ale będziemy mówili „Pan
Jezus”, „Chrystus Pan”, „O naszym Chrystusie Panu”.
Bracia, większe jednak okazujemy uszanowanie Imieniu
Jezus, żyjąc po katolicku, wtenczas święte Imię „Jezus”
będzie dla nas znaczyło to samo, co „Zbawiciel”.
      Ktoś może zapyta, czy są chrześcijanie, dla
których Chrystus Pan nie był Zbawicielem? Czy dla nich
Chrystus Pan daremnie umierał? Czuję, Bracia, jak
straszna jest to myśl, niestety, nie możemy tej
możliwości wykluczyć. Wiedział o tym i Pan Jezus, w
tym też widzę największą oznakę Jego miłości.
      Gdyby był tylko człowiekiem, który nie zna
przyszłości, mógłby się był pocieszać wśród cierpień:
„Wytrwaj, duszo, przecież cierpieniem swoim zbawisz
cały świat! Patrz!, jak po całym świecie będą głosić
słowa twojej miłości. Wzruszą się nawet kamienne
184
serca! Dniami, nocami będą tylko o tobie myśleć,
pamiętać o twoich mękach. Niech płynie moja krew,
niech mnie rani cierniowa korona, bo uratuję biednych
grzeszników, zaprowadzę do żywota wiecznego…”
       Tak, gdyby Pan Jezus był tylko człowiekiem,
mógłby się w ten sposób pocieszać. Ale Chrystus Pan
był i Bogiem, który widzi przyszłość. Co widział, wisząc
na krzyżu? Widział tłumy ludzi, dla których na próżno
umierał! Na próżno! – bo oni nie chcą zbawienia! Tu
płynie Jego krew, płynie dla nich, a oni, hulaszcze
tłumy, garną się do grzechu po kabaretach, w domach
rozpusty, grzęzną w pijaństwie, w niemoralności,
kłamstwie, w zbrodniach, a On chciał ich zbawić!
      W tym objawia się najgłębsza miłość Pana! Nie w
tym, że uleczył nas z ciężkiej niemocy, nie w tym, że
złożył dla nas tak drogocenną ofiarę, ale w tym, że
wszystko to uczynił dla nas, chociaż widział, jakimi
zostaniemy niewdzięcznikami. Każdego widział Pan…
Mnie też!… i ciebie… Gdzie widział ciebie? Między
jakimi ludźmi? O mój Chrystusie, czy nie na próżno
wylałeś dla mnie Swoją krew?
      Straszne pytanie: Czy możliwe, żeby Chrystus
mógł za kogoś daremnie umrzeć? O, tak! A może to
dotyczy i mnie?
Bracie! Co się dzieje z tobą? Czy żyje twoja dusza? Czy
umarła? I tak ją zostawiasz? Nie pójdziesz do
spowiedzi?      Więc      jesteś   „wrogiem      krzyża
Chrystusowego… inimicus crucis Christi” (Filig. 3, 18).
Straszne to słowo świętego Pawła. Jeśli żyjesz w
grzechu, nie waż się patrzyć na krzyż. Czy to

                                                    185
odczuwasz? Starajmy się zatem przez prawdziwe życie
Chrystusowe szanować świętość Imienia Pańskiego!


                    *     *     *


      Kochani Bracia! Naród polski uciskany i
poszarpany przez półtora wiekową niewolę, gdy po
wojnie światowej odzyskał niepodległość, wiecie, co
uczynił? Zrealizował nadzwyczaj piękną myśl: wysłał
delegację złożoną z wojskowych i polityków do
Szwajcarii, do pałacu Rapperswillskiego, by stamtąd
przywieźć do ojczyzny w pochodzie triumfalnym serce
największego bohatera wolności, Kościuszki… Cały
naród ogarnęła wielka radość, gdy z obcej krainy
przywieziono zgasłe serce wodza.
      Bracia! Życiu nowoczesnej ludzkości zabrakło
Serca Chrystusa Pana. Wszędzie czujemy ten brak.
Czujemy, że jesteśmy bez serca, dusimy się, chwytamy
powietrze, na każdym kroku w naszym życiu
społecznym są zaburzenia… I nic nam nie pomoże, jeśli
nie przywieziemy do siebie Świętego Serca Chrystusa
Pana; wtedy dopiero zostaniemy uleczeni, gdy serca
nasze będą biły wraz z Jego Sercem, jeśli zachowamy
Jego Przykazania i z większym szacunkiem będziemy
się odnosić do Serca Chrystusa Pana – i co jeszcze?
Jeśli Chrystusa Pana rzeczywiście
uznamy za Zbawiciela.
     Bracia! Chory jest dzisiejszy świat! Czy można go
uzdrowić? Owszem! W jaki sposób?

186
Jeśli nie tylko nasza mowa, ale i życie nasze głosić
będzie chwalę Chrystusa Pana; jeśli nie tylko słowem,
ale konsekwentnym życiem chrześcijańskim będziemy
wyrażać nasze święte, jedyne i najgorętsze pragnienie:
Niech        będzie      pochwalony           Jezus
Chrystus na wieki.
Amen.


                        XV.


      „NIE DAWAJCIE PSOM ŚWIĘTEGO.”


     Kochani Bracia w Chrystusie!

     Majowy       przymrozek     zwarzył    winnice,
czerwcowy grad zniszczył pszenicę. Gdy się zapytamy
gospodarza na wsi: „Gazdo, jakież tam urodzaje? –
Proszę pana, kiepskie – skarży się – Pan Bóg nie
pobłogosławił”.
      Następnego roku żniwa wypadły świetnie;
pszenica piękna, wino obrodziło. „Gospodarzu, jakież
tam urodzaje?” „Możliwe, proszę pana. Ale i
zapracowałem na nie, harowałem całymi dniami i
nocami!” – chełpi się gospodarz.
      Oto, Bracia, obrazek z codziennego życia! Jedna
cecha zwykłego, ludzkiego rozumowania: jeśli bieda –
„Pan Bóg nie pobłogosławił”. Jeśli wszystko w
porządku – „to moja zasługa!”
                                                  187
Jak lekkomyślnie wymawia człowiek Imię Pana, i to
nawet człowiek religijny! Nawet taki, który nigdy nie
bluźni i nie przeklina, który się brzydzi tym grzechem,
nawet taki… znieważa świętość wiary i Imię Boże!
      A przecież niegdyś Pan Jezus bardzo ostro
nakazał: „Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie
rzucajcie swych pereł przed świnie.” (Mt 7, 6). Czyli, że
należy się powstrzymać nie tylko od brutalnych
przekleństw i bluźnierstw, ale trzeba odnosić się ze czcią
i miłością do Boga i rzeczy świętych.



                     *      *     *


       1. Znieważać bluźnierstwem, w ścisłym tego
słowa znaczeniu, Imię Boże, zabraniają nie tylko święte
prawa boże, ale również i zasady grzeczności,
obowiązujące kulturalnego człowieka. Świat dzisiejszy
wybacza wiele wad, ale każde cywilizowane
społeczeństwo potępia człowieka, który miota
bluźnierstwa na Boga. Dlatego między ludźmi
inteligentnymi stosunkowo rzadko słyszy się ordynarne
bluźnierstwa.
       Natomiast     często        spotyka    się      z
lekkomyślnym wymawianiem Imienia
B o ż e g o . Nie zastanawiając się zupełnie, bez
jakiejkolwiek przyczyny wymawia się Imię Boga i
świętych. Bracia! Nie twierdzę, żeby to był grzech
ciężki, ale w każdym razie jest to bezmyślność, która nie
188
przystoi człowiekowi      o    wyrobionych   zasadach
chrześcijańskich.
      Dla nas Bóg jest „Ojcem” niebieskim, więc my,
chrześcijanie nie drżymy przed Nim, jak Żydzi w
Starym Zakonie, którzy Imienia Boga, „Jahwe” bali się
wymówić nawet w modlitwach. Przesadny ten lęk
pochodził z błędnego zrozumienia słów Pisma Świętego.
My chrześcijanie powinniśmy się odznaczać pełną czci
wstrzemięźliwością w mowie, do rozmów o sprawach
codziennych nie mieszać Świętego Imienia Boga i
rzeczy wiary świętej. Nie róbmy tego nawet wtedy,
gdyby to nie pociągało za sobą grzechu.
      Pod tym względem, Bracia, powinniśmy bardzo
uważać na siebie, nawet ludzie pobożni powinni się
pilnować, zwłaszcza nie gniewajcie się – kobiety!
     Oto wraca z rynku kucharka.
     – Ile kosztują kurczęta – pyta pani.
     – Trzy złote para.
     – Mój Boże! – woła zdziwiona pani.
       Czy to grzech ciężki? Nie! A może to wcale nie
jest grzechem! Bardzo możliwe. A zatem, czym jest ów
wykrzyknik? Jest lekkomyślnością, niegodną katoliczki.
      Idzie ktoś ulicą… zagapi się… zszedł z chodnika.
„Jezus, Maria!” – wyrywa mu się z ust. Czy to grzech
ciężki? Nie! A co? Lekkomyślność, nielicująca z
chrześcijańskimi przekonaniami.
      W operze siedzi wieczorem jakaś dama i podczas
najpiękniejszej części muzycznej zwraca się do męża ze
słowami: „Uwielbiam Pucciniego! Co za boska
                                                  189
muzyka!” Czy to może ciężki grzech?! Nie! Tylko?
Tylko nieuwaga, niegodna prawdziwie chrześcijańskich
przekonań. Nic musimy wspominać Imienia Bożego,
jeśli chcemy okazać zachwyt! Nie popełniamy wtedy
ciężkiego grzechu, to prawda, ale jesteśmy w każdym
razie lekkomyślni.
    2.  Istnieje                jeszcze          gorsza
lekkomyślność!
     Późno wraca do domu dorosły syn. Przychodzi
matka i pyta:
      – Gdzie byłeś?
      – U przyjaciela! – odpowiada chłopiec.
      – Nieprawda! Daj słowo honoru! Przysięgnij! –
krzyczy nierozważna matka.
Że jest to błąd z punktu widzenia wychowawczego, o
tym teraz nie mówię… „Jeśli nie wierzą, to będę kłamał,
żeby się im zdawało, że mają rację” – myśli wobec
takiego postępowania niejedno dziecko. Co więcej:
rodzice popełniają grzech, gdy lekkomyślnie wymagają
od dziecka przysięgi, bo przysięgę składa się tylko w
najpoważniejszych okolicznościach życia – przy
zawieraniu małżeństwa, przy zeznaniach w sądzie, przy
objęciu posady.
       A zatem i ci nadużywają Imienia Bożego, którzy z
przyzwyczajenia, lekkomyślnie,              na    każdym
k r o k u p r z y s i ę g a j ą c h o c i a ż b y nawet i na
rzeczy prawdziwe. Robią to dzisiaj nie tylko dzieci, ale i
dorośli, co świadczy, że rozpowszechnione jest między
ludźmi kłamstwo, bo gdyby nie było kłamstwa, nie
190
trzeba by było przysięgać! Wystarczyłoby zapewnienie:
„Proszę cię, tak jest istotnie! Nie mam zwyczaju
kłamać!”     Takie    postępowanie    byłoby   godne
chrześcijanina.
W niektórych okolicznościach wolno przysięgać. Bóg
pozwala, by w sprawach dotyczących społeczeństwa
ludzkiego w celu wzmocnienia prawdy wzywano na
świadectwo Jego Imię. Sam Pan Jezus przysięgał przed
sądem, kiedy odpowiadał na pytania arcykapłana:
„Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy
Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży? Jezus mu odpowiedział:
Tak, Ja Nim jestem.” (Mt 26, 63 – 64).
      Ale przysięgać na błahostki, jak to dzisiaj weszło
w zwyczaj, na każdym kroku, nawet u gorliwych
chrześcijan, jest nadużywaniem Imienia Bożego. Jeżeli
ktoś lekkomyślnie przysięgał, ale nie na potwierdzenie
fałszu lub grzesznej sprawy, nie popełnia wprawdzie
grzechu ciężkiego, przysięga taka jest jednak grzechem,
którego powinien się wystrzegać każdy dobry
chrześcijanin. „Nie dawajcie psom świętego!”
        3. Nie cenią świętości i ci, którzy n i e
d o t r z y m u j ą z ł o ż o n y c h ś l u b ó w , którzy w
biedzie, w niebezpieczeństwach, w chorobie przyrzekają
Bogu uczynić coś dobrego, a skoro otrzymają, o co
prosili, łatwo zapominają o swej obietnicy.
      Bracia! Piękny to zwyczaj chrześcijański, jeśli za
spełnienie jakiegoś naszego życzenia obiecujemy Bogu
dobry uczynek, ale starajmy się dotrzymać danego
słowa! Bo Pismo Święte mówi: „Lepiej, że nie ślubujesz
wcale, niż żebyś ślubował, a ślubu nie spełnił.” (Koh 5,

                                                        191
4).
        4. Nadużywa świętości i ten, kto m i e s z a z
b ł o t e m i znieważa wzniosłe idee religijne, jej osoby i
instytucje, jeśli profanuje wiarę, jeśli sobie drwi z jej
powagi. Mamy na to wiele rażących przykładów, które
muszą każdego oburzyć do żywego. Niedawno pewien
czeski kompozytor ułożył mszę na orkiestrę jazz –
bandową! Zdarzają się również mniej rażące rzeczy, nad
którymi ludzie przechodzą do porządku dziennego, a
przecież obrażają one subtelne uczucia religijne. Na
przykład, jeśli ktoś znieważa naszych świętych, to ubliża
nie tylko przekonaniom religijnym i duchowym
wartościom, ale również i uczuciom patriotycznym. Nie
godzi się, Bracie, by kupiec oznaczał kawę marką
świętego      Stefana,   mydło     imieniem       świętego
Władysława, piwo imieniem świętego Jana itd. Podobne
nazwy pożyczane są tylko ze słownika naszej religii
katolickiej. O, jaka zrobiłaby się wrzawa, gdyby tak
wypisał na reklamie pasty do butów, albo trucizny na
szczury – imię założyciela jakiegoś innego wyznania!…
I zupełnie słusznie! Ale w takim razie, dlaczego
umieszczają imiona naszych świętych na pudełkach z
namiastką kawy i na butelkach z piwem?!
       „Nie dawajcie psom świętego!”
         5. Świętych zasad wary nadużywają t a j e m n e
r e l i g i j n e s e k t y , które nie tylko u nas, ale w całej
Europie wyzyskują uczucia i pragnienia religijne
prostego ludu, i prowadzą go na najgorsze bezdroża,
mówiąc, że wkrótce nastąpi koniec świata…, że
Chrystus Pan zjawił się ponownie, i że dał nowe
objawienie, że nie należy świętować w niedzielę, lecz w
192
sobotę itd. Niedawno w Berlinie policja musiała użyć
siły, by pochowano umarłego, który już zaczynał się
rozkładać, bo jakaś sekta nie chciała zezwolić na
pogrzeb, twierdząc, że „modłami powołają umarłego z
powrotem do życia”. Wszystko to jest nadużywaniem
świętości.
      6. Istnieje jeszcze jeden rodzaj niezwykłego
nadużywania religii, o którym chciałbym nieco
obszerniej pomówić, a jest to: k u s z e n i e B o g a
przez człowieka.
      Jak to? – pyta ktoś. Dotychczas wiem, że
zwykliśmy się modlić: „…i nie wódź nas na pokuszenie,
ale nas zbaw…” Czy może być odwrotnie? Czy to
możliwe, żeby człowiek, nędzne i słabe stworzenie,
mógł kusić Boży Majestat?
      Tak; napisane jest przecież: „Nie będziesz
wystawiał na próbę Pana, Boga swego.” (Mt 4, 7).
Kuszeniem Boga jest, gdy narażamy siebie bez powodu
na niebezpieczeństwo i ufamy, że nam „Bóg pomoże!”
Kuszeniem Boga jest, gdy dla przyznana komuś
słuszności, wymagany od Stwórcy cudów. Tu trzeba
zaliczyć smutnej pamięci „sądy boże” wieków średnich,
które dziś znamy, chwała Bogu, tylko z książek. Przy
czytaniu dziś tych strasznych rzeczy zgroza nas ogarnia,
że mogły istnieć czasy, w których tylko ten udowodnił,
swą niewinność, kto cało i zdrowo przeszedł przez
ogień, lub nie oparzył ręki, włożywszy ją do gotującej
się wody. Mówiono: „Jeśli jest niewinny, niech to Bóg
potwierdzi cudem!” Kościół musiał stoczyć bardzo
ciężką walkę, nim zdołał zniszczyć te pozostałości
pogańskich wierzeń greckich i germańskich, i przekonać
                                                    193
ludzi, że mają błędne pojęcie o Bogu, skoro narzucają
Mu tak upokarzającą rolę. Chwała Bogu: „sądy boże”
należą do przeszłości! Więc może już zupełnie znikło
kuszenie Boga? O, nie! Teraz spotykam jest częściej, niż
dawniej.
      Czyż możliwe?
      Pewnego razu faryzeusze, rozmawiając z Panem
Jezusem, kusili Go i żądali od Niego cudów. Pan Jezus,
który na prośbę setnika i na błaganie przydrożnego
żebraka uczynił cud, głuchy był na prośby potężnych
faryzeuszy. Oto, co mówi Pismo Święte: „On zaś
westchnął głęboko w duszy i rzekł: Czemu to plemię
domaga się znaku? Zaprawdę powiadam wam: żaden
znak nie będzie dany temu plemieniu.” (Mk 8, 12). W
pierwszej chwili nie rozumiemy postępowania Pana
Jezusa. Jak to, przecież teraz miał Pan Jezus sposobność
przekonać ich o Swojej boskiej mocy, sprawić, żeby
weń uwierzyli?!…
       Nie, nie! Ewangelista zaznacza, że faryzeusze
przychodzili do Pana Jezusa nie w tym celu, by w Niego
uwierzyć, lecz żeby Go kusić. Pycha nie pozwalała im
uwierzyć w Chrystusa! Oczekiwali takiego sobie
teatralnego występu od Pana, myśląc: zobaczmy, co
potrafi ten prorok. Chcą oglądać cuda, ale nie w celu
nawrócenia się. Przecież wieść o cudownych czynach
Pana Jezusa rozeszła się daleko i szeroko, po całej ziemi
żydowskiej, więc każdy człowiek dobrej woli miał
dostateczne dowody, żeby się nawrócić. Ale,
faryzeuszom nie szło o nawrócenie. Chcieli widzieć cud,
bo to ciekawa rzecz, zjawisko pełne emocji,
przyjemność grająca na nerwach i rozkoszne
194
zaspokojenie ludzkiej ciekawości. Kuszenie Boga ze
strony faryzeuszów polegało na pogoni za tajemniczymi
dreszczami – w ten sam sposób postępuje wielu
ciekawych ludzi i w dobie obecnej. Wielu ludzi znajduje
przyjemność w zaspokojeniu swej ciekawości i
zapomina, że do świętych rzeczy trzeba się zbliżać z
uszanowaniem i nie patrzeć na nie z gorączkową
lekkomyślnością profana. Tak np. dziś niektóre pisma
nie z pobudek pobożności, ale celem zaspokojenia
namiętnej ciekawości rozwodzą się o cudownych
zjawiskach w Konnersreuth. Szeroko pisały o tym i
nasze dzienniki, wypada więc coś powiedzieć o tym i z
ambony.
       Co się dzieje w Konnersreuth? Żyje tam prosta
dziewczyna, która w każdy piątek przeżywa mękę Pana
Jezusa. Widzi osadzenie Pana, słyszy krzyki nienawiści
tłumu żydowskiego, widzi całą wzruszającą tragedię,
która rozegrała się na Kalwarii, a podczas tego sama
cierpi wielkie męki. Na ciele dziewczyny pokazują się
stygmaty i strumieniami płynie z nich krew… Tak cierpi
w każdy piątek. Od kilku lat, prócz kawałka hostii w
Komunii świetlej nie przyjmuje żadnego innego
pokarmu.
      Oto w krótkości streszczenie tych wydarzeń.
Dzisiaj jednak opowiadają różne nadzwyczajności o tej
dziewczynie, do jej mieszkania przychodzą tysiącami
ciekawi ludzie.
      Bracia! Jakie jest wobec tego stanowisko
Kościoła? Podstawową nauką Kościoła jest, że Pan
Jezus naprawdę czynił cuda, aby dowieść Swojej boskiej
mocy i zapewnić rozwój wierze. W ciągu wieków, jak
                                                   195
świadczy historia Kościoła, przez Swoich świętych
również niezliczone zdziałał cuda. Pan Jezus jednak,
mówiąc o fałszywych prorokach i o ich fałszywych
cudach, przestrzega nas, żebyśmy się nie uganiali za
tajemniczymi i cudownymi zjawiskami. Czy Kościół
katolicki naucza, że w wyjątkowych wypadkach wola
boża może zmieniać prawa natury? Nie! Naucza
natomiast, że Bóg w poszczególnych wypadkach Swoją
wszechmocą boską może jakby zawiesić działanie tych
praw, i to nazywamy cudem. Wiara nasza uczy nas, że
Bóg może robić cuda. Kiedy np. ktoś ma zostać
zaliczony w poczet świętych, to w procesie
kanonizacyjnym musi istnieć wiarogodny dowód dwóch
cudów, zdziałanych za pośrednictwem danego
kandydata na świętego. Przy procesie beatyfikacyjnym i
kanonizacyjnym Kościół postępuje bardzo surowo, o
czym wiedzą tylko ci, którzy bliżej znają procedurę
kanonizacji.
      Pewna wpływowa osobistość załatwiała jakąś
sprawę w Kurii rzymskiej. Czekając długo w poczekalni,
przeglądała akta procesu beatyfikacyjnego, z wielkim
zdziwieniem stwierdzając surowość, jaką stosowano w
tym procesie do każdego najmniejszego szczegółu:
Przed kardynałem owa osobistość wyznała później: „To
mi się podoba! Gdyby Kościół każdy cud z taką
drobiazgową     ścisłością  stwierdzał…”     Kardynał
przerywając jej, wtrącił: „Wie Pan, że komisja nie
przyjęła żadnego z cudów, o których Pan czytał? Ani
jeden nie odpowiadał podstawionym wymaganiom!”
     Kochani Bracia! Nasza święta wiara uczy nas, że
Bóg może i czyni cuda w obronie prawidłowości religii
196
chrześcijańskiej. Czy jednak w jakimś wypadku Pan Bóg
wtrąca się rzeczywiście w sposób nadprzyrodzony, t.j.
czy istotnie mamy do czynienia z cudem, o tym decyduje
Kościół bardzo ostrożnie i zachowuje się bardziej
wyczekująco, niż ludzie, prasa i cały świat. Kościół nie
poszukuje cudów, i bardzo dobrze czyni! Tysiące ludzi
biegnie do Konnersreuth, by oglądać dziewczynę –
stygmatyczkę – a Kościół? Biskupi bawarscy zabronili
nawet, by duchowieństwo i wierni tam się udawali.
Dlaczego? Bo Kościół święty jest ostrożny! Dopiero po
długim czasie, po dziesiątkach lat badania wypowie
swoje zdanie, czy dany wypadek był cudem? Bracia Czy
to nie dowodzi powagi Kościoła?! Pełnego majestatu
spokoju, który płynie tylko ze świadomości posiadania
pewnej prawdy!
      A jednocześnie wyczuwamy subtelną taktowność,
z jaką zachowuje się Kościół wobec rzeczy świętych.
Jakiekolwiek bowiem będzie orzeczenie Kościoła o
Konnersreuth, czy dzieją się tam rzeczy naturalne czy
nadprzyrodzone, tyle już dziś wiadomo, że owa
dziewczyna odznacza się religijnością i dużo cierpi dla
Chrystusa.
      A zatem, każdy powinien się zbliżać do niej tylko
z szacunkiem. A co czynią współcześni ludzie, żądni
cudownych zjawisk? Lekceważąco, trzymając papierosa
w zębach podziwiają stygmatyczkę. Z Karlsbadu i
Marienbadu, spieszą tłumy eleganckich kuracjuszy, idą
jak do teatru, by się bawić widokiem cierpienia. Zjawili
się nawet przedstawiciele jakiejś firmy z oferta, że w
chacie stygmatyczki urządzą coś w rodzaju teatru, by
połączyć w ten sposób przyjemność z pożytkiem. Pewna
                                                    197
wytwórnia filmowa dawała miliony za pozwolenie
zrobienia filmu z cierpiącej dziewczyny, który by potem
pokazywano ludziom, jako nadzwyczajną atrakcję wraz
z różnymi pornograficznymi obrazami. W jakimś
niemieckim panoptikum, wśród woskowych figur
zbrodniarzy, pokazywano już nawet podobiznę
cierpiącej dziewczyny.
        Bracia!      W    tym     przejawia           się
gruboskórność                       współczesnego
c z ł o w i e k a , który wszystko, czego tknie, nawet
najświętsze rzeczy sponiewiera, wrzuci do błota i zaślini
jak ślimak. To jest dzisiejsza wszeteczność, która, byłaby
zdolna fotografować cierpiącego Chrystusa na górze
Kalwarii w Wielki Piątek! Świat dzisiejszy nic więcej nie
obchodzi życie wiary!
      Bracia! Chcę mówić jasno: Kościół jeszcze nie
zdecydował, czy w Konnersreuth dzieją się cuda, ale
jakakolwiek będzie decyzja Kościoła, nie zmieni ona w
niczym naszej świętej wiary.
      Kiedy faryzeusze żądali natarczywie cudu od Pana
Jezusa, według Pisma Świętego, Chrystus „boleśnie
westchnął”. Tak samo i dziś boli Zbawiciela, jeśli dla
kogoś nie jest wystarczającym dowodem ani Jego życie,
ani Jego czyny, ani 2000 – letnia działalność Kościoła,
lecz spirytyzm, za pomocą którego chcemy przeniknąć
tajemnice zaświatów i pustą ciekawością umacniać
naszą wiarę. Czy to nie jest nadużywaniem rzeczy
świętych?!



198
                     *      *     *


      „Nie dawajcie psom świętego!” – powiedział Pan
dlatego, byśmy się odnosili zawsze z uszanowaniem i
miłością do spraw religijnych, byśmy przez
lekkomyślność, nieuwagę i złą wolę nie znieważali
rzeczy świętych. Wszyscy, którzy starają się zaspokoić
swoją próżną ciekawość, zawstydzą się na pewno, gdy
usłyszą o głębokiej religijności pewnego lekarza z
Chicago, o którym opowiem na zakończenie kazania.
      Przed kilkoma laty rozeszła się wieść, że w
południowych Włoszech żyje zakonnik – kapucyn,
obdarzony stygmatami. Dowiedział się o tym ów lekarz
z Chicago i pospieszył do Włoch, żeby zobaczyć
stygmatyka, ale przyjechał na próżno, bo zakonnik
otrzymał rozkaz z Rzymu nosić długie, osłaniające
niemal całe palce rękawiczki, w których odprawiał
nawet mszę świętą.
       Po powrocie lekarz, w ten sposób opowiadał
swoje wrażenia: „Nie widziałem ran, a zakonnik, gdy
mu wyłuszczyłem cel mego przyjazdu, rzekł: Bardzo
żałuję, że się pan daremnie trudził, ale proszę zrozumieć,
że jako zakonnik, muszę być posłuszny. To
oświadczenie większe zrobiło na mnie wrażenie –
oświadczył doktor – niż: gdybym zobaczył jego rany…”
      Tak, Bracia! Co to powiedział Pan Jezus do
niewierzącego Tomasza? – „Uwierzyłeś dlatego,
ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie
widzieli, a uwierzyli.” (J 20, 29)
                                                      199
       W życiu Kościoła zdarzali się niejednokrotnie
stygmatycy – bez wątpienia jest to wielkie wyróżnienie
od Boga. Ale, Bracia, co dzień, w każdej chwili, w
każdym miejscu, w którym odprawia się ofiara mszy
świętej, gdy na ołtarzach powtarza się w niewidzialny,
cudowny sposób śmierć krzyżowa Chrystusa Pana,
dzieje się coś więcej! O , z n a c z n i e w i ę c e j n i ż
w K o n n e r s r e u t h ! Tu otwierają się rany nie
jakiejś dziewczyny, która miłuje Chrystusa, ale sam
Chrystus przelewa dla nas Swą krew.
Z Jego ran padają krople zbawiennej rosy na nasze
dusze! A przecież nie zjeżdżają się tłumnie autami
goście i nie ustawiają się w szeregi, by dostać się do
kościoła na mszę świętą!…
       Bracia! Niemiecka dziewczyna, która przeżywa
mękę Chrystusową, bez względu na to, jaką opinię wyda
o jej stygmatach Kościół – przez swe milczące
cierpienie zdaje się mówić do dzisiejszego, polującego
na sensację tłumu: Ludzie! Nie mnie oglądajcie
ciekawym wzrokiem, ale patrzcie, z miłością i z żalem
za grzechy, na Ukrzyżowanego Chrystusa, którego tak
bardzo kocham, z miłości dla którego przelewam swoją
krew!
      Ludzie, szanujcie święte rzeczy!
      Bracia, szanujcie święte zasady naszej wiary!
       Bracia,         szanujcie         cierpiącego
C h r y s t u s a ! Amen.




200
                         XVI.


 O ŚWIADOMYM ŻYCIU CHRZEŚCIJAŃSKIM.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W      1926 roku odbył się w Chicago
międzynarodowy Kongres Eucharystyczny. Najbardziej
imponującym momentem tej wspaniałej uroczystości
było nocne zebranie „Towarzystwa Imienia Jezus”.
„Holy Name Socjety”. W zebraniu Towarzystwa,
założonego dla obrony i uwielbienia Imienia Jezus, brały
udział nieprzejrzane tłumy mężczyzn; każdy musiał się
wzruszyć, widząc 250 tysięcy mężczyzn, którzy z
płonącymi świecami w rękach obradowali wśród nocy
wielkiego miasta, nieuznającej ani cnoty, ani ideałów. W
rozpuście iście babilońskiej 250 tysięcy świateł żywej
wiary!
      Był to życiodajny płomień świętego Imienia
Chrystusowego, Jego świętej wiary wśród dzisiejszego
zepsucia!
       Kochani Bracia, czy rozumiemy, jakie
nieocenione skarby powierzył nam Bóg w wierze
świętej? Czy umiemy świadomie i z wdzięcznością
zawołać: „Chwała Bogu, że jestem chrześcijaninem –
katolikiem!”?
     „Noblesse oblige!” „Szlacheckie pochodzenie
obowiązuje do wielu rzeczy!” – zwykło się mówić. Tym
                                                    201
więcej powinniśmy mówić: „le christianisme oblige!” –
„chrześcijaństwo zobowiązuje!” czyli, że imię
chrześcijanina nie tylko przynosi mi zaszczyt, ale i
nakłada     wielkie   obowiązki.    W     dzisiejszym
przemówieniu o II – gim Przykazaniu, chciałbym
powiedzieć parę słów o obowiązkach wypływających z
nazwy „chrześcijanin” i przemówić o ś w i a d o m y m
życiu chrześcijańskim.
      Kochani Bracia! To, że człowiek nie powinien
bluźnić i przeklinać, oraz lekkomyślnie wymawiać
Imienia Boga, stanowi tylko jedną część II Przykazania:
stronę negatywną. Dusza katolika na tym nie
poprzestaje: chce wypełnić i pozytywną część
Przykazania, wymawiać z szacunkiem Imię Boga (o
czym już mówiłem w poprzednim kazaniu). Nie dość na
tym: pragnie jeszcze zjednać chrześcijaństwu uznanie u
innych ludzi, czyli powinniśmy nie tylko sami uszanować
Imię chrześcijanina świadomym życiem chrześcijańskim,
ale w razie potrzeby bronić tego Imienia i szerzyć jego
kult wśród innych ludzi.
        Świadome życie chrześcijańskie!
– taki jest temat dzisiejszego kazania. Przypatrzmy się
najpierw tym, którzy n i e m a j ą ś w i a d o m o ś c i
c h r z e ś c i j a ń s k i e j , a następnie tym, którzy
posiadają               pełnię       chrześcijańskiej
świadomości.




202
                           I.


   Ci, którzy nie mają świadomości
           chrześcijańskiej.


      – Kochany Bracie, więc twierdzisz, że jesteś
chrześcijaninem katolikiem? – zapytałem pewnego
mężczyznę.
      – Tak! – dumnie odpowiedział – wszyscy moi
przodkowie byli katolikami!
      – A potrafiłbyś to udowodnić?
      – Udowodnić? Czy nie wystarcza, że bijąc się w
      piersi, wyznaję wobec całe go świata: jestem
      katolikiem?!
       – Nie wystarcza! Święty Hieronim też bił się w
piersi, a Pan Bóg mu nie wierzył.
      – A to ciekawa historia! Jak to było?
      Owszem, to bardzo ciekawe, a jednocześnie
pouczające. Czy wiesz, kim był święty Hieronim?
Jednym z największych mężów chrześcijaństwa!
Wszystko porzucił dla Chrystusa: beztroskie życie,
towarzystwo, przyjaciół, cywilizację i ukrył się w
pustelni, niedaleko Betlejem. Tam pościł i umartwiał się,
tak, że pozostała na nim tylko skóra i kości. Pewnego
razu zachorował i wszyscy myśleli, że już nadszedł kres
jego życia. A świętemu Hieronimowi, leżącemu w
gorączce, wydawało się, że znalazł się przed
                                                     203
Trybunałem Bożym, i rozpoczął się sąd. Padło pierwsze
pytanie: „Kto jesteś?” Hieronim śmiało odpowiedział:
„Christianus sum!” „Jestem chrześcijaninem!” –
„Kłamiesz! – słyszy surowy głos Sędziego – jesteś
wyznawcą Cicerona!” i po tych słowach został
natychmiast związany i pobity. Obecni koło łoża ze
strachem patrzeli, jak chory wił się z bólu, a dopiero
kiedy święty Hieronim odzyskał siły, opowiedział, jakie
widzenie miał w gorączce.
      Co to znaczy, Bracia?
      Oto święty Hieronim, który potrafił ponieść
największe ofiary, który wyrzekł się wszystkiego dla
Chrystusa, z zapałem rozczytywał się w pismach
pogańskiego pisarza, klasycznego Cicerona. To też
mimo, że bił się w piersi na dowód, że jest
chrześcijaninem, nie wierzył w jego zapewnienia
przedwieczny Sędzia. A Hieronim wziął do serca
przestrogę, i powróciwszy do zdrowia, nie czytywał już
z takim zapałem Cicerona. Czy rozumiesz, Bracie, że nie
wystarcza puste twierdzenie: jestem katolikiem!?
      – No tak, tak… – odpowiadasz i sięgasz do teki –
oto metryka mojego chrztu! Czy mi teraz ksiądz
uwierzy, że jestem katolikiem?
      – Nie gniewaj się, kochany Bracie, ale jeszcze nie
wierzę! Metryka chrztu, to ważny dokument, ale
wskazuje tylko, jakim powinieneś być, a niewiadomo,
czy takim jesteś rzeczywiście? Może przez porównanie
wytłumaczę jaśniej, co przez to rozumiem. Metryka
chrztu, to paszport do nieba. Ale na próżno będziesz
pokazywać paszport – powiedzmy do Włoch, jeśli nie

204
będzie na nim włoskiej wizy. Metryka chrztu jest
wprawdzie paszportem do nieba, ale się tam nie
dostaniesz, jeśli nie zaopatrzysz się w pieczęć żywota
wiecznego, w wizę nieba. Cóż to znowu? T w o j e
ż y c i e k a t o l i c k i e ! Rozumiesz teraz, dlaczego
nawet metryka chrztu nie jest dowodem twojego
katolicyzmu?
     – Rozumiem, rozumiem! Ale ostatecznie nie
wiem, czym legitymować mój katolicyzm?…
      – A widzisz, to bardzo łatwe! Pozwolisz, że ci
złożę półgodzinną wizytę? Przez ten czas omówimy całą
sprawę.
      – Proszę bardzo! To wielki dla mnie zaszczyt!
Idziemy do mieszkania mojego przyjaciela, który
uprzejmie otwiera drzwi:
      – Proszę!…
      Wchodzimy do obszernego salonu, ale już w
progu zapytałem:
      – Proszę cię, więc jesteś katolikiem?
      – A jakże! Przecież mówiłem ci przed chwilą!
      – Owszem, tak… ale patrz, co znaczą na ścianach
te nagie bohomazy?
     – Ach, proszę cię! To przecież są akty,
namalowane przez znanych artystów!
       – Nie wątpię, że to dzieła artystów! – a jednak? –
w domu katolickim mogłyby się znajdować inne dzieła
artystyczne! Te obrazy wiszą po to, żeby ciągle
podniecały twoją zmysłowość i twoich gości, żeby
                                                      205
znieprawiały duszę twoich dzieci!
     – Duszę moich dzieci? Jasiek ma dwa lata, a
Maryśka dziesięć, nic się na tym nie znają!
     – Pozwól, wypowiem tu swoje zdanie, jako
duszpasterz młodzieży od dosyć dawna: rodzice nawet
nie przypuszczają, jak olbrzymie spustoszenie
wyrządzają bezecne malowidła w duszach dzieci!
     – Ależ, proszę cię, to są jednak dzieła sztuki!
Ciężko byłoby mi rozstać się z nimi.
       – Dobrze, dobrze! Ale wobec tego nie mów, że
jesteś katolikiem! Widzę, że masz bogatą bibliotekę.
Czy pozwolisz, że ją przejrzę?
      – Ależ proszę!
Rzuciłem wzrokiem po książkach i znowu się pytam:
      – Proszę cię, czy jesteś katolikiem?
      Przyjaciel mój już nic nie odpowiedział, tylko
patrzył na mnie.
       – No tak, bo jeśli jesteś katolikiem, to całkiem nie
rozumiem doboru książek w twojej bibliotece. Wśród
beletrystyki widzę mnóstwo francuskich powieści
bardzo podejrzanych autorów. Z książek naukowych
masz pisma Darwina, Haeckla i Bölsche’go, a prócz
tego kilka książek tak zwanych lekarskich, a właściwie
pornograficznych… A nigdzie nie widzę religijnej
katolickiej książki…
      – Książka religijna? Owszem, jest. Patrz! Tu leży:
„Życie Jezusa” Renana, „Dzieje inkwizycji”, „Grzechy
papieży” i stos broszur spirytystycznych… a tu są
206
broszury „Armii zbawienia”.
       – Tak, widzę. A czy masz Pismo Święte, lub
jakieś podstawowe dzieło apologetyczne?…
      – Proszę cię, tylko się nie obraź, ale to takie nudne
rzeczy!
       – Dobrze, dobrze, ale nie twierdź, że jesteś
katolikiem!
Tymczasem ktoś zadzwonił. Przyniesiono dzienniki.
      – Proszę cię, jesteś katolikiem, a prenumerujesz tę
gazetę? Przecież to pismo obrzuca błotem każdą myśl
chrześcijańską!
      – Ależ nie! Zresztą to nie szkodzi moim
przekonaniom. Trzeba wiedzieć, co piszą w innych
obozach! A zresztą to jest najlepiej redagowana gazeta!
Tak zwane chrześcijańskie gazety są suche i nudne!…
       – Ale w takim razie, w czym przejawia się twój
katolicyzm?
      – Proszę cię, nie zawracaj mi głowy! Może
odwiedzimy moją żonę… napewno jest już po
śniadaniu.
      Idziemy. Pornograficzne obrazy widzę już nie
tylko na ścianach, ale są i na biurku i na stoliczkach! W
atmosferze wykwintnych perfum Coty’ego, rozwija się
na pewno nieraz mniej wykwintna rozmowa. O czym się
tu mówi i jakim tonem?! A przecież wszyscy mogą
przedstawić swoje metryki chrztu!…
      Bracia! Metryka chrztu… czy naprawdę wystarcza
metryka chrztu? Metryka chrztu nakłada obowiązek
                                                       207
życia chrześcijańskiego. Pozwólcie, że przytoczę
niezwykłe porównanie świętego Augustyna: Dwóch
ludzi śpiewa jednocześnie tę samą piosenkę. Jeden jest
trzeźwy śpiewa pięknie, ale drugi, pijany fałszuje, co
razem tworzy niemożliwą do zniesienia kakofonię. To
samo zachodzi – mówi święty Augustyn – kiedy kto
tylko wargami odmawia słowa modlitwy: „Święć się
Imię Twoje”, a życiem ciągle obraża Boga, czyli nosi w
kieszeni metrykę chrztu, w życiu zaś nie stosuje żadnych
zasad chrześcijańskich.
      Nie będziesz brał Imienia Pana Boga nadaremno!
Daremnie bierze Imię Pana Boga i ten, kto mianem
chrześcijanina oszukuje swych bliźnich. Jak można
kogoś oszukiwać mianem chrześcijanina? Jeśli ktoś nosi
imię chrześcijańskie, ale prowadzi życie nielicujące z
tym imieniem, jeśli używa imienia chrześcijanina tylko
jako szyldu, ale szyldu fałszywego. W niektórych
sklepach z materiałami bławatnymi widnieją napisy: „tu
można dostać prawdziwe angielskie materiały”
Łatwowierny klient dopiero później spostrzeże, że w
danej materii za dużo jest bawełny. Co innego głosi
napis, a co innego jest w sklepie. Podobnie nadużywa
imienia chrześcijańskiego ten, kto swoje słowa usłania
płaszczykiem chrześcijaństwa, a o czym innym myśli i
co innego czyni w życiu. Do tych ludzi odnoszą się
słowa, których Bóg użył już w Starym Testamencie, a
które Pan Jezus zastosował w Nowym Testamencie do
faryzeuszów: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem
swym daleko jest ode Mnie.” (Mt 15, 8).
      Tak przedstawia się typ ludzi, którym brakuje
chrześcijańskiej świadomości.
208
      Jakże wygląda inny typ, typ człowieka, w którym
żyje chrześcijańska świadomość?


                          II.


 Ludzie, w których żyje świadomość
           chrześcijańska.


      A) Jestem chrześcijaninem katolikiem! Czy wiesz,
Bracie, co to znaczy? To znaczy, że Imię Pana Boga na
zawsze jest wyryte w mojej duszy i że moim
obowiązkiem jest zjednać chwałę i szacunek dla tego
Imienia!
      Zadaniem całego świata stworzonego jest: o
chwały hożej, że Bóg jest jedynym Panem
Nieskończonym! Jego chwałę po winniśmy głosić.
Niebo, ziemia, gwiazdy i wicher, szczyty gór i śpiew
ptasząt, dzikie zwierzęta i błękitna niezapominajka…,
wszystko wychwala Boga… a przecież nigdzie nie jest
wypisane tak wyraźnie Imię Boże, jak na mojej
ochrzczonej duszy! Tylko we mnie żyje świadoma myśl
boża, tylko we mnie m Bóg! Znieważać Imię Boże może
tylko człowiek i on także może Je uszanować.
       Bracia! Jakże wspaniała jest ta idea: Bóg żyje we
mnie! Jak powinienem szanować siebie?! Jakie święte
obowiązki powinienem spełniać wobec siebie?! Dopiero
teraz rozumiem to, o czym tyle razy słyszałem: na czym
polega     „ludzka     godność”,       godność     duszy
chrześcijańskiej!
                                                    209
      Czy wiecie, kto szanuje Imię Boże? Ten, kto
dowodzi czynami, myślami i słowami, że żyją w nim
myśli, słowa i czyny boże.
      Mam być żywym odzwierciedleniem chwały
świętego Imienia Bożego! Mam przynieść szacunek
imieniu chrześcijańskiemu nie tylko wtedy, gdy jestem
w kościele, gdy się modlę, ale i wtedy, gdy pracuję, gdy
wypoczywam i gdy się bawię. Uwielbiać Boga jest cele
mojego życia prywatnego i mojego zawodu. Bracia!
Słońce chwali Boga tym, że świeci. Gwiazda chwali
Boga swoim blaskiem, ptak śpiewem, kwiat zapachem.
A człowiek? Człowiek chwali Boga, ż y j ą c w e d ł u g
woli bożej.
      To     ma     być      świadome      uszanowanie
chrześcijańskiego imienia!
       B) Ale jeśli zechcemy się przekonać, czy
dzisiejsze społeczeństwo, nazwane chrześcijańskim, jest
nim w istocie, to stwierdzimy straszną prawdę.
        Żyjemy według chrześcijańskiego kalendarza, rok
1940, żyjemy w chrześcijańskiej Europie. W stolicy
chrześcijańskich Węgier. Idę ulicą, obserwuję ruch,
rozmawiam           z    ludźmi…    Czy    jesteśmy
c h r z e ś c i j a n a m i ? Gdzie i w czym się to
uwydatnia? Czy rozumieją zapracowani, albo
uganiający się za przyjemnościami ludzie, dlaczego
zstąpił między nas Chrystus Pan? A jeśli rozumieją, czy
Go naśladują? Czy widać to z ich życia, z ich mowy,
planów, pragnień, zamiarów, że Chrystus jest między
nami, że rozumiemy to, co według Jego nauki posiada
prawdziwą wartość?! Czy chrześcijaństwo jest

210
życiodajnym     źródłem,   przekonaniem,  zasadą,
światopoglądem, czy tylko czczym frazesem,
estetycznym     wzruszeniem,    odświętną   szatą,
odziedziczoną po przodkach, w której nie można
wypełniać codziennych obowiązków?
       Jesteśmy chrześcijanami? Popatrzcie, co grają w
naszych teatrach! Tu, u nas w Budapeszcie, w
Warszawie, w Wiedniu, w Berlinie, w Paryżu. Ktoś
powiedział: „Teatr jest zwierciadłem epoki danego
społeczeństwa”. Okropność! Czyż naprawdę tak bardzo
zepsute jest dzisiejsze społeczeństwo, jak je
przedstawiają w teatrze.! Czy tylko dzieci do lat sześciu
i idioci są dziś cnotliwi i uczciwi?!
      Jesteśmy    chrześcijanami?   Popatrzcie,  co
imponuje tłumom! Nie dawno w Niemczech na ławie
oskarżonych zasiadł młodzieniec ze szkół średnich,
posądzony o cały szereg przestępstw, o których mówi
Apostoł, że nie należy ich wspominać między
chrześcijanami. A co na to tłum? Obsypał podsądnego
deszczem kwiatów!
      Jesteśmy chrześcijanami? Niedawno przyjechała
do Wiednia na gościnne występy murzyńska tancerka.
Na     dworcu    oczekiwały     na   jej    przybycie
rozentuzjazmowane         tłumy        publiczności…
fotografowano ją ze wszystkich stron. Z sypialnego
wagonu wyniesiono jej bagaże: 137 sukien, 196 par
bucików, 64 kg pudru i różnych kosmetyków.
Rozwodziły się o tym szeroko dzienniki wiedeńskie w
artykułach szumnie zatytułowanych: „Die schwarze
Madonna im Schlafcoupé”. Czy może być haniebniejsze
bluźnierstwo i nadużycie imienia Matki Boskiej?! Czy
                                                     211
jeszcze jesteśmy chrześcijanami?…
      C) Ale nie chcę o tym mówić dalej… Rozwinę
jeszcze tylko jedną myśl. P o w i n n i ś m y b y ć
chrześcijanami             świadomymi             i
dumnymi ze swej wiary, i według
niej powinniśmy żyć!
     Co mamy robić? Uciec na pustynię? Płakać?
Skarżyć się? Rozpaczać?
       Nie! Bracia! Fatalizm, los, przypadek, to nie są
pojęcia chrześcijańskie! Nie jest chrześcijańskim pogląd:
zostawić wszystko swojemu losowi: „laissez faire,
laissez aller”, trwożliwie ukryć się w zaciszu,
zapamiętać w modlitwie. Katolicyzm silną ręką chce
kierować biegiem życia ludzkiego! Chce zawładnąć
rozpędzonym motorem świata, według swojej woli.
     Tak: wierzymy, że Jezus Chrystus jest ostatnim
słowem w historii świata! Wierzymy, że świat opiera się
na Chrystusie, a bez Niego ginie!
      Wierzymy, że z powrotem musimy stosować
Dziesięcioro Przykazań w życiu, z którego wyrzuciliśmy
je niebacznie. Wierzymy, że bez konsekwentnego i
świadomego życia katolickiego nie ma ani wiosny, ani
rozwoju, ani budowy państw, nie ma historii!
      Bracia! Nie przesadzam, jeśli mówię, że
potrzebujemy katolików, którzy by się wyróżniali na
tym świecie.
      Którzy by się wyróżniali? Czym?
     Tym, że na serio będą traktowali Dziesięcioro
Przykazań i Kazanie na górze wprowadzą do
212
codziennego życia. Tym, że o kobiecie, o małżeństwie i
o życiu rodzinnym będą myśleli wzniośle, szlachetnie.
Dzięki temu umocni się europejskie społeczeństwo, w
przeciwnym razie nastąpi „Der Untergang des
Abendlandes”, upadek kultury europejskiej.


                    *     *     *


     Kochani Bracia! Ktoś w Berlinie spotkał posła,
pochodzącego z Nadrenii, który wiele lat spędził na
Wschodzie.
      – Wiesz co – ozwał się poseł do przyjaciela –
gdyby mi ktoś powiedział że przed śmiercią mogę
spędzić piętnaście lat w Berlinie, albo dziesięć nad
Renem, albo pięć lat w Chinach, wybrałbym bez
wahania Chiny. Wiesz, miałem posługacza, który bardzo
sumiennie wypełniał swój obowiązek… Jest to kraj,
gdzie przyrzeczenie ma jeszcze wartość, gdzie ludzie są
wierni…
       Tak mówił stary poseł o Chińczykach.
Przypomniałem sobie teraz zarzut, jaki robią poganie
naszym misjonarzom, pracującym na Wschodzie: Czego
chcecie od nas ze swoim chrześcijaństwem, kiedy u was
chrześcijanie się mordują! Przynosicie nam gwiazdę
betlejemską? A przecież zgasło już u was jej światło!
Zostawcie nas w spokoju! My jesteśmy lepszymi
ludźmi, niż chrześcijanie!…
      Taką   odpowiedź dają   poganie   naszym
misjonarzom!… Co mamy na swoją obronę? Co może
                                                   213
na to odpowiedzieć chrześcijanin Europejczyk, znany ze
swej nienawiści, chciwości, przekleństw i ciągłych
niepokojów?!
      Ściska się serce, łza zjawia się w oku – tak –
macie słuszność, bracia z dalekich krajów!
Skompromitowaliśmy świętą sprawę Chrystusa, ale
dołożymy wszelkich starań, żeby powrócić do praw
Chrystusowych!
      Bracia! Jeśli każdy chrześcijan – katolik będzie
dawał prawdziwy przykład cnót i będzie naśladował
życie Chrystusa, jeśli je weźmie za drogowskaz swojego
postępowania, to wówczas cały świat stanie się
chrześcijański, Chrystusowy – będzie miejscem
szczęśliwego życia ludzkiego.
       Kochamy Ciebie, Panie Jezu Chryste! – t o
m a ł o ! Słuchamy Twoich praw! – t o n i e
w y s t a r c z a ! Uwielbiamy Ciebie! – i t o m a ł o !
Panie, Panie, naśladujemy Ciebie! – t o d o s y ć !
Amen.




214
          O TRZECIM PRZYKAZANIU.


                        XVII.


         O SPOCZYNKU NIEDZIELNYM.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W     rozważaniach naszych doszliśmy do III
Przykazania Bożego. Niektórzy z Was będą na pewno
zaskoczeni, gdy dzisiejsze kazanie rozpocznę poetyckim
obrazem ranka niedzielnego. Wielkomiejskie gmachy,
ulice pozbawiają człowieka czarów przyrody; więc
przynajmniej w wyobraźni spróbujemy odtworzyć to
piękno, którego brak często odczuwamy.
      Jest wczesny ranek niedzielny… Stoimy na
pagórku, w pobliżu małej wioski, wzrok nasz wybiega
za majowymi promieniami słońca ponad ulice, domy,
lasy, pola i wioski… Błogi spokój rozpościera się
wkoło… a kiedy dusza nasza zatopi się w kontemplacji,
ciszę przerywa niby wesoły śpiew ptasi… miły głos
dzwonu wiejskiego kościółka. Płyną, lecą srebrne tony,
dzwonią o szyby wszystkich chat. Z bram domów
wychodzą pomału ludzie w odświętnych strojach,
kierując swe kroki do kościoła. Ludzie, którzy przez
cały tydzień pracowali na roli! Robotnicy, którzy przez
cały tydzień nie słyszeli głosu dzwonu, tylko stuk
maszyn i gwizd syren… dziś obmyli z fabrycznego
                                                   215
kurzu twarze, zdjęli zasmarowane ubranie, starli z czoła
zmieszany z potem brud, i stali się znowu podobni do
ludzi! W niedzielny poranek spieszą do domu Bożego…
     Powiedzcie, Bracia, sami, czy nie jest to dowód
prawdziwej miłości ojcowskiej Pana Boga, że dał
Przykazanie święcenia niedzieli, jako dnia wypoczynku?
      „pobłogosławił ów siódmy dzień – czytamy na
pierwszych stronach Pisma Świętego – i uczynił go
świętym” (Rdz 2, 3). Dalej mówi Pismo Święte
obszerniej: „Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić.
Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe
zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci Pana,
Boga twego. Nie możesz przeto w dniu tym wykonywać
żadnej pracy ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka,
ani twój niewolnik, ani twoja niewolnica, ani twoje
bydło, ani cudzoziemiec, który mieszka pośród twych
bram.” (Wj 20, 8 – 10).
      Oto, Bracia, trzecie Przykazanie: Przykazanie
święcenia niedzieli! To Przykazanie zawiera podwójne
rozporządzenie: zabraniające i nakazujące; czyli, że w
dzień poświęcony Panu jednych rzeczy nie wolno robić,
drugie zaś musimy wykonać. Nie wolno spełniać tak
zwanych prac służebnych; natomiast winniśmy brać
udział w niedzielnej mszy świętej.
       Bracia!       Poświęćmy            dzisiejsze    kazanie
rozpatrzeniu pierwszego rozporządzenia III Przykazania,
ś w i ę c e n i a n i e d z i e l i . Chciałbym dać odpowiedź
na dwa pytania: I. J a k ą w a r t o ś ć m a t e r i a l n ą
przedstawia                  dla           społeczeństwa
ś w i ę c e n i e n i e d z i e l i ? i II. J a k ą w a r t o ś ć

216
duchową przedstawia ono dla mnie i
dla moich bliźnich?


                             I.


Jaką wartość materialną przedstawia
      spoczynek niedzielny?


      1. Kochani Bracia! Dzisiejszemu, w pracę
zapatrzonemu człowiekowi, nie podoba się spoczynek
niedzielny. Trudno mu się, z nim pogodzić! Myśli sobie:
„To przecież niemożliwe, żeby każdy siódmy dzień
marnować! Nie, do tego nie można dopuścić! Świat
czeka przecież, by go zdobywać! Ziemia kryje w sobie
tyle skarbów! Wszystko to muszę posiąść i wydobyć!
Hasłem dzisiejszego nowoczesnego życia jest przecież,
by osiągnąć jak największą wydajność pracy! Jak
najwięcej węgla wydobyć z kopalni?! Jak najwięcej
pszenicy wyprodukować z roli?! Jak najwięcej
samochodów z fabryki?! Tak! Dzisiejsza produkcja nie
zna wypoczynku!…”
        Oto, Bracia, w większości wypadków tak się
przedstawia życie współczesne, i nie ma co ukrywać, że
to       jest        właśnie        wielką        tragedią
d z i s i e j s z e g o c z ł o w i e k a . Pierwszy większy
cios spotkał naszą chrześcijańską kulturę wtedy, gdy
nowoczesna, szalona technika zrobiła wyłom w
niedzielnym spoczynku.
      Dzisiejszy człowiek nie ma czasu świętować w
                                                        217
niedzielę, choć śmiało możemy twierdzić, że w żadnej
epoce nie był mu bardziej potrzebny niedzielny
spoczynek. Patrz na robotnika, który całymi dniami
przebywa wśród ogłuszającego huku maszyn! Patrz na
dyrektora fabryki, który przy lewym uchu trzyma
telefoniczną słuchawkę, prawą ręką robi notatki, a
jednocześnie rozmawia z kierownikiem warsztatów!
Patrz na urzędnika, który przez cały dzień ślęczy nad
papierami w dusznej biurowej atmosferze! Patrz na
gorączkowe tempo współczesnego życia, a zobaczysz,
że słuszne jest twierdzenie: w żadnej epoce nie zużywał
człowiek tylu sił, co w czasach obecnych.
      A zatem, Bracia, i Boże Przykazanie o spoczynku
niedzielnym nigdy nie posiadało większej doniosłości,
aniżeli dziś!
      Spoczynku, jaki nakazuje III Przykazanie – jak to
już zaznaczyłem, omawiając pierwsze Przykazanie –
wymaga nie tylko prawo boże, ale żąda go i ludzka
natura, oraz cała przyroda. Drzewo nie rodzi owoców,
przez cały rok, ale wypoczywa w ciągu długich,
zimowych miesięcy i nabiera sił do owocowania. Roli
nie można zasiewać co roku, bo wymaga wypoczynku.
Tak samo nie wolno wyzyskiwać i nadużywać ludzkich
sił.
      Człowiek, ów człowiek chciwy i żądny bogactw –
niejednokrotnie od wieków chciał znieść całodzienny
wypoczynek po tygodniowej pracy, ale mu się to nie
udało. Prawo to ustanowił, mądrzejszy od człowieka,
Bóg. Wszyscy to jednogłośnie przyznają. Jednego są
zdania lekarze i robotnicy, że mianowicie więcej niż
sześć dni nie można bez wypoczynku pracować!
218
Dłuższa praca bez przerwy nadwerężałaby nasze nerwy,
nasze zdrowie, naszą zdolność do pracy! Pieniądz w
niedzielę zarobiony prędko znika, wnet się rozejdzie na
lekarza i aptekę! Pamiętaj, żebyś dzień święty święcił!
       2. Ale zakaz boży sięga jeszcze dalej. Nie tylko,
że nie wolno nam wykonywać ciężkiej fizycznej pracy,
ale n i e w o l n o z m u s z a ć d o n i e j n a s z y c h
podwładnych!
      Kochani Bracia! Stanowisko Kościoła nie jest
ciasne, lecz rozumne. Pewne domowe zajęcia, jak
sprzątanie, gotowanie itp. konieczne nawet w niedzielę,
są dozwolone. Dozwolone są i robótki ręczne, które są
raczej zabawką, przyczyniającą się do miłego spędzenia
czasu. Natomiast wielkie sprzątanie, mycie, robienie
ogólnego porządku i tym podobne… nie są do
pogodzenia ze święceniem niedzieli.
      Są przedsiębiorstwa, które nie mogą przerywać
pracy i są sprawy, które nie cierpią zwłoki. Nie jest to
wprawdzie idealny stan rzeczy, ale niektóre gałęzie
pracy są tak nierozerwalnie związane z życiem ludzi, że
robotnicy muszą i w niedzielę pracować. Tak np. musi
być czynna nawet w niedzielę elektrownia, kolej,
wodociąg, restauracja, piekarnia itp. Nie licuje natomiast
zupełnie z państwem chrześcijańskim, by w niedzielę
odbywały się jarmarki, bo w ten sposób wielu ludzi
byłoby pozbawionych możności słuchania mszy świętej.
Nie wypada również, by w niedzielę wykonywano tego
rodzaju prace biurowe, którym nie zaszkodzi
jednodniowa zwłoka.
      Niestety, nasze chrześcijańskie państwo pod tym

                                                       219
względem może się dużo nauczyć od potężnej,
angielskiej królowej Wiktorii. Gdy raz w 1858 roku
przyniesiono jej w sobotę wieczór dokument z prośbą,
by go przeczytała i podpisała w niedzielę rano,
powiedziała do lorda, który jej podawał akta:
      – Jutro rano? Jutro jest niedziela! Dobrze,
załatwię, ale po wysłuchaniu mszy świętej.
      Lord odszedł, ale był bardzo zdziwiony, słuchając
następnego dnia kazania: „O święceniu niedzieli”.
Królowa powiedziała mu później, że jeszcze w sobotę
wieczór poleciła nadwornemu kapelanowi, żeby na ten
temat wygłosił naukę. Naturalnie, że od tego czasu nikt
nie ważył się na dworze królewskim załatwić spraw
rządowych w niedzielę.
      Za granicą, w wielu państwach, w których głębiej
rozwinęło się życie religijne, można czytać
charakterystyczne odezwy, umieszczone zazwyczaj na
drzwiach kościołów. Nie kupujcie w niedzielę! –
czytamy na drzwiach kościelnych w Holandii.
Rzeczywiście, gdyby nikt w niedzielę nie kupował, to
właściciele sklepów nie zatrudnialiby personelu. Na
brzegu belgijskich znaczków pocztowych jest kawałek
papieru, przeznaczony do oderwania, z następującym
napisem: „Ne pas délivrer le dimanche” – „w niedzielę
nie doręczać”. Jeśli ktoś wysyła pilny list i chce, by go
doręczono w niedzielę, to nalepia znaczek bez
powyższego nadruku. Zazwyczaj robi to bardzo małą,
albo żadną różnicę, czy ktoś otrzyma list w niedzielę lub
w poniedziałek. A niechże wiedzą o wypoczynku
niedzielnym i pracownicy pocztowi!

220
       Bracia, bądźcie wyrozumiali! Jeśli proszę o
wyrozumiałość dla robotników, dla listonoszy,
kolejarzy, to nie zgorszcie się, mężczyźni, że i od was
będę wymagał, abyście okazali w niedzielę trochę
wyrozumiałości i dla waszych żon i pań domu. W
dzisiejszych ciężkich czasach coraz więcej jest matek,
które muszą prowadzić całe gospodarstwo i które
szczerze pragną wykonać swe obowiązki religijne,
muszą jednak nieraz opuścić niedzielną mszę świętą.
Dlaczego? – „Nie mogę dać sobie rady z mężem! –
skarży się jedna – bo jeśli będąc w kościele, spóźnię się
o pół godziny z obiadem… zaraz słyszę ostre wymówki!
Mąż mój nie ma dla mnie żadnych względów!”
       Proszę zatem moich kochanych słuchaczy
mężczyzn, żeby mieli wzgląd! Niech by uznali, że i pani
domu potrzebuje niedzieli, a zwłaszcza potrzebuje jej
dzisiejsza, przemęczona pracą, gospodyni. Nie
czekajcie, aż ją Bóg złoży chorobą.
       3. Nie słuchajmy bezkrytycznie haseł, rzucanych
przez nielitościwych przedstawicieli kapitalizmu, że
s p o c z y n e k n i e d z i e l n y odbija się niekorzystnie
na handlu, technice, zmniejsza majątek narodowy,
szkodzi narodowej gospodarce, rozwojowi pracy itd.
     a) Czy spoczynek             niedzielny    rzeczywiście
wyrządza szkodę państwu?
       Otóż, Kochani Bracia! Raczej odwrotnie! Wiemy
bowiem z doświadczenia, że państwa, które do dziś
przestrzegają ostro niedzielnego spoczynku, jak np.
katolicka Belgia, po części Holandia i protestancka
Anglia, mają pierwszeństwo w przemyśle, w handlu, i

                                                          221
zapewniają dobrobyt swoim obywatelom. Świadczą one
o prawdziwości zasady, że wydajniej pracuje człowiek
przez sześć dni, niż przez siedem.
      b) Zdaje mi się że nie potrzeba zbijać zarzutu,
jakoby chrześcijaństwo miało lekceważyć wysiłek i
twórczość ludzką.
      Czy chrześcijaństwo rzeczywiście bagatelizuje
pracę? Pan Bóg każe wypoczywać, ale również i
pracować. Bóg powiedział do człowieka, który popadł w
grzech: „W pocie oblicza twego będziesz pożywał
chleba, aż się wrócisz do ziemi, z której wzięty”. I ten
sam Bóg powiedział w III Przykazaniu: „Pamiętaj, abyś
dzień święty święcił!” Tak, Bracia! Bóg potępia nie
tylko tego, kto pracuje w niedzielę, ale i tego, kto w
dzień powszedni stroni od pracy!
      Czy Kościół przeciwstawia się pracy? Czyż jego
założyciel, Jezus Chrystus, sam nie pracował? Czy nie
urodził się w rodzinie robotniczej? Czy nie w
robotniczej pracowni dorastał do lat trzydziestu? Czy nie
spośród robotników wybrał swoich apostołów? Tak, dziś
w okresie panowania gorączkowej pracy nie wolno
zapominać, że Pan Jezus przykładem i słowem uczył
szacunku dla pracy, którą pogardzono w starożytności.
      Po czyjej więc stronie prawda?
      Prawdą jest to, że nasza święta wiara szanuje
pracę, ale czyni to w ten sposób, że równocześnie
pamięta i o robotniku. Bardziej szanuje człowieka i jego
duszę, niż postęp, technikę i maszynę.
      Z tym rozważaniem łączy się drugie pytanie: jakie
znaczenie posiada spoczynek niedzielny dla naszego
222
życia duchownego?


                             II.


  Jakie znaczenie posiada spoczynek
     niedzielny dla naszego życia
             duchowego?


       1. Jednym z celów spoczynku niedzielnego jest:
pokrzepienie ciała przemęczonego tygodniową pracą.
Dlatego w ten dzień nie wolno wykonywać ciężkiej
pracy, połączonej z wielkim wysiłkiem fizycznym.
Spoczynek niedzielny ma jednak i inny cel. W ciągu
tygodnia człowiek tak jest pochłonięty troską o chleb, że
może zaledwie parę minut poświęcić na potrzeby duszy.
W niedzielę, gdy porzucamy pracę, nadarza się
sposobność wyzyskania czasu dla spraw naszej duszy.
K o ś c i ó ł przez nakaz niedzielnego wypoczynku
właściwie r a t u j e n a s z ą g o d n o ś ć l u d z k ą , za
co nie powinniśmy się oburzać, lecz raczej być
wdzięcznymi. Bo, moi Kochani Bracia, czym się stało
życie ludzkie dzięki wspaniałemu rozwojowi techniki?
Pytaniem tym nie zwalczam postępu w pracy i w
ożywieniu handlu! Przecież, według nakazu bożego, jest
poniekąd obowiązkiem człowieka, by ziemią zawładnął!
Potrzebny jest więc gorączkowy wysiłek, konieczna jest
żywa praca, nawet maszyny powinny istnieć, które by ją
ułatwiały. Ale, Bracia, jeśli chcemy być szczerzy sami
przed sobą, musimy przyznać, że n i e o t a k i m
m y ś l e l i ś m y p o s t ę p i e , gdy puszczaliśmy w
                                                          223
ruch pierwszą maszynę parową. Nikt z nas nie
przypuszczał, że tak wyjdziemy na pomocy maszyn, jak
wyszedł na duchach uczeń czarnoksiężnika, o którym
opowiada pewien poeta. Nauczył się ten uczeń od
swojego mistrza zaklęć czarnoksięskich i w czasie
nieobecności swojego pana zaczął wywoływać duchy,
ale – ku swojemu nieszczęściu – zapomniał słowa,
którym należało je odesłać z powrotem. I nie mógł sobie
dać rady z duchami, lekkomyślnie wywołanymi.
      Bracia, czy nie tego samego doświadczamy i my
wobec techniki? Śmiało, z radością budowaliśmy
maszynę po maszynie, fabrykę po fabryce; aż to, co
przywołaliśmy na pomoc naszym siłom, zaczęło nam
dokuczać i nie możemy sobie z tym dać rady. Tak:
maszyna zawładnęła dzisiejszym człowiekiem, który nie
potrafi jej już rozkazywać! Pracuje, haruje – bez
wytchnienia… byle nakarmić maszynę! Puszczać ją w
ruch!    Dorzucać     paliwa!  Produkować!…      Bez
wypoczynku. Wkoło nas wszystko się zmechanizowało.
Zmechanizowane jest życie. Maszyną stał się i sam
człowiek.
      Przyznajcie, Bracia, że tak jest! I oto wśród tej
pracy, niszczącej nerwy i zabijającej duszę, odzywa się
głos Kościoła: Bracia, nie pozwolę, żeby was pożarła
maszyna! Przynajmniej raz w tygodniu bądźcie znowu
ludźmi!
      Jakże powierzchownym jest twierdzenie, które się
często słyszy: „Pan Bóg zanadto dużo wymaga,
zabierając siódmy dzień dla Siebie…” Bracia, jaki to
pusty frazes! Dla Siebie?! Nie dla Siebie zabiera siódmy
dzień, ale dla człowieka, dla ciebie! Żebyś się mógł stać
224
sobą, zająć się swoją duszą, rodziną, dziećmi, bo w
ciągu tygodnia należysz do fabryki, do biura, do
warsztatu, do szkoły, do sklepu, do gospodarstwa!… A
oto masz jeden dzień, w którym możesz być sobą!
      Ale trzeba rozwinąć jedną myśl.
      2. Do spoczynku niedzielnego masz prawo nie
tylko sam, ale i twoi podwładni, twoja służba.
Przykazanie boskie jasno mówi: „Nie możesz przeto w
dniu tym wykonywać żadnej pracy ani ty sam, ani syn
twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani twoja
niewolnica, ani twoje bydło…” (Wj 20, 10).
      W pierwszej części kazania podkreśliłem, że
zatrudnienie podwładnych pracą w niedzielę, i z samego
tylko punktu widzenia ziemskiego przedstawia kiepski
interes. Wskażę jeszcze na drugą myśl, że mianowicie
spoczynek niedzielny posiada wielką
doniosłość i dla duszy robotnika.
       Gdzie ma się uczyć robotnik ukochania pracy i
obowiązkowości, by mu można zaufać, jeśli nie w
niedzielę na mszy świętej i na kazaniu? Kochani Bracia!
Czy zdajecie sobie sprawę, jak wielką bolączkę
dzisiejszego podminowanego społeczeństwa poruszyłem
w tym zdaniu? Ile dziś zaślepienia, nienawiści,
stłumionego buntu, ile groźnego rozgoryczenia mieści
się w duszach robotników! A ilu z pośród tych naszych
Braci zapomniało o Bogu! Tak, oni są naszymi Braćmi,
bo wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Ojca Niebieskiego!
A jednak, tak nieraz w życiu wygląda, jakby oni i my,
pracownicy fizyczni i umysłowi, nie należeli do jednego
rodzaju ludzkiego – z taką nienawiścią odnoszą się

                                                   225
robotnicy do społeczeństwa dzisiejszego! Najbardziej
piekącym zagadnieniem współczesnego świata jest:
bezdenna nienawiść i zaślepienie klasy robotniczej w
stosunku do porządków w tzw. chrześcijańskim świecie.
      Zaślepienie? Tak! Ale to jest ślepota, której
częściowo nie są winni robotnicy! Czytałem, że w jakiejś
kopalni do wożenia węgla używano mułów, którym
urządzono na dole pod ziemią stajnię. Gdy po pewnym
czasie muły wywieziono na powierzchnię ziemi,
zauważono, że wszystkie oślepły.
      Bracia, nie dziwmy się temu, że i dusze mogą
oślepnąć. Dusze ludzi, którzy całymi latami żyją bez
przerwy w kłopotach, w ciemnościach codziennych
trosk i ryją ziemię, by zdobyć kawałek chleba Czy
rozumiecie, jakie znaczenie ma z punktu widzenia
społecznego spoczynek niedzielny?!
      Kochani Bracia! Człowieka dzisiejszego omalże
nie rozsadza pycha, że nasz wiek, jak olbrzym
przewyższa poprzednie epoki. Zdaje nam się, że
ludzkość jeszcze nigdy nie stała tak wysoko, że jeszcze
nigdy nie było takiego postępu!
      Zapytam jednak: Czy rzeczywiście dopiero teraz
rozpoczęła się historia, dopiero teraz otworzyły się przed
nami szerokie horyzonty myśli, a wszystkie poprzednie
wieki pogrążone były w ciemnym chaosie? Jeśli chcemy
być szczerzy, to musimy przyznać, że w dziedzinie
kultury, z wyjątkiem techniki – postąpiliśmy bardzo
mało naprzód. Prawda, że nasz wiek jest „wielki”, ale w
czym? Wielki – w chaosie pojęć! Wielki – w
nierozwiązalnych zagadnieniach! Wielki – w okropnym

226
niezadowoleniu! Dzisiejszy człowiek nie jest panem
sytuacji i zagadnień swojej epoki, jak byli ludzie
wieków poprzednich! Wprawdzie technika bardzo
wysoko podniosła nasze życie materialne, ale nikt nie
zaprzeczy, że obecnie duch ludzki bardziej jęczy pod
jarzmem materializmu, niż kiedykolwiek.
        Chwała więc niech będzie Bogu, że dał prawo,
które dopomaga mi być znowu człowiekiem! Niech
będzie Bogu chwała, że wśród szarpiącej nerwy gonitwy
za pracą, nakazał świętować siódmy dzień! Bracia! Nie
żałujmy straconego siódmego dnia! Nie żałujmy grosza,
który moglibyśmy zarobić w niedzielę. Nie przestępujmy
Przykazania Bożego, ale z pokorą i ufnością uznajmy, że
dzień Pański należy święcić, bo j e ś l i u ś w i ę c i m y
dzień           Pański,          zapewnimy         sobie
b a r d z i e j l u d z k i e ż y c i e . Amen.


                         XVIII.


          O SŁUCHANIU MSZY ŚWIĘTEJ.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Zeszłej      niedzieli   rozpoczęliśmy      nasze
rozważania o III Przykazaniu Bożym. Rozpatrzyliśmy
pierwszą część tego Przykazania: że należy świętować w
niedzielę i że w dzień ten nie wolno, ani samemu
wykonywać, ani nikogo zmuszać do ciężkiej pracy.
Powstrzymanie się od pracy jest tylko połową III
                                                       227
Przykazania – stroną negatywną, która wskazuje, czego
nie wolno robić. Ale ma ono jeszcze i pozytywna część,
i ta wskazuje, co mamy czynić w niedzielę. Prawdziwa
radość świąteczna, pogoda i pożytek duchowy zapanuje
tylko w tych sercach, które zjednoczą w sobie obie
części Przykazania, pozytywną i negatywną; podobnie
jak światło zabłyśnie tylko wtedy w żarówce, gdy
połączymy dodatnią i ujemną elektryczność.
       Chcąc naprawdę święcić niedzielę, trzeba
pobożnie           uczestniczyć        we      mszy
ś w i ę t e j . Od wieków brzmią z wież kościelnych
dzwony i wzywają na mszę świętą, i ludzie słuchali ich
głosu. Niestety, Bracia, wielu współczesnych ludzi już
nie słyszy dzwonów. Ich łagodny głos zagłuszyły
wrzaskliwe syreny fabryczne, wrzawa ulicy, ciężkie
uganianie się za chlebem i hałaśliwa reklama miejsc
rozrywkowych.
       Wytworzył się specjalny typ nowoczesnego
człowieka, który tylko połowicznie świętuje w niedzielę.
Zachowuje spoczynek niedzielny – nawet się go domaga
– ale z całodziennego wypoczynku nie ofiaruje Bogu ani
jednej godziny na wysłuchanie mszy świętej.
        Bracia! Dziś chciałbym Wam przedstawić, jak
wielkim         obowiązkiem       jest       wysłuchanie
n i e d z i e l n e j m s z y ś w i ę t e j.
    I.  Dlaczego           obowiązuje nas
Przykazanie wysłuchania w niedzielę
mszy   ś w i ę t e j ? II. D o  czego ono
obowiązuje?


228
                           I.


Dlaczego obowiązuje nas przykazanie
    wysłuchania mszy świętej w
            niedzielę?


      Nasza święta wiara wkłada na nas, pod karą
ciężkiego grzechu, obowiązek słuchania mszy świętej w
niedzielę i dni świąteczne.
      Takie jest, Bracia, prawo!
      Łatwiej można zachować jakieś prawo, jeśli
znamy nie tylko przepisy, ale jego znaczenie i wartość,
niedającą się niczym zastąpić dla duszy człowieka. To
samo można powiedzieć o święceniu niedzieli.
       1. Zastanówmy się więc nad tym, jakie znaczenie
ma dla nas pobożne święcenie niedzieli? Daje nam nie
tylko radość i siłę do zmagań życiowych na cały tydzień,
ale z a p e w n i a     głębokie,       gruntowne
odświeżenie                całego           naszego
zwiędłego życia religijnego.
      Czy nie widzicie, Bracia, jak straszna zaraza
ogarnia dzisiejsze społeczeństwo?
      Jaka zaraza? Cholera? Dżuma? Nie! Stokroć
gorsza: anemia duchowa i moralna krzywica! Nad
naszymi głowami unoszą się fale wzburzonego potopu,
zaniku wrażliwości moralnej, kradzieży, kłamstwa i
rozpasania zmysłowego. Każdy się skarży, że dożyliśmy
                                                    229
strasznych czasów, urządza się wiece, zebrania,
rozpisuje ankiety na ten temat, ale niewielu zdaje sobie
sprawę z istotnych przyczyn tego stanu.
      Dlaczego tak jest? Odpowie nam na to pytanie
prorok Ozeasz: „Zaginęły wierność i miłość i znajomość
Boga na ziemi. Przeklinają, kłamią, mordują i kradną,
cudzołożą, popełniają gwałty, a zbrodnia idzie za
zbrodnią.” (Oz 4, 1 – 2).
      Siła wiary osłabła w życiu, jej wartość obniżyła
się w pojęciu ludzkimi; staliśmy się anemiczni, każda
otwarta rana moralna, wszelka zbrodnia, wszelki bunt i
rewolucja są wynikiem tej anemii i wrzodem na ciele
naszego organizmu społecznego.
       „Przepraszam księdza! Czyż można się skarżyć na
małą rzekomo religijność? Przecież całe państwo jest
chrześcijańskie! I większość ludzi przyznaje się do
religii! Czyż to nie wystarcza?”
       O, nie wystarcza! Mimo wszystko dusza
dzisiejszego człowieka jest anemiczna! Na czym polega
anemia ciała? Na tym, że chory ma mało krwi? O nie!
Krwi ma dość, ale za mało znajduje się w niej
ożywczych czerwonych ciałek. Tak samo i religijności
może nie brakuje dzisiejszemu człowiekowi, ale za mało
w niej czerwonych ciałek, czyli brak jej życiodajnego
tempa, które by ożywiło wszystkie przejawy
codziennego życia i zabarwiło prawdziwym zdrowiem.
      Trzeba wlać krew w życie religijne, zdrowymi
siłami skrzepić dzisiejsze społeczeństwo trawione
gorączką! Słuchanie mszy św. w niedziele i święta, to
jakby pewnego rodzaju odświeżanie krwi u wszystkich
230
ludzi.
        2. Posunę się jednak o jedną myśl dalej.
Niedzielnej       mszy      świętej       najbardziej
potrzebuje współczesny mieszkaniec
w i e l k i e g o m i a s t a , gdyż życie wielkomiejskie
czyha ze wszystkich stron, żeby nas wyzuć z
naturalnego, ludzkiego trybu życia, i tylko niedziela, o
ile ją święcimy, zapewnia nam chwile, w których
stajemy się bardziej ludźmi.
    Co robi bowiem                   z    nas     życie
wielkomiejskie?
       Przede       wszystkim      zamienia       nas    w
z d e n e r w o w a n e g o m a n e k i n a . Życie rozwija
się przed naszymi oczyma, niby taśma filmowa. Co
chwila nowe wrażenia, tu płaczemy, tam się śmiejemy.
Każdy dzień przynosi tysiące nowin, które szybko idą w
niepamięć. W ten sposób w i e l k o m i e j s k i
człowiek staje się nerwowym.
       Dalej, życie wielkomiejskie robi z nas l u d z i
powierzchownych,                szukających     nowinek,
sensacji, wrażeń. Wczesnym rankiem przynoszę
gazety… czytamy. Przed obiadem znów poczta, o
godzinie 12 to samo, po obiedzie znowu, wieczór też…
przez nasz mózg przelatują coraz to nowsze i nowsze
nowiny. Wszystko czytamy! Dowiadujemy się, kogo
wybrała sobie za męża już dwukrotnie rozwiedziona
artystka, diva filmowa, o które godzinie rano rozpoczyna
ten lub ów znakomity sportsmen swój trening, jak
wygląda w pidżamie u siebie w domu. Co je na obiad
znany footbalista? Chcesz, czy nie chcesz – wszystko

                                                       231
musisz czytać! Na co innego, na lekturę poważną,
naukową i religijną nie wystarcza czasu! W ten sposób
człowiek wielkomiejski staje się płytki.
       Jak     jeszcze  oddziałuje  na   nas     życie
wielkomiejskie? R o b i z n a s b e z d u s z n e
m a s z y n y ! Co dzień muszę czekać na tym samym
przystanku na ten sam tramwaj, przejeżdżać z tymi
samymi ludźmi koło tych samych domów, wysiadać
zawsze na tym samym miejscu, siedzieć przy tym
samym biurku, albo przy tej samej maszynie do pisania
osiem godzin… cóż dziwnego, że on sam staje się potem
maszyną? Człowiek nowoczesny myśli tylko o swoim
aparacie, pracowni, katedrze, pulpicie. Staje się
maszyną, pozbawioną wszelkich duchowych potrzeb.
       Jak jeszcze działa na nas życie wielkomiejskie?
Robi z nas bywalców kawiarnianych!
Biedny człowieku pracy, zasługujesz na rzetelną
rozrywkę i wypoczynek, ale nie znajdziesz ich tam,
gdzie ich szukasz. A zwłaszcza nie znajdziesz
odświeżenia i szlachetnej rozrywki, której tak bardzo
potrzebujesz. Idziesz z całą rodziną do kawiarni: ty
czytasz gazety i palisz papierosy, i jakoś ci czas
przechodzi; twoja żona też się bardzo nie nudzi, bo
trochę flirtuje przy czarnej kawie, ale patrz na swoje
dzieci, które przyprowadziłeś do zadymionego
papierosami lokalu. Patrz, jak wypaczają się ich
duszyczki przez oglądanie z nudów tygodników
ilustrowanych, pełnych bezwstydnych rysunków! Późno
wieczór idziesz do kabaretu, a wracacie nad ranem, i tak
kończy się niedziela; bez żadnych ludzkich uczuć, bez
żadnej krzepiącej myśli.
232
      Bracia, czy będziecie mogli zarzucić mi, że
przesadzam, opisując w ten sposób życie człowieka
wielkomiejskiego? Na pewno nie!
      3. A teraz przypatrzmy się niedzieli, jaką Kościół
ma na myśli, n i e d z i e l i z e m s z ą ś w i ę t ą ! Syn
Boży, zmarły za nasze grzechy, ponownie się zjawia
wśród nas, Jego przelana krew zaróżowi naszą duszę
zmęczoną, bladą i osłabioną przez tygodniowe trudy
życiowe. Bracia! To jest błogosławieństwo wysłuchania
mszy świętej w niedzielę! Kto wysłuchał mszy świętej,
pogrążywszy duszę w Bogu, ten będzie czuł jej skutki
przez cały tydzień. Życie stanie się dla niego lżejsze, bo
nie dozna rozgoryczenia, pokusy będą mu dokuczały
może równie silnie, ale nie upadnie łatwo w grzech!
       Podstawową ideą naszej świętej wiary jest:
połączenie wysłuchania mszy świętej w niedzielę z
codzienną pracą. Kościół nie chce, by wierni wystroili
się w niedzielę, wzięli książeczkę do nabożeństwa, byli
na mszy świętej i rozpływali się w pobożnych
westchnieniach, a po powrocie do domu, żeby zdjęli
odświętny strój i odłożyli wraz z książeczką życie
religijne i chrześcijaństwo – o nie! Trzeba, żeby
słuchanie mszy świętej stało się życiodajnym źródłem
mocy dla spraw codziennych, żeby podczas
całotygodniowej pracy było widać skutek niedzieli, żeby
w naszym zachowaniu pozostał ślad rozmowy z Bogiem
– na co mówić dalej? – żeby nasza wiara odbijała się w
naszym życiu! Wtenczas każda praca stanie się
modlitwą, każde ognisko domowe kościołem, każde
życie ofiarą miłą Bogu.
      Oto – dlatego nas obowiązuje słuchanie mszy
                                                        233
świętej w niedzielę i święta.


                            II.


 Do czego obowiązuje nas słuchanie
 mszy świętej w niedzielę i święta?


      1. Jeśli wiemy, że msza święta jest w oczach
Kościoła powtórzeniem bezkrwawej ofiary Chrystusa
Pana na Krzyżu – to zrozumiemy, dlaczego nasza święta
wiara wydała takie surowe przepisy o obowiązku
słuchania mszy świętej. Najpiękniej można uczcić dzień
Pański słuchaniem mszy świętej. Żywe drzewo gorącej
wiary rodzi w Kościele coraz to inne owoce w postaci
różnych nabożeństw; powstaje różaniec, litanie, droga
krzyżowa, bractwa religijne, pielgrzymki odpustowe itd.,
ale żadnego z nich nie czyni obowiązkiem nasza religia,
każdy może praktykować nabożeństwo, które mu się
najwięcej podoba. Wyjątek stanowi tylko msza święta.
Katolik, który ukończył siedem lat, jeśli tylko nie jest
chory, albo nie mieszka bardzo daleko od kościoła, albo
nie zachodzi żadna inna ważna przeszkoda, powinien
pod karą ciężkiego grzechu wysłuchać w każdą niedzielę
i święto mszy świętej! I to być osobiście w kościele, a
nie przez radio słuchać mszy świętej. Kazania można
słuchać przez radio, ale nie mszy świętej.
     Oczywiście Kościół uznaje pewne wyjątki, tak
samo i Pan Bóg, jeśli się można tak wyrazić. S ą
przeszkody,       które       zwalniają       od
234
s ł u c h a n i a m s z y ś w i ę t e j . Np. jesteś chory i
nie wolno ci wychodzić z domu – samo przez się
wynika, że nie musisz słuchać mszy świętej! Jesteś
biedną służącą, w sobotę do późnej nocy musiałaś
pracować, w niedzielę przespałaś wczesną godzinę, w
której zwyczajnie słuchasz mszy świętej, i później nie
możesz iść do kościoła… Masz małe dzieci i naprawdę
nie masz ich komu zostawić pod opieką… Godzinę
musisz iść do kościoła, do sąsiedniej wsi, a błoto
okropne… Tak, Bracia! – Pan Bóg jest w stosunku do
nas pobłażliwy – tylko my sami się z błahych powodów
nie usuwajmy od spełnienia obowiązku słuchania, mszy
świętej.
       Gdy nijak nie możemy być obecni na mszy
świętej, to czas, w którym odprawia się msza święta,
poświęćmy na modlitwę, a może w oczach
wszechwiedzącego Boga okaże się, że niedziela była
przez nas pożyteczniej spędzona, niż przez tych, którzy
byli w kościele, lecz w czasie mszy świętej zachowywali
się z roztargnieniem i nieuwagą.
      2. Tak, poważne usprawiedliwienie Kościół
uwzględnia! Tylko n i e         znosi      płytkich
w y m ó w e k ! Pod tym względem powinniśmy się
nieco ostrzej sądzić. Choroba zwalnia nas od obecności
w kościele, ale nie różne, drobne niedyspozycje.
„Czułam się źle, dlatego nie byłam na mszy świętej” –
mówią często osoby, które się potem dobrze bawią na
popołudniowym koncercie. „W lecie jest tak duszno w
kościele, to mogłoby mi zaszkodzić! A w zimie tak
zimno, jeszcze się zakatarzę!” „Bardzo wcześnie się
odprawia msza święta, nie mogę wstać w niedzielę o
                                                        235
godzinie ósmej” – mówi jakaś pani, która idąc na
wycieczkę potrafi się zerwać o godzinie piątej; chcąc
zobaczyć wschód słońca, nie leni się wstać zaraz po
północy, ale na powitanie Słońca ludzkości, na
przybycie Chrystusa Pana – na mszę świętą – nie chce
się jej iść na godzinę ósmą.
      Nie mogę się powstrzymać, żeby nie opowiedzieć
wam tego, co słyszałem o jednym z profesorów
uniwersytetu budapeszteńskiego, o Janie Bàrsony’im,
znanym ginekologu, który przed śmiercią powiedział;
„Zwiedziłem całą Europę, byłem w Azji, w Afryce, ale o
ile sobie przypominam, nie opuściłem w swoim życiu
ani jednej obowiązkowej mszy świętej”. Tak, to jest
stanowisko katolika! Bracia! Bądźmy wielkoduszni w
stosunku do Boga, a zobaczymy, że wyjdzie nam to na
dobre!
       Od słuchania niedzielnej mszy świętej nie zwalnia
mnie to, że „w sobotę byłem na balu i wskutek tego
jestem bardzo zmęczony”, albo to, że niedziela jest
jedynym wolnym dniem, w którym mogę zrobić
wycieczkę; nie zwalnia mnie jarmark, zawody sportowe,
ani żadna uroczystość. Wtenczas widać naszą
religijność, jeśli kosztem ofiar wypełniamy przepisy
religijne, a za cenę małych ofiar można zawsze
wypełnić, co nam nakazuje wiara! Ktoś wraca rano o
szóstej z balu. Jeśli się położy spać – to wątpliwe, czy do
obiadu wstanie! Co więc ma zrobić? Niech idzie
natychmiast na mszę świętą i potem niech się kładzie
spać. Powiesz: „Niewiele warte takie słuchanie mszy
świętej”. Prawda, że nie jest idealne! Ale zawsze lepiej
tak zrobić, aniżeli zupełnie opuścić mszę świętą!
236
       Jest cudny poranek niedzielny… wybiera się na
wycieczkę cała rodzina. Po całotygodniowej pracy
zasłużył człowiek żeby się trochę odświeżyć, nabrać i
zdrowia na łonie przyrody! Owszem – moi Kochani –
tylko nie bez mszy świętej! Można wstać o pół godziny
wcześniej i uratowana jest msza święta! Kościół jest
bardzo pobłażliwy! W wielkich miastach pozwala
odprawiać nabożeństwa w nadzwyczajnej porze i
miejscu, żeby tylko wszystkim ułatwić słuchanie mszy
świętej. W Nowym Jorku o drugiej w nocy odprawia się
msza święta dla robotników, zatrudnionych w
drukarniach i dla kelnerów, którzy o tej porze kończą
swoje zajęcia. W Monachium na głównym dworcu w
czasie sezonu turystycznego w jednej poczekalni bywa
odprawiana msza święta o godzinie 3, 4, 5 i 6 rano. W
roku 1926, na dworcu w Monachium było odprawionych
172 nabożeństw, w których brało udział około 30000
ludzi, a około 2000 osób przyjęło Komunię świętą.
      U nas w Budapeszcie, u OO. Franciszkanów,
bywa w lecie w każdą niedzielę o godzinie 5 msza
święta dla turystów.
     Tak, trochę dobrej woli i nieco poświęcenia, a
wszystko można zrobić.
      3. I b ą d ź m y p u n k t u a l n i ! Niektórzy
bardzo skrupulatnie obliczają, jaką część mszy świętej
można opuścić, nie popełniając grzechu, kiedy można
przyjść najpóźniej, a kiedy wymknąć się wcześniej.
      Darujcie, Bracia, że tak się wyrażam, ale taka
niewolniczość nie przystoi chrześcijańskiej wolności!
Nie wypada postępować, jak ów uczeń, który zapytany

                                                  237
przez katechetę, dlaczego nie był na mszy świętej? –
odpowiedział: „Proszę księdza, byłem w kościele, tylko
się spóźniłem”. – „Spóźniłeś się? Kiedy przyszedłeś?
Jaka część mszy świętej odprawiała się wtenczas?” –
„Proszę księdza, jeszcze się paliła jedna świeca” –
brzmiała odpowiedź, czyli, że przyszedł do kościoła,
gdy już gaszono świece.
      Bracia! Nie chcę przesadzać, że nie mam prawa
żądać więcej od wiernych, aniżeli żąda Kościół. Powiem
wam, czego żąda Kościół, kiedy, jaką część mszy
świętej można opuścić, nie popełniając grzechu
śmiertelnego, a która część obowiązuje pod grzechem
ciężkim… Tak, powiem wam.
      Ale, Kochani Bracia! – jeśli kto tak, na milimetry,
chce wymierzyć, jak wiele można opuścić ze mszy
świętej, to nie zna cudownej wartości ofiary
Chrystusowej! Jeśli ze słusznej przyczyny spóźniłem się
na początek mszy świętej, i przyszedłem przed
Podniesieniem, to nie jestem obowiązany wysłuchać
drugiej mszy świętej w całości, tylko do części, którą
opuściłem na pierwszej mszy świętej… Czyż to nie
ustępstwo ze strony Kościoła?
      Jednak, Bracia, moja gorąca miłość nakazuje mi
przychodzić punktualnie do kościoła i raczej zaczekać
parę minut, aniżeli się spóźnić. Gość zrobiłby przykrość
gospodyni, gdyby przyszedł na obiad proszony, gdy już
zaczęto podawać zupę – wypada przyjść parę minut
wcześniej. W kościele obowiązują zasady grzeczności, z
których jedna głosi, by późnym przybyciem nie
przeszkadzać osobom, które się pobożnie modlą.

238
      4. Ale jeśli już mówię o przeszkadzaniu, nasuwa
się wiele myśli! R ó ż n y m i r z e c z a m i m o ż n a
przeszkadzać              wiernym             podczas
słuchania mszy świętej.
      Bracia! Kiedy wchodzimy do kościoła, nie bez
powodu żegnamy się wodą święconą! Co wyobraża ten
zewnętrzny symboliczny znak? Oznacza wewnętrzną
gotowość zostawienia poza kościołem wszystkich
naszych codziennych ziemskich pragnień, naszych
świeckich przyzwyczajeń, w tym celu, żeby przed ołtarz
zanieść duszę, skłonną tylko do modlitwy.
      W przeciwnym razie człowiek nie korzysta ze
mszy świętej, a innym przeszkadza w pobożności. Tak
postępują ci, dla których msza święta nie jest dosyć
świętą czynnością i kościół nie jest dosyć świętym
miejscem, by podnieść myśli ku Bogu. Tacy ludzie czują
się dobrze w teatrze, na spacerze, gdzie można
krytykować cudze zachowanie się, oglądać stroje
przechodniów i pięknych sąsiadek. Słuchanie mszy
świętej w podobny sposób jest szyderstwem z III
Przykazania. W jaki sposób można jeszcze przeszkadzać
w czasie nabożeństwa? W ten sposób, że ktoś swoim
zachowaniem się, albo ubiorem prowokuje innych,
wywołuje roztargnienie, albo sieje zgorszenie.
      W czasach obecnych w kościele i poza kościołem
padło wiele słów potępienia bezmyślnej mody strojów
kobiecych. Nie mam teraz czasu, żeby się nad tym
rozwodzić, ale pozwólcie, że króciutko i o tym
wspomnę. Nie będę mówił o strojach balowych, bo kto
się wybiera na bal, ten wie, po co tam idzie! Co
powiedzieć jednak o tym, że kiedy człowiek miłujący
                                                    239
Boga idzie do kościoła, by swoją spragnioną duszę
podnieść do Boga i nawet w tym najświętszym miejscu
widzi przed sobą i koło siebie ledwie ubrane kobiety, w
przeźroczystych sukniach i mimo woli przenosi się jego
rozmodlona dusza na parkiety sali balowej. Czy można,
oskarżać o surowość tych biskupów, którzy kazali
wywiesić ogłoszenia na drzwiach kościołów, że
kobietom nieprzyzwoicie ubranym nie wolno brać
udziału w nabożeństwie, ani przystępować do Komunii
świętej?
      To wszystko, co chciałem nadmienić.


                       *      *      *


      I na tym kończę dzisiejsze kazanie. Na początku
mówiłem, że religijność wielu dzisiejszych ludzi jest
anemiczna. Jeśli ktoś pod względem fizycznym jest
mało krwisty, to niech swoje wycieńczone ciało wystawi
na działanie słońca. Co ma jednak zrobić, jeśli dusza
jego stała się anemiczna? Niech wystawi ją na działanie
świec płonących na ołtarzu.
       O, światło świec płonących na
ołtarzach w czasie niedzielnej mszy
ś w i ę t e j ! Czy wiecie, jakie to światło? Jest to światło,
podobne do blasku gwiazdy betlejemskiej, światło, które
zaprowadzi dzisiejszych potomków dawnych mędrców
Wschodu do Chrystusa Pana.
      O, błogosławione, jasne światło!
      Bracia, człowiek dzisiejszy jest niewolnikiem
240
zawiłych stosunków społecznych, nie ma czasu, żeby
podnieść zmęczoną duszę ku gwiazdom; szuka mimo to
światła, obiera sobie gwiazdę przewodnią, ale często
trafia na złudne światło rzekomej gwiazdy. Wielu jest
ludzi pełnych dobrej woli i dobrych chęci, ale
ustawiczny stuk mechanizmu świata nie pozwała im
nawet przez chwilę zastanowić się i zagłębić we własnej
duszy. Są ludzie, którzy garną się do światła, ale to, co
uważają za gwiazdę szczęścia, jest złudą, która prowadzi
ich do bagna, jest rzęsistym światłem nocnych
kabaretów, fałszywym światłem złota, pożerającym
ogniem bezbożnej miłości zmysłowej. Pędzą ludzie za
tym złudnym światłem! A jakże jest niebezpieczny ten
płomień, jak straszny wróży koniec?!
      Jaki?
      Gdy jesienią ruszają w drogę gromady
wędrownego ptactwa, stróż latarni morskiej znajduje
rankiem pod wieżą całe stosy rozbitych biednych
ptaków. Skąd się tam wzięły? Leciały nocą… zabłysło
przed nimi światło. Ach światło! Światło! Ono jest celem
życia! Do światła! Ale światło było zwodnicze. Lampy
były osłonięte grubym szkłem, i rozbiły się ptaszęta.
Biedne ptactwo! I biedny człowiek! Biedny nowoczesny
człowiek! Tak samo się rwie do zwodniczego światła i
rozbija na miazgę!
      Bracia! Bracia o duszach wątłych i
niedokrwionych! Bracia, którzy szukacie światła!
Patrzcie: Na ołtarzach Ofiary Chrystusowej płonie
prawdziwe Światło! Ś w i a t ł o , k t ó r e g r z e j e !
Światło, które świeci! Światło, które
oczyszcza! Światło, które wskazuje
                                                      241
na         Chrystusa!              Światło, które
prowadzi nas przez życie ziemskie do
o j c z y z n y w i e c z n e j . Amen.


                         XIX.


            O ŚWIĘCENIU NIEDZIELI.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Kiedy      nasza święta wiara nakazała święcić
niedzielę, miała na względzie podwójny cel: dać
zmęczonemu ciału zasłużony wypoczynek, a zmęczonej
duszy odpowiednie odświeżenie i radość. Cielesne i
duchowe pokrzepienie! – to ma być owocem godnego
święcenia niedzieli i błogosławieństwa dnia Pańskiego.
Dzisiejszy człowiek wypaczył jednak błogosławieństwo
niedzieli. Co się stało ze świętością niedzieli w rękach
dzisiejszego człowieka? Jeślibyśmy pozbierali wszystkie
grzechy popełniane przez sześć dni tygodnia, i położyli
na jedną szalę wagi, a na drugą gdybyśmy złożyli
pijatyki, przekleństwa, morderstwa i rozpustę popełniane
w niedziele i święta, to z przerażeniem zauważylibyśmy,
że ilość grzechów popełnionych w niedzielę znacznie
przeważa sumę grzechów popełnionych w dnie
powszednie.
     W dwóch poprzednich kazaniach mówiłem o
spoczynku niedzielnym i o słuchaniu mszy świętej, teraz
powiem jeszcze jedno, na temat godnego święcenia
242
niedzieli. Jak mamy wyzyskać resztę wolnego czasu po
wysłuchaniu niedzielnej mszy świętej? Co mówi nam
nasza święta wiara, w jaki sposób najlepiej wyzyskać
resztę dnia, wolnego od ciężkiej pracy fizycznej?
Zobaczymy, że podwójne jest zlecenie naszej świętej
wiary:
      I. Niedziela godnie spędzona ma napełnić naszą
duszę c i c h ą r a d o ś c i ą i b ł o g i m p o k o j e m ,
i II. Ma być d n i e m p o g ł ę b i e n i a n a s z y c h
wiadomości o wierze.
      Przyjrzyjmy      się   bliżej   powyższym       dwom
zleceniom.


                              I


         Niedziela – dzień radości.


Nasza święta wiara, nakazując święcić niedzielę, miała
na względzie radość, której potrzebuje każdy człowiek, a
o której właśnie człowiek dzisiejszy, a zwłaszcza
mieszkaniec wielkiego miasta, dawno zapomniał. Tak,
Bracia, celem niedzieli jest nie tylko przysporzyć
chwały Bogu, ale jednocześnie dać człowiekowi
prawdziwą, ożywczą radość.
       Radość, radość!… Czy jej rzeczywiście brak
dzisiejszej ludzkości?! Ach, Bracie, przejdź tylko
asfaltowymi ulicami, niekoniecznie musisz być
lekarzem, a zobaczysz chorych, bladych i
zdenerwowanych mieszkańców wielkich miast. Ciało
                                                         243
ich jest niby zdrowe, ale ich duszy brak czegoś. Czego?
Radości! Prawdziwej radości!
      Niekoniecznie musisz być lekarzem, żeby
zauważyć, że wykwintna kokieteria dam i odurzająca
atmosfera perfum, to tylko zewnętrzny blichtr, spod
którego szczerzy zęby straszna pustka i bezduszność.
Ludzie nie są chorzy, tylko ich duszy czegoś brakuje.
Czego? Radości! Prawdziwej radości!
      Nie musisz być lekarzem, a poznasz, jak schorzały
jest organizm wielkomiejskiego człowieka, jak
gorączkowo bije jego puls, jak w pogoni za groszem, za
przyjemnościami, za używaniem – pustką świeci jego
dusza. Czego jej brak? Radości! Prawdziwej radości!
       Radość, radość!… Człowiek wielkomiejski nawet
zapomniał, jak ona wygląda. Wie, co to jest „rozrywka”,
umie „się bawić”, potrafi gonić za przyjemnością, może
pić czarę rozkoszy, która zabija jego ciało i duszę – ale
radować się? O, tego nie potrafi! Tak: pierwszą
pomarańczę można kupić w Budapeszcie; w zimie
można dostać nawet konwalie; mieszkaniec Budapesztu
czyta najświeższe wiadomości; najpiękniejsze towary
ogląda na wystawach sklepowych – ale nigdzie, w
żadnym magazynie nie można kupić prawdziwej
radości, nie ma takiej oranżerii, w której by znalazł
cichą, spokojną radość. Radość, to trwożliwe ptaszę,
które żyje w spokoju, unika wrzawy kabaretów, dźwięku
jazz – bandu i ulicznego tłumu.
     Otóż, Bracia, mieszkaniec wielkiego miasta
powinien być najbardziej wdzięczny za III Przykazanie!
Nareszcie, po sześciu dniach trudów zawita jeden dzień,

244
który ojciec może poświęcić rodzinie, dzieciom,
cichemu domowemu ognisku! Dzień, w którym, jeśli
zachowamy przepisy Kościoła, wejdzie trochę ciepła i
radości do naszego domu, do ciasnych mieszkań w
koszarowych kamienicach. W ciągu tygodnia rzadko
zagląda tam radość! Wraca ojciec do domu po
codziennej pracy, ale nim wszedł po schodach do
mieszkania, opuściła go już radość. Ciasne bowiem i
nieprzytulne jest mieszkanie, brak w nim powietrza,
słońca, wygód i pogody ducha. Każdy kąt wypełniają
nie tylko meble, naczynia, ubrania, ale troski i
utrapienia… Ale niektórzy z was powiedzą, mamy sześć
pokoi, jest dużo miejsca, światła, mamy fortepian, który
nas rozwesela, zawsze są u nas goście…. Wszystko
jedno! I tak nie znasz prawdziwej radości, panuje u
ciebie tylko wymuszona pogoda, a wkoło niej krążą, jak
czarne stado kruków, troski życia… Ale nareszcie
przychodzi niedziela! Zebrała się rodzina. Zawitał
upragniony spokój do miłego rodzinnego kółka:
prawdziwa, życiodajna radość niedzieli!
      Tysiączne kłopoty, tak ściśle złączone z codzienną
troską o chleb, podważają podstawy życia rodzinnego,
ale co siódmy dzień powraca niedziela, i jej godne
święcenie przyczynia się do wzmocnienia życia
rodzinnego.




                                                    245
                              II.


 Niedziela ma być dniem pogłębienia
        wiadomości o wierze.


       Spoczynek niedzielny zapewnia nam nie tylko
radość, ale i sposobność do pogłębiania naszych
wiadomości o wierze, czyli możność wypełnienia
braków, które dziś najbardziej zagrażają naszemu życiu
religijnemu.
        1. Czy wiecie, Bracia, że większa część ludzi, tak
zwanych „niewierzących”, nie jest „niewierząca”, tylko
religijnie obojętna, oziębła, nieznająca swojej wiary,
przemęczona           dzisiejszymi            skomplikowanymi
warunkami ustroju społecznego? Wiem, dobrze, że ani
twarde warunki życia i zarobkowania, ani specjalizacja
w badaniach naukowych nie zostawiają dosyć czasu na
zaspokojenie potrzeb duszy. Więc przynajmniej w
niedzielę poświęćmy wolny czas na c z y t a n i e
k s i ą ż e k t r e ś c i r e l i g i j n e j , żeby się bliżej
zaznajomić z naszą wiarą, żeby lepiej poznać jej prawdy,
nabożeństwa i jej wielkich ludzi. Niewielu katolików
może się na przykład pochwalić, że zna dobrze całe
Pismo Święte, albo przynajmniej Ewangelie, że często,
albo przynajmniej w niedzielę, czyta przez kwadrans
Pismo Święte.
     „Ale, proszę księdza, życie współczesne płynie
tak szybko!” – broni się ktoś. Prawda, przyznaję,
246
zwłaszcza mężczyźni nie mają czasu na czytanie. Ale im
więcej pochłaniają naszą uwagę sprawy ziemskie
nowoczesnego życia, tym więcej powinniśmy się starać,
by wieczorem, albo przynajmniej w niedzielę, parę
minut przeznaczyć na pokrzepienie naszych myśli przez
czytanie książek religijnych. A co powiedzieć o tych,
którzy mimo ciężkiego życia, mają dość czasu, by
przeczytać stosy wszelkich nowości beletrystycznych, a
nigdy nie mieli w ręku ani Pisma Świętego, ani żadnej
poważniejszej książki religijnej? Czy możemy się potem
dziwić, że zanika wśród rias duch religijny? Z czego
mają być dumni i czego świadomi ci katolicy, którzy nie
mają pojęcia, co dał ludzkości Kościół katolicki w
dziedzinie moralności, wychowania i sztuki; jakimi
filarami świata są: święty Augustyn, święty Benedykt,
święty Bernard z Clairvaux święty Franciszek z Asyżu,
święty Ignacy Loyola, święty Franciszek Salezy, święty
Filip Nereusz, święty Wincenty à Paulo!
       Bracia! Starajmy się poznać naszą świętą wiarę!
Czytajmy o niej jak najwięcej. Nie bądźmy względem
niej zimni i obojętni! Gdybyśmy nawet nie byli
katolikami, ze względów czysto ludzkich musimy się
zastanowić nad faktem światowego znaczenia, jakim jest
działalność naszego świętego Kościoła! Przecież
Kościół katolicki jest największą instytucją na świecie!
Z     jakim    wspaniałym      spokojem     głosi   swe
najszczytniejsze idee: że jest w wyłącznym posiadaniu
prawdy Chrystusowej, że Chrystus żyje w nim nadal…
że jest nieomylny… Jednym ze środków pogłębienia
tych i innych prawd naszej świętej wiary jest właśnie:
czytanie książek religijnych.

                                                    247
     2. Drugim ważniejszym środkiem pogłębienia
wiadomości religijnych jest s ł u c h a n i e k a z a ń
niedzielnych.
       Chaos dzisiejszych czasów i zajęcia oraz
uprzedzenia nowoczesnego człowieka nie sprzyjają
słuchaniu kazań. Dziś nie można sobie nawet wyobrazić
czasów starochrześcijańskich, kiedy wierni całymi
godzinami słuchali przemówień biskupów, albo jak po
wysłuchaniu gorącej mowy ruszały tłumy w wiekach
średnich na wyprawy krzyżowe. Wyzyskam więc tę
sposobność i przemówię dziś do was o kazaniu, t.j. o
tym, w jaki sposób słuchają teraz ludzie kazania, a w
jaki powinni to czynić.
       Będę wam mówił nie swoimi, ale słowami
Ewangelii. Los kazania scharakteryzował Pan Jezus we
wspaniałej przypowieści o siewcy (Łk 8, 4 – 18).
Wychodzi siewca – mówi Pan – i rzuca ziarno. Jedno
padło „podle drogi” i zdeptali je ludzie. (Dziś
powiedziałby Pan Jezus, że „zmiażdżyły je ciężarowe
samochody”). Inne padły na opokę, gdzie było trochę
ziemi,     więc     zasilone,   pierwszym       deszczem
wykiełkowały, kąpały się w cieple słonecznych
promieni, ale niezadługo wyschła ziemia, i ziarna
zmarniały, nie wydając plonu. Jeszcze inne upadły
między ciernie i zapuściły korzenie, ale chwasty nie
pozwoliły im wybujać. A w końcu kilka ziaren padło na
dobrą ziemię, i wyrósłszy, przyniosły plon
trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny.
     Co oznacza ziarno? Kochani Bracia? Słowo Boże,
Ewangelię. Prawdziwe, czyste ziarno! Bez kąkolu!
Wznioślejszej nauki nie znał i nie pozna świat nigdy.
248
Ziarno Ewangelii jest wspaniałe, wyborowe i
niedoścignione! A plon? O jakże jest różny od zasiewu!
Czym to wytłumaczyć? Glebą, na którą pada ziarno.
Ponieważ różnej jakości bywa gleba, stąd różny jest
plon!
       Ktoś może jednak powiedzieć: przecież każda
dusza jednakowo bierze początek z Boga, więc
wszystkie dusze są między sobą równe, są dziełem
jednakowego kunsztu bożego i przeznaczone do życia
nieśmiertelnego! Dlaczego więc jedne są podatnym
gruntem dla słowa bożego a inne złym? Bracia!, Jest to
wielkie zagadnienie, wielka tajemnica: tajemnica wolnej
woli człowieka. Wola ludzka może się przyczynić do
stokrotnego pomnożenia słowa bożego, albo okazać
opór i zabić rzucone w nią ziarno.
      Przypatrzmy się z bliska różnym losom zasianych
ziaren!
      a) Jedne padły na drogę, i zostały zmiażdżone
przez ciężarowe auta. Co to oznacza? Oznacza ludzi o
duszach twardych, jak asfaltowe szosy, po których
jeżdżą ciężarowe samochody grzesznych przyjemności,
albo oznacza dusze, które stwardniały na kamień pod
wpływem tysiącznych trosk i walk o chleb. Są to
chrześcijanie,    którzy  nie    mają    pojęcia    o
chrześcijaństwie! Od czasu do czasu, w Wielki Piątek,
albo w wieczór Sylwestrowy zabłądzą do kościoła, i
przypadkowo wysłuchają kazania, potem – wracają do
domu, a życie już po drodze zdepcze w ich duszy
zasiane ziarno!… Na ulicy hałas, wrzeszczą gazeciarze,
huczą syreny samochodów, przelewa się tłum ludzi,
błyszczą wystawy… obrazy, książki, perfumy,
                                                   249
porcelana, biżuterie, jedwabie… co krok, to ciekawsze
nowości. Tyle wrażeń, zanim się zajdzie do domu!
Tysiące przeżyć co dzień… wykwintne kawiarnie…
rzęsiście oświetlone reklamy kin – wszystko – wszystko
tylko na usługach tego świata, wszystko mówi tylko o
tym świecie. Biedny jest człowiek współczesny!
     Bracie, żałuję cię bardzo, bardzo, bo szalone
tempo życia niszczy w tobie ziarna nieśmiertelności.
      Zmiażdży nawet zarodki twojego życia moralnego!
Z takich dusz powstają ci zatwardziali grzesznicy,
którzy przez kilkadziesiąt lat unikają konfesjonału, a
kiedy przed przyjęciem sakramentu małżeństwa trzeba
się wyspowiadać, mówią: „Nie mam żadnego grzechu”.
Tak mówią: Nie mam grzechu! Ciężarowe samochody
życia zabiły już w nich nawet zdolność rozpoznania, co
dobre, a co złe.
      Biedne, biedne dusze przydrożne!
      b) Niektóre z ziaren padły na opokę. Wiecie, jakie
dusze są opoką? Dusze anemiczne! Kiełkują wprawdzie
w nich ziarna, ale nie mogą się utrzymać przy życiu.
Dusze te pragną zbliżyć się do Boga, ale wykazują tylko
chęci, a nie czynną wolę w tym kierunku. Są to ludzie
pełni dobrych chęci, ale powierzchowni. Są to rodzice,
którzy wylewają strumienie łez w czasie pierwszej
Komunii swoich dzieci, ale sami ani myślą przystąpić do
Komunii świętej! – co to, to już nie, to byłoby za dużo!
      Są to ludzie, którzy roztkliwiają się na
pogrzebach, którzy zdają się patrzeć w głąb otwartej
mogiły, ale już wieczorem siedzą w teatrze i nie
pamiętają, o czym myśleli na cmentarzu.
250
      „Taką już jest moja natura” – broni się niejeden.
Nie, nie! „Natura” nie tłumaczy wszystkiego.
Powinieneś pracować nad zmianą swojej natury! Bracia,
jeśli się widzi, do jakich poświęceń jest zdolny
zawodnik w czasie treningu, gdy chodzi o zdobycie
nietrwałego wieńca laurowego, to mimo woli powstaje
pytanie: dlaczego człowiek nie potrafi zdobyć się choćby
tylko na połowę takich ofiar, gdy chodzi o zdobycie
nieśmiertelnych laurów życia wiecznego!
      Biedne anemiczne dusze!
      c) Niektóre ziarna padły między ciernie:
wykiełkowały, zaczęły pięknie rosnąć, ale zostały
zagłuszone przez chwasty.
       Idąc z końcem wiosny ulicami Paryża przez
Boulevard St. Germain, Boulevard de l’Opéra,
Boulevard des Italiens, dziwi się człowiek, widząc, że
liście drzew, rosnących koło chodnika są już w czerwcu,
a nawet z końcem maja, żółte i suche, jakby w
październiku. Skąd to dziwne zjawisko? Pod ciepłym,
życiodajnym tchnieniem wiosny budzą się drzewa do
życia, a wkrótce tracą zieleń wskutek duszących
wyziewów, wskutek zapachu benzyny i kurzu wielkiego
miasta. Biedne wielkomiejskie drzewa! Biedne
wielkomiejskie dusze dobrej woli! Chciałybyście kroczyć
obok Chrystusa, ale wyziewy benzyny i ulicy, mnóstwo
okazji do grzechu dusi w was delikatne pędy i wyjaławia
wasze życie!
     Tak: wiele ma na swoje usprawiedliwienie
mieszkaniec wielkiego miasta, ale wszystkiego nie
można usprawiedliwiać! Wielką jest nędza, ale nie

                                                    251
powinna zupełnie zawładnąć naszą duszą! Wiele jest
ponętnego blichtru, ale dusza nasza powinna się go
wystrzegać! Okropne są zarazki niemoralności wielkich
miast; daremnie zamykamy przed nimi okna: i
oddychamy powietrzem zakażonym trującymi gazami,
przeciwko którym nie mamy masek obronnych… To
wszystko prawda, a jednak, Bracia, pomimo wpływów
otoczenia, pomimo gazów trujących, pomimo nędzy na
poddaszach i w suterynach, pomimo zbytków w
salonach, można być podatną rolą dla ziaren Chrystusa.
Czy można? Wspaniałe wzory świętych wskazują, że
można.
      d) Bo chwała Bogu, są jeszcze i żyzne grunty. Są
dusze, które słuchają i żyją według słów bożych. Tak,
słuchają, bo wśród wrzawy życia wielkomiejskiego jest
bardzo trudno nawet usłyszeć słowo boże, a cóż dopiero
umieć je zachować! Bardzo trudno wśród trosk i pokus
tego świata być żyzną rolą dla ziaren życia wiecznego, i
tak żyć, żeby w świecie nie utonąć! Być dobrym wtedy,
gdy zło wyrasta, jak pospolity chwast na każdym kroku!
Być cnotliwym, gdy niemoralność jest chlebem
powszednim! Nie załamać się, kiedy padają nawet rosłe
dęby! Być świętym, gdy na każdy krok, na każde
spojrzenie czyhają żmije! Dążyć do Boga, gdy wszystko
wokół nas, a częściowo i my sami, wychwalamy życie
ziemskie! Co mam jeszcze powiedzieć? – Mimo
wszystko trzeba przyjąć słowa boże i przynieść stokrotny
plon!
     I nie zapominajcie, że w pracy tej pomoże wam
godne święcenie niedzieli i słuchanie kazań.

252
                    *     *     *


Kochani Bracia! Oto zdaliśmy sobie sprawę z
doniosłości III Przykazania. Nie wolno w niedzielę
pracować, bo ciało moje powinno wypocząć; muszę
wysłuchać mszy świętej, żeby się odświeżyła moja
dusza, a jeśli mogę, powinienem wysłuchać kazania,
żeby pogłębić swoje wiadomości o wierze.
       Ale przepisy III Przykazania mają nie jednakową
moc obowiązującą. Niedzielnej mszy świętej nie można
niczym zastąpić, natomiast, jeśli pogłębiam wiarę, np.
przez systematyczne czytanie religijnych książek, mogę
nie być na kazaniu. Ale, mimo, że mógłbym się modlić
w domu, nie wolno mi opuścić niedzielnej mszy świętej.
Dlaczego taka różnica? Dlatego, że kazanie mnie tylko
prowadzi do Pana Jezusa, natomiast we mszy świętej z
Nim się spotykam. Kazanie jest tylko rąbkiem Jego
szaty, a msza święta, to Jego przyjście do nas. Kazanie
jest stopniem, prowadzącym do ołtarza Ofiary, msza
święta zaś jest samą Ofiarą.
       Zatem: „słuchanie kazania nie jest tak ważną
rzeczą” – powie ktoś. Przeciwnie! Żywe słowo wywiera
bowiem większy wpływ na człowieka, aniżeli książka.
Wysłuchanie mszy świętej w niedzielę jest głównym
obowiązkiem, ale kazanie pozwala nam poznać
czynność i modlitwy mszy świętej. Trzeba umieć modlić
się, i kazanie uczy nas, jak się mamy modlić. Celem
naszym ma być: życie chrześcijańskie, i kazanie
wskazuje drogę do tego życia. Bracia, nie ma bardziej
                                                   253
wzniosłego obrazu, niż widok kapłana mówiącego
kazanie i wiernych, którzy pobożnie słuchają
kaznodziei. To jak gdyby sam Pan Jezus przeszedł
między nami i własną ręką uzdrawiał zranione życiem
dusze, oczy, ociekające krwią pod ciosami losu, umysły
dręczone wątpliwościami religijnymi. Słuchając kazań,
nie rzucimy wśród trudów życia krzyża Chrystusowego,
lecz nauczymy się go nosić, wśród rozczarowań
życiowych nie zaciśniemy pięści, lecz złożymy ręce do
modlitwy.
      Bracia! Kto szczerze, w pokorze, posłusznym
sercem słucka słowa bożego, ten śladami tych słów na
pewno dojdzie do Majestatu Ojca Niebieskiego. Amen.


                         XX.


      DLACZEGO POWINNIŚMY CHODZIĆ DO
                KOŚCIOŁA?


       Kochani Bracia w Chrystusie!

       Na pewno wielu z moich szanownych słuchaczy
myśli, że dziś rozpocznę już naukę o czwartym
Przykazaniu. Zdziwią się niewątpliwie, że nie tylko
dzisiejsze kazanie, ale jeszcze trzy następne poświęcę
rozważaniu trzeciego Przykazania.
      Jak to? Nie rozumiemy – moglibyście zapytać,
Kochani Bracia! – Przecież już była mowa o spoczynku
niedzielnym, o słuchaniu mszy świętej, o należytym
254
święceniu niedzieli, więc o czym tu jeszcze mówić? Czy
jeszcze nie został wyczerpany temat trzeciego
Przykazania?
       Macie słuszność, Kochani Bracia! W poprzednich
trzech naukach wyczerpałem już treść III Przykazania, i
na tym moglibyśmy poprzestać, gdyby… gdyby
człowiek nie był człowiekiem: gdyby nie był tak
krytyczny, i nie wynajdywał zarzutów, a następnie,
gdyby znał dokładniej zasady świętej wiary, jej
instytucje i obrządki.
       Ponieważ nasz Kościół święty nakłada na nas
ciężki obowiązek, by słuchać co niedzielę mszy świętej,
sądzę że kaznodzieja powinien dopomóc w wypełnianiu
tego obowiązku. W jaki sposób? Powinien się
zaznajomić z zarzutami, trudnościami i problemami,
które nurtują w duszy nowoczesnego człowieka, i w
czasie kazania w świetle słów bożych przedstawić ich
niesłuszność. Dlatego, Bracia, mówiąc o trzecim
Przykazaniu, muszę mieć jeszcze kilka nauk, by
odpowiedzieć na pytania, rozwiązać trudności, jakie
nasuwają się duszy nawet najbardziej wiernego katolika
w czasie słuchania mszy świętej, w związku z liturgią.
Obowiązkiem każdego jest w niedzielę i święto
wysłuchać mszy świętej, takie jest przykazanie. I. C z y
naprawdę                 trzeba           chodzić    do
k o ś c i o ł a ? i II. D l a c z e g o ?




                                                    255
                           I.


  Czy potrzeba chodzić do kościoła?


      Zastanówmy się nad ludźmi, którzy się uważają
za katolików, ale nie chodzą do kościoła. Dziwna rzecz,
że tacy ludzie istnieją rzeczywiście.
      Posłuchajmy, jak rozumują.
      Mówią, że materialistyczny, bezbożny i
antyreligijny świat jest przeżytkiem. Istnieje Bóg, pełen
majestatu, któremu się należy cześć! Wierzę w Boga…,
ale wyobrażam Go sobie inaczej, aniżeli przedstawia Go
wiara. Jestem również chrześcijaninem, ale nie według
nauki Kościoła. Oddaję cześć Bogu, ale nie w kościele,
nie podczas niedzielnej mszy świętej, ale na łonie
dziewiczej przyrody.
      Żeby się modlić, nie koniecznie trzeba iść do
kościoła – ciągną dalej. Tylko poganie wierzyli, że
bogów można czcić w określonym miejscu. Jestem
chrześcijaninem. Chrystus również uczył, że Boga
należy wielbić w ciszy, w ukryciu. Boga wszędzie
można czcić. Najlepiej czczę Boga w lesie, przy śpiewie
ptasząt! Po co mam chodzić do przepełnionego
kościoła?
      Kochani Bracia! Są to bar poważne słowa i trudne
zagadnienia. Wszyscy obecni w kościele już przez to
samo wykazują, że nie podzielają takiego rozumowania.
Czy jednak nie spotkaliście w życiu nikogo, kto by tak
256
myślał?! Jeśli tak, to czy mogliście mu pomóc? A
pomoc dla tych ludzi dobrej woli jest częstokroć bardzo
potrzebna, ale nie łatwa, bo trudno jest prostować błędne
rozumowanie, lub wypaczenie słów Pisma Świętego.
Kochani Bracia, co mamy tego rodzaju ludziom
powiedzieć?
      1. Przede wszystkim powinniśmy uwzględnić, ile
słuszności mieści się w ich rozumowaniu. Trzeba
przyznać, że poganie istotnie wierzyli, że bogów można
czcić tylko na pewnych górach, pod niektórymi
drzewami, przy tym lub owym źródle. Wiemy ze Starego
Testamentu, że Żydzi podobną wagę przywiązywali do
świątyni jerozolimskiej, chociaż wierzyli, że Bóg jest
obecny na każdym miejscu. Dlatego pytała niewiasta
samarytańska Pana Jezusa: „Ojcowie nasi oddawali
cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w
Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga.” (J 4,
20). A Pan jej odpowiedział: „Wierz Mi, kobieto, że
nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w
Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca… Bóg jest
duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu
cześć w Duchu i prawdzie.” (J 4, 21 – 24).
      Od czasu, kiedy wypowiedział Pan Jezus te słowa,
nie to jest rzeczą główną, g d z i e s i ę m o d l i m y ,
ale      jak     się    m o d l i m y . Święta wiara
chrześcijańska nieustannie głosi, że Boga znajdziemy
wszędzie: na łonie natury, w domu, w kościele, we
własnej duszy. Mimo to, Kochani Bracia, wyznacza ona
osobne miejsce na modlitwę, bo choć się można modlić
wszędzie, nie zawsze jednak i nie wszędzie można się
modlić w jednakowym skupieniu. Wprawdzie Bóg jest
                                                      257
wszędzie blisko nas, ale są miejsca, gdzie lepiej
odczuwamy Jego obecność. W naszych kościołach
katolickich nie tylko, że lepiej odczuwamy bliskość
Boga, ale wiemy także, że tam jest Bóg rzeczywiście
bardziej obecny i bliższy, niż gdziekolwiek na świecie, a
to dzięki Przenajświętszemu Sakramentowi Ołtarza i
dzięki ofierze świętej.
      2. Ale niektórzy nie chcą chodzić do kościoła i
p o w o ł u j ą s i ę n a P i s m o Ś w i ę t e ! Jak z
nimi postąpić?
      Bracia! Rzeczywiście w jednym miejscu Pisma
Świętego czytamy zdanie, które zdaje się przeczyć
obowiązkowi wspólnego i publicznego kultu Boga.
Pewnego razu powiedział Pan Jezus: „Ty zaś, gdy
chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi
i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec
twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” (Mt 6, 6).
Bracia, co to znaczy? Czy to nie jest potępieniem
publicznej modlitwy, kościoła i zewnętrznego,
wspólnego kultu Boga?
      Bynajmniej!
      a) Jeśli przeczytamy i poprzednie słowa Pisma
Świętego, uderzy nas natychmiast, że Pan Jezus
poprzednio wspominał o ludziach fałszywych, o
faryzeuszach, którzy pysznili się z dobrych uczynków;
przytoczone wyżej słowa Pisma Świętego wyrażały
tylko potępienie faryzeuszów, którzy przechwalali się
swymi modlitwami.
      b) Bóg nie zabrania, ale właśnie zaleca wspólną,
publiczną modlitwę, jak to wynika z innego zdania Pana
258
Jezusa: „ Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię
moje, tam jestem pośród nich.” (Mt 18, 20).
      Stąd widać, że publiczna, wspólna modlitwa jest
milsza Bogu, a skuteczniejsza dla duszy, niż prywatna.
       c) Idźmy jeszcze dalej. Sam Pan Jezus modlił się
nie tylko na pustyni, w samotności, ale i publicznie, w
czasie rozmaitych uroczystości religijnych: na Ostatniej
Wieczerzy podniósł oczy i ręce ku niebu, i modlił się
razem z apostołami, na Górze zaś Oliwnej modlił się na
klęczkach.
      Nikt – na pewno – nie potrafi się modlić w takim
skupieniu, jak Pan Jezus. I jeżeli kto, to Pan Jezus nie
potrzebował chodzić do kościoła, a jednak, Kochani
Bracia, czytamy w Piśmie Świętym, że zawsze, co
sobotę chodził do świątyni (Łk 4, 16), jakby chcąc w ten
sposób z góry potępić rozumowanie tych, którzy wolą
czcić Pana Boga gdzie indziej, tylko nie w kościele.
      Apostołowie również gorliwie chodzili do
świątyni, więc widocznie nie tłumaczyli sobie słów Pana
w ten sposób, że zewnętrzne, widzialne formy
pobożności i uczęszczanie do kościoła, są godne
potępienia.
      „Wejdź do swojej izdebki…” – mówi Pan.
Dobrze, ale jeśli jej nie masz? Co zrobi ten, kto mieszka
z osiemnastoma kolegami w jednej izbie? Gdzie się ma
modlić? Nigdzie? Czy mógł tak rozumować Pan Jezus?
      Tak, dusza potrzebuje nie tylko wspólnej, ale i
cichej modlitwy, ale i wtedy najodpowiedniejszym
miejscem jest kościół. Ciekawa rzecz: Kościół katolicki,
który domaga się publicznego kultu Boga (i czyni to
                                                     259
tylko ten Kościół), ma otwarte świątynie przez cały dzień
i poza godzinami wspólnych nabożeństw, żeby wierni
mieli sposobność i na modlitwę prywatną. Bracia! Gdy
ze zgiełkliwej, świetlnymi reklamami ustrojonej ulicy
wielkiego miasta wejdziemy do zacisza któregokolwiek
z naszych kościołów, dolatują nas tylko dalekie odgłosy
wrzawy ulicznej i zgiełku życia, a w łagodnych blaskach
wiecznej lampy widzimy modlących się cicho ludzi: czy
jest bardziej ujmujący, piękniejszy, milszy i więcej
podniosły widok?
      3. Zobaczymy teraz trzecią wymówkę ludzi,
którzy unikają kościoła!
        „Jestem człowiekiem religijnym – mówi niejeden,
opuszczając mszę świętą – ale do kościoła nie chodzę.
Myślę o Bogu, ale do tego nie potrzebuję kościoła. I d ę
w góry, do wspaniałego przybytku
w i e l k i e g o B o g a , gdzie dusza moja wznosi się ku
niebu, gdy śpiewa ptaszę, zemrze źródło i szumi wiatr…
gdy wszystko mówi o Bogu. To jest mój kościół…”
       W ten sposób tłumaczy się niejeden człowiek
nowoczesny, Kochani Bracia! Nie przeczę, że w tych
słowach mieści się trochę prawdy. Każdy przyzna, że
cudowne dzieło Boga, jakim jest wspaniała przyroda,
może w nas obudzić wzruszenie uczuciowe i nastroje
religijne. Dziwnie kojące uczucia, ogarniają serce
człowieka, gdy wczesnym rankiem usiądzie nad
brzegiem spokojnego, bezkresnego morza i zasłucha się
w szum fal, mieniących się tysiącem blasków w złotych
promieniach wschodzącego słońca! Wydaje się
wówczas, że mówi całe morze… Albo, gdy widzimy jak
w lipcowy poranek śnieżyste szczyty Alp płoną
260
czerwienią pożogi słonecznej, jakby ofiarne ołtarze; lub,
gdy majowy wieczór, nad brzegiem leśnego ruczaju
rozlega się upajająca piosenka słowika!… Bracia! –
przyznajmy się, że to wszystko wywołuje w nas pewien
przelotny sentymentalizm, czułostkowy nastrój… który
niewiele ma wspólnego z prawdziwą, głęboką i
życiodajną religijnością! Przekonałem się zresztą
naocznie, że tego rodzaju nastroje dalekie są od
głębokiej religijności. A wiecie, w jaki sposób? Otóż,
bardzo lubię chodzić po górach i lasach, i nieraz
spotykałem tam wesołych turystów, rozbawione
wycieczki i śpiewających harcerzy, ale jeszcze nigdy nie
zdarzyło mi się spotkać chociażby jednego człowieka,
pogrążonego w modlitwie!
        Dzień Pański powinien człowiek spędzić w domu
Pańskim! Bardzo dobrze, ze mieszkaniec wielkiego
miasta pragnie przestawać z przyrodą. I owszem!
Dobrze robi! Ciągnie go tam jakiś instynkt
samozachowawczy. Bóg bowiem nie stworzył dusznego
powietrza w wielkich miastach! Ani domów
„mieszkalnych” w stylu koszarowym! Ani asfaltowych
chodników! Natomiast Jego dziełem jest gwiaździste
niebo i promienne słońce! On stworzył wonne kwiaty i
rośliny! Więc dobrze, Bracia! Garnijcie się do przyrody,
ale i d ź c i e d o k o ś c i o ł a !
      Do kościoła! Bo w naszych kościołach
znajdujemy to, czego nie ma ani w przyrodzie, ani
nigdzie na świecie, a bez czego nie może się obejść
nasza dusza! A tym czymś jest: ponawianie ofiary
krzyżowej ofiarującego się za nas Chrystusa: czyli msza
święta.
                                                     261
      Doszliśmy do drugiej części naszych rozważań.


                           II.


       Dlaczego należy chodzić do
               kościoła?


      Odpowiedź nasza będzie podwójna: 1) w kościele
odprawia się msza święta, która duszy naszej daje
samego Boga; 2) w kościele odbywa się msza święta,
która podnosi duszę naszą do Boga.
      1. Msza święta jest ponawianiem Ofiary
krzyżowej, dlatego powtarza się w niej bardzo często
święty znak krzyża. Nawet nie wolno odprawiać mszy
świętej na ołtarzu bez krzyża. A czyście zauważyli, jak
często żegna się kapłan w czasie mszy świętej? M s z a
święta sprowadza do naszej duszy
Boga z góry Kalwarii.
       Msza święta jest ponowieniem Ofiary krzyżowej,
więc posiada bardzo doniosłe znaczenie. Żadna praktyka
religijna ani w części nie ma tej wartości, jaką posiada
msza święta. Jak światło wszystkich gwiazd nie sprosta
słońcu, tak samo wszystkie nasze prywatne modlitwy
wraz z dobrymi uczynkami, nie mogą się mierzyć pod
względem wartości z jedną mszą świętą.
      O, jeśli w ten sposób będę cenił mszę świętą, to na
pewno będę się starał, by jej wysłuchać! Kościół – jak to
już wiecie – zwalnia od słuchania mszy świętej w
niedzielę i święta, jeśli zachodzą istotne przeszkody,
262
jakimi są np. choroba, wielka odległość od kościoła itp.
       Natomiast zła pogoda, małe osłabienie, są to
wymówki bardzo względne i nieokreślone. Ci, którzy
tak łatwo zwalniają siebie od obowiązku słuchania mszy
świętej, dobrze zrobią, gdy posłuchają o zdarzeniu z
życia wszechświatowej sławy pisarza włoskiego
Manzoniego. Gdy Manzoni był już w podeszłym wieku,
namawiali go krewni w jakąś chłodną niedzielę, by nie
szedł do kościoła; a on na to odpowiedział, jak na
prawdziwego chrześcijanina przystało: „Gdyby kto z
was wygrał 100000 lirów i gdyby dzisiaj był ostatni
termin podjęcia wygranej, to czy zostałby w domu
dlatego, że jest niepogoda?… A przecież jedna msza
święta jest warta znacznie więcej, niż największa ilość
pieniędzy!” To była dobitna ocena mszy świętej!
      Bracia, którzy chcecie chwalić Boga w górach,
wśród śpiewu ptasząt, pamiętajcie, ze słuchając mszy
świętej, również wychodzimy na gorę, ale nie na górę
zamkową, nie na kopiec Kościuszki, nie na Babią Górę,
ale na górę Kalwarii! Pięknie brzmi śpiew ptasząt w
lasach, ale nie daje prawdziwych sił do życia, jakie
zapewniają nam pienia aniołów w czasie mszy świętej.
Świeże majowe powietrze, którym oddychamy na łonie
natury nie przysparza moralnych sił życiu, które płyną z
Przenajświętszej Krwi Chrystusa w czasie mszy świętej.
Bracia! Nic nam nie może zastąpić mszy świętej, bo
msza święta przynosi duszy naszej Boga.
      2. Zrozumiemy to jeszcze lepiej, gdy rozważymy
drugie błogosławieństwo płynące z pobożnie
wysłuchanej mszy świętej: Msza święta nie tylko
przynosi duszy naszej Boga z góry Kalwarii, ale również
                                                      263
duszę naszą zanosi do Boga, na górę Synaj, i uczy nas
prawdziwej modlitwy. Czym jest bowiem modlitwa? Jest
podniesieniem duszy do Boga. Msza święta uczy nas
modlitwy, jakiej sobie życzy nasza święta wiara: uczy
nas łączyć modlitwę z życiem, a życie bogobojne z
pracą.
      Bracie, jesteś zapracowany? Nie masz czasu na
wysłuchanie mszy świętej w niedzielę? Pochłaniają cię
codzienne obowiązki i troska o chleb? Pozwól, że
pokażę ci jeden obraz, obraz Mojżesza. Zapewne wielu z
was widziało fotografię wspaniałej głowy Mojżesza na
nagrobku papieża Juliusza II, dłuta Michała Anioła.
Wygląda jak żywa, omal, że nie przemawia! I wiecie,
kto dostrzega przebłyski życia w marmurowej głowie
posągu? Ten tylko, kto potrafi sobie wyobrazić, jak
wyglądał Mojżesz podczas modlitwy.
       Bóg woła Mojżesza. Wódz rzuca pracę, pracę
pilną i spieszy na górę Synaj, by rozmawiać ze Stwórcą.
Cudowny brzask poranka… W oczach sędziwego
wodza, idącego w górę, coraz bardziej maleją białe
namioty ludu… Nie słyszy już gwaru; troski, kłopoty,
bolesne wspomnienia, wszystko pozostawił na dole, na
ziemi… Doszedł do szczytu…. Pod stopami ma
czerwony granit góry Synaj, nad głową lazur nieba… Tu
na spokojnych wyżynach rozmawiał Mojżesz z Panem.
Dusza, jego skwapliwie słuchała słów bożych. Na
wysokości poznał, że człowiek w pewnych chwilach
powinien się oderwać od świata, stanąć blisko Boga,
żeby potem, wracając do swoich ziemskich
obowiązków, zbyt nie oddalił się od Pana.
      Mojżesz musiał troszczyć się o pokarm dla swego
264
ludu, musiał myśleć, w jaki sposób odzwyczai Żydów
od spożywania mięsa na wzór egipski, jak
przeprowadzić wolę prawdziwego Boga wśród ludu,
który zaczął hołdować lekkim obyczajom.
      Wrócił z góry, z samotności, z modlitwy, a twarz
jego pałała blaskiem, wola stała się niezłomną potęgą, i
prowadził lud naprzód da zwycięstwa…
      Bracia! Czy nie odczuwacie potrzeby takiej
modlitwy w czasie mszy świętej w niedzielę, która by
nas podniosła z codziennych nizin życia na wyżyny góry
Synaj?! Tam znajdziemy siły, odwagę i chęć do pracy!
Czy teraz już wiecie, czym jest dla was niedzielna msza
święta? Jest drugą górą Kalwarii, stokrotnie cenniejsza
od góry Synaj! Kto pół godziny porozmawia z
Chrystusem wiszącym na krzyżu, ten śmiało, pogodnie i
spokojnie może iść w szarzyznę życia, będzie miał
więcej sił twórczych i bystrzejszy wzrok.
       Tak, Bracia, msza święta uczy nas modlić się,
modlić się z ufnością. Z takiej modlitwy płynie żar,
światło i błogosławieństwo. Największym nieszczęściem
człowieka i narodu jest, jeżeli zapomniał się modlić.
Mogą istnieć narody bez kultury, bez cywilizacji, bez
chleba – ale nigdy bez modlitwy! A człowiek dzisiejszy
sądzi, że to potrafi. Chciałby udowodnić, że mylne jest
stare przysłowie: ora et labora. Módl się i pracuj –
mawiali starzy. Co chcieli przez to powiedzieć? To, że
do życia ludzkiego, do szczęścia społecznego potrzeba
równowagi między modlitwą a pracą. Módl się i pracuj!
Zwróćcie, Bracia, uwagę, że są tu złączone dwie myśli,
więc nie: albo się módl, albo pracuj, tylko: módl się i
pracuj.
                                                    265
      Tak, nasza święta wiara uczy nas wyraźnie nie
tylko tego, jak się trzeba modlić, ale i tego, że praca
niekiedy jest ważniejszą, niż modlitwa, i jeśli kto dla
modlitwy zaniedbuje swe obowiązki, spełnia uczynek
niemiły Bogu. Dalekim jest od ideału chrześcijańskiego
człowiek, który przez całe życie ugina się pod jarzmem
pracy i nie ma czasu myśleć o swojej duszy, ale również
nie odpowiada ideałowi chrześcijańskiemu np. matka,
która ciągle przebywa w kościele, gdy w domu proch
pokrywa meble, gdy pełno brudu w mieszkaniu, a dzieci
plączą się zaniedbane.
      Módl się i pracuj!
      Słuchanie mszy świętej uczy nas dobrej modlitwy.
Dobrze się modli tylko ten, kto poważnie traktuje swoje
obowiązki chrześcijańskie, swoje życie chrześcijańskie.
Dobra modlitwa nie jest sztuczną, mechaniczną
czynnością, nie polega na recytowaniu i powtarzaniu
danego tekstu, ale jest z e w n ę t r z n y m , szczerym
przejawem naszego n a j b a r d z i e j s k r y t e g o „ja”.
Życie nasze powinno być odzwierciedleniem naszej
modlitwy! Kochani Bracia! Dotknęliśmy teraz
niebezpiecznej rany: wielu ludzi inaczej żyje, niż się
modli, oraz inaczej się modli, aniżeli żyje. Mieszkają w
nas, jak gdyby dwie osoby: jedna się modli, a druga
mimo modlitwy grzeszy. Niejeden gotów jest co dzień
powtarzać: „Święć się Imię Twoje”, ale mimo to ciągle
będzie obrażać Imię Boże! „Przyjdź Królestwo Twoje”,
ale nic nie zrobi dla tego Królestwa. „Bądź wola
Twoja”, ale nie przyłoży nawet małego palca, by
zwyciężyła na ziemi święta wola boża.
      Muszę tedy wyrzec na pozór twarde słowa: To
266
jeszcze nie dowód, że ktoś ma duszę Chrystusową, jeśli
klęczy, nie wiem, jak długo, ręce składa do modlitwy i
oczy zwraca ku niebu. Ale ten ma duszę Chrystusową,
kto pragnie być lepszym, kto pragnie zwalczać pokusy,
kto pragnie podnieść się ku Bogu, kto chce kroczyć
śladami Chrystusa. Bracia! Msza święta, podnosząc
duszę naszą do Boga, na wyżyny góry Synaj, uczy na
prawdziwej modlitwy.
      I dlatego powinniśmy chodzić do kościoła.


                     *     *     *


     Kochani Bracia! W kazaniu dzisiejszym
wspomniałem o wielkim proroku ze Starego
Testamentu. Na zakończenie chciałbym wam
opowiedzieć o jego ostatnich chwilach.
      Mojżesz, wróciwszy z góry Synaj, nie mógł
zagłuszyć swej tęsknoty za wyżynami. Znamienną cechą
jego życia stało się pragnienie: na wyżyny, do Boga!
      Kiedy poczuł, że zbliża się jego ostatnia godzina,
wyszedł znowu na górę, na górę Nebo, i szczęśliwy,
patrzał swoim już osłabionym wzrokiem w stronę Ziemi
Obiecanej. Może przez chwilę widział również drogę,
którą przebył wśród mnóstwa trosk i trudów – i
zobaczył, że każdy jego wysiłek, każdą pracę i
wszystkie starania przenikała miłość Boga i
opromieniało łagodne światło dobrze spełnionego
obowiązku.
      Bracia! Być wiernym Bogu! Wytrwać na drodze
                                                    267
obowiązku! Na szczytach, w lasach, podczas
gwiaździstych nocy – słowem wszędzie odczuwać
Boga! Odczuwać i naśladować Go podczas pracy: w
kuchni, w fabryce, w biurze, podczas wypoczynku i
zabawy! Co niedzielę iść na górę Synaj, słuchając mszy
świętej, a wtenczas… wtenczas, ze śmiertelnego łoża
naszego życia, z góry Nebo, padnie nasz wzrok nie tylko
na drogę dobrze przebytą, ale oczom naszym ukaże się
na pewno Ziemia Obiecana, i pójdziemy wtenczas do
domu… d o d o m u , d o O j c a n a s z e g o . Amen.


                         XXI.


            WARTOŚĆ NASZEJ LITURGII.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Już     w pięciu kazaniach rozpatrywaliśmy
Przykazanie Boskie o święceniu niedzieli. W
poprzednim poznaliśmy pewną grupę ludzi, którzy w
niedziele i święta nie chodzą na mszę świętą. Nie są to
może i źli ludzie, ale są na błędnej drodze. Dobra wola i
fałszywe rozumowanie tworzą w ich duszach taki chaos,
że poświęcę im także następne kazania. Nie chodzą na
mszę świętą, bo – jak twierdzą – ich wiara wewnętrzna
nie wymaga tego rodzaju objawów zewnętrznych, nie
potrzebują ceremonii.
     Żeby Bogu oddać cześć – rozumuje taki człowiek
– do tego nie jest potrzebny kościół, msza, organy,
268
śpiew, głośna modlitwa i obrządki. W samotności, w
cichym pokoiku rozmyślam sobie o Bogu. Gdy wyjdę w
noc gwiaździstą i zatopię swój wzrok w milionach
gwiazd, albo gdy znajdę się na wysokiej górze, to
przejmuję się uczuciem uwielbienia dla Boga… W
kościele jest pełno zewnętrznych ceremonii, czego, zdaje
mi się – Pan Bóg chyba nie potrzebuje! Zdaje mi się, że
większą okażę cześć Bogu, dając jałmużnę ubogiemu,
niż modląc się pół godziny w kościele…
        Tak mówią ludzie, którzy nie uznają obowiązku
słuchania mszy świętej. Nie wiem, czy wielu z tych,
którzy uczęszczają na mszę świętą, potrafiłoby wykazać,
na czym polega błąd takiego rozumowania. Bo prawdą
jest przecież, że i w ciszy własnego mieszkania można
chwalić Boga; każdy przyzna i to, że w twe gwiaździstą,
lub na szczytach wysokich gór można się również
korzyć przed Majestatem Bożym a już szczególnie się
musimy z nimi zgodzić na to, że Bóg nie potrzebuje
religijnych obrządków. A zatem, w czym się mylą?
Otóż, Bracia – to będzie właśnie tematem mojego
dzisiejszego kazania? Dlaczego powinien człowiek pójść
w niedzielę do kościoła? Dlaczego myli się, twierdząc,
że kult zewnętrzny jest zbyteczny, że niepotrzebna jest
liturgia i wspólne słuchanie mszy świętej w kościele?
Czyli innymi słowy: J a k ą m a w a r t o ś ć d l a
jednostek i społeczeństwa oddawanie
p u b l i c z n e j c z c i B o g u ? – Oto pytanie, którym
się dziś zajmiemy.




                                                       269
                           I.


      Wartość kultu publicznego ze
         względu na jednostkę.


       Kochani Bracia! Ci po błędnej drodze idący
ludzie, o których mówiłem, mają do pewnego stopnia
rację. Nie mylą się w tym, że Pan Bóg nie potrzebuje
zewnętrznych ceremonii religijnych. Tak, Bóg tego nie
potrzebuje: ale potrzebują ludzie, złożeni z duszy i z
ciała. Aniołowie też uwielbiają Boga, a zdaje mi się, że
nie mają żadnych przepisów liturgicznych, lecz zatapiają
się w uszczęśliwiającym oglądaniu Pana. Dusze naszych
zmarłych współbraci też oddają cześć Bogu, i myślę, że
czynią to także bez żadnych formułek liturgicznych.
Dopóki jednak dusza nasza jest połączona z ciałem, z
materią – jakby powiedzieć – dopóki żyje
„zewnętrznie”, dopóty potrzebujemy zewnętrznych
objawów kultu. I ten kult zewnętrzny jest nam potrzebny
z dwóch powodów: 1) Człowiek wewnętrzne uczucia
zwykle ujawnia na zewnątrz przez gesty i ruchy. 2)
Zewnętrzne ruchy nie tylko ujawniają życie wewnętrzne,
ale również skłaniają do niego, wzmacniają je i
podtrzymują.
      1. Wspomniałem, Bracia, że przestrzeganie
najdrobniejszych    przepisów     liturgicznych    przy
sprawowaniu      mszy    świętej,     przy   udzielaniu
sakramentów i sakramentaliów, nadaje naturalny,
zewnętrzny wyraz naszemu wewnętrznemu kultowi
270
Boga. Bóg tak ściśle zjednoczył w nas duszę i ciało, że
wewnętrzne – zwłaszcza wyższego stopnia – życie
duszy mimo woli się objawia zewnętrznie. Słysząc
dobrą nowinę, cieszę się, twarz moja przybiera wesoły
wyraz! Na wiadomość o czymś przykrym, smucę się, i w
oczach moich pojawiają się nieraz łzy! Otóż, Bracia,
jeśli dusza i ciało są we mnie tak ściśle zjednoczone, jest
naturalną rzeczą, że najgłębszych uczuć, uczuć
religijnych również nie potrafię stłumić, lecz staram się
je w jakikolwiek sposób wyrazić, uzewnętrznić.
       Wyobraźmy sobie doskonałego mówcę, który nie
recytuje, jak patefon, ale przejmuje się tym, co mówi.
Czy przemowy jest on sztywny, jak posąg? Jeśli
przeżywa temat, o którym mówi, jeśli się nim przejmuje
do głębi, i jeśli włożył całą swą istotę w wygłaszaną
treść, nie można go sobie wyobrazić stojącego w czasie
przemówienia nieruchomo, jak kawałek drewna!
Uczucia stara się on uzewnętrznić spojrzeniem, grą min,
gestami.
      Jeśli rozmawiam z jakąś ważną osobistością,
przyjmuję odpowiednią postawę; jeśli rozmawiam z
Bogiem, powinienem klęknąć, albo złożyć ręce do
modlitwy. Czy wolno to nazywać czczą formą?
      Jeśli kocham Boga, czy nie potrzebuję tego
ujawnić na zewnątrz? Spróbujcie zabronić matce, żeby
nie okazywała swojej miłości do dziecka szczebiotem,
naiwnymi gestami, niezrozumiałymi dla innych
wyrazami! Czy nie ma prawa tak robić? Czy ma stłumić
w sobie gorącą miłość? Czy to możliwe? Nie!
Niemożliwym jest dlatego, bo człowiek jest cudem
połączenia duszy z ciałem, i w ten sposób jest stworzony,
                                                       271
że żyje w nim wewnętrzna miłość, wewnętrzna cześć,
która bezwzględnie dąży i do zewnętrznego ujawnienia.
       2. W zewnętrznym kulcie przejawiają się nie tylko
tkwiące w nas uczucia religijne, ale w z m a c n i a j ą
s i ę i w z r a s t a j ą . Pastuszek układa drzewo na stos,
by w ten sposób rozniecić potężny ogień… Odchodząc
do domu, rozrzuca stos i ogień wnet przygasa. Drzewo
paliło się na stosie, a pojedyncze polana gasną.
      Pewna pani domu nie chciała puścić do kościoła
swej służącej murzynki, mówiąc, że i w domu można się
modlić. Słuchajcie, co odpowiedziała niewykształcona
dziewczyna: „Węgiel tylko wtenczas się pali, jeśli go
więcej w kupie, pojedyncze kawałki niewiele dają
ciepła”.
      Chyba wszyscy przyznajemy słuszność temu
powiedzeniu! Każdy z nas czuł nieraz, jak wznosi się w
jego sercu ogień pobożności, kiedy z wieloma braćmi
śpiewa na klęczkach przed Najświętszym Sakramentem
Ołtarza: „…Święty, Święty, Święty!…” lub kiedy z
tysiąca wdzięcznych serc płynie triumfalna pieśń: „,Te
Deum”, „Ciebie Boga chwalimy!…” Trudno jest
prowadzić pobożne życie katolickie, gdy nas jest
zaledwie kilku wśród tysięcy innowierców, i odwrotnie,
jak potężne ogarnia nas uczucie religijne, kiedy jesteśmy
w otoczeniu ludzi przykładnie religijnych!
       „W domu, jeszcze się modlę, ale chodzić na mszę?
Na to nie mam czasu” – tego rodzaju skargi słyszymy z
ust nie ludzi niewierzących, lecz nawet dość pobożnych.
Chciałbym dlatego przypomnieć jedną scenę z
Ewangelii, a mianowicie: odwiedziny Pana Jezusa w

272
Betanii, u sióstr Marii i Marty. Obie miłowały Pana, a
jednak Maria nie pomagała wiernej Marcie i posłudze,
lecz została u stóp Pana. Dlaczego Marta jej nie
dorównała? Czy dlatego, że prowadziła dom, kuchnię?
O nie! I wśród codziennych drobnostek człowiek może
stać się świętym! Więc co spowodowało jej opieszałość?
To, że codzienne zajęcia zaprzątnęły nie tylko jej ręce,
ale i serce, myśli oraz zamiary.
       „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o
wiele, a potrzeba <mało albo> tylko jednego. Maria
obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.”
(Łk 10, 41) Dziś Pan powiedziałby tak samo (bo i w
obecnych czasach pełno jest ludzi podobnych do Marty):
Marto, Marto, jakże jesteś roztargniona, podniecona,
zdenerwowana! Widzę, że zaczynasz się modlić, lecz –
niestety – myśl twoja gdzie indziej błądzi! U sąsiadów!
W kuchni! W sklepie! W teatrze!
      Bracia! Czy Marta była złą dziewczyną? Broń
Boże! Przecież została świętą! Ale za życia Pana Jezusa
była jeszcze trochę leniwa i zanadto zajęta ziemskimi
myślami!
       I dzisiaj jest wśród nas wiele Mart. Ich głowy
podobne do centrali telefonicznej, lub hali targowej:
swobodnie tam wchodzą i wychodzą myśli światowe –
niekoniecznie grzeszne, ale niepotrzebne, ziemskie,
światowe! Są między nami Marty, które czytają, co im
do rąk wpadnie – niekoniecznie książki złe, lub
niemoralne, ale bezwartościowe, próżne, a żadnej
książki poważnej, lub religijnej! Są między nami Marty,
które bardzo wiele pracują, ale nigdy nie pragną być
bliżej Boga i nigdy nie zdobędą się na taki czyn, który
                                                    273
by sięgał poza życie ziemskie!
      Ale chwała Bogu, że obok Mart żyją i Marie;
które zrywają ze „światem” i jego blaskiem,
przepychem, muzyką, tańcami, modą, podejrzanym
towarzystwem – i idą śladami Jezusa. Siadają u Jego
nóg, a chociaż muszą odejść do obowiązków, do pracy,
zawsze pamiętają o Jezusie.
      Bracia! W takim usposobieniu wracajmy do
domów po niedzielnej mszy świętej. Mam się zabrać do
pracy, ale nie zapomnę o Jezusie! Muszę iść do kuchni,
ale myśl moja jest z Jezusem! Mam iść do biura, do
fabryki, do warsztatu, do szkoły, ale Jezusa nie
zapomnę! Trzeba dźwigać ciężary życia, ale w obliczu
Jezusa! Tego wszystkiego uczymy się podczas dobrze
wysłuchanej mszy świętej.
      Chyba teraz już widzimy, jakie korzyści daje
jednostkom wysłuchanie mszy świętej w niedzielę!
      Drugą zaletą wspólnego nabożeństwa jest jego
błogosławieństwo dla społeczeństwa. Zastanówmy się
nad nim.


                          II.


Wartość kultu zewnętrznego z punktu
       widzenia społecznego.


     1. U jednego rosyjskiego pisarza znajdujemy
bardzo pouczające opowiadanie o dwóch chłopach.
274
Zdawało by się, że nie zgadza się ono z moim tematem,
a jednak opowiem je teraz, bo nie zbija mojej tezy, ale
raczej ją umacnia.
       Od wielu lat dwaj rosyjscy chłopi z wielkim
zapałem i ochotą przygotowywali się do podróży. Mieli
zamiar udać się do Ziemi Świętej. W końcu zebrali
potrzebną gotówkę i ruszyli w drogę, która prowadziła
przez okolicę, gdzie grasował głód. Jeden z nich wszedł
do chaty prosić o wodę i stanął jak wryty, bo zobaczył
straszną nędzę. Rozdał zaraz swoje pieniądze i żywność,
i pielęgnował chorych, aż powrócili do zdrowia. Zostało
mu tylko trochę groszy na powrót do domu i nie
pojechał do Ziemi Świętej.
       Drugi chłop przybył przez ten czas do Jerozolimy,
zwiedzał kościoły i czekał na swojego towarzysza,
myśląc, że jeszcze przyjdzie, ale czekał na próżno! W
końcu… pewnego dnia…, kiedy się właśnie modlił w
kościele Grobu Świętego, zobaczył, że towarzysz
podróży, którego zostawił w owej chacie nędzy, modli
się blisko ołtarza i jest otoczony dziwnym blaskiem.
Chciał na niego zaczekać przy wyjściu, ale na próżno;
bo ten zginął mu z oczu. W końcu wybrał się do domu.
W drodze dowiedział się o powrocie swojego przyjaciela
i zrozumiał, jakie znaczenie miało widzenie, że wsparcie
uciśnionych było Bogu milsze od pielgrzymki do
Jerozolimy.
       Czy was to nie dziwi, Bracia, że to w tym właśnie
kazaniu opowiedziałem? Na pierwszy rzut oka wydaje
się przecież, że to osłabia moje twierdzenia!
      O nie, Bracia! Nasza święta wiara również tego

                                                    275
uczy, o czym wspomina krótkie opowiadanie; potrzebny
jest zewnętrzny kult boży, ale sam zewnętrzny kult, bez
chrześcijańskiego życia i ducha, nie ma znaczenia. Tak,
wszystko, co się przejawia na zewnątrz, musi być
opromienione miłością Boga i bliźniego.
       Życie zewnętrzne i wewnętrzne, kult zewnętrzny i
miłość wewnętrzna nie wykluczają się wzajemnie, ale
odwrotnie, wspierają się nawzajem, podobnie jak np.
liście na drzewie przyczyniają się do istnienia owoców.
Miłość Boga jest zielenią życia chrześcijańskiego, a
miłość bliźniego owocem. Co powiedział Pan Jezus o
drzewie, które nie przynosiło owocu? „Będzie wycięte i
w ogień wrzucone”. Czy zyska się więcej owoców, jeśli
poobcina się liście?
       Nie trzeba zresztą uciekać się do tego rodzaju
porównania, bo wystarczy wskazać na świętych, by
zrozumieć, że pod wpływem nabożeństw dojrzewa
najpiękniejszy owoc miłości bliźniego, że kto kocha
Boga, ten miłuje i wspiera bliźniego. Nikt się gorliwiej
nie modlił, nie chodził do kościoła i nie komunikował
się od świętych. Nikt bardziej nie okazywał
zewnętrznego kultu, niż oni. Kto dokonał wspanialszych
dzieł miłości bliźniego, jeżeli nie święci? Są wyznania,
które zerwały z nieodpowiednimi – jak twierdzą –
zewnętrznymi obrządkami. Ciekawy jednak objaw, że w
tych właśnie wyznaniach wyschło źródło miłości
bliźniego, nie ma tam zakonów, które by pielęgnowały
chorych, nie ma zakonnic, które by się opiekowały
podrzutkami itd.
     Jeśli więc ktoś w ten sposób stawia pytanie: „Czy
nie milsze jest Bogu wsparcie biednego, aniżeli
276
półgodzinne siedzenie w kościele?” – to należy
odpowiedzieć: tamto trzeba wykonać, a tego nie wolno
zaniedbywać!
        2. Wspólny kult Boga nie tylko nie wyklucza
miłosiernych uczynków względem bliźnich, ale nadto
posiada jeszcze cenną właściwość, że mianowicie jest
s p o ł e c z n y m b ł o g o s ł a w i e ń s t w e m , które
ma szczególne znaczenie zwłaszcza dla dzisiejszej
ludzkości, tak bardzo zróżnicowanej przez stosunki
społeczne i zgiełk życia współczesnego.
       Zgiełk życia współczesnego! A szczególnie
wielkomiejskiego! Nigdzie człowiek nie czuje się tak
samotny, jak w wielkim mieście, w stolicy, w
Budapeszcie. Kto chce samotnie i spokojnie żyć do
śmierci, może to łatwiej osiągnąć przez przebywanie w
wielkim mieście, niż wstępując do Kamedułów lub
Kartuzów. Czy to kogo obchodzi, że w jakiejś
wielopiętrowej, liczącej 200 – 300 mieszkańców
kamienicy, mieszka staruszek, albo staruszka, u których
story są zawsze spuszczone, którzy rzadko pokazują się
na ulicy, których nikt nie zna, ani oni nikogo? Jeśli ktoś
chce, może być nieznanym przez całe życie…
      Jednocześnie to jest tragedią milionowego miasta,
że człowiek może w nim żyć samotnie, ale także i
umrzeć zapomniany, i dopiero po kilku dniach natrafią
w pokoju na jego trupa. Wielu jest takich ludzi po
miastach, którzy nikogo na ziemi nie mają!
Sublokatorzy, którzy korzystają tylko z noclegów;
biedacy, żywiący się groszowymi obiadami. Taka
bezdomność i opuszczenie są źródłem nie tylko
rozgoryczenia, ale również i występków. Ciągną
                                                         277
tysiącami robotnicy do Pesztu… wszystko do Pesztu.
Swoje małe tłumoczki zostawiają gdzieś u dalekich
znajomych i w poszukiwaniu pracy rzucają się w ocean
wielkiego miasta. Od razu przy pierwszym spotkaniu z
wichurą pada wiele masztów. Wielu odważnych ludzi
tonie we wzburzonych falach wielkiego miasta! Ciężki
jest los człowieka, gdy na bruku wielkiego miasta
zostanie osamotniony!
       Otóż, Bracia, jeśli tacy ludzie są katolikami, to już
nie są samotni. Przychodzi niedziela, i suma w
niedzielę! Już nie są samotni. Widzą tysiące, tysiące
braci, z którymi razem się modlą przed obliczem
wspólnego Ojca. Tu, w domu bożym, wszyscy są równi!
Tak: starszemu ustąpi miejsca młodzian, kobiecie –
mężczyzna, ale poza tym wszyscy są równi. Dyrektor
fabryki modli się razem z robotnikiem, kierownik biura
klęczy razem z portierem, hrabina, właścicielka domu –
ze stróżką… do wszystkich odwraca się z
pozdrowieniem kapłan odprawiający mszę świętą:
Dominus vobiscum! Bracia! Niech będzie z wami Pan,
nasz Pan Jezus Chrystus! Wszyscy odpowiadają: Et cum
spiritu tuo. Również z tobą, Bracie, odprawiający mszę,
niech będzie Pan, nasz Pan Jezus.
       Bracia! Jaka krzepiąca jest świadomość, że w
naszych kościołach, w naszej religii nie ma różnic
społecznych, nie istnieje podział na trzy klasy, jak na
kolei, bo chociaż przy trumnie jednego nieboszczyka
pali się dziesięć świec, a przy trumnie drugiego
dwadzieścia, chociaż przy jednym ślubie asystuje
dwóch, a przy drugim czterech ministrantów: to nie
stanowi różnicy. Istota liturgii, łaska sakramentalna jest
278
udzielana jednakowo wszystkim, ze względu na duszę
każdy jest równy wobec Boga.
      Na ustach zawiedzionych i rozgoryczonych ludzi
pojawia się rozpaczliwa skarga: „Kościół jest również
po stronie panów! Kościół również narzuca jarzmo
kapitalizmu!” Bracia! Na przyszły rok przy omawianiu
dziewiątego Przykazania, obszerniej pomówimy, co
należy odrzucić z kapitalizmu, a co należy sobie
przyswoić, ale już teraz pytam: gdzie pyszny,
uciemiężający biednych, duch kapitalistyczny napotyka
na większe rozczarowanie, niż w Kościele katolickim?
      Nasza święta wiara co niedzielę, w czasie mszy
świętej stawia tuż obok siebie ludzi, których dzielą
zajęcia, klasy społeczne, stan posiadania, narodowość,
cywilizacja.
      Gdybym chciał to określić w sposób nowoczesny,
powiedziałbym, że nasze wspólne nabożeństwa są
wspaniałą demokracją Chrystusową!
Demokracja! Najbardziej nowoczesne hasło! Zawiły
problem dzisiejszych czasów! Otóż, Bracia! Kościół w
każdą niedzielę rozwiązuje ten problem. Dziś jest „Biała
niedziela”, dzień pierwszej Komunii świętej! Patrzcie!
Przystępują do Komunii świętej małe dzieci ze szkół.
Córeczka fabrykanta klęczy obok córki szofera, obie
odziane w biały welon. – Odprawiają pierwszą mszę
świętą dwaj młodzi kapłani: jeden jest synem garncarza,
a drugi zamożnego właściciela ziemskiego. Obaj
jednakowo skłaniają głowy, stojąc na stopniu ołtarza, i
mówią pokornie: Mea culpa… Syn garncarza, jeśli się
okaże godnym, może kiedyś zostać prymasem, a syn
bogatych arystokratów nie będzie biskupem, jeśli nie
                                                    279
wykaże warunków odpowiednich. Czy może istnieć
doskonalsza demokracja?
      Idziemy do kościoła, słyszymy na kazaniu, że
niebo jest przygotowane nie tylko dla bogatych, a
potępienie czeka nie tylko wyłącznie biednych, nagroda
lub kara życia wiecznego spotka wszystkich jednakowo,
zależnie od życia, jakie prowadzą: hrabiemu czy
zamiataczowi ulic grozi potępienie po życiu złym tak
samo, jak królowi, czy cyganowi. Czy może istnieć
wznioślejsza demokracja?
      Biedny żebrak przystępuje do konfesjonału,
otrzymuje rozgrzeszenie, bo żałuje za swoje grzechy; po
nim klęka do spowiedzi elegancka dama, i odchodzi bez
absolucji, bo nie chciała się wyrzec grzechu. Czy może
być wspanialsza demokracja?
       Tak, Bracia! O ile tylko można na ziemi wśród
ludzi, którzy uginają się pod ciężarem następstw grzechu
pierworodnego, wprowadzić zasadę równości, to czyni
to Kościół w czasie publicznych nabożeństw.
       Otóż i dlatego trzeba chodzić do kościoła. Tak; i
na szczytach gór można czcić Boga; i w zamknięciu i w
swoim małym pokoiku; modlitwą jest również pomoc,
jaką okazuję cierpiącym i nędzarzom, ale, Bracia,
wszystko to jest tylko cieniem, wątłym przejawem
religijności,    w     porównaniu     ze    wspaniałym
błogosławieństwem, płynącym ze wspólnych nabożeństw
niedzielnych!




280
                     *     *      *


       Kochani Bracia! Dzisiejszy człowiek nie lubi
myśleć o wiecznych ideach, dlatego pozostaje przez całe
życie bezmyślnym niemowlęciem, które się ciągle bawi.
Małym dzieckiem, które traktuje życie, jako zabawkę,
które z godną podziwu lekkomyślnością przegrywa
najświętsze wartości życia: czystość serca, cnotę, honor,
życie wieczne. Bracia! Z bólem mówię o tym, ale tak
jest: dla wielu ludzi życie jest tylko lekką igraszką,
wielu spędza czas na zabawach, w pogoni za barwnymi
motylami, lub w gnuśnym lenistwie, bezmyślnie!
       Idę gdzieś z wizytą. Dzwonię, otwierają się drzwi,
pokojówka mówi: „Państwa nie ma w domu, wyszli”.
Bracia! U wielu ludzi skarży się dusza: Tego człowieka
nigdy nie ma w domu! Wyszedł. Myśli jego wciąż gonią
za przyjemnościami, za pieniądzem, za rozkoszami,
zajmuje się wszystkim, tylko nie własną duszą, którą
traktuje po macoszemu, nigdy nie potrafi być sobą:
nigdy go nie ma w domu! Co za głębia mądrości kryje
się w trzech słowach, które święty Bernard napisał do
papieża Eugeniusza: „Tuus esto ubique!” Wszędzie bądź
sobą! Nie daj się porwać światu aż do tego stopnia,
żebyś przestał być sobą.
     Czy wiecie już teraz, jaka jest wartość liturgii?
Wiecie, jakie znaczenie ma niedzielna msza święta?
Uczy nas przebywać u siebie! Jest miejscem
wytchnienia na morzu życia!
      Na oceanie Atlantyckim w ten sposób chcą
                                                     281
ułatwić komunikację samolotową, że w pewnych
punktach mają zamiar zbudować wyspy, na których
mógłby się zatrzymać lotnik dla wypoczynku i nabrania
nowych zapasów i benzyny potrzebnej do dalszej drogi.
      Bracia! My, żeglarze po oceanie życia, również
musimy odpocząć i nabrać nowych sił. Po codziennych
troskach, po mozolnej, całotygodniowej pracy,
potrzebny nam półgodzinny wypoczynek, źródło
nowych sił: niedzielna msza święta. Jeśli pobożnie
modliliśmy się w czasie świętej Ofiary, to z ochotą
wracamy do pracy, do naszych obowiązków i śmiało
stawiamy czoło wszelkim pokusom, które czyhają na
nas w następnym tygodniu.
      Dzięki Ci, Chryste, że dałeś Mszę świętą i dzięki
Ci, Kościele święty, że nałożyłeś na nas obowiązek Jej
słuchania. Amen.


                        XXII.


  NASZA LITURGIA ODPOWIADA NATURZE
              LUDZKIEJ.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Kościół katolicki i nasza święta wiara nie tylko
głoszą wspaniałość i wielkość Boga, ale starają się
wyzyskać każdą sposobność i użyć wszystkich środków,
żeby dać wyraz temu uwielbieniu. Nikt na świecie nie
potrafi odczuć tak głęboko majestatu, wielkości i
282
wspaniałości potężnego Władcy świata, jak nasza święta
wiara, którą w ciągu dwóch tysięcy lat, z zewnętrznych
obrządków ku czci Boga, zbudowała przepiękny gmach
liturgii.
       Kościół nie idzie śladem Kaina, który, gdy składał
ofiarę Bogu, mówił: Wystarczy złożyć i poślednie
ziarno!… Nie, Bracia! Nasza święta wiara składa Bogu
w ofierze najcenniejsze skarby, wszystko, co
przedstawia największą wartość, co najpiękniejsze,
najbardziej wartościowe i artystyczne, co się najlepiej
nadaje do zewnętrznego ujawnienia naszych uczuć
religijnych i wyrażenia naszego szacunku.
      Przez dwa tysiące lat wznosił Kościół ten
wspaniały gmach kultu bożego, czyli liturgii, ale są
ludzie, których razi ta artystyczna budowla, a nawet
można powiedzieć – gorszy. Są jednostki, które patrzą
na urodzajne drzewo liturgii bez zrozumienia i
powtarzają: „Tak, tak… trzeba chwalić Boga, ale to już
za dużo, co Kościół urządza! Wśród tylu zewnętrznych
obrzędów ginie istota rzeczy. Na przykład, ile to jest
ceremonii przy odprawianiu mszy świętej! Złote
naczynia, jedwabne szaty, mnóstwo świec, muzyka i
wiele innych rzeczy… Cenię mszę świętą! – mawiają –
ale mogłaby się odbywać bez takiego zewnętrznego
przepychu! Jestem na pontyfikalnym nabożeństwie, ale
nie rozumiem, dlaczego kręcą się koło ołtarza tu i tam –
przyklękają, zdejmują, to znów nakładają infułę – nic
nie rozumiem! Wszystko to czcze formułki”.
     Tak mówią niektórzy ludzie, a wy, Bracia, może
się dziwicie, że przytaczam na ambonie ich
rozumowania w całej rozciągłości.
                                                     283
      Nie dziwcie się jednak, Bracia! Mówię wszystko,
bo wierzę, że nasza święta wiara chrześcijańska nie ma
nic do ukrycia, że nie powinna się bać niczego! Jeśli
ktoś ma jakieś trudności, najlepiej ich nie pomijać!
Należy więc odpowiedzieć i na wyżej wymienione
zarzuty. Posłuchajcie, teraz przy omawianiu III
Przykazania Bożego, w jaki sposób możemy spokojnie i
roztropnie bronić naszej liturgii.
      Pierwszy zarzut przeciw liturgii jest taki, że wśród
mnóstwa ceremonii ginie zasadnicza treść; przypatrzmy
się więc najpierw i s t o c i e m s z y ś w i ę t e j . Drugi
zarzut brzmi, że, mnóstwo ceremonii jest wytworem
sztucznym,      zewnętrznym,         zbytecznym,         więc
zobaczymy,        jak           bardzo           liturgia
odpowiada naszej naturze i zaspakaja
potrzeby ducha.


                             I.


Jak winniśmy myśleć o mszy świętej?


       Kochani Bracia! Najważniejszą i najwyższą
częścią i ośrodkiem katolickiego kultu, katolickiej
liturgii, jest msza święta. Wszelkie bogactwo, przepych,
wszystkie ceremonie we mszy świętej odnoszą się do
jawiącego się wśród nas Chrystusa! O, tak! Kościół
posługuje się mnóstwem ceremonii, ale nigdy nie
zapomina, że one nie są celem, tylko środkiem.
Uroczyste pieśni śpiewane podczas sumy, artystyczne
284
obrazy w ołtarzach i cudna architektura kościołów
istnieją nie dla przyjemności naszych zmysłów, lecz
dlatego, by przy pomocy oddziaływania na zmysły
przenieść duszę w dziedzinę życia nadprzyrodzonego, by
pod wrażeniem piękna artystycznego dusza nasza
wzniosła się w sferę nadprzyrodzone go piękna, do
Boga, źródła prawdziwego piękna.
      W historii najstarszych epok znajdujemy
wzmianki o ofiarach, składanych Bogu przez wszystkie
narody, ceremoniach i obrzędach u różnych ludów.
Potrzeba składania ofiar płynie z głębi natury ludzkiej;
na całej kuli ziemskiej, wszędzie, gdzie spotykamy
człowieka, znajdujemy ołtarz, na których by złożyć hołd
majestatowi Stwórcy, składano ofiary z płodów ziemi.
     Poganie składali na ołtarzach owoce i zwierzynę,
a nawet ofiary w ludziach, ale od chwili, gdy Chrystus
Pan dokonał Swej wzniosłej Ofiary krzyżowej, Bóg –
Człowiek oddający się na śmierć stanowi jedyną
prawdziwą ofiarę, i Bogu oddajemy najwyższy hołd, gdy
powtarzamy codziennie ofiarę mszy świętej.
      Czy wiecie, Bracia, czym jest msza święta według
nauki    Kościoła      katolickiego?    Upamiętnieniem
najbardziej wstrząsającego momentu w historii świata,
żeby go nie zatarły burze wieków. Chrystusa Pana
nazywamy wiecznym arcykapłanem (Hbr 6, 20; 7, 24) i
nie jest to pusty tytuł, gdyż Chrystus składa przez
Swoich kapłanów codziennie, wiele tysięcy razy Swą
krwawą ofiarę Golgoty. Ten sam ofiarnik, ta sama ofiara
i ten sam przedmiot ofiarowany, co w Wielki Piątek,
powtarza się ciągle; krzyż był pierwszym ołtarzem, a od
tego czasu każdy ołtarz stał się krzyżem
                                                    285
wielkopiątkowym.
      Chrześcijanie odnoszą się od dwóch tysięcy lat, z
wielką ufnością do mszy świętej. Wspólnotę wiernych,
czyli Kościół nazywamy mistycznym Ciałem Chrystusa,
a wobec tego słusznie można twierdzić, ze sercem tego
mistycznego Ciała jest msza święta, bo za
pośrednictwem mszy świętej płynie z praźródła Kalwarii
łaska zbawienia dla dusz, tak jak z serca rozchodzi się
ożywcza krew po całym organizmie.
     Tak, my wiemy dobrze, że we mszy świętej
główną rzeczą nie jest ceremonia, stanowi ona tylko
ramy dla istoty mszy świętej: dla ofiary Chrystusa Pana.
      Wiemy, ze według nauki Kościoła ceremonie nie
stanowią istoty ani życia religijnego, ani kultu bożego,
bo przecież w bardzo ciężkich warunkach Kościół
zgadza się na opuszczanie ceremonii.
       Z bólem serca czytaliśmy o krwawych
prześladowaniach, jakie znosili wierni w Meksyku. Za
modlitwę karano więzieniem, i setki ludzi aresztowano z
powodu „słuchania mszy świętej”. Co uczynił w tych
warunkach Kościół, żeby zapewnić milionom wiernych
mszę świętą i święte sakramenta? Kapłanom w Meksyku
udzielił tak daleko idących zezwoleń, o jakich dzieje
Kościoła nie wspominają: mogli odprawiać mszę świętą
o każdej porze dnia, w każdym miejscu; mogli
opuszczać ceremonie, odprawiać bez świec i szat
liturgicznych, a odmawiali tylko istotne części mszy
świętej. Pozwolono nawet świeckim, by piastowali w
rękach Przenajświętszy Sakrament (co w normalnych
warunkach czynią tylko kapłani, posługując się zresztą

286
tylko dwoma palcami), by Go przy sobie nosili, żeby w
razie niespodziewanego wyroku śmierci, nie ginęli bez
Komunii świętej.
      Oto, Bracia, i Kościół jest tego zdania, że obrzędy
nie należą do istoty mszy świętej. Wyraźnie podkreśla,
że czysto zewnętrzny obrządek, bez treści wewnętrznej
nie ma żadnego znaczenia. Tak, Bracia, sam zewnętrzny
kult Boga jest bez znaczenia. Ktoś może sobie
poodgniatać kolana od klęczenia, może wystrzępić wargi
długimi modlitwami, może wiele razy wznosić błagalnie
ręce ku niebu – a mimo wszystko nie czci naprawdę
Boga, jeśli… dusza nie bierze w tym udziału. Co więcej,
obrażamy Boga, jeśli życie nasze nie świadczy o tym, co
okazujemy na zewnątrz!
       Wobec tego, Kochani Bracia, nasza święta wiara
nie potrzebuje wyrzekać się wspaniałych i pełnych
urozmaicenia obrzędów liturgicznych. Wszystko, co
przejawia się w naszych zewnętrznych ceremoniach,
ściśle jest związane z naszą naturą, to też chcąc się
wyzbyć obrządków, wypływających z głębi naszej
natury, musielibyśmy najpierw zmienić właściwości
natury ludzkiej.
     Zastanówmy się nad tym głębiej w drugiej
połowie kazania.




                                                     287
                           II.


      Obrzędy liturgiczne odpowiadają
             naturze ludzkiej.


      Chciałbym Wam, Bracia, zwrócić uwagę, że i w
życiu ludzkim pełno jest ceremonii i formalności.
Wszyscy, którzy okazują swe niezadowolenie wobec
bogatej liturgii katolickiej, którzy mówią, że jest ona
sztuczna, czysto zewnętrzna, niech sobie przypomną, ile
zewnętrznych formalności spotyka się w życiu ludzkim?!
A zatem nie są to widocznie tylko zewnętrzne objawy,
ale wynikają z właściwości ludzkiej natury! Jeśli
zewnętrzne formy przejawiają się na każdym kroku,
możemy ich także pomijać, obcując z Bogiem. Jeżeli nie
odrzucamy przepisów dobrego wychowania i obcowania
z ludźmi, i nie nazywamy ich czymś czysto
zewnętrznym, dlaczego mielibyśmy inaczej postępować
z przepisami liturgicznymi? Liturgia jest bowiem
niczym innym, tylko kodeksem dobrych obyczajów w
kościele.
       Rozpatrzmy zarzuty stawiane naszej liturgii:
        1. P a n J e z u s n i e u s t a n o w i ł t y c h
c e r e m o n i i ! – mówią niektórzy. Mają oni o tyle
słuszność, że nie wszystkie szczególne ceremonie,
wśród których dzisiaj Kościół sprawuje Ofiarę
bezkrwawą, ustanowił Pan Jezus, lecz pochodzą one z
gorącej miłości Kościoła. Ale, Bracia, upoważnienie do
288
ich ustanowienia otrzymał Kościół od samego Pana
Jezusa. Podczas Ostatniej Wieczerzy przemieniwszy
chleb i wino, powiedział Chrystus te słowa: „To czyńcie
na moją pamiątkę!” To czyńcie! „Czynić”, oznacza
zewnętrzny przejaw, zewnętrzny ruch, zewnętrzną
modlitwę.
       2. C z y n i e w y s t a r c z a m o d l i ć s i ę w
d u c h u ? Po co mam mówić głośno, że kocham Boga?
Czy nie wystarczy modlitwa myślna? Przecież istotną
rzeczą jest to, co się dzieje we mnie, a nie to, co się
dzieje na zewnątrz?!
      Prawda, Bracia, ważne jest to, co dzieje się
wewnątrz. Ale posłuchaj nadchodzą twoje imieniny,
masz małego synka, którego żona już przedtem całymi
dniami uczy powinszowania na twoją cześć. W dzień
imienin stanie przed tobą pięknie wystrojone małe bobo
i wyrecytuje wierszyk, w którym opowiada, jak ci kocha
i jak bardzo jest ci wdzięczne! Przecież kocha cię
zawsze, nawet gdy głośno o tym nie mówi! A jednak jest
rzeczą zupełnie naturalną, by dziecko nie kryło w sercu
swych uczuć, lecz żeby je wyjawiło przy nadarzającej
się sposobności. Również naturalną rzeczą jest, żeby w
pewnych okolicznościach głośno wobec innych wyznać,
że kocha się Ojca Niebieskiego.
       Prawda, istotę stanowią nasze przeżycia
wewnętrzne! Ale przecież każda ceremonia kościelna
jest tylko symbolem, odzwierciedleniem naszych stanów
wewnętrznych! Nie podoba ci się w naszych obrządkach
symboliczna ceremonia, jej forma, przebieg? A przecież
całe nasze życie składa się z symboli, słów i ruchów,
które zachowujemy i szanujemy. Skoro mówią, że
                                                       289
kadzidło, woda święcona, klękanie nie ma żadnego
znaczenia, jakie wobec tego ma znaczenie sztandar
narodowy? Żadnego, jest tylko kawałkiem płótna… Czy
naprawdę? O, nie! To symbol całego narodu! Czym jest
order „Polonia Restituta”, który zdobi twoje piersi? Czy
tylko kawałek metalu? Nie! To symbol uznania twoich
zasług wobec państwa!
       3. A l e , p o c o u b i e r a s i ę k a p ł a n w
jedwabne szaty, kiedy ma odprawiać
m s z ę ś w i ę t ą ? Czasem ubiera się na biało, to
znowu na czerwono, lub fioletowo? Po co to wszystko?
Czy nie byłaby ważna msza święta, gdyby ją odprawiono
w cywilnym ubraniu? Dlaczego w dzień powszedni
wystarcza, gdy się palą na ołtarzu dwie świece, a w
święta potrzeba zaraz sześciu, albo dwunastu? Dlaczego
do pontyfikalnej sumy biskup wdziewa atlasowe
haftowane sandały, mitrę, drogocenny pastorał itd. Tyle
przepychu, blasku, a przecież Pan Jezus był ubogi?!
      Nagromadziło się takie mnóstwo pytań, Kochani
Bracia, że muszę obszerniej na nie odpowiedzieć. Są
ludzie poważni i religijni, którzy myślą: Czy by tego
wszystkiego nie można, było odrzucić, jako
niepotrzebnej pozostałości z dawnych wieków?…
       Otóż, Bracia, jestem przekonany, że gdyby
Kościół dzisiaj ustanawiał wszystkie ceremonie, to
napewno urządziłby je prościej. Jestem tego pewien!
Myślę jednak, że nie ma w tym przesadnego
konserwatyzmu, jeśli Kościół nawet w naszych
demokratycznych czasach nie zrezygnował ze
wspaniałej, wiekowej liturgii, bo warto zaznaczyć, że
dzisiejsi ludzie nie są takimi „demokratami”, za jakich
290
się podają. Niedawno przybyła do „państwa klasycznej
demokracji”, do Ameryki, pewna europejska królowa, a
„demokraci” amerykańscy czuli się niewymownie
szczęśliwi, i z takimi ceremoniami, jak nigdzie w
Europie, przyjmowali dostojnego gościa.
      Kościół zupełnie słusznie może zachować przy
pewnych uroczystościach stuletnie, prastare ceremonie,
złote szaty, drogocenne kamienie, kosztowne
pastorały… dopóki ludzie będą przestrzegali pewnych
zwyczajów, dopóki nasi obywatele w pewnych
okolicznościach będą przywdziewać odświętny strój
narodowy, drogocenną karabelę i kołpak z pióropuszem.
      Sędziowie, adwokaci, zarówno u nas jak i za
granicą noszą w czasie rozpraw togi, jako strój
urzędowy, a przecież „w cywilnym ubraniu mogliby tak
samo spełniać swoje obowiązki!” Po co się tak
uroczyście ubierają? Chcą pokazać, że nie przemawiają
jako osoby prywatne, ale jako przedstawiciele prawa.
       Wojskowi zawsze noszą mundur, a przecież „w
cywilnym ubraniu mogliby równie dobrze spełniać
swoje obowiązki?” Po co więc noszą mundur? Żeby
każdy widział, że występują nie jako osoby prywatne,
ale służą ojczyźnie. Dlaczego taką wagę przywiązujemy
do zewnętrznych form? Dlaczego mamy tyle różnych
pozdrowień na ulicy: przy spotkaniu wojskowi salutują,
cywilni zdejmują kapelusz, a przecież główną rzeczą
jest, żeby wojskowy kochał ojczyznę, o resztę mniejsza!
Czy naprawdę?
     Otóż, Bracia, Kościół nasz również nie pozwala
odprawiać mszy świętej w codziennym ubraniu, bo chce

                                                   291
wykazać po pierwsze, że kapłan występuje przy ołtarzu
nie jako osoba prywatna, po drugie, żeby nadać pewną
uroczystą formę czynnościom świętym – jak np.
profesorowie wszechnic przy promocjach ubierają się w
starożytne ubiory danej uczelni.
       Wielu z was widziało ceremonie, jakie odbywają
się przy nadaniu tytułu doktorskiego „sub auspiciis”. Co
jest istotą tych ceremonii? Czy to, że dają pierścień
królewski temu, kto wyróżnił się wybitnymi
zdolnościami? Można by to zrobić w ciągu kilku sekund,
albo można by wysłać pierścień adresatowi w
poleconym liście, byłoby to samo: bo dana osoba
otrzymałaby pierścień. A jednak tak nie postępujemy!
Przeszło pół godziny poświęcamy na ceremonię nadania
pierścienia! I nikt się temu nie dziwi! Uważamy za rzecz
zupełnie naturalną zachowanie pięknych, starych
zwyczajów, dzięki którym możemy dobitniej okazać
nasz szacunek.
       Chciałbym jeszcze coś odpowiedzieć owym
purytanom, którzy nie mogą się pogodzić z wielką
ilością ceremonii. Na pytanie: „Czy msza święta
miałaby taką samą wartość, gdyby była odprawiana przy
dwu świecach, a nie przy sześciu? Czy miałaby taką
samą wartość, gdyby była odprawiona w zwykłym,
codziennym ubraniu, jak w szatach liturgicznych?” –
odpowiadam: „Tak, miałaby taką samą wartość!” Ale
weźmy przykład z życia: Jesteś zaproszony do
arystokratycznego towarzystwa. Czy pójdziesz tam w
codziennym ubraniu? Z pewnością nie! Na pewno
będziesz się dowiadywał, na którą godzinę jesteś
zaproszony, bo przed południem można się ubrać w
292
żakiet, albo w strój wizytowy. A wieczór? – A, to co
innego! – Wtedy trzeba włożyć frak, albo smoking; a do
fraka białą, zaś do smokingu czarną krawatkę. Ani do
fraka, ani do smokingu nie nadaje się podwójny
kołnierzyk, tylko pojedynczy. Tak, a jakie masz włożyć
rękawiczki, reniferowe, czy zwykłe skórzane? Z kim się
masz najpierw przywitać? Kiedy wstać, a kiedy usiąść…
I tak dalej. Dlaczego się w tym wypadku nie pytasz: „Po
co takie mnóstwo zewnętrznych form, po co tyle
ceremonii? Przecież głównie chodzi o wewnętrzny
szacunek!” Nie pójdę w podartym ubraniu na ucztę
weselną, bo okazałbym przez to brak szacunku dla
nowożeńców. Równie nie jem palcami, tylko nożem i
widelcem ze względu na uszanowanie dla otoczenia!
     Czy mam jeszcze zbijać inne zarzuty? Ile świec
powinno się palić w czasie mszy świętej, dwie czy sześć?
      Powiedzmy,     przyjacielu,   że    pracuje   w
wieczornych godzinach przy małej lampce. Ktoś puka,
mówisz „proszę”, wchodzi twój szef, albo jakiś
wytworny przyjaciel. Co robisz? Natychmiast zapalasz
więcej światła. Dlaczego? Czy nie wystarcza mała
lampka? Ależ owszem! Lecz zapalasz światło ze
względu na szacunek. Tak; ja też mówię, że wewnętrzny
szacunek bliźniego jest główną rzeczą. A jednak mają
rację ludzie, kiedy wymagają zewnętrznych oznak
szacunku. Ale w takim razie, Bracia, przyznajmy
słuszność naszej świętej wierze, która swoim
wewnętrznym uczuciom religijnym chce nadać
zewnętrzny wyraz przez piękno i rozmaitość
ceremoniału.

                                                    293
                     *     *      *


     Kochani Bracia! W swoim kazaniu chciałem
wykazać naturalność ceremonii naszego kultu, który
wypływa z głębi duszy ludzkiej.
      Człowiek słyszy czasami i taki zarzut: „Pan Jezus
był ubogi, chodził boso, w takim razie nie wypada czcić
Go uroczyście!” – Mylisz się Bracie! Pan Jezus w
Swoim życiu ziemskim rzeczywiście zniżył się do
ubóstwa, ale obecnie powinniśmy czcić nie tego
ubogiego Chrystusa, ale uwielbiać Chrystusa, który
zdobył dla nas za cenę Swoich mąk wieczną chwałę;
Chrystusa, który siedzi po prawicy Boga Ojca;
Chrystusa, który w dzień sądu ostatecznego przyjdzie
sądzić żywych i umarłych.
      Wiem, i nasza święta wiara to uwzględnia, że są
dusze, które się lubią zatopić w sobie, i chcąc uwielbić
Boga, najchętniej lubią samotną kontemplację i cichy
kościółek; przeszkadza im udział we mszy świętej
pontyfikalnej, a nawet „granej” lub „śpiewanej” mszy
świętej unikają. Kochani Bracia! Dobrze wie o tym
Kościół i dlatego nigdzie nie nakazuje, że powinniśmy,
chociaż raz w życiu, wysłuchać śpiewanej mszy świętej!
Są ludzie, którzy to lubią. Ci niech chodzą do kościołów,
gdzie odprawiają się takie msze święte. Innym to
przeszkadza, bo lubią cichą modlitwę myślną – niech
więc idą na cichą mszę świętą. Wszystko jedno – to nie
robi różnicy! Są to szczegóły obojętne, a istotną rzeczą
we mszy świętej jest to, żebyśmy nie zapomnieli o Jej
294
wielkiej idei. O jakiej wielkiej idei? Że podczas mszy
świętej przychodzi Chrystus… wyciąga Swoje ramiona…
i tuli mnie do Siebie!…
       Kochani Bracia! Otrzymaliśmy smutne wieści o
trzęsieniu ziemi, które niedawno nawiedziło Bułgarię.
Ciągle się słyszy, że chwieje się w różnych punktach
nasza stara ziemia… Upłynęło zaledwie kilka lat, jak
trzęsienie ziemi w Chinach spowodowało straszne
spustoszenie, jakiego dotychczas nie notowano w
historii świata. Całe wsie znikły z powierzchni ziemi,
tysiące ludzi znalazło śmierć pod gruzami. Zakonnice w
Sisiang czekały właśnie w skupieniu na rozpoczęcie
mszy świętej, gdy zostały przywalone gruzami kaplicy.
Później, w czasie robót ratowniczych, między
rumowiskami znaleziono zwłoki przełożonej, która,
chcąc uratować dwoje małych dzieci, przytuliła je do
siebie podczas katastrofy, i zasłaniając swoim ciałem
maleństwa, poświęcając swoje życie, uratowała je od
śmierci.
       Bracia! Również koło nas chwieje się w posadach
świat ducha… we mszy świętej Chrystus wyciąga do nas
Swe ramiona… J e g o ś m i e r ć j e s t o b r o n ą
n a s z e g o ż y c i a . Amen.




                                                  295
                         XXIII.


      ZNACZENIE SYMBOLICZNE NASZEJ
                LITURGII.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W tych dniach otrzymałem bardzo miły list z
jednego powiatowego miasteczka. Autorzy tego listu
bardzo proszą, żeby mogli nie tylko raz, lub dwa razy na
miesiąc, jak dotąd, ale co niedzielę słuchać przez radio
kazań, wygłaszanych w tym kościele. Gdyby to było w
naszej możności, spełnilibyśmy ich życzenie.
        Dlaczego wspominam o tym liście? Ze względu
na jego autorów. Czy wiecie, kto to pisał? Przede
wszystkim, wiceżupan, notariusz królewski, dyrektor
gimnazjum, dyrektor muzeum żupanalnego, sędzia
powiatowy i kilku profesorów gimnazjalnych. W ciągu
moich kazań tak często wspominałem o anemii i
oziębłości duchowej dzisiejszego pokolenia, że muszę
teraz wyrazić wielką radość, jaką obudził we mnie ten
list. I wy, Bracia, winniście się cieszyć na myśl o tym, że
słów bożych słuchają nie tylko tu obecni, ale również
ludzie, przebywający w dalekich okolicach naszej
Ojczyzny, że tysiączne, niewidzialne rzesze schylają
pobożnie czoła przed nauką bożą!
      Więc tym, którzy w ubiegłą niedzielę nie mogli
słuchać mojego kazania, powtórzę w kilku zdaniach, o
296
czym była mowa w zeszłą niedzielę, bo dzisiaj rozwinę
dalszy ciąg tego samego tematu.
       Nasza święta wiara nakłada na nas obowiązek
słuchania mszy świętej w niedziele i święta. Co jest
istotą mszy świętej? Jedyny, wspaniały, wzruszający
moment, w którym ofiarujący kapłan, na podstawie
posłannictwa danego przez Pana Jezusa w czasie
Ostatniej Wieczerzy, nad chlebem i winem wypowiada
tajemnicze słowa, i w tej chwili pod postaci chleba i
wina, staje się obecnym na ołtarzu, wśród nas, Pan nasz
Jezus Chrystus.
       Jest to więc, dzieło jednego momentu! Kościół
jednak, wiedziony głęboka miłością, ozdobił ten,
moment pięknymi symbolicznymi czynnościami, tak jak
zdobimy drogi kamień, oprawiając go w złoto, lub
platynę, co podnosi jego wart i piękno. Obrzędy
liturgiczne są spadkiem po przodkach, dzisiejsze
pokolenie jednak jeśli – mu specjalnie nie
wytłumaczymy – ledwie je rozumie, nic więc dziwnego,
że często patrzy na nie bezmyślnie.
      A przecież każda symboliczna czynność ma
głębokie znaczenie, które warto poznać, bo przez to kult
Boga stanie się gorętszy i bardziej uduchowiony. I na
odwrót, jeśli nie poznamy naszych ceremonii, to staną
się pustą łupiną, ramkami bez obrazu. Dlatego sądzę, że
warto w dzisiejszym kazaniu objaśnić n a j c z ę ś c i e j
spotykane czynności symboliczne.




                                                      297
                            I.


       Najpierw, zanim przystąpię do szczegółów, muszę
się zwrócić do tych, którzy widzą przesadę w naszej
liturgii i skarżą się, że za dużo jest u nas symboliki.
       Chciałbym skierować ich myśl na ciekawy objaw
historyczno – kulturalny. Człowiek żyjący na ziemi,
czcił Boga od dawna i ciekawa rzecz, że z a w s z e
posługiwał              się      symbolicznymi
o b r z ę d a m i . Używanie symbolów płynie więc z
największych głębin natury ludzkiej.
      Jeśli będziemy o tym pamiętali, to nie
potrzebujemy się obawiać częstych zaczepek.
Przychodzą np. ludzie, którzy znają to, lub owo z historii
kultury ludów wschodnich i pytają: „Dlaczego wiele
obrzędów katolickich jest pochodzenia pogańskiego?
Poganie również używali kadzidła i wody przy
nabożeństwie! Dlaczego więc?…”
      Otóż, Bracia – co prawda, to prawda. Nie ma co
ukrywać. Przyznajemy, że poganie często posługiwali
się symbolicznymi ceremoniami, co tylko dowodzi, że
obrządki wypływają z głębi natury ludzkiej; gdy poganie
przyjęli chrzest, to Kościół nie niszczył przemocą ich
starych symbolicznych zwyczajów (może nie potrafiłby
nawet tego dokonać), ale te same symbole wprowadził
do kultu prawdziwego Boga. Wiele naszych dzisiejszych
uroczystości mieli i poganie. Kościół dał im tylko
chrześcijańską treść i przedmiot. Kościół powplatał do
wzorzystej tkaniny swojej liturgii te nici pogańskiego
298
kultu, które wyrosły z potrzeb natury ludzkiej, mającej
zamiłowanie w symbolach. Zdaje się, że to nie powinno
nikogo razić!
      Zwłaszcza, jeśli zastanowimy się, że w obecnym,
codziennym życiu spotykamy wiele cennych symboli,
które je upiększają, ale które staną się również
bezwartościowymi, jeśli przestajemy je rozumieć.
Przytoczę tylko jeden przykład: podawanie rąk.
Przyjaciele i wrogowie, wszyscy, kilka razy na dzień
podają sobie dłoń, ale nikt się nad tym nie zastanawia,
że podawanie rąk oznacza zaufanie i szacunek? „Nie bój
się! Nie jesteś osamotniony! Możesz na mnie liczyć
zawsze!” – to oznacza podanie ręki. Czy kto o tym dziś
pamięta? Jeśliby o tym pamiętał, to na pewno nie
podawałby ręki każdemu bez wyjątku! Już w
codziennym życiu są szkodliwymi takie puste formy, ale
gdy zawładną życiem religijnym, gdy obrzędy
pozbawione są ducha i znaczenia – to już jest rzeczą
wprost niebezpieczną! Bracia! Powinniśmy wiedzieć, co
robimy, kiedy składamy ręce do modlitwy, albo się
żegnamy… Co robimy, kiedy klękamy, albo
wstajemy… Do czego służy święcona woda i kadzidło…
Dlaczego płoną na naszych ołtarzach świece?… itd.
      Tak, Bracia: na słowa należy uważać, trzeba
zrozumieć znaczenie ceremonii, w zewnętrznej formie
odnaleźć istotną treść. Nie będziemy się dziwili
obrzędom, gdy zrozumiemy, ze wypływają z doskonałej
znajomości ludzkiej natury!




                                                   299
                           II.


     Zastanówmy się po kolei nad wspomnianymi
symbolicznymi ceremoniami.


                        1. Ręka.


Człowiek potrafi wyrazić bardzo wiele uczuć za pomocą
rąk. Spójrzmy na dwóch rozmawiających ludzi: nagle
podniesiona dłoń, ledwie dostrzegalny gest, krótkie
wzruszenie ramionami, czasami więcej znaczą, niż
najdobitniejsze słowo. Skoro nawet w czasie rozmowy
dwojga ludzi przejawiają się stany duchowe w
odpowiednich gestach, to o wiele bardziej uwidacznia
się to, gdy człowiek rozmawia z Bogiem! Więc błędnie
mniemają niektórzy, że główną rolę w modlitwie
odgrywa skupienie duchowe, wszystko jedno, czy modlę
się ze złożonymi rękami, czy je trzymam w kieszeni.
      Nie, nie wszystko jedno! Spójrzcie tylko:
       a) Jak trzyma ręce, kto cicho, spokojnie rozmawia
z Bogiem? O b i e z ł o ż o n e d ł o n i e t r z y m a
s p o k o j n i e . Dlaczego? Bo to oznacza szacunek,
uwagę, panowanie nad sobą, prośbę i bardzo wielką
ufność. W ten sposób, jak gdyby kładziemy obydwie
dłonie w ręce Pana „Ojcze, Twoim jestem!”
       To takie naturalne! Przypatrz się, gdy małe 3 – 4 –
letnie dziecko prosi o coś matkę: „Mamuniu, daj mi to!”
300
Prawda, że trzyma rączki złożone, chociaż go tego nikt
nie uczył!
      b) Teraz spójrzcie na człowieka, którego dusza
jest w czasie modlitwy zupełnie zatopiona w Bogu! Jak
trzyma ręce? Z ł o ż o n e p r z y c i s k a d o p i e r s i .
Jakby się obawiał, że go opuści błogi prąd świętej
modlitwy, i jakby go chciał zatrzymać na zawsze, żeby
w nim krążył z ręki do ręki… Prawda, jakie to
naturalne?!
        c) Potem następują chwile zachwytu w modlitwie.
Chwile, w których organy jakby grały radosne „Te
Deum”. Jak modlimy się wtenczas? Tak, jak kapłan, gdy
śpiewa wspaniały, pełen uwielbienia dla Boga tekst
prefacji: p o d n o s i m y o b i e r ę c e d o g ó r y i
r o z k ł a d a m y d ł o n i e , żeby promieniowała od
nas chwała do Boga, jak z nadawczej radiostacji.
       Ale przychodzą wielkie pokusy, chwile
dotkliwych klęsk, kiedy o wiele więcej potrzebujemy
pomocy i laski bożej. W takich razach modlimy się
znowu ze wzniesionymi rękami, a nasze ramiona są
wtenczas, jakby anteną stacji odbiorczej, która chwyta w
siebie fale pomocy bożej!
     Prawda, Bracia, jakie to wszystko naturalne!
Tylko nie róbmy z tego szopki! Niech to nie będzie
czczym gestem! Niech tętni żywa dusza pod osłoną
zewnętrznej formy!
     d) Teraz przychodzi kolej na wielką, świętą
czynność:    żegnanie        się     krzyżem
świętym!
      O, kto zdaje sobie sprawę, co znaczy krzyż, ten
                                                          301
nie będzie się go wstydził! Czasem widzi się ludzi,
którzy przychodząc do kościoła, robią u wejścia
pensjonarski dyg i stukają się w piersi. Co to ma być?
Przyklęknięcie i przeżegnanie się? Ten sparaliżowany
gest, ten zdegenerowany ruch, to ma być znak krzyża
świętego?! Nie! Prawdziwy znak krzyża świętego robi
się spokojnie, pięknie, poważnie. Gdy przenoszę rękę od
czoła na piersi, z jednego ramienia na drugie, to wprost
czuję, jak obejmuje mnie krzyż Chrystusa, jak bierze w
posiadanie mój umysł, serce i uczynki. Chrystus
krzyżem mnie odkupił i krzyżem uświęcił! Kładę na
siebie znamię krzyża przed modlitwą, żeby w czasie
modlitwy do Niego należały wszystkie moje myśli.
Żegnam się po modlitwie, żeby został przy mnie
Chrystus. Żegnam się krzyżem w niebezpieczeństwie,
żeby mnie ratował, w pokusie, żebym nie upadł. Żegnam
krzyżem, jeśli kogoś błogosławię i jeśli pragnę, żeby mu
towarzyszyła moc Chrystusa Pana. Ale żegnać należy
się pięknie, powoli, świadomie, pobożnie! Wszystko to
symbol, zupełnie naturalny symbol!


                2. P r z y k l ę k a n i e .


       W takim duchu mamy wykonywać i przyklękanie!
Znowu symbol. Pyszny zadrze głowę, wysunie naprzód
piersi, jakby chciał zaznaczyć swą wyższość! Kłaniamy
się ludziom tym niżej, im wyższą piastują godność. A
wobec tego jak się mamy kłaniać Panu Bogu? Czy to nie
jest naturalne, że wtedy klękamy?
      Kiedy wobec Boga poznamy naszą znikomość,
302
gdy chcemy dać wyraz naszej pokorze, przyklękamy.
Nie ma piękniejszego widoku, niż człowiek czystego
serca, który klęczy przed obliczem Boga, i jakby chciał
mówić: „Panie, Tyś wspaniały, potężny, a ja maleńkie
stworzenie, ale mam czystą duszę! O, daj mi zawsze
czyste i pokorne serce, bo wtenczas nie zginę!”
      Ale jeszcze chciałbym na coś zwrócić uwagę,
Bracia! Nie zginamy kolan przed nikim, tylko przed
Bogiem! Ale klękajmy przed Bogiem, nie róbmy tylko
dygu! Nie spieszmy się i nie opuszczajmy
przyklęknięcia! Wlewajmy duszę w przyklęknięcie! Jeśli
wchodzę, lub wychodzę z kościoła, powinienem się
zwrócić w stronę Przenajświętszego Sakramentu i
powoli, z szacunkiem głęboko przyklęknąć aż do ziemi,
ale przy tym powinna się ukorzyć i moja dusza, i
powiedzieć: „O przepotężny Boże!…” Tak: to jest
prawdziwe, budujące przyklęknięcie!


                  3. P o w s t a n i e .


      Jest jeszcze inny sposób, którym wyrażamy Bogu
nasz szacunek, a mianowicie: powstanie.
      Siedzisz przy biurku. Ktoś stuka. „Proszę”.
Wchodzi jakiś dostojny gość. Co robisz? Natychmiast
wstajesz. Stoisz będąc na audiencji u Pana Prezydenta,
bo w takich wypadkach siedzenie świadczyłoby o złym
wychowaniu i o zamiłowaniu do zbytniej wygody. Stoję,
to znaczy: Czekam, jak wierny sługa na rozkaz, jestem w
każdej chwili w pogotowiu, jak śmiały żołnierz. To
oznacza powstanie. Gdy podczas mszy świętej czyta
                                                   303
kapłan Ewangelię, wstajemy, by okazać szacunek. Kiedy
chrzestni rodzice składają w imieniu dziecka
zobowiązanie, kiedy dzieci przystępują do pierwszej
Komunii świętej i odnawiają swój ślub, złożony
poprzednio przy chrzcie, to stoją – jakie to wszystko
naturalne! Przyrzekam wielką, poważną sprawę, więc
muszę stać na baczność, być gotowym do walki.


               4. Ś w i ę c o n a w o d a .


      Mamy tu znów inny, miły symbol: u ż y w a n i e
w o d y ś w i ę c o n e j . Kiedy wchodzimy do kościoła,
kiedy kładziemy się wieczór na spoczynek, kiedy
budzimy się rano, by rozpocząć nowy dzień, robimy
znak krzyża wodą święconą. Woda! Tajemnicza woda!
Jeśli powalało cię błoto życia, woda zmyje cię do
czysta! Jeśli osłabłeś w walce życiowej, woda pokrzepi
twoje siły. Wchodząc do kościoła, powinienem mieć
czyste myśli, serce, zamiary, czyny i dlatego dotykam
święconą wodą mojego czoła, piersi i obu ramion. Jest to
zupełnie naturalne!
      Przychodzi noc, wyłaniają się ciemne potęgi; noc
jest matką zbrodni, jak słusznie mówi przysłowie: „Noc
jest nieprzyjacielem człowieka”. Jesteśmy dziećmi
Słońca i synami światłości! Kiedy więc mamy wejść do
tajemniczej    krainy      mroku,   ciemności,     snu,
nieświadomości, kiedy gaśnie elektryczność i światło
świadomości, robimy na sobie wzmacniający znak
krzyża Chrystusowego, żeby nas Bóg strzegł od
wszelkiej ciemności grzechu. Wstając rano do nowego
304
życia, żegnamy się również krzyżem świętym, żeby nam
podczas dnia przyświecała światłość.
      Czy wszystko to nie jest miłym, a jednocześnie
naturalnym symbolem?


                   5. K a d z i d ł o .


      A, kadzidło! Co chce wyrazić Kościół przez
palenie kadzidła? Może często zastanawia to człowieka,
który nie rozumie, jakie znaczenie ma kadzidło? „Po co
taka rozrzutność? Po co to zabobonne okadzanie? To
ceremonia bez żadnego znaczenia!”
      Otóż, Kochani Bracia! Kościół rzeczywiście nie
przywiązuje wielkiej wagi do palenia kadzidła. Wonny
dym kadzidła wznoszący się w górę, może oznaczać
nasze modlitwy, ale powiedzmy krótko: Spalamy
kadzidło, bo to jest estetyczne! Jesteśmy rozrzutni, bo
miłość czasami lubi być rozrzutna! Dziwnie piękny jest
widok, kiedy czyste ziarnka kadzidła kładziemy na
ogień i z rozhuśtanej kadzielnicy wznoszą się w górę
wonne chmury, niby hymn rozśpiewanych ptasząt o
świcie, niby cicha melodia, niby promienie
bezgranicznej miłości.
      „Ale, czy to podoba się Panu?” – pytasz,
Naturalnie, podoba się nie zapach kadzidła, ale paląca
kadzidło miłość ludzka! Podoba Mu się na pewno!
Mamy na to dowód w historii z Magdaleną. Chciwy
Judasz oburzał się na rozrzutność Marii Magdaleny,
która drogim olejkiem namaściła nogi Pana. A Pan
                                                   305
bronił Magdaleny, bronił rozrzutności, która płynęła z
głębokiej miłości, a więc tym bardziej broni ofiary
ludzkiego życia, spalanej w ogniu miłości wonnego
kadzidła.


                      6. O ł t a r z .


       Pozwólcie, że powiem kilka słów i o o ł t a r z u !
Bardzo znane słowo „ołtarz” nie wzbudza żadnych
nowych myśli. Naprawdę, Bracia, najpiękniejszym
dziełem twórczości ludzkiej, odzwierciedleniem
najszlachetniejszych pierwiastków naszej natury, jest
ołtarz. Stawiając 58 – piętrowe drapacze chmur, wykazał
człowiek, że jest mistrzem w dziedzinie architektury.
Budując radiostacje, olbrzymie anteny – dał dowód, że
jest władcą elektryczności. Wznosząc kominy fabryczne,
hangary dla samolotów, stacje kolejowe – stwierdził, że
objął ziemię w swoje posiadanie… Ale buduje i ołtarze,
przed którymi korzy się w prochu na kolanach, i uznaje
nad sobą wyższą, wszechmocną Istotę, nieskończonego
Boga! Człowiek składa Bogu ofiary w kościołach, na
kamiennych ołtarzach, ale to nie wystarcza. Pan żąda
innej ofiary: ofiary w żywej świątyni ludzkiego ciała, na
żywym ołtarzu serca: ofiary z naszego życia, zgodnego z
wolą bożą.




306
               7. B i c i e s i ę w p i e r s i .


       Rozpoczyna się msza święta. Kapłan jeszcze nie
ma odwagi przystąpić do ołtarza, modli się najpierw
przy stopniach. Mówi: „Confiteor Deo omnipotenti”,
„Spowiadam się Bogu wszechmogącemu…” „Mea
culpa…” „moja wina…” – powtarza trzykrotnie, i za
każdym razem b i j e s i ę w p i e r s i . Bijemy się w
piersi, gdy mamy świadomość popełnionego grzechu,
gdy przygotowując się do spowiedzi, staramy się
wzbudzić w sobie żal, gdy przy konfesjonale
powtarzamy: „Z całego serca żałuję”, gdy w litanii
wołamy: „Baranku Boży, który gładzisz grzechy
świata”, gdy w czasie Komunii świętej, na widok
zbliżającej się do nas hostii, zdajemy sobie sprawę z
naszej nicości w słowach: „Panie, nie jestem godzien…”
      Bicie się w piersi! Znów jeden piękny symbol!
Pukamy! Kiedy zwykliśmy pukać do drzwi? Jeśli
chcemy kogoś obudzić. Kogo chcemy w sobie obudzić?
Śpiącą, drzemiącą samotnie, konającą w nas duszę.
Uważaj! Obudź się! Pomyśl nad sobą! Nie zaśnij w
objęciach grzechu!
       Czy to nie naturalne?!


                       8. Światło.


      Świece,           wieczna              lampa,           to
s y m b o l o g n i a , ś w i a t ł a , p ł o m i e n i a , jeden
z najmilszych symboli w katolickim obrządku. Płonące
                                                             307
świece na ołtarzy ofiarnym! Wieczna lampa przed
Najświętszym Sakramentem! Paląca się świeca przy
chrzcie świętym, świeca w czasie pierwszej Komunii
świętej, gromnica przy łożu umierającego, świeca na
pogrzebie! …
      Czy nie z głębi ludzkiej natury wypływa kult
światła? Późny jesienny wieczór… siedzimy o szarej
godzinie w pokoju… wszystko takie chłodne…
Zapalamy ogień w piecu… trzeszczy suche drzewo…
tańcują ogniki i oto: zaraz poweselał cały pokój.
       Ogień! Światłość! Płomień! Najpiękniejszym
symbolem życia jest płomień: grzeje, świeci,
niespokojnie wzbija się do góry. Płomień nachyla się w
tę stronę, w która wieje wiatr. Czy wiatr może go
porwać? O, nie! Za chwile znów bucha nad ogniskiem,
skoro się wiatr uciszy, znów wzbija się w górę…
Widzicie, jak płomień przypomina nam duszę. Pokusy,
co pewien czas odpędzają duszę od Boga, ale nie
potrafią jej oderwać na zawsze od Niego, bo za chwilę
jej płomień znów wzbija się ku świętym wyżynom.
      Czy zastanawiałeś się, Bracie, że właśnie wieczna
lampka przed ołtarzem i świece na ołtarzu wyobrażają
ciebie? Płoną, rzucają wokoło siebie snopy światła, ale
po pewnym czasie przygasa ich blask, a końcu tlą się
coraz słabiej…
      „Ach! – wołasz – co wie o tym lampka? Przecież
nie ma duszy!” Słusznie: nie ma duszy. Ale ty ją tam
wlej! Wlej w nią twoją duszę! Dlatego pali Kościół
wieczną lampkę! Sama lampka jest niczym, jeśli jej nie
ożywia dusza ludzka. Dusza, która mówi: „Panie,

308
kocham Cię i płonę z miłości do Ciebie! Panie, trzymam
się w życiu Twoich Przykazań, jak ta lampka Twojego
ołtarza! Panie, płonę tu przed Tobą!”
       Oto, patrzcie, Bracia, ile ciepła, ile radości, ile
poezji, ile subtelnych religijnych uczuć wyrażają nasze
religijne ceremonie, które są piękne, miłe, pożyteczne,
ale tylko… wtedy, gdy wypływają z żywej duszy, z
pobożnego życia.


                     *      *     *


     Kochani Bracia! Dzisiaj mówiłem o wielu
symbolicznych ceremoniach, ale na zakończenie muszę
wspomnieć jeszcze o jednym ceremoniale, wyjątkowo
miłym, by dowieść, że każdy mój uczynek podjęty dla
Boga i w związku z Bogiem, nawet najbardziej
powszednia czynność, nawet rozrywka, mogą głosić
chwałę bożą, jeśli płyną z ducha miłości ku Bogu!
      We wspaniałej bazylice w Sewilli (Hiszpania) od
czterystu lat w dzień Bożego Ciała i w niektóre święta,
odprawia się nadzwyczaj ciekawa, nigdzie niespotykana
ceremonia. W czasie wspólnego brewiarza kapituły, w
czasie „Laudesów”, siada na swoim tronie arcybiskup;
chór stojący naprzeciw zaczyna cichą melodię, a w takt
muzyki podąża do prezbiterium, ku stopniom ołtarza
niezwykły pochód, złożony z dziesięciu chłopców w
wieku od 10 – 13 lat, w odświętnych strojach paziów z
XVI wieku, w jedwabnych czerwonych bluzach;
wyszywanych złotem, z szeroką, spadającą z ramion, aż
po kolana, białą jedwabną szarfą, w paziowskich
                                                      309
spodniach z czerwonego jedwabiu, w czerwonych
jedwabnych pończochach, w kołpaku z białym
pióropuszem – prześliczny to widok!
       Przy milknących dźwiękach orkiestry dochodzą
do ołtarza młodzieńcy i razem przyklękają przed
Przenajświętszym     Sakramentem,       potem    wstają,
nakładają swoje zdobne pióropuszami czapki i
zaczynają… co? Co zaczynają? Nie zgorszcie się:
zaczynają      tańczyć      przed      Przenajświętszym
Sakramentem. Tak: tańczyć, tam w prezbiterium na
cześć     Przenajświętszego      Sakramentu,     wobec
arcybiskupa, kapituły, przed licznie zebranymi rzeszami
ludzi.
      Zdaje mi się, Bracia, że wielu z was się tym
gorszy. Jeden z papieży też się gorszył, i chciał zabronić
tego zwyczaju, a wtedy arcybiskup Sewilli zabrał
chłopców w ich prześlicznych strojach i z całym chórem
pojechał do Rzymu, by pokazać wszystko papieżowi.
Papież, widząc taniec chłopców, pozwolił odprawiać
nadal tę ceremonię.
       Sam tego nie widziałem, ale opowiadali mi ci,
którzy to oglądali, że gdy chłopcy zaczną śpiewać przed
ołtarzem piękne, stare pieśni na cześć Chrystusa,
utajonego w Przenajświętszym Sakramencie, i przy tych
tradycyjnych pieśniach wykonują niezwykle estetyczne i
poważne tańce, to duszę widzów ogarniają najbardziej
czyste uczucia religijne.
      Dlaczego budzi zachwyt ta niezwykła ceremonia?
Przez swe głębokie symboliczne znaczenie: Każdy niech
tak chwali Boga, jak umie, niech ofiaruje, co ma

310
najmilszego!   Dla    Hiszpanów,     zwłaszcza    dla
mieszkańców Andaluzji, najmilszą rozrywką jest śpiew,
muzyka i taniec, toteż najgłębsze uczucia religijne
wyrażają przez śpiew, muzykę i taniec na cześć Pana
Boga.
        Bracia! C z ł o w i e k jest maleńkim pyłkiem,
n i c z y m , ale staje się olbrzymem, gdy składa pokorny
hołd uwielbienia przed nieskończonym Majestatem
Bożym. Bracia! M ó d l m y            się     przejęci
t a k i m i u c z u c i a m i . Amen.


                        XXIV.


          WPŁYW LITURGII NA DUSZĘ.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Blisko pięćdziesiąt kilka lat temu, 25 grudnia
1886 roku, przed wspaniałą katedrą gotycką Nôtre –
Dame w Paryżu stał 18 – letni Francuz. Rozpoczął on
właśnie świetną karierę literacką, ale odznaczał się
brakiem wiary i prowadził bardzo niemoralne życie.
Człowiek ten żyje do dziś dnia i jest dziś
najznakomitszym pisarzem katolickim. Nazywa się Paul
Claudel i obecnie jest ambasadorem francuskim w
Japonii. Nie wypada chwalić na ambonie katolickiej
człowieka żyjącego, ale, Bracia, historia tego pisarza,
niegdyś ateusza, doskonale się nadaje na wstęp do
dzisiejszego kazania, niech więc wolno mi będzie,
                                                     311
wymieniając nazwisko, opowiedzieć na podstawie jego
osobistych wyznań, które opublikował w książce: „Les
témoins dn renouveau catholique” (Paris) wrażenia,
które wpłynęły na zmianę jego duszy. „Tylko przez
ciekawość poszedłem do kościoła – pisze – szukałem
natchnienia i tematu do jakiejś książki dekadenckiej,
którą miałem zamiar napisać. W czasie mszy ze
wszystkich stron popychały mnie tłumy ludzi… Po
obiedzie, nie mając nic lepszego do roboty, poszedłem
na nieszpory… Dzieci ubrane na biało śpiewały, klerycy
asystowali i właśnie miało się rozpocząć śpiewanie
„Magnificat”, kiedy nagle… coś dziwnego stało się ze
mną. Coś takiego, co zadecydowało o losach dalszego
mojego życia. Coś, jakby chwyciło mnie za serce i od tej
chwili zacząłem wierzyć. Zacząłem wierzyć, ale z taką
siłą, z taką pewnością, z takim oddaniem, że od tego
czasu żaden wypadek w moim ruchliwym życiu nie
potrafił mnie oderwać od wiary.
       Później zastanawiałem się nad tym, co przeżyłem
w ciągu kilku sekund. Mniej więcej takie myśli przeszły
przez mój mózg: „O, jak szczęśliwi są ludzie, którzy
wierzą! – Jeśli to wszystko jest istotnie prawdą?! – A
jest prawdą! Gdyż Bóg istnieje! Istnieje, kocha mnie i
woła”. I zacząłem rzewnie płakać… Potem każdą
niedzielę spędzałem w Nôtre Dame… Religię swoją
znałem równie mało, jak buddyzm. Ale dramat mszy
świętej tak wyraziście rozgrywał się w mojej duszy, że
przewyższał wszystkie moje wyobrażenia… Jest to
najgłębsza poezja i najwspanialszy obraz, jaki może
oglądać człowiek. Nie mogłem nasycić się
wspaniałością mszy świętej, każdy ruch ofiarującego
kapłana głęboko przenikał do mojej duszy. Lekcje mszy
312
żałobnych, pasterka, wielkopostne nabożeństwa,
„Exultet” w Wielką Sobotę, są tak potężne, że wobec
nich utwory Pindara i Sofoklesa wydają się zupełnie
martwymi. Wszystko to napełniało moje serce
szacunkiem, radością, dziękczynieniem, żalem i
uwielbieniem…”
       Bracia! Tak opisuje pierwsze dni swojego
nawrócenia wielki pisarz francuski. Może dziwi was,
dlaczego kazanie dzisiejsze rozpocząłem tak długim
wstępem. Dlatego, że w związku z III Przykazaniem i
niedzielną mszą świętą chciałbym dziś jeszcze raz
wspomnieć o naszej pięknej liturgii. Na przyszłą
niedzielę przejdziemy do czwartego Przykazania, a dziś,
na pożegnanie, rzućmy wzrokiem na liturgię Kościoła
katolickiego. Ponieważ w poprzednich kazaniach
doszliśmy do przekonania, że nasze obrzędy religijne są
na wskroś naturalne i że wypływają z głębi duszy
ludzkiej, poświęćmy więc dzisiejsze kazanie tematowi:
jaki      wpływ       wywiera       liturgia        na
duszę?


                           I.


           Piękno naszej liturgii.


       1. Kochani Bracia! Objawy kultu katolickiego są
nie tylko odpowiednie i pożyteczne dla dusz, nie tylko
płyną z głębi natury ludzkiej – jak to udowodniliśmy w
poprzednich kazaniach – ale są i a r t y s t y c z n i e
                                                    313
piękne!
       Musimy przyznać, że nikt nie odczuł głębiej
nieskończonego i wstrząsającego Majestatu Bożego, niż
Kościół katolicki. Nic więc dziwnego, że Kościół
katolicki najpiękniejsze arcydzieła ducha ludzkiego
obrócił na chwałę bożą; że najwspanialsze i najbardziej
monumentalne dzieła, jakie stworzyli artyści w ciągu
2000 lat, czy w dziedzinie architektury, rzeźby,
malarstwa, czy muzyki, przeznaczył Kościół na chwalę
bożą. Wznoszące się ku wyżynom gotyckie sklepienia
starych świątyń, wspaniałe dzieła malarzy światowej
sławy, cudne utwory genialnych muzyków…
wszelkiego rodzaju piękno, wszystkie skarby
przeznaczyła nasza liturgia na chwałę bożą.
       Ciekawa rzecz: Kościół katolicki nieustannie
przypomina o życiu pozagrobowym, troszczy się o
piękno duszy, a mimo to otacza opieką i sztuki ziemskie,
które mają dużo do zawdzięczenia Kościołowi. W
Grecji, w Egipcie i na całym Wschodzie również
spotykamy arcydzieła sztuki w służbie religii, ale –
dziwna rzecz! – tylko katolicyzm wprowadził do swoich
kościołów wszystkie gałęzie sztuki, mimo, że nie jest
wcale zwolennikiem przyjemności doczesnych! Gdy
przerzucimy kartki historii i zbadamy związek między
religią i sztuką, w żadnej religii: ani w Grecji, ani w
Egipcie, ani na Wschodzie, nawet u szczytów ich
rozkwitu nie spotykamy wszystkich rodzajów sztuki,
więc: architektury, plastyki, malarstwa, poezji muzyki i
innych pomniejszych gałęzi; dopiero poważny, stroniący
od zmysłowych przyjemności Kościół skupił koło siebie
wszystkie rodzaje i arcydzieła sztuki (Mausbach –
314
Esser; Religion, Christentum, Kirche. Kempten. 1910,
III. 329).
      Główna zasługa Kościoła nie na tym polega, że
przez dwa tysiące lat był hojnym mecenasem artystów,
że zgromadził najwspanialsze, do dziś podziwiane dzieła
sztuki… To rzecz drugorzędna, Bracia! Kościół jest
przede wszystkim troskliwą i dobrą matką nieśmiertelnej
duszy. A skoro już mowa zasługach Kościoła w związku
z liturgią, to należy pochwalić się, że nasz święty
Kościół za pośrednictwem liturgii stal się wielkim
protektorem zamiłowań estetycznych ludzkości.
       Jak tłumaczyć tę wyjątkową właściwość
Kościoła? Tylko w ten sposób, że katolicy odnoszą się
do Boga, jako do swego Stwórcy, gdy tymczasem inne
religie jako do istoty równej ludziom, lub do istoty, która
jest na usługach ludzi.
     2. Ponieważ budowa naszej liturgii jest
prawdziwym dziełem sztuki, dlatego wywiera tak
wspaniały wpływ na duszę.
      Nasze obrzędy liturgiczne z prawdziwie
dramatyczną siłą przedstawiają poszczególne momenty z
życia Chrystusa; przypomnijmy sobie tylko pasterkę i
wielkoczwartkowe umywanie nóg, odsłonięcie, krzyża
w Wielki Piątek, grób święty, rezurekcję itd. Wystarczy
zresztą zastanowić się nad liturgią w codziennej cichej
mszy świętej. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa
zaprowadzone symboliczne ruchy tworzą tak doskonałą
harmonię, że nawet ludziom, którzy ani słówka nie
rozumieją po łacinie, łatwiej w czasie mszy świętej
zwrócić myśl do Boga, niż gdyby słuchali

                                                       315
najpiękniejszych modlitw w swym rodowitym języku,
odmawianych przez kapłana klęczącego nieruchomo
przed ołtarzem. Właśnie przez bogactwo zewnętrznych,
widzialnych ceremonii Kościół wzrusza i nastraja
religijnie nawet tych ludzi, którzy obojętnie przyjmują
wszelkie abstrakcyjne dowody. Piękno naszej liturgii
jest przy tym jakby wrodzone, odczuwają je
instynktownie ludzie prości, mało wykształceni i z
głębokim pietyzmem odnoszą się do świętych obrzędów.
Ale i najbardziej inteligentne jednostki, nawet
niekatolicy, ludzie zbłąkani i religijnie obojętni, pod
wpływem pięknej i wzniosłej liturgii katolickiej wracają
do porzuconej przez swych przodków religii, i w ten
sposób odzyskuje Kościół wiele straconych dusz.
      Kochani    Bracia!    Takie    wypadki,    jakie
przytoczyłem na wstępie, nie należą do rzadkości, lecz
powtarzają się niemal na każdym kroku. Geniusze
ludzkości, wybitni artyści i pisarze, porzucają mroki
niewiary i pod wpływem blasku i piękna naszej liturgii
wracają na łono Kościoła.
      Wielu z nich znalazło w liturgii twórcze
natchnienie, jak Michał Anioł, najwybitniejszy artysta
świata. W Wielką Sobotę 1508 roku Michał Anioł
ociężałym krokiem szedł ulicami Rzymu, myśląc na
próżno nad planem wykonania wielkiego, dzieła,
powierzonego mu przez papieża. Zamyślony wszedł do
kościoła, właśnie, gdy śpiewano proroctwa. Tysiączne
myśli tłoczyły się do głowy mistrza, i powstało
najwspanialsze dzieło: freski na sklepieniu kaplicy
Sykstyńskiej.
      Jeden z największych pisarzy niemieckich, żyjący
316
jeszcze Hermann Bahr, wrócił po latach na łono
Kościoła katolickiego i od tego czasu z radością pisze o
naszej świętej wierze. W swojej najnowszej książce
(„Liebe der Lebenden”) twierdzi, że piękno naszej
liturgii musi oczarować nawet ludzi niewierzących.
Trwożliwe oczekiwanie najdawniejszych pokoleń przed
Chrystusem, tajemnicza tęsknota Greków, karność
Rzymian…. Wszystko mieści się w tym wspaniałym
dziele, nad którym pracowało chrześcijaństwo przez
osiem pierwszych wieków swego istnienia. Tak, liturgia
jest prawdziwym arcydziełem ducha ludzkiego: wynika
z pietyzmu i szacunku, jest pełna powagi w gestach,
które powtarzają się co dzień przy ołtarzach w
najmniejszych nawet wiejskich kościołach. „Gdybym
był Turkiem – dosłownie pisze Bahr – to i wtenczas
musiałbym przyznać, patrząc tylko jako artysta, że
spotykamy tu takie wyżyny wykonania artystycznego,
wobec których bledną utwory Pindara, Dantego i
Shakespeara”.
     Jeśli w ten sposób będziemy patrzyli na nasze
ceremonie, to zaczniemy je więcej cenić.
      Czasami słyszy się zarzut, że za dużo jest u nas
obrzędów, że kiedy papież celebruje mszę świętą, to nie
ma końca ceremoniom. Otóż, Bracia – uważam, że
bardzo dobrze czy Kościół katolicki, urządzając
nabożeństwa przystosowane zarówno do wymagań ludzi
prostych, jak i największych artystów. Naturalnie, że
ceremoniał pontyfikalny mszy papieskiej byłby
nieodpowiedni do skromnego wiejskiego kościółka.
       Papież atoli odprawia mszę świętą w kaplicy,
której sklepienie malował Michał Anioł, gdzie znajdują
                                                    317
się obrazy Botticelli’ego, Perugina i Ghirlandaja, gdzie
na chórze Perosi dyryguje melodiami Palestriny.
     Może nas tylko zachwycić ta niezrównana
wszechstronność katolickiego chrześcijaństwa!
       Wielkiemu          pisarzowi,        konwertycie,
Huysmans’owi, śniło się raz, że wszedł do kościoła
katolickiego i że oczarowała go muzyka. Od tego czasu
nie miał spokoju, często chodził do kościoła, aż w końcu
został katolikiem. Rozumował w ten sposób:
„Prawdziwą musi być ta religia, skoro stworzyła tak
wspaniałe dzieła muzyczne”. Jak dziwne rozumowanie i
jak dziwna droga wiodąca do prawdy: ale jednak…
droga do prawdy! „Każda droga prowadzi do Rzymu” –
mówi przysłowie. Jedynym pragnieniem naszej świętej
wiary jest, żeby każdy człowiek doszedł do Rzymu, to
znaczy do Chrystusa Pana. Jaką drogą tam dojdzie, to
zupełnie obojętne! Żeby tylko doszedł! Wielu idzie do
Boga po twardej asfaltowej drodze logicznych
przesłanek, dobrze: byle doszli! Inni po długiej, błędnej
włóczędze, pod wpływem ciosów życia, cierpień i mąk
trafiają również do Boga: byle tylko trafili! Jeden ma
naturę beztroską, wesołą i zdąża za promieniami światła,
bijącego z krzyża i dochodzi do Chrystusa; inny znowu
ma usposobienie ponure i do Chrystusa prowadzi go
pragnienie śmierci. Pierwszy przychodzi do Boga przez
kościół, zdobiony kolorowymi witrażami, drugi przez
drzwi grobowca: wszystko jedno, byleby obaj tam
doszli! Jednych podnosi do Boga chwila spędzona w
ciszy przed Przenajświętszym Sakramentem, drugich
słuchanie      śpiewanej      mszy     świętej,      pasji
wielkopiątkowych, albo zwycięskiego wielkanocnego
318
„Alleluja” – wszystko jedno!… O jedno tylko chodzi:
żeby wszystkie drogi prowadziły do Boga!


                          II.


     Łaciński język naszej liturgii.


      Otóż, Kochani Bracia, czuję, że po omówieniu
piękna, które porywa duszę w naszych obrzędach, drugą
połowę kazania należy poświęcić poważnemu
zagadnieniu – języka łacińskiego w naszej liturgii.
      Nasze obrzędy liturgiczne są naprawdę godne
Boga, piękne i porywające. Ale ktoś mógłby
powiedzieć: miałyby większy wpływ na ludzi, gdyby się
nie odbywały po łacinie, ale w języku wiernych.
Dawniej, kiedy łacina była w powszechnym użyciu,
rozumiano również język liturgii. Ale dziś? Kto mówi
po łacinie? Nawet ci, którzy pokończyli gimnazja,
prędko ją zapominają. Czyby nie było lepiej, gdyby
Kościół pozwolił, by każdy naród w swoim języku mógł
odprawiać nabożeństwo? Czy nie więcej ludzi
chodziłoby wtedy do kościoła, czy nie większy byłby
pożytek z nabożeństw?
      W ten sposób rozumuje wielu ludzi. A my, Bracia,
musimy odpowiedzieć na te pytania. Przede wszystkim
musimy stwierdzić, że obecnie poza kapłanami, mało
spotykamy wiernych, którzy by rozumieli język łaciński,
w którym odprawiają się nasze obrzędy. Wynika to z
rozwoju historycznego, a nie z zamiarów Kościoła. Z
                                                   319
początku język łaciński był językiem żywym w Kościele
zachodnim, więc z początku faktycznie w języku
narodowym odbywały się nabożeństwa. Powoli język
łaciński wymierał, ale Kościół nie bacząc na nic,
zachował go w swojej liturgii nadal, aż po dziś dzień.
       Kochani Bracia! Musimy przyznać, że nikomu tak
nie leży na sercu zbawienie ludzi, jak Kościołowi
katolickiemu! Jeśli więc Kościół z pietyzmem zachował
w ciągu wieków łacinę, jako język liturgiczny, to musiał
widocznie mieć ważne powody.
      Jakie?
        1. Przede wszystkim nasza święta wiara
potrzebuje języka wszechświatowego, bo Kościół
katolicki                  jest             Kościołem
p o w s z e c h n y m ; żeby powszechność Kościoła była
bardziej       widoczna,     potrzeba          jednego,
wspólnego,                      wszechświatowego
j ę z y k a . Jeśli rozwój dzisiejszej gospodarki światowej
wymaga wspólnego sztucznego języka (esperanto), to
tym bardziej Kościół katolicki, którego wierni są
rozwiani po całym świecie, od lodowatych brzegów
Grenlandii po Cape Town, od wschodu do zachodu,
musi mieć wspólny język!
      Skoro Kościół powszechny potrzebuje języka
wszechświatowego, jakże to dobrze dla naszego narodu,
że tym językiem nie jest francuski, niemiecki, ani
angielski, ale łacina, która przestała być żywym
językiem, więc nie obraża niczyich uczuć narodowych.
       Można        by  tu     przytoczyć     mnóstwo
u c z u c i o w y c h c z y n n i k ó w , które wykazują
320
roztropny, wybór Kościoła, ale weźmy tylko parę
przykładów!
       Parostatek ląduje w Ameryce, przywiózł
emigrantów z Polski. Polacy z nad Wisły wchodzą do
różnojęzycznego obcego portu… Nie znają tu nikogo, a
nikt nie rozumie ich języka… Błąkają się samotni po
ulicach obcego miasta… Po drodze natrafili na kościół
katolicki i natychmiast czują się w domu… w domu, bo
wieczna lampka tak samo się pali, jak w ich dalekiej
polskiej wiosce, a przy ołtarzu kapłan Anglik, Hiszpan,
czy innej narodowości, tak samo śpiewa „Gloria”, wita
ich tymi samymi słowami „Dominus vobiscum!” jak w
domu ich stary proboszcz. Jakie to krzepiące uczucie, to
zrozumie tylko ten, kto żył dłuższy czas daleko, na
obczyźnie…
      Ale i dla nas kapłanów jest to bardzo podniosłe
uczucie, dowód jedności naszej wiary; gdziekolwiek
jesteśmy na kuli ziemskiej, msza święta wszędzie jest
taka sama! Pewnego razu, kiedy jechałem parostatkiem
przez jezioro Lago Maggiore, ludność wysepki „Isola
Bella” obchodziła uroczystość odpustową i proboszcz
prosił mię, bym odprawił sumę. Kościół był
przepełniony Włochami, którzy może nawet nie
zauważyli, że w asyście księży włoskich Węgier
odprawia mszę świętą. To samo zdarzyło mi się w
Paryżu… W Chicago służyli mi do mszy świętej
chłopcy amerykańscy, których przedtem nigdy nie
znałem, a wszystko szło tak dobrze, jakby już od wielu
lat byli moimi ministrantami. I tak dalej, Kochani
Bracia! – Oto wspaniały objaw jedności, i to jest jedna z
przyczyn, dlaczego Kościół zachował łacinę, jako język
                                                     321
jednolitej liturgii.
      2. Ale to nie jest główną przyczyną. Jest głębsza
przyczyna, która zmusza Kościół do przestrzegania
jednolitego języka, a tą przyczyną jest: z a c h o w a n i e
czystości naszej wiary.
      Weźmy przykład: Gdyby papież Sylwester II,
przesyłając koronę świętemu Stefanowi, pozwolił
używać języka węgierskiego w liturgii, co by zrobili z
tym pozwoleniem nasi przodkowie? Na pewno mieliby
nie lada kłopot! Przecież wiemy, jak mało rozwinięty
był wówczas nasz język! Najstarszych zabytków
naszego języka nie zrozumiałoby wiele osób, które
umieją czytać. Jakbyśmy sobie radzili z powodu braku
słów z najtrudniejszymi terminami filozofii i teologii, z
subtelnymi różnicami, które wydają się słabym
odcieniami, a jednak w nauce wiary odgrywają
olbrzymią rolę.
       Ale powiedzmy, że wszystko dałoby się wyrazić
w naszym dawnym języku. Ale co byłoby dziś?
Używalibyśmy albo starych wyrażeń, ale wtenczas
każdy uśmiechałby się w czasie mszy świętej, albo w
miarę rozwoju języka tłumaczylibyśmy odpowiednio
tekst liturgii: a wtenczas ile jest kościołów, tyle byłoby
zwyczajów, tyle tłumaczonych tekstów. Ciągła zmiana
podważałaby pietyzm, jakim wierni powinni się odnosić
do liturgii! Czy nie zachwiałaby naszego zaufania w
niezmienność naszej religii? Czy nie zmniejszyłoby to
mocy, oraz tajemniczego oddziaływania mistycznego,
jakie posiada nasza liturgia właśnie dzięki swej
starożytności?

322
       3. W końcu zastanówmy się jeszcze nad tym,
dlaczego Kościół nie chce wyrzec się łaciny, jako języka
liturgicznego? Przyczyną tego jest s t a r o ż y t n o ś ć
łacińskiego języka liturgicznego.
       Bracia! Pamiętamy wszyscy czasy, kiedy ludzkość
została oślepiona gorączką nowatorstwa. „Wszystko jest
złe, co stare, a wszystko, co nowe, zapewnia zbawienie!”
– stało się hasłem. Dziś po gorzkich doświadczeniach
wytrzeźwieliśmy z tego mniemania. Dzisiaj popłaca nie
tylko stare przysłowie: „Nie wszystko złoto, co się
świeci”, ale znaczenia nabiera inne: „Nie wszystko, co
nowe, jest dobre!” Prawda, że człowiek nie może być
zacofany, nie może trzymać się zacofanych zwyczajów
dawnych epok, ale znowu w nowatorstwie nie wolno
lecieć na oślep i odrzucać cenne tradycje przeszłości!
      Dzisiaj ludzie na nowo cenią przeszłość – jest to
objaw pocieszający. Jedni wywodzą swój rodowód z
epoki napoleońskiej, inni z jagiellońskiej, i jeszcze inni z
piastowskiej.     Z      pietyzmem        przechowujemy
odziedziczone po przodkach stare szable, rodzinne
klejnoty, obrazy, meble. Niejeden zamożny amerykanin
gotów by dać nie wiem ile, gdyby mógł się wykazać
przodkami przynajmniej z przed 100 – 150 lat!
       Otóż, Kochani Bracia, język naszej liturgii liczy
dwa tysiące lat! Na pewno łzy zrosiłyby oczy wnuków,
gdyby tak przed stu laty były gramofony i gdyby teraz
zabrzmiał w kółku rodzinnym głos jakiegoś dawnego
przodka! Powinniśmy wobec tego z takim samym
wzruszeniem słuchać obrzędu naszej mszy świętej, w
której słychać głosy naszych chrześcijańskich przodków.

                                                        323
      „Kyrie, eleison, Christe eleison!” „Panie, zmiłuj
się nad nami! Chryste, zmiłuj się nad nami!” Czy
wiecie, kto wymawiał te słowa? Nasi bracia,
chrześcijańscy męczennicy, kiedy na arenie cyrku
trzeszczały ich kości w zębach dzikich zwierząt; wśród
namiętnych oklasków tłumów brzmiały ich modły:
Kyrie eleisan!
      A dalej: „Dominus vobiscum!” „Pan z wami!” „Et
cum spiritu tuo!” „I z duchem twoim!” – Czy wiecie, kto
to mawiał? Nasi przodkowie, dawni chrześcijańscy
męczennicy, kiedy nocami, niedaleko Rzymu, w
podziemnych lochach, na klęczkach otaczali papieża
odprawiającego mszę świętą i oczekiwali ze strachem,
kiedy wtargną prześladowcy!
       Otóż, Bracia, czy nie byłoby szkoda wyrzec się
tego lekkomyślnie?!
       Niedawno w Niemczech protestanci dążyli, żeby
wykreślić z liturgii jeszcze resztę pozostałych obcych
słów, jak np. Alleluja, Hosanna, Kyrie eleison, Amen.
Czy wiecie, jaki był skutek? Jeden z pastorów
wypowiedział pochlebne słowa dla papiestwa, które
rozpowszechniło po całym świecie wspólny język
liturgiczny, a jednocześnie uszanowało właściwości
danych narodów. Dosłownie cytuję tu słowa tego
pastora: „Msza łacińska jest węzłem, jednoczącym
katolików całego świata; my protestanci, jeśli
znajdziemy się w państwie, którego języka nie znamy,
jesteśmy obcy nawet dla własnego obrządku. Łaciński
język nie powinien był zniknąć z naszej liturgii”
(Osservatore Romano, 1927, Nr. 16). Bracia! Jeśli tak
twierdzą innowiercy, to z języka łacińskiego naszej
324
liturgii możemy być tylko dumni!


                    *     *        *


     Na tym kończę, Bracia, swoje kazania o III
Przykazaniu.
      W przemyśle i handlu toczą się dziś zacięte walki
o długość dnia pracy. Nie mogą ustalić: ile ma pracować
robotnik: osiem, czy więcej godzin?
      Nie bierzcie tego za przesadę, Bracia, jeśli pod
koniec moich kazań o III Przykazaniu, powiem, że:
chcąc zabezpieczyć na przyszłość ludzkie życie,
ważniejszą rzeczą od zachowania ośmiogodzinnego dnia
pracy jest zabezpieczenie półgodzinnego czasu na
myślenie! Jeśli człowiek może poświęcać na ciężką
pracę co dzień osiem godzin, nasza święta wiara nie
przesadza, gdy wymaga od wiernych, by w siódmy
dzień przeznaczyli pół godziny dla pracy nadziemskiej,
dla duszy, dla Boga, dla osobistych spraw życia
wiecznego!
      Kto bywa na mszy świętej, ten zostawił sobie pół
godziny na rozmyślanie, kto bywa na mszy świętej, jest
jakby na Kalwarii w Wielki Piątek, Bracia! Czy nie
mamy żadnych próśb? Żadnych skarg? Czy nic nam nie
dolega? Czy jesteśmy bez grzechu? W pierwszy Wielki
Piątek tak wołała rozjuszona tłuszcza: „Krew Jego na
nas i na dzieci nasze” (Mt 27, 25). Otóż, mówimy to
samo we mszy świętej, lecz nie w znaczeniu
przekleństwa, lecz pokornej modlitwy: „Panie, krew
                                                   325
Twoja niech spadnie na nas! Niech Twoja święta krew
płynie na moją brudną poszarpaną duszę, niech ją
obmyje, zagrzeje, wzmocni, oczyści…”
      A potem Bracia, będzie kiedyś ostatnia msza
święta na świecie… zabrzmi głos trąb archanielskich na
sąd ostateczny i po raz ostatni: „Kyrie eleison!”; chóry
anielskie zaśpiewają trzykrotnie „Sanctus”, a
zmartwychwstała ludzkość, gotowa na sąd, usłyszy
ostatnie „Ite missa est” – „ i pójdą ci na mękę wieczną,
sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25, 46).
Bracia! Kto przez całe życie spieszył za łagodnym
wołaniem niedzielnych dzwonów do kościoła, ten usłyszy
na sądzie rozkaz, by zajął na zawsze szczęśliwe miejsce
po prawicy Ojca; k t o               zachował       III
Przykazanie na ziemi, ten osiągnie
ż y w o t w i e c z n y w n i e b i e . Amen.




326
         O CZWARTYM PRZYKAZANIU.


                         XXV.


         O GODNOŚCI RODZICIELSKIEJ.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Prawa     zawarte w Dziesięciu Przykazaniach
zwykle dzielimy na dwie części, ale nie matematycznie,
po pięć, lecz według treści, to też w jednej grupie znajdą
się trzy pierwsze, a w drugiej dalszych siedem. Trzy
pierwsze Przykazania wymieniają obowiązki człowieka
względem Boga: nakazują czcić Boga, szanować Jego
święte Imię i święcić dzień Pański. Sądząc po ludzku,
prawodawstwo Synajskie mogłoby poprzestać na tych
trzech Przykazaniach, w których Bóg zapewnił Swoje
prawa. O co Mu jeszcze chodziło?
       Bracia! Głęboką i gorącą miłością przejmuje nas
fakt, że Bóg nic zadowolił się zabezpieczeniem Swojej
Boskiej Osoby w trzech pierwszych Przykazaniach, ale
dał jeszcze inną grupę praw, dalszych siedem Przykazań,
które już nie bronią praw bożych, ale uporządkowują
stosunki między ludźmi.
     Zupełnie wyraźnie przejawia się w tym
uszanowanie ludzkiej godności. Pan Bóg taki sam nakaz
i obowiązek włożył na zachowanie trzech pierwszych
                                                      327
Przykazań, broniących Jego własnych praw, jak i
pozostałych siedmiu, które zapewniają godne życie całej
ludzkości. Fakt ten mówi głośno o wielkiej myśli bożej,
że mianowicie: nie może kochać Boga ten, kto nie kocha
bliźniego. Myśl tę wyraził sam Pan Jezus jeszcze jaśniej,
gdy objawił przykazanie miłości: „Będziesz miłował
Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją
duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a
swego bliźniego jak siebie samego.” (Łk 10, 27).
       Druga kategoria praw bożych wskazuje na miłość
bliźniego, na wzajemny stosunek między ludźmi.
Ponieważ dla każdego człowieka najbliższymi istotami
są rodzice, więc najpierw – bo zaraz w czwartym
Przykazaniu – jest mowa o stosunku między dziećmi a
rodzicami.
       Gdy moi czcigodni słuchacze usłyszą, że dziś
zaczynam kazania o czwartym Przykazaniu Bożym, a co
więcej, że – oprócz dzisiejszego – poświęcę jeszcze
następne cztery kazania temu tematowi, zdziwią się na
pewno i powiedzą: „Czwarte Przykazanie nakazuje czcić
ojca i matkę, więc dotyczy dzieci, których tu nie ma! A
jednak, aż cztery kazania będą na ten temat, więc
czwarte Przykazanie odnosi się także do nas, do ludzi
dorosłych?”
      Owszem, Kochani Bracia! Czwarte Przykazanie
obowiązuje nie tylko dzieci względem rodziców, ale i
rodziców względem dzieci. Co więcej: czwarte
Przykazanie określa stosunek służby do pracodawców i
pracodawców do służących; obowiązuje młodzież
szkolną i nauczyciela, robotnika i pracodawcę,
podwładnego i przełożonego. Jeśli się głębiej
328
zastanowimy, to zrozumiemy, że czwarte Przykazanie,
odnoszące się niby tylko do dzieci, ma niesłychanie
doniosłe znaczenie w ogóle w życiu ludzkim, i nie
wystarczą na rozważanie tego tematu tylko cztery
kazania.
      W związku z IV Przykazaniem, będziemy
najpierw mówili o g o d n o ś c i r o d z i c ó w .
    I. W j a k i s p o s ó b P a n B ó g d b a o
władzę rodziców?
    II. W j a k i s p o s ó b r o d z i c e n i s z c z ą
swoją władzę?
      Oto dwie podstawowe myśli dzisiejszego kazania!


                            I.


W jaki sposób Pan Bóg dba o władzę
             rodziców?


       1. Jest zupełnie jasne, że IV – te Przykazanie
broni przede wszystkim szacunku i
g o d n o ś c i r o d z i c ó w . Ktoś może zapytać: Czy to
potrzebne? Przecież między dziećmi a rodzicami
zachodzi już z natury serdeczny stosunek, trudno sobie
nawet wyobrazić coś milszego! Przypatrz cię
troskliwości, z jaką matka – ptaszyna lata nad
gniazdkiem swoich piskląt! Patrz na bezgraniczne
poświęcenie ojca wobec dziecka! Patrz na ten
wzruszający obraz, niedający się wypowiedzieć
                                                       329
słowami, gdy niemowlę wyciąga rączki do matki! Czy
nie wystarcza ta naturalna łączność? Czy potrzebne są
jeszcze silniejsze węzły?
      O, tak, Bracia! To wszystko nie wystarcza! Żeby
pojąć, trzeba się zastanowić nad ideą władzy.
       We wszystkich większych skupieniach ludzkich
musi panować jakiś porządek – to rzecz jasna. Na czym
polega ten porządek? Na tym, że jest ktoś, kto rozkazuje
i ktoś, kto słucha. Ten, kto rozkazuje, jest
przedstawicielem władzy: w życiu gospodarczym
władzą gospodarczą, w Kościele władzą kościelną, a w
państwie władzą państwową. Władza i posłuszeństwo,
są to pojęcia dopełniające się nawzajem: jeśli patrzymy
na nie z góry, mamy do czynienia z władzą, jeśli z dołu
– z posłuszeństwem. Gdy między ludźmi upadnie
szacunek dla tych dwu słów, to jednocześnie zachwieje
się fundament społecznego życia ludzkiego.
      Dla ludzkiego więc życia niezbędna jest władza,
bez władzy nie istnieje społeczeństwo. Ale, Bracia, teraz
usłyszycie słowa wielkiej doniosłości: b e z B o g a
nie ma władzy.
      Każdy, komu chcemy rozkazać, może się zupełnie
słusznie zapytać: jakim prawem rozkazujesz? Ojciec i
matka są takimi samymi ludźmi, jak i dziecko – na jakiej
więc podstawie chcą rozkazywać? Ksiądz, starosta,
minister, król są takimi samymi ludźmi, jak ci, którym
rozkazują – z jakiego więc tytułu rozkazują?
     Może kto powie: „Z tytułu starszeństwa, bo są
mądrzejsi, bardziej doświadczeni”. To mylne
mniemanie! Może jestem młodszy, mniej uczony,
330
biedniejszy – ale jestem także człowiekiem!
Człowiekiem, jak i oni, i nie mają prawa wymagać,
żebym ich słuchał! Chociaż jesteś silniejszy ode mnie,
ale to ci nie daje jeszcze prawa, żebyś mi rozkazywał!
Śmiesznym to będzie, Bracia, ale muszę powiedzieć, bo
tak jest: gdyby się nie dało w inny sposób uzasadnić
władzy, tylko na podstawie prawa pięści, starszeństwa,
czy inteligencji – to nie gorszcie się! – ale przyznaję
rację anarchistom, którzy twierdzą, że każdy człowiek
jest jednakowo wolny, więc każdy, kto chce mi narzucić
swoją wolę, jest tyranem, którego muszę zgładzić, a
wobec tego niech zginie każdy rząd, wszelkie
panowanie i władza!
       Brzmi to trochę brutalnie. Tak by jednak było,
gdyby – i tu widać całą doniosłość czwartego
Przykazania – władzy nie opromieniała aureola
religijnego blasku: wola boża i boskie rozporządzenie.
Pomyślcie tylko, Bracia! Nie jest to błahostką, gdy
człowiek słucha drugiego! I twierdzę, że człowiek,
wypełniając wolę drugiego, tylko wtedy zachowa swoją
godność ludzką, jeśli wypełnia wolę drugiego ze
względu na posłuszeństwo wobec Boga. Może ktoś być
posłusznym ze strachu, z pochlebstwa, z chytrego
wyrachowania, ze względu na zysk – ale wszystko to nie
licuje z ludzką godnością.
      Dlatego źle czynią rodzice, obiecując kapryśnemu
dziecku cukierek, lalkę, niedźwiadka, zabawkę… i nie
wiem co jeszcze, byle tylko było posłuszne. Nie, to nie
jest posłuszeństwo, to – handel! Posłuszeństwo polega
na pełnieniu rozkazu dlatego, że w rozkazującym widzi
się samego Boga: dziecko w rodzicach, uczeń w
                                                   331
nauczycielu, lub w osobie majstra, obywatel we władzy
państwowej. Tak, albo od Boga pochodzi wszelka
władza, więc i rodzicielska, albo w ogóle nie istnieje!
      Kochani Bracia! Oby rodzice nigdy nie
zapomnieli, że ich w ł a d z a p o c h o d z i o d
B o g a ! Oby naprawdę na tej świętej władzy wznosił
się gmach życia rodzinnego! Chwieje się i upada
naokoło chore społeczeństwo. Jak myślicie, co je może
uratować? Może ustawodawstwo? Dzieła społeczne?
Ubezpieczenie na starość i na wypadek bezrobocia?
Polepszenie bytu robotnika? Zapewne, to wszystko
potrzebne, ale – ale to wszystko nie wystarcza. Co nas
uratuje? Zgromadzenie ludowe? Artykuły wstępne?
Szumne hasła? Pochody? Wszystko to, nic nie pomoże!
      A więc co nas uratuje? Odnowienie, wzmocnienie
i postawienie na podwalinach Chrystusowych życia
rodzinnego! Potrzebujemy ojców i matek, ale takich,
jakich sobie życzy chrześcijaństwo. Mężczyzn jest dużo
– ale nie ma ojców! Kobiet, pań, wykwintnych dam jest
wiele – ale nie ma matek! Dajcie nam chrześcijańskich
ojców i chrześcijańskie matki, a uratujemy ginący świat!
    2. W i ę c j a k i j e s t c h r z e ś c i j a ń s k i
ojciec i chrześcijańska matka?
      Godność ojcowska i macierzyńska według pojęć
chrześcijańskich stoi bezpośrednio obok godności
kapłańskiej. Jest to tak szczytne zadanie, że dla jego
wypełnienia Chrystus Pan ustanowił osobny sakrament.
Ciekawa rzecz: Pan Jezus tylko te dwa życiowe
obowiązki uważał za najważniejsze, bo dla nich
ustanowił osobny sakrament. Nie ma osobnego

332
sakramentu dla polityków, profesorów, lekarzy,
sędziów, adwokatów, ale jest: dla kapłanów i dla
rodziców, dla ojców i matek.
    a) Mężczyźni, ojcowie rodzin, pomyślcie tylko:
co to znaczy być ojcem?
     Znaczy: być królem rodziny. Król potrzebuje
korony. Ojcowie, gdzie są wasze korony? Lśnią na
waszych skroniach; Pan Bóg ozdobił koroną pierwszego
mężczyznę, pierwszego ojca. Szanujcie tę królewską
ozdobę!
      W jaki sposób? Troszcząc się o rodzinę! Jak to? –
może zawołać ktoś z obecnych. Czy potrzeba do tego
zachęcać? Czy my, ojcowie rodzin, nie pracujemy dniem
i nocą, by utrzymać rodzinę?!
      Owszem, Bracia, pracujecie! Prawie każdy ojciec
ma zajęcie w fabryce, w biurze, w banku, w warsztacie,
w pracowni. Ale: w domu… Czy i w domu każdy z was
pracuje?!
      „W domu? Co to znaczy? Owszem nawet do
domu, zabieram pracę biurową! Nawet do domu biorę
prywatną robotę!” Nie o to mi chodzi, Bracie! O czym
innym myślę, o tym, że rodzina potrzebuje nie tylko
pieniędzy, dzieciom są potrzebne nie tylko zabawki,
żonie nie tylko stroje, ale trzeba zgodnego współżycia,
kochającego męża, troskliwego, dobrego i czułego ojca.
Bracia, ojcowie, którzy robicie dla interesu z nocy dzień,
którzy w domu całymi nocami pochylacie się nad
biurkiem, a jeśli odważy się do was przemówić żona, to
opryskliwie odpowiadacie: „Przez ciebie nie mogę
pracować!” – i nigdy nie powiecie do niej czułego
                                                      333
słowa… Bracia, odpowiedzcie: Co warte powodzenie w
interesie, jeśli dzieci wzrastają bez wychowania?! Jaką
wartość ma dom, który wybudowałeś, oszczędzając z
roku na rok, jeśli zaniedbana żona odnosi się do ciebie
obojętnie? W osamotnieniu stała się oziębła, poszła
gdzie indziej!
       b) A wy, kobiety, matki, pomyślcie nad tym, c o
t o z n a c z y : b y ć m a t k ą ? Dajcie nam matki,
matki kochające swoje dzieci, roztropne, pełne ofiarnej
miłości – a uratujemy świat! Nawet ten obecny, grożący
ruiną świat!
      Dajcie nam matki!
      Świat dzisiejszy i prasa mówi o innych
wielkościach. Piszą prawie wyłącznie o dewizach, o
sporcie, o filmach, o modzie, o fenomenach głosu i płuc.
Zamiast tych entuzjastycznych haseł jarmarcznej
tandety, rzućmy ludzkości głęboką myśl Kościoła:
„Ludzie! Nie jest to prawdziwa wielkość, to nie są
prawdziwi bohaterowie! Prawdziwy bohaterami są ci,
którzy kształtują życie chrześcijańskie! Bohaterkami są
zapomniane matki, które w zaciszu mieszkań, przy
spokojnym ognisku domowym, przez cale życie
wykonują swą cichą, przez nikogo niewidzianą pracę.
Naszymi prawdziwymi bohaterami są nie skoczkowie,
nie rekordowi motocykliści, nie szybkobiegacze, ale
matki, które spędzają bezsenne noce przy łóżeczku
chorego dziecka; wdowy, które z gromadą dzieci
stawiają śmiało czoło przeciwnościom życia; matki,
które wiedza, czy się dzieci modliły, kiedy i ile razy się
spowiadały i do Komunii świętej przystąpiły, które
kontrolują naukowe postępy swoich dzieci, często w
334
dziedzinach nawet dla siebie obcych… O, jakże
bezgraniczną jest miłość macierzyńska! Sam Bóg, chcąc
nas przekonać o Swej wielkiej miłości, używa w Piśmie
Świętym porównania o miłości macierzyńskiej: „Czyż
może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta,
która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona
zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.” – mówi Pan” (Iz
49, 15).
      O, bezgraniczna miłości macierzyńska! – Czy
znacie ścinającą krew w żyłach legendę, którą podają
sobie z ust do ust mieszkańcy Południowej Francji?
Legenda głosi, ze pewnego razu jakiś młodzieniec wpadł
w sidła dumnej kobiety, która rzekła do niego: „Dasz mi
dowód swej miłości, jeśli przyniesiesz, jako strawę dla
mojego pieska, serce własnej matki”. Otumaniony
młodzian zamordował matkę… wziął serce…i niósł je
dla pieska. Po drodze potknął się i przewrócił, a serce
matczyne potoczyło się daleko. I to serce ociekające
krwią, serce miłujące zamordowanej matki, zawołało
drżącym głosem: „Syneczku, czy bardzo się uderzyłeś?”
      O, bezgraniczna miłości macierzyńska! Miłość,
która nawet śmierć zwycięża! Miłość, która jest aniołem
stróżem dla dorosłych dzieci nawet wtedy, kiedy już
dawno zrównał się z ziemią grób rodziców.
      Bracia! Wielki francuski myśliciel, hrabia de
Maistre, razu pewnego powiedział: „Wielkie kulturalne
dzieła ludzkości nie pochodzą od kobiet; mężczyznom
bowiem zawdzięczamy Iliadę, Odysseję, Boską
Komedię, Fausta, organizacje państwowe, zwycięskie
walki, wspaniałe świątynie. Ale musimy ostatecznie
przyznać, że kobiety są jednak silniejsze i bardziej
                                                   335
wpływowe, aniżeli mężczyźni, bo one w swoim łonie
noszą bohaterów przyszłości, bo matki kształtują przez
wychowanie charakter przyszłych mężczyzn!”
      Oto, Bracia i Siostry, wspaniałe zrozumienie
godności rodziców! Pan Bóg sam dba o władzę
rodzicielską.
     A teraz, Kochani Bracia, zobaczmy drugą część
zagadnienia!


                           II.


  Jak mogą rodzice zniszczyć swoją
              władzę?


      Kochani Bracia! Od czasu, jak Cham wyśmiał
ojca, niektóre dzieci robią to samo; od czasu, jak
Absalon podniósł miecz przeciwko swemu ojcu,
Dawidowi, dużo dzieci postąpiło tak samo wobec
swoich rodziców; od czasu, jak Bóg ukarał Helego za
pobłażliwość względem synów, wielu rodziców zostało
ukaranych. Wszystko to prawda, ale chyba nigdy nie
płynęło tyle skarg ze strony rodziców, nigdy nie było tyle
nieposłusznych dzieci i może nigdy nie zdawała sobie
sprawy ludzkość z takiego upadku powagi społecznej i
prawnej, jak dziś. Przychodzą matki z zapłakanymi
oczyma, skarżą się, że ich nie słucha dorosła córka.
Przychodzą ojcowie, przeciwko którym powstaje
dorosły syn. Skarżą się nauczyciele przed rodzicami, że
w szkole nie mogą sobie dać rady z rozwydrzoną
336
młodzieżą. Rodzice znów skarżą się na szkołę,
twierdząc, że dziecko tam się uczy różnych złych rzeczy,
których w domu nigdy nie widzi…
        Wszyscy się obwiniają, wszyscy szukają przyczyn
złego. A wiecie, co jest przyczyną? To, że wielu
rodziców i wielu przełożonych zapomniało o wzniosłej
godności, którą Bóg przyozdobił ich czoła: r o d z i c e
są zastępcami Boga w wychowywaniu
d z i e c i ! Niektórzy rodzice sami obniżają swą
godność, którą ich Bóg przyozdobił. Czy wiecie,
dlaczego wielu ludzi nie zachowuje IV Przykazania
Bożego? Dlatego, bo wielu rodziców nie zachowuje
reszty Przykazań! Przykazania są ściśle ze sobą
związane. Nie wolno jednego odrzucić, a drugie
zachować! Wielu rodziców tak postępuje z
Dziesięciorgiem Bożych Przykazań, jak z Modlitwą
Pańską: pierwsza połowa, czyli „Święć się Imię Twoje,
przyjdź Królestwo Twoje!” – wcale ich nie interesuje…
Dopiero kiedy jest mowa o osobistej korzyści: „chleba
naszego powszedniego daj nam dzisiaj…” a, to co
innego! Tak sarno postępują z Dziesięciorgiem Bożych
Przykazań: „Czcij Boga, szanuj Jego święte Imię,
uczęszczaj na mszę świętą” – to nieciekawa seria. Ale
czwarte Przykazanie! O, tak, to coś warte. Owszem,
chcieliby mieć posłuszne, dobre dzieci! Chcieliby mieć
owoce bez drzewa! Chcieliby mieć bogate żniwa bez
zasiewu!
     A to jest niemożliwe! Bóg miłuje porządek. Czy
nie podziwiamy cudownej harmonii wszechświata;
harmonii ładu, ścisłości i miary? Każda roślinka, każdy
pyłek ma swoje miejsce. Tak samo i wszystkie
                                                    337
Przykazania mają swoje miejsce i znaczenie, nic nie
można z nich ująć, nic nie da się utargować!
       Rozpaczliwie skarżyła się jedna matka na 38 –
letniego syna, mówiąc, że jej nie szanuje, że się z nią źle
obchodzi, że się na nią gniewa, że trwoni jej mienie…
Chciałem pocieszyć zasmuconą matkę, pomyślałem, że
najlepiej potrafi to zrobić Bóg, i zapytałem: „Czy
szanowna pani chodzi do spowiedzi, do Komunii
świętej?” Popatrzyła na mnie: „Nie! Od czasu mojego
ślubu nie byłam u spowiedzi”.
      Bracia! Ma 38 – letniego syna i od czasu swojego
ślubu nie była u spowiedzi; tak zachowuje Przykazania
Boskie, a skarży się, że jej syn nie zachowuje czwartego
Przykazania, że nie szanuje matki. Matki, która sama
również lekceważy Przykazania Boskie!
       Bracia! Nie łudźmy się! Spostrzegawcze dziecko
nie tylko zauważy, że rodzice opuszczają mszę świętą w
niedzielę, i to, że zamiast do kościoła idą do kawiarni,
ale z grzesznych zaniedbań rodziców kuje broń na
usprawiedliwienie swojego nieposłuszeństwa. Jeśli
rodzice nie poczuwają się do obowiązku, by
przestrzegać III Przykazanie, to dzieci też na pewno nie
będą go zachowywać!
      I nic im nie można zarzucić! Jakim prawem
żądasz, żeby dziecko szanowało ciebie, ojca ziemskiego,
kiedy sam nie czcisz Ojca niebieskiego?!
       Rodzice! Bóg dał wam wspaniałą godność, tylko
nie zrzucajcie jej z waszych skroni!


338
                     *     *      *


      Kochani Bracia! Treść IV Przykazania świadczy o
niezrównanej mądrości boskiej. Nie mówi ono: „Kochaj
ojca i matkę swoją”, ale „czcij!”. Bądź więc takim
ojcem, którego by mogło dziecko czcić, pod każdym
względem brać sobie za wzór. Zawsze, we wszystkich
okolicznościach życia służ mu jako wzór i obudzaj
szacunek w jego duszy. Szczęśliwe jest dziecko, które
ma w swoich rodzicach idealny przykład, które strzeże
ich obrazu w swoim sercu, gdyż błogosławiona pamięć
na rodziców będzie dla niego w najcięższych pokusach
aniołem stróżem nawet wtedy, gdyż już mogił rodziców
trudno odszukać.
      W autobiografiach wielkich ludzi znajdujemy
przepiękne wzmianki o wpływie samych wspomnień o
rodzicach, które były ostoją w trudnych chwilach
życia… Naszą epokę nazywamy „epoką postępu” – i
słusznie. Rzeczywiście – jesteśmy naocznymi
świadkami zawrotnego rozwoju techniki, a jednak
potrzebne jest hasło:
      „Wracajmy!” Mamy wracać? Dokąd? Z
powrotem, do wspaniałej nauki IV Przykazania! Z
powrotem do przekonań rodziców, którzy uważają siebie
za zastępców Boga! Z powrotem do rodziców, którzy
wiedzą, że Bóg im dał koronę i piastują ją z drżeniem, bo
pamiętają, że ponoszą wielką odpowiedzialność za losy
ziemskiego i wiecznego szczęścia swoich dzieci.
      Bracia! Największą radością rodziców tu na ziemi
                                                     339
jest szczęście własnych dzieci: wierzę, że i w życiu
wiecznym będzie to pełnią ich radości! Wprawdzie
radość wieczna polega na oglądaniu nieskończonego
Majestatu Boga, ale i to oglądanie ma stopnie; z
pewnością pełną radość zapewni rodzicom obecność ich
dzieci przed obliczem Pana; dzieci, które powinny być
wdzięczne najpierw Bogu, a później im, rodzicom, że się
tam dostały.
       Panie Boże! Daj nam rodziców,
którzy by przez wypełnianie swej
wspaniałej           godności,          od        Ciebie
otrzymanej,            szczęśliwie             oglądali
w r a z z d z i e ć m i T w o j e O b l i c z e . Amen.


                        XXVI.


        DZIECI, SZANUJCIE RODZICÓW!


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Dzisiejsze kazanie, w którym będzie mowa o
obowiązkach dzieci względem rodziców, rozpocznę
opowiadaniem o wzruszającym spotkaniu pogańskiego
chłopca z matką. Jak wiadomo, między poganami
panoszyło się bardzo zło moralne i błędnowierstwo – ale
bądźmy sprawiedliwi, i jeśli znajdziemy w tamtych
czasach przykłady cnoty i szlachetności – starajmy się je
zapamiętać i naśladować. Nie wstydźmy się przyznać, że
pragniemy, by dzisiejsze chrześcijańskie rodziny
340
potrafiły wychować dzieci w takim szacunku dla
rodziców, jaki okazał Koriolan w V wieku przed
Chrystusem.
      Znacie jego historię. Obywatele wypędzili go z
Rzymu. Do żywego obrażony Koriolan przeszedł do
obozu wrogów ojczyzny, do Wolsków, którzy
wykorzystali jego straszny gniew i mianowali go
dowódcą swych wojsk. Koriolan ruszył na czele
nieprzyjacielskich zastępów na Rzym.
       Rzymian opanowała straszna panika. Widzą swój
błąd, ale już za późno! Wysyłają do Koriolana
najdostojniejszych obywateli, senatorów, z pokorną
prośbą, żeby nie niszczył miasta i swojego rodzinnego
kraju. Ale rozgoryczony Koriolan był nieubłagany.
Potem przyszli do niego kapłani pogańscy w
uroczystych szatach, ale na próżno! Ofiarowano mu
wielką sumę pieniędzy – ale z pogardą odmówił jej
przyjęcia… Kiedy już nic nie odniosło skutku, posłano
w końcu do obozu nieprzyjacielskiego wszystkie
matrony rzymskie z matką Koriolana, Weturią, na czele.
Matka padła do nóg syna i błagała o litość nad ojczyzną.
I co się stało? Obrażonego i zagniewanego młodzieńca
nie potrafiły wzruszyć ani prośby senatorów, ani
błagania kapłanów, ani blask złota, ale matkę wziął w
objęcia i powiedział: „Matko, uratowałaś Rzym, ale
straciłaś syna!” Cofnął wojsko z pod murów miasta… i
został zamordowany przez zawiedzionych w nadziejach
Wolsków.
      Zamordowali go… ale od dwóch tysięcy lat
stawiają Koriolana jako przykład młodzieży: Dzieci, tak
macie kochać swoich rodziców!
                                                    341
       Kochani Bracia! Koriolan odznaczał się tylko
naturalną miłością względem rodziców – a miłość ta
dokonała cudu! Nas chrześcijan obowiązuje nie tylko
miłość wynikająca z naturalnych węzłów rodzinnych,
ale jesteśmy obowiązani do szacunku dla ojca i matki,
bo tego sobie życzy Bóg. Oto dwa pytania, na które chcę
odpowiedzieć w dzisiejszym kazaniu: I. D l a c z e g o
chrześcijańskie               dziecko      powinno
szanować         r o d z i c ó w ? i II. J a k     ma
szanować rodziców?


                            I.


 Dlaczego mamy szanować rodziców?


       1. Przede wszystkim dlatego mamy s z a n o w a ć
r o d z i c ó w , b o t e g o ż ą d a B ó g . Nie istnieje
na świecie bardziej bezpośredni stosunek, niż między
dziećmi i rodzicami, a mimo to Pan Bóg uważał, że nie
wystarczają węzły naturalne, i ten miły, naturalny
stosunek wzmocnił osobnym Przykazaniem.
      W ostatnim kazaniu mówiłem, że IV Przykazanie
Boskie na wyższy poziom podnosi naturalny szacunek
dla rodziców i opiera go na głębszych i trwalszych
podstawach, bo godność rodzicielską opromienia
blaskiem powagi samego Boga!
      Dzieci, nie zapominajcie, że IV Przykazanie żąda
o wiele więcej, aniżeli naturalnej miłości dla rodziców!
Według Przykazania Bożego dzieci nie tylko dlatego
342
powinny szanować rodziców, że otrzymały od nich
życie, bo w takim razie nieszczęśliwi i kalecy od
urodzenia, którzy zawdzięczają rodzicom chorowite,
słabe, zniszczone ciało, nie byliby zobowiązani do
szacunku.
       Według czwartego Przykazania, dzieci powinny
szanować rodziców nie tylko dlatego, że są oni starsi,
mądrzejsi, bardziej doświadczeni. Nie! Swoich
rodziców, chociażby analfabetów, powinien szanować
nawet najbardziej uczony młodzieniec! Dzieci w nauce i
kulturalnej ogładzie prześcigają nieraz swoich rodziców,
rodzice nie potrafią rozmawiać z nimi o zagadnieniach
filozoficznych, ani na tematy literackie, może nie znają
się na operach Pucciniego…, ale mimo to powinno się
ich szanować!
       Na czym tedy opiera się obowiązek czci
względem rodziców? Na nakazie bożym, na Jego woli!
Czwarte Przykazanie rozpoczyna się w ten sposób: „Jam
jest Pan, Bóg twój. Czcij ojca i matkę swoją!” Bóg jakby
mówił: Nie chodzi tu o to, czy twój ojciec jest zamożny,
czy matka jest miła; ani o to, czy rodzice są mądrzy,
filozofowie, mili, dobrzy, lub też pełni wad, a może
nawet grzeszni. Wszystko jedno! Ja, Bóg żądam
szacunku dla rodziców, żądam niezależnie od
okoliczności!
      Bracia! Dlatego umieścił Bóg w Przykazaniu
subtelny wyraz „czcić” rodziców, a nie tylko „kochać”.
Wystarczy kochać siostrę, brata, bliźniego – ale
rodziców należy czcić! To coś więcej!
      W rozkazach rodziców powinno dziecko słyszeć

                                                    343
głos boży: „Synu, jeśli jesteś nieposłuszny, to nie
sprzeciwiasz się twojemu ojcu, prostemu człowiekowi,
ani twojej słabej matce, tylko ziemskim zastępcom
wszechwiedzącego i potężnego Boga. A osoba posła –
zastępcy jest święta i nietykalna, bo przemawia w
imieniu władcy”. Rodzice wobec dzieci są posłami
ziemskimi Boga, i dlatego – jakaż to ważna prawda
naszej moralności! – nawet na czole upadłej matki i
zepsutego ojca promienieje coś z blasku godności
rodzicielskiej, otrzymanej od Boga.
      Rozumiał to pewien młodzieniec, który
przechodząc koło grupy więźniów, zbliżył się i
pocałował jednego z nich w rękę. Co widząc strażnik,
zawołał: „Co pan robi? Całuje pan w rękę więźnia?” –
„Tak, więźnia, – odpowiedział młodzieniec – który jest
moim ojcem!”
      Młodzieniec miał słuszność. Takie jest bowiem
znaczenie IV Przykazania: Pan Bóg nie pozwała pod
żadnymi pozorami, by nimb powagi rodzicielskiej został
naruszony.
      Dzieci, czcijcie swoich rodziców! Uczcie się
posłuszeństwa! W czasach obecnych zachwiał się
szacunek dla władzy, bez niego zginie społeczeństwo.
Musimy się więc na nowo uczyć posłuszeństwa. Od
kogo, gdzie? Uczmy się u Tego, o którym powiedziano,
że chociaż był Bogiem, jednak był posłusznym swoim
rodzicom (Łk 2, 51); u Tego, którego pokarmem było
wypełnienie woli Ojca Niebieskiego (J 5, 30); u Tego,
którego całe życie ziemskie było wiernym
posłuszeństwem woli bożej, wytrwałym postępowaniem
po drodze, która prowadziła na śmierć, i to na śmierć
344
krzyżową. By nas hardych, dumnych, zarozumiałych i
mędrkujących nauczyć posłuszeństwa, Syn Boży,
„stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci
krzyżowej.” (Flp 2, 8).
      Tak, powinniśmy szanować swoich rodziców,
przełożonych, starszych, bo tego żąda Bóg.
      2. Kochani Bracia! Przykazania Boże posiadają tę
doskonałą właściwość, że zgadzają się zupełnie z
najczystszymi i najgłębszymi pragnieniami natury
ludzkiej. Widać, że ten sam Bóg stworzył naturę i wydał
Dziesięć Przykazań. Stąd jest zupełnie zrozumiałe, że
szacunku dla rodziców wymaga i
sama natura.
       Małe dziecko instynktownie lgnie do rodziców,
starsze więcej świadome miłości, a dorosłe – ma
poczucie troskliwej opieki. Całemu naszemu życiu
towarzyszy miłość rodziców. Nawet wtedy, kiedyśmy
już dorośli i mamy swoją rodzinę. Rodziców kochamy
do samej deski grobowej. Wiecie, kiedy się staje
człowiek starym? Czy wtenczas, kiedy się żeni, lub
wychodzi za mąż? Nie! Wtedy, kiedy umarli mu
rodzice! Chciałbym głośno zawołać, by mię usłyszały
wszystkie dzieci opryskliwe, krnąbrne, które zatruwają
życie rodzicom, nie mają nad nimi litości, marnotrawią
ich mienie: Dzieci, uważajcie, żebyście sobie za późno
nie uświadomiły, coście posiadały w osobach żyjących
rodziców!
     Z ust wielu ludzi słychać gorzkie wyrzuty:
„Dlaczego wiem dopiero teraz, jakie znaczenie mieli dla
mnie rodzice? Dlaczego dopiero teraz, po ich śmierci?

                                                   345
O, gdybym za ich życia wypowiedział te wyrazy, które
mi tak trudno było wymówić: Kochana matko i ojcze,
przepraszam, ja to inaczej rozumiałem… proszę mi
wybaczyć!…”
      Kochani Bracia! Człowiek ma tę smutną
właściwość, że często dopiero poniewczasie ocenia
skarby, które posiadał. Szanujmy więc za życia naszych
rodziców!
      Prawdziwa miłość dziecięca sięga oczywiście i
poza grób i objawia się w modlitwach za dusze
zmarłych rodziców, w mszach świętych odprawianych
za ich dusze, w odwiedzaniu ich cichych mogił.
Czerwone róże, które rosną na grobie, są jakby
przesyłaniem… pozdrowień i napomnień rodzicielskich
z życia wiecznego… „Żyjcie tak, by nasze spotkanie w
obliczu Boga było szczęśliwe!” – Bracia! Nie wierzymy
w spirytyzm, ale uczy nas święta wiara, że rodzice,
szczęśliwie oglądając Boga, pamiętają o dzieciach, które
walczą z tysiącem trosk życia ziemskiego. Jakaż pełna
pociechy jest to nauka! Dzieci, szanujcie swoich
rodziców!


                          II.


      Jak mamy szanować rodziców?


     Na tym, co powiedziałem, nie mogę poprzestać.
Mówiliśmy, że należy czcić rodziców, ale o tym
wiedzieliśmy i dawniej. Przypatrzmy się teraz drugiej
346
części pytania: jak należy czcić rodziców?
      1. Mógłbym tu przytoczyć dużo różnych rzeczy,
nie tylko o szacunku rodziców, ale w o g ó l e o
poszanowaniu przełożonych i osób
starszych.
      Mógłbym się tu odwoływać do pogan, którzy tak
samo potrafili szanować starców. Ludzi, na których
spoczywały najwyższe troski o byt państwa, nazywali
Rzymianie „zgromadzeniem starszych”, „senatem”. W
Lacedomonii również γέροντες („starsi”) kierowali
państwem.
Uszanowanie dla osób starszych jest bardzo głęboką
ludzką ideą, która, ze smutkiem trzeba to stwierdzić,
dziś zanika powoli wraz z innymi pięknymi zwyczajami.
Niestety, dzisiejsza młodzież nie zna Pisma Świętego, a
przynajmniej tych słów: „Przed siwizną wstaniesz,
będziesz szanował oblicze starca” (Kpł 19, 32). Zewsząd
słychać słuszne skargi, że młodzież tak mało ma dziś
szacunku dla starszych osób, tak z góry na nich
spogląda! Rzadko widzimy, żeby w tramwaju
młodzieniec ustąpił miejsca starszemu! Dawniej
ustępowano miejsca i kobietom. Dzisiaj, według
zewnętrznego wyglądu, bardzo trudno osądzić, czy
spotykamy się z podlotkiem, lub z niewiastą dojrzałą.
Same więc niewiasty są poniekąd przyczyną, że się ich
należycie nie szanuje.
     2. O wielu rzeczach można by mówić, ale
rozważmy najważniejszą: w j a k i – mianowicie –
sposób mamy szanować rodziców?
      a) „Czcij ojca i matkę!” – wielu rzeczy wymaga to
                                                   347
Przykazanie, o których nie chcą wiedzieć dzisiejsze
dzieci.
      „Czcij!” – czyli, kiedy rodzice mówią, dziecko
powinno milczeć. Dawniej w rodzinie chrześcijańskiej
było to zrozumiałe samo przez się, a dzisiaj? Dziecko o
wszystkim chce wyrokować, nawet lepiej, niż jego
rodzice.
      „Czcij!” – więc rozkaz rodziców dziecko powinno
natychmiast wypełnić. Kiedyś to było zupełnie jasne.
Ale dziś trzeba dziecku tłumaczyć, błagać, obiecywać
cukierki, podarunki.
      „Czcij!” „Kto by uderzył swego ojca albo matkę,
winien być ukarany śmiercią.” – mówi prawodawstwo
Starego Testamentu (Wj 21, 15). Nie potrzeba nawet
uderzyć. Słowa Pisma Świętego ze zgrozą mówią: „Oko,
co ojca wyśmiewa, gardzi posłuchem dla matki - niech
kruki nad rzeką wydziobią lub niech je zjedzą orlęta!”
(Prz 30, 17).
       Wychowanie chrześcijańskie (dawniej uważano je
za wychowanie „pańskie”) domaga się, by dziecko z
religijnym szacunkiem odnosiło się do rodziców, by bez
grymasów, bez wykrętów, bez sprzeczek, chętnie
spełniało ich rozkazy. Proszę się przypatrzyć, jakie
sceny odgrywają się dziś między 8 – 10 – letnimi
dziećmi a rodzicami! Jak skandalicznie, wyzywająco
rozmawia 14, czy 16 – letnia córka ze swoją matką! W
większości wypadków nie dziecko jest temu winne, ale
rodzice. Tak, rodzice, którzy to znoszą!
      Posłuchajcie, jak wspaniały przykład szacunku dla
rodziców dał w Starym Zakonie król Salomon! Jego
348
matka, Bethsabee, nie była ze szlachetnego rodu, a
jednak, kiedy w jakiejś sprawie udawała się do syna, to,
mówi Pismo Święte, Salomon: „wstał na jej spotkanie,
oddał jej pokłon, a potem usiadł na swym tronie. A
wtedy postawiono tron dla matki króla, aby usiadła po
jego prawej ręce” (1 Krl 2, 19).
      A znacie przykład z życia Tomasza Morusa,
słynnego kanclerza Anglii? Kiedy już piastował
pierwszy urząd w państwie, przed rozpoczęciem pracy
zawsze klękał publicznie przed ojcem i prosił o
błogosławieństwo. Dziś postępuje się zupełnie inaczej!
Trudno nawet uwierzyć, że dawniej tak było naprawdę.
      b), Ale oto, Bracia, przypominając wam te dwa
przykłady: króla Salomona i Tomasza Morusa,
doszedłem do najważniejszej części kazania, do
omówienia stosunku dzieci dorosłych do rodziców.
      c) Czuję, Bracia, że w dzisiejszych, szorstkich i
pietyzmu pozbawionych stosunkach, nie o małych
dzieciach, ale o tym przede wszystkim trzeba mówić.
Przecież chłopczyk, który hasa na kolanach ojca, albo
dziewczynka, która razem z mamusią ubiera
porcelanową lalkę, może najwyżej swoją dziecięcą
nieświadomością zasmucić rodziców. A l e m o w a o
dorosłych        chłopcach,        o    dorosłych
pannach! O dzieciach starszych! O
dzieciach, które są już małżonkami,
którzy jeszcze mają sędziwych niedołężnych,
przykutych do fotela rodziców.
     Dzieci, wy dorosłe dzieci, kiedy wasz chory ojciec
może zrobić tylko kilka kroków, opierając się o wasze

                                                    349
ramiona, czy myślicie, że gdy byliście mali, gdy
uczyliście się chodzić, to czepialiście się wówczas
jeszcze jego silnych rąk? Czy przychodzi wam to na
myśl? Bo jeśli tak, to nigdy nie będziecie względem
niego niecierpliwi, nerwowi i bez serca. Wasza stara
matka od szeregu miesięcy leży chora. Dzieci, wy
dorosłe dzieci, czy potraficie za jej bezsenne czuwania,
spędzone przy waszym dziecięcym łóżeczku w ciągu
długich, długich nocy, troskliwie, z miłością siedzieć
przy jej łożu?
      „Czynem i słowem czcij ojca swego.” (Syr 3, 8) –
mówi Pismo Święte. Cierpliwością! Trzeba, żeby każdy
o tych słowach Pisma Świętego pamiętał, kto ma starych
rodziców!
        d) Wszystko zmienia się z biegiem czasu, nawet
miłość dziecka. Tak, miłość dziecka również się
zmienia, rozwija, dojrzewa, a l e n i e w o l n o j e j
p r z e m i n ą ć ! Naturalnie, u dorosłych inaczej
przejawia się miłość dla rodziców, aniżeli u dzieci. Małe
dziecko kocha swoich rodziców, okazuje przywiązanie,
usłużność; dziecko dorosłe mówi dobrze o rodzicach,
wybacza ich słabe strony, uwzględnia przez miłość
drobne dziwactwa, które chodzą w parze ze starością,
udziela materialnego wsparcia.
      Bracia! Przy wspieraniu materialnym trzeba
okazać zręczność i delikatność uczuć, żeby staruszków
nie urazić; to też tu właśnie przejawia się prawdziwy
szacunek dziecka. Materialne wspieranie rodziców
trzeba traktować jako małą część procentów od
kapitałów, które w nas włożyli za naszych lat
dziecięcych.
350
       – Przyjacielu! – zagadnął pewien pan swojego
kolegę – masz tak piękne dochody, a nie widać tego po
tobie. Gdzie składasz pieniądze?
     – Gdzie? Częściowo spłacam długi, częściowo zaś
pożyczam na procenty.
      – Nie rozumiem.
      – Więc uważaj: kiedy byłem młody, rodzice
wydawali na mnie olbrzymie sumy. To są moje długi,
które teraz spłacam. Resztę daję na wychowanie i
kształcenie moich dzieci, i to jest kapitał, który na
starość przyniesie mi procenty.
       Tak, to jest chrześcijański pogląd! Bo jeśli
chcielibyśmy w całej pełni odwdzięczyć się ojcu za
gorliwą pracę, podjętą dla nas, gdybyśmy naprawdę
chcieli się odpłacić naszej kochanej matce za troskliwą
opiekę, za bezsenne noce, za jej mozolne trudy dla
naszego dobra, to z pewnością nigdy nie moglibyśmy się
odwdzięczyć.
       Dlatego dorosłe dziecko, jeśli szanuje rodziców,
to stara się to wszelkimi sposobami okazać: duchowo i
materialnie. Nie mogę zrozumieć, jak może smakować
obiad synowi, któremu dopisała fortuna, jeśli
równocześnie jego matka staruszka, wdowa, wegetuje z
mizernej emerytury. Nie mogę sobie wyobrazić, jak
może córka ubrać się w kosztowne futro, we wspaniałą
biżuterię i iść z wizytą do rodziców, którzy się duszą w
jednopokojowym mieszkaniu na poddaszu! Nie, tego nie
mogę sobie wyobrazić!…
      Powtarzam, Bracia, człowiek wyrasta ze swoich
dziecięcych pantofelków, z podręczników szkolnych, z
                                                    351
ulubionych zabawek, z ramek życia rodzinnego – ale
nigdy nie wolno mu wyrosnąć z atmosfery szacunku dla
rodziców. Cokolwiek los w życiu zgotuje dziecku, na
jakimkolwiek znajdzie się stanowisku, powinno zawsze
szanować swoich rodziców. Nie wiem, czy odpowiednio
postępują niektórzy rodzice, że kiedy dzieci się im
zepsują, wstyd im przynoszą, gdy wszystkie
napomnienia są daremne, wyrzekają się swojego
dziecka. Czy mają do tego prawo, o tym można by
debatować. Ale jest zupełnie pewne, że dzieci nigdy nie
mają prawa wyrzec się i porzucić rodziców! Życie
wskazuje nam wstrząsające wypadki, kiedy wykryły się
oszukańcze manipulacje pieniężne ojca, kiedy święta
wiara w moralną nieskazitelność matki zwaliła się w
bagno błota, w oczach zdziwionych dzieci – ach, są to
okropne chwile! – a jednak nawet wtenczas nie możemy
zapomnieć o czci dla rodziców! Są to straszne, okropne
chwile – a jednak i wtenczas powaga rodziców oparta
jest o wolę bożą. Święte słowa brzmią nadal: „Jam jest
Pan, Bóg twój… czcij ojca i matkę swoją!”


                     *     *     *


      Kochani Bracia! Nie chciałbym do tych ludzi
należeć, którzy ciągle wzdychają „do starych dobrych
czasów” – wygląda to, jakby ówcześni ludzie byli
innymi tworami i nie posiadali ułomnego ciała. Każda
epoka miała swoje bolączki, zawsze były grzechy, nigdy
nie brakło grzeszników. A jednak, Bracia, tylu rodziców,
nauczycieli, sędziów, wychowawców się skarży na

352
gburowatość młodzieży, że w końcu musimy się zgodzić
na postawienie smutnej diagnozy, iż w podobnym
duchowym osamotnieniu nie wychowywała się jeszcze
żadna młodzież, co dzisiejsza! Dawniej nie było tylu
szkół, dzieci tak dużo się nie uczyły, nie było tak dobrej
opieki ze strony nauczycieli, katechetów, patronów, i nie
pisano tyle o pedagogii. Przyznać trzeba, że wychowanie
dzisiejsze jest wszechstronne i staranne, daje ono więcej,
niż w czasach poprzednich, jednego mu tylko brakuje,
co nie da się niczym zastąpić: brakuje mu
chrześcijańskiego, religijnego wychowania rodzinnego.
      Tak, tego nie potrafimy niczym zastąpić!
Szczęśliwe jest dziecko, które ma religijnych rodziców,
chociażby się borykało z najbardziej dokuczliwymi
trudnościami materialnymi; natomiast wychowywane w
dostatkach, w bogactwie, będzie nieszczęśliwe, jeśli jego
rodzice oderwali się od Boga.
       Jeśli nie ma w rodzinie krzyża, krzyża
Chrystusowego, tam w mroźne, lodowe pola zamienia
się życie.
      Niedawno czytaliśmy w dziennikach, że balon
wioski, unoszący się nad biegunem północnym, zrzucił
dwumetrowy hebanowy krzyż, dar papieża dla ziemi
bieguna północnego, i od tej chwili już i w najbardziej
na północ wysuniętych ziemiach widnieje znak naszego
Zbawienia. Bracia! Po zatknięciu krzyża na biegunie
północnym, cała ziemia jest krzyżem świętym
ozdobiona. Pamiętajmy jednak, że krzyż ma być nie tyle
ozdobą, ile podporą kuli ziemskiej i – rodziny, która
ziemię zaludnia.

                                                      353
       Rzućmy więc na cały świat hasło IV Przykazania:
Tylko moralne odnowienie rodziny, komórki życia
społecznego, może uchronić przed zagładą nasze
społeczeństwo. Na nic nie zda się prawo, ankieta, ani
liczbowy przyrost ludności, jeśli… jeśli zewnętrznemu
rozwojowi zabraknie wewnętrznej treści. Świat
potrzebuje odrodzenia, ale odrodzenia duchowego!
Odrodzenia moralnego! Potrzebuje ojców, matek i
dzieci, którzy by zachowali Dziesięcioro Bożych
Przykazań. Potrzeba ognisk rodzinnych, w których
budowałoby się Królestwo Boże; rodzin, gdzie Chrystus
jest prawem; rodzin z liczniejszym potomstwem; rodzin,
w których życie małżeńskie nie jest tylko środkiem
rozkoszy, lecz szkołą wielkich obowiązków życiowych.
Potrzebne są nam rodziny, które nosiłyby wysoko krzyż
Chrystusa nad wymarłym, zwiędłym życiem moralnym,
rodziny, którym by błogosławił krzyż Chrystusowy.
        Bracia! Pokolenie nieokiełznane, nie szanujące
władzy, puszczone samopas, zniszczy samo siebie,
zmarnuje dziedzictwo swoich przodków i zaprzepaści
zbawienie swojej duszy; n a t o m i a s t d z i e c i ,
wychowywane w bojaźni bożej i w
szacunku                dla           rodziców,    są
fundamentem pod gmach przyszłego
s z c z ę ś c i a l u d z k o ś c i . Amen.




354
                        XXVII.


     RODZICE, SZANUJCIE SWOJE DZIECI!


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Zeszłej niedzieli tytuł mojego kazania brzmiał
„Dzieci, czcijcie swoich rodziców!” Kazanie dzisiejsze
nosi tytuł: „Rodzice, szanujcie swoje dzieci”. Ostatnio
mówiłem: „Dzieci, zachowujcie IV Przykazanie!”
Dzisiaj będę mówił: „Rodzice, starajcie się ułatwić
dzieciom zachowanie IV Przykazania” We wstępie
ostatniego kazania opowiedziałem wam historię sprzed
dwóch i pół tysięcy lat o Koriolanie, który kochał
prawdziwie swoją matkę. Dzisiejsze kazanie rozpocznę
historią nowoczesnej matki, która nie kochała swojego
dziecka. Historią, jakich dzisiaj wiele wśród matek,
które pracują społecznie, chodzą na zebrania, organizują
zabawy, robią wszystko, tylko nie troszczą się o własne
dzieci.
      Jedna z takich właśnie matek wracała do domu z
jakiegoś „ważnego” zebrania. Najprzód pozałatwiała
różne sprawy „społeczne”, potem robiła zakupy, później
wstąpiła do cukierni, a stamtąd poszła na zebranie… Do
domu wraca późnym wieczorem. Przy kolacji mówi do
męża: Proszę cię, dziś tak dużo miałam roboty! Te
obowiązki     społeczne     zupełnie    zabierają  czas
człowiekowi! Gdy wróciłam do domu, spotkałam w

                                                    355
klatce schodowej grupę bawiących się hałaśliwie dzieci.
Między nimi był jeden bardzo miły chłopczyk…
      – Jakie miał włosy? – pyta mąż.
      – Zupełnie złote.
      – A ubranko?
      – Ach, było okropnie zabłocone, brudne!
      – A twarz?
      – Także powalana!
     – Ach, kochana, to na pewno był nasz synek –
odpowiada cichym głosem ojciec.
      Koniec! Urwała się smutna historia, na tym
kończy się wstęp, w którym już mieści się i temat
mojego kazania. W ostatnią niedzielę nawoływałem:
Dzieci, starajcie się dobrze zrozumieć IV Przykazanie!
Dzisiaj wołam do rodziców: Rodzice, starajcie się
dobrze zrozumieć IV Przykazanie!
      Jak to? Czy są rodzice, którzy by nie rozumieli IV
Przykazania? Owszem, są! Dziecko Jest zagadką,
rebusem, trudniejszym do zrozumienia, niż najbardziej
zawiła szarada; jego wychowanie, to poniekąd i krzyż, i
zagadka. Żeby rodzice ten krzyż mogli łatwiej nosić,
żeby rebus rozwiązali szczęśliwie, dlatego Pan Bóg dał
IV Przykazanie. Trzy pierwsze Przykazania mówią o
naszych obowiązkach względem Boga. W czwartym jest
mowa o obowiązkach względem rodziców. Jaki to
zaszczyt dla rodziców ze strony Boga! Ale również, jakie
obowiązki wkłada ten zaszczyt na ramiona rodziców!
      Rodzice, bądźcie świadomi odpowiedzialności,
356
nałożonej na was przez Boga! Rodzice! I.
Szanujcie,           II. O s z c z ę d z a j c i e  i III.
K o c h a j c i e s w o j e d z i e c i ! Ta potrójna myśl
będzie tematem mojego dzisiejszego kazania.


                            I.


          Szanujcie swoje dzieci!


    a) Szanujcie swoje dzieci, b o o n e s ą n i e
tylko wasze, ale przede wszystkim
należą do Boga!
       Dziecko jest zastawem zaufania bożego, z którego
Bóg zażąda od was rachunku! Zażąda wytłumaczenia
każdego zaniedbania, czy ojciec kochał swoje dziecko
bałwochwalczo, czy mu wszystko wybaczał, na
wszystko pozwalał, czy wszystkie jego zachcianki
spełniał, a tym samym wypaczył jego charakter, wolę,
duszę; zażąda rachunku i z tego, czy przy mnóstwie
różnego rodzaju zajęć rodzice mieli czas na wychowanie
dziecka. Bóg wie dobrze, jak trudno jest dzisiaj zarobić
na chleb, wie dobrze, jak ciężko musi pracować ojciec i
matka, żeby sprostać najkonieczniejszym potrzebom, i
według tego będzie ich sądził. Ale Bóg widzi również
matki, które uczęszczają na pikniki, do teatrów, z
wizytami; ojców, którzy wysiadują w kawiarniach i
cukierniach. I jeśli z tego powodu zabrakło im czasu na
wychowanie dzieci, to według tego będzie ich Pan Bóg
sądził.
                                                      357
      Rodzice, szanujcie swoje dzieci!
      b) J a k n a l e ż y s z a n o w a ć d z i e c i ?
      Muszę przyznać, że po większej części jeszcze i
dziś bardzo troszczą się rodzice o dzieci, ponoszą
olbrzymie ofiary, by je kształcić, ale o jednym
zapominają! Czy wielu dzisiejszych ojców i matek może
powiedzieć to, co powiedziała matka króla Macieja o
swoim synu: „Obdaruję cię złotem i srebrem, byleś
powrócił do domu” (Arany János) – mogą to
opowiedzieć, ale tylko w znaczeniu ziemskim! Rodzice,
nie zapominajcie, że dziecko ma nie tylko ciało, ale i
duszę. Czy zastanawiacie się nad tym, że Bóg powierzył
wam dusze, kiedyś macie Jemu oddać? Od was zależy w
wielkiej mierze, czy one dojdą do Boga. Ach, z jakim
wzruszeniem powinniście myśleć: Bóg powierzył mi losy
dusz nieśmiertelnych!
      Bóg zażąda rachunku z duszy dziecka. Nie myślę
obecnie o tych okrutnych rodzicach, którzy – aż strach
powiedzieć! – nie chrzczą swoich dzieci. Chwała Bogu,
że takiej okropnej zbrodni u nas rodzice jeszcze nie
popełniają, ale w wielu rodzinach wychowanie religijne
dzieci ogranicza się – niestety – tylko do chrztu
świętego.
        A pamiętajcie, rodzice: Pan Jezus rości sobie
prawo do każdego dziecka. Najmilsza scena z Ewangelii
jest ta, kiedy Pan Jezus zmęczony po całodziennej pracy,
wieczorem, w te słowa się odezwał do apostołów:
„Dopuście dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do
Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie.”
(Mt 19, 14). Czy mógł Chrystus wyraźniej wskazać na

358
główne obowiązki wychowawców? Co jest ich
pierwszym obowiązkiem? Dopuścić dzieci do
Chrystusa! Czyli innymi słowy: w y c h o w y w a ć j e
w d u c h u r e l i g i j n y m ! Rodzice dzisiejsi –
owszem – wychowują, ale nieraz wychowują bez Boga,
kto zaś buduje bez Boga, stawia dom
na piasku!
       Patrzcie na różnicę między dwiema rodzinami: w
jednej rodzice wychowują religijnie swoje dzieci, w
drugiej – odwołują się tylko do rozumu. W pierwszej
mówią: Widzisz synku, widzisz córeczko, ciężko nam,
ale Bóg żąda, żebyśmy wszystko znieśli. Musimy być
posłuszni, pracowici, musimy modlić się, nigdy nie
kłamać… dobry Bóg tak nakazuje. On zabronił robić
źle, nawet wtedy, gdy bardzo nas nęci pokusa do
grzechu! Nawet gdyby nikt nie widział naszego grzechu,
Pan Bóg go zawsze zobaczy!… Trudno być zawsze
wiernym Bogu, ale – widzisz – dlatego chodzimy często
do spowiedzi, do Komunii świętej, żeby nam Pan Bóg
dał siły do pokonania złego. Takie jest wychowanie w
pierwszej rodzinie.
      A w drugiej? W drugiej również chcą dobrze
wychować dziecko, ale – rodzice zwykli mówić – nie
pragnę, żeby moje dziecko było „bigotem”,
„świętoszkiem”, „ultra religijnym”. Więc w następujący
sposób nakłaniają do dobrego: drogi synku, kochana
córeczko, tego i tamtego nie wypada robić. Co
powiedzieliby, ludzie, dowiedziawszy się, że kłamiesz?
Jakaż to niegrzeczna dziewczynka! Nie rób tego lub
tamtego, bo to złe, to poniża ludzką godność, upadla
charakter, powoduje chorobę…
                                                  359
      Tak wychowuje druga rodzina. Obie chcą dobra –
ale… przychodzi pokusa. Osądźcie sami. Bracia! Jakie
dziecko, jaki dorastający młodzieniec, jaka panna
potrafi utrzymać się twardo na drodze czystości, w
powodzi nieustannej nawałnicy pokus? Kiedy człowiek
zacznie tonąć w powodzi życia, kiedy go ogarnie żądza
majątku, lub niszcząca lawa namiętności cielesnych, czy
jako broń wystarczą zasady higieny, prawa społeczne,
frazesy o szacunku osobistym?! O, nie! Nie! Kto buduje
bez Boga, stawia dom na piasku!
       Wiecie, kto wychowywał dobrze? Blanka, matka
świętego Ludwika, króla francuskiego, która często
mawiała do syna: „Dziecko moje, kocham cię, jak tylko
może kochać matka, ale wolałabym cię widzieć
konającego u moich nóg, niż gdybyś kiedykolwiek
popełnił choćby jeden jedyny ciężki grzech”. Później
wyznał święty król, że te słowa matki były mu wśród
pokus tarczą obronną. Widzimy nieraz głęboki wpływ
religijnych matek na dusze swoich dzieci. Jako dowód
wystarczy wymienić wielkich świętych Kościoła, z
których wielu świętość życia zawdzięcza swoim
matkom; tak np. św. Augustyn – św. Monice, św.
Grzegorz Wielki – św. Sylwii, św. Bazyli Wielki – św.
Emilii, św. Benedykt – św. Abundancji, św. Dominik –
św. Joannie, św. Gertruda – św. Elżbiecie itd.
       Razu pewnego zapytała Ludwika Windhorsta,
wielkiego męża stanu niemieckiego, jego znajoma:
„Chciałabym się fotografować. W jakiej pozie uważa
pan, że wyszłabym najlepiej?” Wybitny i głęboko
religijny polityk odpowiedział: „Niech się pani da
fotografować, kiedy składa pani rączki swojego dziecka
360
do modlitwy. Jest to najpiękniejsza poza, jaką sobie
mogę wyobrazić dla matki”.
      Bracia! Czy chcecie mieć dobre dzieci? Czy
chcecie, byście w ich oczach mogli ujrzeć głębię duszy?
Chcecie dzieci bez skazy, które by nie uległy pokusom
wieku dojrzewania? Chcecie dzieci, które by
przestrzegały czwarte Przykazanie? Więc szanujcie ich
dusze, wychowujcie je z Bogiem, wychowujcie je w
duchu trzech myśli jednego z niemieckich poetów: Bóg
jest moim celem, Bóg jest moim świadkiem, jest moją
nagrodą!
      Rodzice, szanujcie dusze waszych dzieci!


                          II.


       Oszczędzajcie wasze dzieci.


      Tytus, cesarz rzymski, miał jelenia, który
otrzymywał co dzień pożywienie w ogrodzie, a poza tym
mógł cały dzień swobodnie biegać po lesie. By nie
zabito jelenia, powiesił mu cesarz na szyi złoty łańcuch
z napisem: „Noli me tangere, Caesaris sum!” – „Nie
dotykaj mnie, jestem własnością cesarza!”
      Rodzice, pamiętajcie, że dziecko jest własnością
Boga: w duszy każdego ochrzczonego dziecka jest
wyryty obraz Chrystusa Pana: nie dotykajcie go
brutalnymi rękami!
      a) Dobrze, że nauczanie religii w szkołach stało
                                                    361
się bez porównania głębsze, gruntowniejsze i bardziej
życiowe, aniżeli było, choćby kilkadziesiąt lat temu. Kto
ma ucznia, lub uczennicę w szkole średniej, wie o tym
dobrze. Przyglądnijcie się pracy gorliwych katechetów,
którzy nie poprzestają na odbyciu obowiązkowych
godzin, ale cały wolny czas poświęcają młodzieży: bądź
w sodalicji Mariańskiej, bądź w harcerstwie; którzy
chodzą razem z młodzieżą na wycieczki i w rozmowie w
cztery oczy kształtują charakter wychowanków… Nic
dziwnego, że gorliwość katechetów porywa gorące
dusze młodzieży, nic dziwnego, że obecnie wśród
młodzieży szkolnej daleko silniej tętni życie religijne,
aniżeli dawniej.
      Ale tu właśnie trzeba stwierdzić smutny fakt: że
niektórzy rodzice patrzą na to niechętnie, bez
zrozumienia, i religijność dziecka nie ma poparcia tam,
gdzie najbardziej powinna go doznać.
       Powiem zupełnie otwarcie, o czym myślę: W
duszach wielu dzieci toczą się prawdziwe walki, kiedy
widzą – a na pewno widzą! – że tak mało zachowuje
dzisiejsze społeczeństwo, ba nawet ich właśni rodzice,
zasady, których się uczą w szkole na religii. Rodzice,
którzy przeklinają, którzy się nie modlą! Rodzice, którzy
nie chodzą do spowiedzi, ani do Komunii świętej!
Smutno nawet mówić, że wiele dzieci nie na w
rodzicach dobrego przykładu! Zapewne może się
powtórzyć w wielu rodzinach to, co zdarzyło się
niedawno w jednej. Dziecko zapytało matki: „Mamo,
kiedy będę taki duży, jak mój ojciec?” „A dlaczego
chciałbyś być taki duży?” – spytała matka. „Bo wtedy
nie musiałbym się modlić!” – brzmiała straszna
362
odpowiedź.
     Rodzice, oszczędzajcie duszę            dziecka,   nie
wyrządzajcie w niej spustoszenia!
        b) Rodzice burzą spokój dziecka i wtedy, g d y
nie zgadzają się między sobą w
p o g l ą d a c h n a w y c h o w a n i e , gdy jedno działa
na niekorzyść drugiego, jest nieustępliwe, a przez to
uniemożliwia harmonijne wychowanie.
       Przytoczę kilka słów z listu pisanego przez matkę
do syna, który jest w internacie. Dochodziły ją smutne
wieści o jego złym zachowaniu się, a właśnie zbliżały
się ferie, i syn bał się surowego ojca. Matka pisze do
niego w ten sposób: „Kochany, złoty syneczku! Nie
obawiaj się niczego! Ojca już błagałam, żeby się na
ciebie nie gniewał. Teraz, co drugi dzień gotuję
naleśniki z serem (wiesz, że je tak lubi…), a chrzestna
matka ciągle obrabia ojca… przesyłam ci tymczasem 10
złotych na drobne wydatki (ojciec o tym nie wie!), tylko
się nie obawiaj niczego, mój mały koteczku!…” W ten
sposób pisze matka, i „kotek” rzeczywiście nie będzie
się bał niczego! Ale czy można w ten sposób
wychowywać?!
      Naturalnie, że tak robią i ojcowie, gdy biorą w
obronę córki, skarcone przez matkę. Czy takie
postępowanie nie jest podkopywaniem powagi
rodzicielskiej?
        Albo, czy nie osłabia powagi, jeśli r o d z i c e
wyróżniają               jedno         dziecko         na
n i e k o r z y ś ć i n n y c h ? I to nie dlatego, że jest
bardziej posłuszne (bo to byłby jeszcze słuszny powód),
                                                        363
ale dlatego, że jest najmniejsze, że ma piękną
twarzyczkę, że się im więcej podoba! Myślą, że
rodzeństwo tego nie zauważy.
       Również podkopuje powagę, jeśli r o d z i c e
postępują według swojego widzi mi
się,      kierując         się    nastrojem        w
w y c h o w a n i u ! Prawda, że wiele rzeczy dokucza
dzisiejszemu człowiekowi, całe nasze życie ujemnie
działa na nasze nerwy, ale człowiek musi panować nad
sobą, chcąc być wychowawcą; a zwłaszcza rodzice nie
powinni się powodować nastrojami. Czasami, kiedy
ojciec jest w dobrym humorze – pozwala dziecku na
wszystko; innym znów razem, za małe psoty ostro karze,
bo jest w złym usposobieniu.
      Czy wynikają stąd jakie szkody? – zapyta ktoś.
Owszem, bardzo wielkie: dziecko z niedowierzaniem
będzie patrzyło na ojca, jak turysta na barometr, i
według tego, jaka będzie pogoda, piękna, czy zła, ubiera
się na wycieczkę. Dziecko będzie patrzyło na rodziców,
jako na chorągiewkę, skąd wieje wiatr. Nie będzie dla
nich miało szacunku! Bo czy patrzy się z szacunkiem na
barometr, albo na chorągiewkę?
      Rodzice, szanujcie wasze dzieci!




364
                         III.


   Rodzice, kochajcie wasze dzieci!


      Rodzice, kochajcie dzieci, ale nie kosztem ich
własnych dusz! Bracia! Kogo mam teraz na myśli? Dwie
matki, które żyją w dostatkach i sądzą, że prowadzą
życie naprawdę religijne, ale w żaden sposób nie mogą
pogodzić się z tym, że Bóg jedno z ich dzieci powołuje
do swojej służby.
      Syn jednej chce zostać kapłanem!
      „O, nie! Na to nie pozwolę! Nie mówiłabym nic,
gdyby to córka… uparła się żyć w klasztorze… Ale
kapłan jest bardzo samotny! A to chłopiec szykowny,
stworzony do życia, zdolny i miałabym go oddać? Nie,
tego Bóg nie może ode mnie żądać… Mamy mały
rodzinny mająteczek, syn zostanie na gospodarstwie w
domu!” – W ten sposób mówi jedna z matek i czeka,
żeby jej przyznano słuszność.
       Przychodzi druga matka: „Proszę sobie
wyobrazić, córka moja chce iść do klasztoru! Zrobiła
takie postanowienie, i o niczym innym nie chce słyszeć.
Na to nie można się przecież zgodzić! Gdyby to był syn,
i chciał zostać księdzem, to jeszcze! Życie kapłana nie
jest tak odcięte od świata!… Kapłan przebywa między
ludźmi… Ale klasztor! Córka jest tam dla mnie
stracona!… Umarła… O, nie! Tego dobry Bóg nie może
żądać!” – mówi i myśli, że przyznam jej rację.
                                                   365
       Otóż – matki, rodzice – chociaż rozumiem ból
rodzicielskiego serca, żegnającego dzieci, czy mogę
wam przyznać rację?! Czy nie wiecie, że Bóg ma pełne
prawa do ludzkiego życia: może zabrać dziecko nie
tylko do ołtarza, do klasztoru, ale i na cmentarz! Bracia!
Tak, i tam je może zabrać! Czy tak byłoby lepiej?
       „Ale kiedy to chłopak zgrabny, zdolny do życia,
jakże go mam dać na księdza?” Kogo więc chcielibyście
przeznaczyć do stanu kapłańskiego? Kłodę? Kalekę?
Idiotę? Taki miałby bronić Chrystusa w dzisiejszych
przewrotnych czasach? Chcecie naśladować Kaina,
który parszywą owcę i ułomnego kozła ofiarował,
Bogu? Tu i tam słyszy człowiek słowa skargi z ust
wiernych: „Ach od naszego księdza spodziewaliśmy się
czegoś więcej…” Jesteście niezadowoleni? Daliście
chociaż jednego kapłana Kościołowi? Jak wychowacie
dzieci, tacy będą kapłani!
      Przytoczę, Bracia, jedno zestawienie statystyczne,
a ogarnie was przerażenie! Ile jest szkół powszechnych
w Budapeszcie? Sto dwanaście. A ilu jest w nich
katechetów? Trzech! Powtarzam: w Budapeszcie tylko w
trzech szkołach powszechnych jest katecheta – kapłan!
A w pozostałych stu dziewięciu? Wszędzie katechetki
wykładają religię! Dlaczego? Dlaczego nie przyśle
arcybiskup ostrzychomski katechetów? Bo nie ma
księży! Nie ma dostatecznej liczby kandydatów do
seminarium! Jak to? Czy Bóg nie powołuje do stanu
kapłańskiego? Ależ owszem, powołuje, ale często
rodzice stoją na przeszkodzie… Rodzice, kochajcie
swoje dzieci, ale nie ze szkodę dla ich własnych dusz!
      W ostateczności, o co ci chodzi, czy nie o
366
szczęście twojego dziecka? A może ono na tej drodze
będzie szczęśliwsze?! Czy masz prawo mu bronić?
      Pozwólcie, że powiem jeszcze jedno. Bracie, jeśli
smucisz się, że syn twój został kapłanem, albo, że córka
poszła do klasztoru, wierz mi, że na sądzie ostatecznym
więcej będziesz miał z tego zysku, niż gdyby syn twój
został właścicielem majątku i dokupił jeszcze 100
hektarów ziemi; niż gdyby twoja córka nie wiem jaką
zrobiła partię. Wierz mi!
       Rodzice, kochajcie swoje dzieci, ale nie ze szkodą
dla ich dusz!


                     *      *      *


      Kochani Bracia! Dzisiejsze kazanie rozpocząłem
przykładem nowoczesnej matki, która zaniedbuje
wychowania dzieci. Na zakończenie opowiem też
nowoczesną historię o matce, która starannie wychowała
dziecko.
       A miało to miejsce nie przed wiekami, ale przed
kilku laty. Opis tego zdarzenia znajduje się nie w starych
księgach, ale w dziennikach, gdzie zamieszczono
opowiadanie o pewnej matce z Meksyku i o jej 18 –
letnim synu. Bracia, opowiem wam tę historię, gdyż dziś
mówiliśmy o obowiązkach wychowania dzieci, o tym,
że rodzice powinni dbać nie tylko o rozwój fizyczny, o
zdrowie, o wykształcenie dzieci, ale powinni troszczyć
się przede wszystkim o ich dusze!
      Niedawno w Meksyku srożyło się prześladowanie
                                                      367
katolików, przypominające czasy Nerona. W jednym
stanie meksykańskim, w Jalisco, w imię „tłumienia
rewolucji” schwytano 18 – chłopca, którego starano się
zmusić, by zawołał: „Niech ginie Chrystus!”
       – Tego nie mogę zrobić, jestem katolikiem –
bronił się chłopiec.
      – A więc jesteś rewolucjonistą?
      – Rewolucjonistą? Nie! Nigdy nim nie byłem.
Tego mi nikt nie dowiedzie, ale jestem katolikiem i
nigdy nie wyprę się Chrystusa!
      Porwano wtedy chłopca, przywiązano do
samochodu ciężarowego, i puszczono motor. Wloką za
wozem nieszczęśliwego, broczącego krwią, pokrytego
ranami i kurzem ulicznym. Rodzice jego, byli w domu.
Na chwilę zatrzymano auto, jeszcze jedną próbę chcą
zrobić.
     – Wołaj: Niech żyje Calles! – (wódz partii wrogiej
Kościołowi).
     A chłopiec z całej siły woła: „Niech żyje
Chrystus!”
      Wtedy rzucono się na niego z bagnetami, może to
go zmieni… Tymczasem pobiegła jakaś kobieta do
mieszkania matki chłopca z wiadomością: „Chodź
prędko; chcą, żeby twój syn wyparł się wiary”.
Przychodzi drżąca matka. Jej syn, jej 18 – letni kochany
syn tarza się w kałuży własnej krwi i w błocie ulicznym!
Następuje wstrząsająca scena. Matka schyla się nad
synem, który wije się w boleściach, i głośno woła:
„Choćby cię nawet chcieli zabić, nie wypieraj się wiary!
368
Wiara więcej warta niż życie! Niech
ż y j e C h r y s t u s K r ó l ! ” Syn robi ostatni wysiłek,
powtarza za matką: „ N i e c h ż y j e C h r y s t u s
K r ó l ! … ” i umiera… na ulicy… w oczach matki.
     Bracia! Działo się to w roku 1927 po Narodzeniu
Chrystusa Pana.
       Matki, ojcowie, rodzice chrześcijańscy! Słuchajcie
wołania matki –bohaterki: Wiara więcej znaczy niż
życie! Amen.


                         XXVIII.


           O POSZANOWANIU WŁADZY.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Główny     komendant policji paryskiej wniósł
niedawno, po rozruchach ulicznych podanie o
zwiększenie policji o tysiąc parę osób i oświadczył, że w
przeciwnym razie nie ręczy na przyszłość za
bezpieczeństwo. Paryż już i przedtem miał liczną
żandarmerię pieszą, konną, rowerową i motocyklową.
Ta krótka wiadomość niech nas skłoni do zastanowienia
się. Pewnego razu słynny pisarz, Wiktor Hugo,
oświadczył uroczyście w parlamencie: Ile otworzę szkół,
tyle zamknę więzień…
      Zaczęto gorączkowo budować… powstawały
szkoły, jak grzyby po deszczu. Ale… o Bogu nie wolno
                                                         369
było w nich mówić, ani o religii, ani o życiu wiecznym,
ani o odpowiedzialności wobec Boga… Działo się tak
od 1882 – roku! I oto wyrosło społeczeństwo bez Boga!
I dzisiaj potrzeba dla utrzymania porządku aż tysiąca
żandarmów.
       Tysiąc żandarmów! Czy potrafią wywalczyć
szacunek dla prawa, któremu tylko Bóg może dać
powagę?! Tysiąc żandarmów! Czy to wystarczy na
stłumienie wzburzonego świata?! Czy ma jakie
znaczenie źdźbło słomy, kiedy płyną potoki lawy z
rozwartego krateru Wezuwiusza?! Bracia! Pamiętajmy,
że jeśli władza i szacunek dla prawa nie są obwarowane
murem wiary, nic nie pomoże! Ani kultura! Ani
szkolnictwo! Ani żandarmeria! Ani karabiny
maszynowe – tylko prawo boże, tylko czwarte
Przykazanie!
      W tej ostatniej nauce w bieżącym roku szkolnym,
jeszcze raz chcę mówić o IV Przykazaniu; ale w
zupełnie innym oświetleniu, niż w trzech poprzednich.
Tam była mowa o rodzicach, o dzieciach, o godności
rodziców. W dzisiejszym kazaniu postaramy się wyjść
poza ramki życia rodzinnego, będziemy badali IV
Przykazanie w szerszym zakresie: jakie obowiązki
nakłada to Przykazanie na przełożonych, podwładnych;
na pracownika i pracodawcę; na ucznia i nauczyciela; na
obywatela i na rząd.
      Bez prawa nie można sobie wyobrazić życia
cywilizowanego; zobaczymy więc, jak wyglądają idee
prawne w świetle IV Przykazania, czego żąda od tych,
którzy powinni słuchać, a czego od tych, którzy
rozkazują?
370
      Swoje myśli po się ująć w dwóch wezwaniach I.
P o d w ł a d n i , s z a n u j c i e w ł a d z ę ! – II.
Przełożeni, ułatwiajcie poszanowanie
władzy!


                           I.


      Podwładni, szanujcie władzę!


       A) Bez szacunku dla władzy nie może istnieć
wspólne życie ludzkie. Nie trzeba tego dowodzić.
Rozglądnijmy się tylko po świecie: gdzie żyje razem
choćby tylko trzech ludzi, jeden z nich musi rozkazywać
i kierować tą małą zbiorowością.
       Potrzebna jest władza, potrzebne posłuszeństwo, a
jednak dziś tak bardzo podupadł szacunek dla władzy,
tak trudno dzisiaj słuchać. Każdy się broni, mędrkuje,
usprawiedliwia, żeby się tylko wymówić od
posłuszeństwa! Od chwili, kiedy zbuntowała się w
niebie część aniołów przeciw Bogu, i wódz buntu
wyrzekł słowa szatańskiej pychy: „Non serviam!”, „Nie
będę służył!” – od tego czasu często powtarzają te słowa
wargi ludzkie, ale może jeszcze nigdy tak często jak
dziś, kiedy szatan i jego poplecznicy planowo podkopują
szacunek dla władzy. Każde dziecko chce być dzisiaj
mądrzejsze od ojca, każdy uczeń uważa się za bardziej
uczonego od nauczyciela, żołnierz za dzielniejszego od
wodza, a obywatel, każdy przeciętny obywatel jest
zdania, że potrafiłby lepiej kierować państwem, niż
                                                     371
mężowie stanu! Ludzi opanowała jakaś zakaźna „wiedza
o wszystkim”, której źródłem jest niewątpliwie
pseudofilozofia niedawnych czasów. Dużo mówiono
ludziom o wolności, o prawie rządzenia, o suwerenności
jednostki, i człowiek w końcu uwierzył, że kto słucha i
uznaje nad sobą władzę, jest niewolnikiem, a bohaterem,
kto stawia opór wszelkiej władzy.
      Dzisiaj nie brak agitatorów, którzy głoszą: „Ci, co
są na górze, to darmozjady, dobrze się im powodzi. Nic
nie robią, tylko pasożytują…”
      Jakież to łatwe zadanie: zbuntować ludzi
podobnymi metodami! W swym oszołomieniu nie
spostrzegają nawet, że zachowują się zupełnie tak, jak
mały chłopczyk, którego ojciec zabrał po raz pierwszy w
dłuższą podróż statkiem. Chłopczyk jechał z radością i z
uwagą śledził ruchliwych marynarzy; niezadowolony
był tylko ze sternika „Tatusiu, wszyscy pracują, tylko
ten pan, tam za tą szklaną szybą, stoi nieruchomo. Od
czasu do czasu tylko porusza ręką i to wszystko…”
Mylisz się, synku – odpowiada ojciec – bo on wykonuje
najważniejszą i najtrudniejszą pracę! Bez jego bystrego
wzroku, bez jego sterowania, na marne poszedłby
wysiłek innych!
      B) Naturalnie, małe dziecko tego nie zrozumiało –
również zbuntowany człowiek nie chce tego pojąć; ale
wie o tym Stwórca, Pan Bóg, i d l a t e g o w w i e l u
miejscach Pisma Świętego stanowczo
broni władzy.
      Nie chcę się tu rozwodzić nad słowami Pana
Jezusa, są one bowiem powszechnie znane: „Oddajcie

372
więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co
należy do Boga.” (Mt 22, 21).
       a) Ale posłuchajcie, co mówi święty Paweł, który
często i szczegółowo zajmował się tym zagadnieniem.
W liście do Rzymian, w rozdziale 13, tak pisze w
obronie władzy prawowitej: „Każdy niech będzie
poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie
ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a
te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc
przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się
porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili,
ściągną na siebie wyrok potępienia. Oddajcie każdemu
to, mu się należy: komu podatek – podatek, komu cło –
cło, komu uległość – uległość, komu cześć – cześć.” (Rz
13, 1 – 2; Rz 13, 7).
      Czy można znaleźć poważniejsze argumenty w
obronie przełożonych i władzy? Zwłaszcza, jeśli
zastanowimy się nad jedną okolicznością. Czy wiecie,
kiedy święty Paweł pisał ten list? Pisał go wtenczas,
kiedy cesarz kazał zamordować swojego wychowawcę i
własną matkę. Święty Paweł nie wahał się mimo to
zawołać: Bądźcie posłuszni przedstawicielom władzy
prawowitej, władzy zwierzchniej, jako przedstawicielom
Boga! Bądźcie posłuszni władzy, chociażby wskutek
gorszącego życia osobistego nie zasługiwała na
szacunek. Podobnie, jak dziecko nie jest zwolnione z
posłuszeństwa dla swoich, choćby nawet i grzesznych
rodziców, tak samo podwładny niech nie doszukuje się
wad w swoim przełożonym, ale niech w nim widzi
przedstawiciela władzy! Każdy rozumie, jak wielkie
znaczenie ma, ze względu na porządek społeczny, nauka
                                                   373
naszej świętej wiary, kiedy na mocy boskiego prawa
domaga się szacunku dla władzy!
       To, co mówi święty Paweł, potwierdza i święty
Piotr: „Boga się bójcie, czcijcie króla!” (1 P 2, 17).
     b) Ale posłuchajcie, jak mądrze rozwiązuje święty
Paweł i problem stosunków między robotnikiem a
pracodawcą!
      Domaga się posłuszeństwa: „Niewolnicy, bądźcie
we wszystkim posłuszni doczesnym panom, nie służąc
tylko dla oka, jak gdybyście się mieli ludziom
przypodobać, lecz w szczerości serca, bojąc się
/prawdziwego/ Pana. Cokolwiek czynicie, z serca
wykonujcie jak dla Pana, a nie dla ludzi, świadomi, że
od Pana otrzymacie dziedzictwo /wiekuiste/ jako
zapłatę. Służycie Chrystusowi jako Panu!” (Kol 3, 22 –
24).
      Dalej żąda wierności. Dlatego pisze do Tytusa,
biskupa Krety: „Niewolnicy niech będą poddani swoim
panom we wszystkim… niech okazują zawsze
doskonałą wierność.” (Tt 2, 9 – 10).
      Niemniej ważną jest nauka w liście do Efezjan:
„Niewolnicy, ze czcią i bojaźnią w prostocie serca
bądźcie posłuszni waszym doczesnym panom, jak
Chrystusowi… Z ochotą służcie, jak gdybyście [służyli]
Panu, a nie ludziom” (Ef 6, 5 – 7).
       Po tym wszystkim, Bracia, pozwólcie, że postawię
jedno pytanie: Skoro nasza święta wiara tak otwarcie
staje w obronie praw i przełożonych, porządku i władzy,
skoro uczy ludzkość poszanowania władzy, czy nie
spełnia najbardziej doniosłego patriotycznego zadania,
374
czy nie buduje       najsilniejszych   podstaw   bytu
państwowego?
      Tak: kochamy swoją ojczyznę, chociaż o tym nie
mówimy! Kochamy swój kraj nie słowami i biciem się
w piersi, nie artykułami w prasie, lecz przez
wzmocnienie moralnych podstaw bytu państwowego! I
powiedzcie: czy to nie jest dowodem prawdziwej
miłości ojczyzny?
      Słyszy się zwykle zarzut: Kim jesteśmy?
Madziarami, czy katolikami? Pytanie bez sensu!
Jesteśmy katolikami i Madziarami! Na naszych
nagrobkach można by wyryć to, co czytamy w Rzymie,
w westybulu kościoła San Gregorio na nagrobku
pewnego Anglika.
      Ów Anglik był wiernym swojej wierze podczas
prześladowania katolików za Henryka VIII, i wolał
pójść na wygnanie, niż wyrzec się swojej religii.
Obecnie na jego nagrobku można czytać te chwalebne
słowa: „Tu spoczywa Robert Pechan, katolik, Anglik,
który porzucił ojczyznę, gdy Anglia zerwała z
Kościołem, bo nie mógł żyć bez wiary; osiadł w Rzymie
i umarł, bo nie mógł żyć bez ojczyzny!” Tak, Bracia,
jesteśmy Madziarami, i nie potrafilibyśmy żyć bez
ojczyzny; jesteśmy katolikami, i nie moglibyśmy żyć
bez wiary!
       Podwładni! Szanujcie przełożonych! – o tym była
mowa dotąd; ale trzeba wskazać i drugą część
dzisiejszego tematu, która opiewa w ten sposób:



                                                  375
                           II.


          Przełożeni! Ułatwiajcie
           poszanowanie władzy!


      A) Kochani Bracia! Rewolucja francuska rzuciła
światu trzy wielkie hasła: Liberté!, Egalité! Fraternité!
Wolność, Równość! Braterstwo! Z doświadczenia
wiemy, że nigdy nie spełnią się te hasła w całej
rozciągłości; w tej zaś mierze, w jakiej mogą być
urzeczywistnione na świecie, wciela je w życie od
początku istnienia – chrześcijaństwo.
       W czasach, kiedy powstało chrześcijaństwo,
istniała na świecie poniżająca instytucja niewolnictwa.
Chrześcijaństwo zwalczało i usuwało ją w miarę
możności, ale nie zniszczyło różnic klasowych,
wypływających z natury ludzkiej. Celu tego nie
mogłoby nawet osiągnąć, bo różnice naturalne między
ludźmi pochodzą od samego Boga. Ale za to w stosunek
między panem a sługą, pracodawcą a robotnikiem,
przełożonym a podwładnym, chrześcijaństwo wlało
ducha IV Przykazania, w z b u d z i ł o u l u d z i
poczucie           odpowiedzialności                za
wszystkie poczynania, i w ten sposób
przyczyniło          się     do      podniesienia
ludzkiej godności!
      To, że są przełożeni i podwładni, pracodawcy i
robotnicy, nauczyciele i uczniowie, wypływa z natury
376
ludzkiej. Zawsze tak było, jest i będzie, choćby nic
wiem jak występowali przeciw temu różni reformatorzy
świata.
       Ale tego, Bracia, że jedni ludzie spadają do rzędu
niewolników, a inni stają się tyranami; że jedni są
skazani na pastwę nędzy, a drudzy uprawiają orgie w
dobrobycie; że jedni umierają z głodu, drudzy zaś
obfitują w zbytki – tego Bóg nie postanowił, jest to
owoc grzechu człowieka. Treść „dobrej nowiny”, danej
nam przez Chrystusa, jest taka: Ludzie, wszyscy
jesteście braćmi! Bratem twoim jest sługa, robotnik, bo
ma duszę nieśmiertelną, powołaną do żywota
wiecznego, i bratem twoim jest król i cesarz, bo są tylko
ludźmi, i niczym więcej.
       B) P i s m o         Święte         jest     pełne
p o d o b n y c h m y ś l i . Jeśli przed chwilą cytowałem
słowa      Pisma,    które      dotyczyły     podwładnych,
posłuchajcie teraz słów, które o d n o s z ą s i ę d o
przełożonych.
      U świętego Pawła znajdujemy bardzo poważne
napomnienia dla przełożonych. W liście do Żydów, w
rozdziale 13, gdzie mowa o posłuszeństwie
podwładnych, Apostoł odzywa się w te słowa: „Bądźcie
posłuszni waszym przełożonym i bądźcie im ulegli,
ponieważ oni czuwają nad duszami waszymi i muszą
zdać sprawę z tego.” (Hbr 13, 17).
      Słyszycie panowie, panie, przełożeni: będziecie
musieli zdać rachunek z powierzonych wam dusz!
      Innym   razem    święty   Paweł    upomina
pracodawców: „Panowie, oddawajcie niewolnikom to,
                                                      377
co sprawiedliwe i słuszne, świadomi tego, że i wy macie
Pana w niebie.” (Kol 4, 1).
       Idzie nawet dalej, nie boi się powiedzieć, że nie
jest chrześcijaninem, kto nie troszczy się o sprawy ciała
i duszy swoich podwładnych: „A jeśli kto nie dba o
swoich, a zwłaszcza o domowników, wyparł się wiary i
gorszy jest od niewierzącego.” (1 Tym 5, 8).
      C) Ach, Bracia! Jak daleko odeszło dzisiejsze
społeczeństwo od tych jasnych i stanowczych zasad
chrześcijańskich! Ileż to jest przełożonych, którzy sami
niszczą władzę, sami uniemożliwiają jej poszanowanie!
       1. Utrudnia szacunek dla władzy każdy
przełożony, który zapomina, że i
p o d w ł a d n y m a d u s z ę ! Wypłaca się pensję
służącej i robotnikowi, i na tym koniec, kto troszczy się
dziś i o to, że służąca ma duszę, duszę przeznaczoną do
żywota wiecznego?! Czy w niedzielę chodzi na mszę
świętą, czy odprawia spowiedź, czy nie przebywa w
podejrzanym i niebezpiecznym towarzystwie? Nikogo to
dziś nie obchodzi. Są nawet panie, które nie tylko nie
troszczą się o to, ale wprost uniemożliwiają
zatrudnionym u siebie osobom wykonywanie praktyk
religijnych!
      Kiedy niewiara i rozpusta prowadziła państwo
rzymskie do przepaści, wykwintne rzymianki wymyśliły
dziwną zabawę. Gdy opanował je zły humor, długimi
igłami kłuły swoje niewolnice, i z przyjemnością
patrzyły, jak te nieszczęśliwe ofiary ociekały krwią.
Podobne okropności są dzisiaj nie do pomyślenia! Wielu
jest jednak pracodawców, u których nie płynie

378
wprawdzie krew służby, ale za to ginie, marnieje życie
religijne, chrześcijańska wiara i cnota! Bracia! Służba
też ma duszę! – przypomina IV Przykazanie.
      Wiem, że prowadzenie domu w czasach obecnych
sprawia dużo kłopotu… ale, już nawet z punktu
widzenia czysto ziemskiego, źle wychodzi na tym
społeczeństwo, które nie pozwała podwładnym zająć się
sprawami duszy! Dawniej nie skarżono się tak, jak
obecnie, że nie można zaufać robotnikom i służbie. Czy
były kiedykolwiek takie bunty przeciwko władzy
zwierzchniej, taka cicha nienawiść, jak właśnie dzisiaj,
kiedy podwładnym nie daje się czasu, by mogli
wykonywać swe obowiązki religijne?
      „Umrze z powodu nieprawości, której się
dopuszczał, i grzechu, który popełnił” (Ez 18, 24).
Jesteśmy świadkami, że się dziś dosłownie spełniają te
słowa Pisma Świętego.
      Czy wiecie, jak ująłbym w krótkości IV
Przykazanie? Mniej więcej w ten sposób: Czcij ojca i
matkę swoją, bądź im posłuszny, bądź dla nich
grzeczny, usłużny. Jeśli w nich widzisz wady, to im je
wybaczaj.
       Udzielaj im zawsze pomocy. Czcij i starsze osoby.
Pozdrawiaj je i ustępuj im miejsca. Czcij każdego, kto
ma prawo, by w Imię Boże przemawiał do ciebie. Nie
myśl, że wszystko umiesz lepiej od innych. Nie
krytykuj, ale wypełniaj swój obowiązek. Jeśli jesteś
robotnikiem, w swoim pracodawcy nie szukaj wroga.
Jeśli jesteś katolikiem, przestrzegaj przepisów wiary.
Szanuj władzę zwierzchnią i swoich przełożonych. Wy

                                                    379
zaś, rodzice i przełożeni: żyjcie i zachowujcie się w ten
sposób, żeby was naprawdę można szanować.
      Bracia! Żyjemy w „epoce społecznej”, w „czasach
demokratycznych”. Myślą chrześcijańską jest, że każdy
człowiek posiada duszę nieśmiertelną i dlatego każdemu
należy się cześć! Każdemu bez względu na to, jaką pracę
wykonuje – jeśli tylko pracuje uczciwie! Nie
zatruwajmy i tak ciężkiego życia robotnikom i
służącym! Ostatecznie, jak ja przychodzę do tego, żeby
mój bliźni, który ma taką samą nieśmiertelną duszę i
godność ludzką, czyścił mi buty, albo ubranie? Ale,
skoro już tak jest urządzone życie, przynajmniej
obchodźmy się ze służbą z życzliwością chrześcijańską,
przez co ulżymy jej znosić twardy los. Bracia, to nie jest
„podjudzanie       socjalistyczne”,    to    prawdziwa
chrześcijańska nauka, która mieści się w czwartym
Przykazaniu!
      2. Depczą szacunek władzy zwierzchniej i ci,
którzy swoim l e k k o m y ś l n y m z a c h o w a n i e m
i    bezmyślną         r o z r z u t n o ś c i ą powodują
rozgoryczenie ludzi, a przez to podrywają autorytet
władzy.
      Nauka chrześcijańska mówi wprawdzie, by
warstwy biedniejsze w spokoju spożywały swoją
mniejszą porcję chleba, żeby nie patrzyły zazdrosnym
okiem na zamożniejszych, ale, Bracia, niechże
właściciele większych dóbr nie drażnią biedniejszych
bezgranicznym marnotrawstwem i zbytkiem, jak to
czyni bez żadnych skrupułów wielu rozrzutnych ludzi.
Tysiącami spotykamy dziś na ulicach ludzi, uczciwych
ojców, którzy wszelkimi sposobami, jeden przez
380
drugiego, starają się znaleźć pracę, chociażby za parę
złotych, żeby tylko móc utrzymać swoją rodzinę
składająca się z 4 – 5 członków… Co myślą te
nieszczęśliwe ofiary życia, kiedy staną przed luksusową
wystawą, gdzie już z początkiem kwietnia widać
poziomki – kilka jagódek, za kilka złotych; renklody
zagraniczne po złotówce sztuka, i inne przysmaki z
południowych krajów – za niesłychanie drogie
pieniądze! Czy to nie jest, Kochani Bracia, podjudzanie?
       Niedawno otwarto w Ameryce instytut ochrony
zwierząt. W jakim celu? Co tam robią? Czy leczą biedne
chore zwierzęta? Gdzie tam! Fryzują psy pokojowe,
poprawiają wąsy ulubionym kotkom, czyszczą
małpiątka pedikiurują pazurki małym, żywym
krokodylkom, które noszą w mufkach amerykańskie
milionerki, nie mające, widać, na tym świecie żadnych
innych trosk, celów, ani zajęć! Otóż, Bracia! Czy to nie
jest nawoływanie do rewolucji?!
      Tak, IV Przykazanie wymaga szacunku dla
przełożonych! Ale nie wolno zapominać, że IV
Przykazanie stawia i wzajemnie wymagania!
Wymagania wzajemne, które brzmią: Królowie, rządy,
przełożeni, rodzice, nauczyciele, pracodawcy, żyjcie i
zachowujcie się w ten sposób, żeby podwładni zawsze z
szacunkiem mogli na was spoglądać. Nie byłoby na
świecie rozgoryczenia, nienawiści i rewolucji, gdyby
ludzie o tym pamiętali.
      Bracia! W społeczeństwie istnieje wzajemna
odpowiedzialność wszystkich jednostek. Gdy Pan Bóg
pociągnął do odpowiedzialności Kaina, który
zamordował swojego brata Abla, wówczas lekkomyślnie
                                                    381
odpowiedział Kain: „Czyż jest stróżem brata mego?!”
Owszem, jesteśmy stróżami naszych braci! Jesteśmy za
nich odpowiedzialni! Odpowiedzialnym jest dziecko,
robotnik, podwładny, buntujący się przeciwko władzy,
ale odpowiedzialnym jest i przełożony, urzędnik, który
przez swoje lekkomyślne zachowanie, przez gorszące
życie, utrudnia zachowanie czwartego Przykazania,
podważa      szacunek      dla     władzy,     wywołuje
nieposłuszeństwo, burzy ład społeczny. Odpowiada za
swe czyny podwładny, którego dusza buntuje się, ale
odpowiada i przełożony, który życiem gorszącym
nawołuje do buntu! Odpowiada nie tylko proletariusz,
który z zawiścią spoziera na cudzą własność, ale
odpowiada i kapitalista, który żyje w niesłychanych
zbytkach, ubiera się w brokat, drogie kamienie, który nie
zna innej pracy poza polowaniem i konną przejażdżką,
prowadzi życie hulaszcze, obwozi autami swoje psy i
budzi naokoło rozgoryczenie i nienawiść. Bracia!
Ciężko mi przyszło o tym mówić, ale musiałem. Trzeba
to było powiedzieć tym, którzy dzisiaj jeszcze nie widzą
czerwonych łun na horyzoncie, nie czują, że drży pod
nami w posadach ziemia, że łamie, wali się cały
dotychczasowy ład i porządek społeczny, i że nie można
go uratować karabinami maszynowymi, groźbami,
żandarmerią, tylko zachowaniem praw Chrystusowych,
tylko konsekwentnym życiem chrześcijańskim. T a k ,
wszystko         to     objęte        jest     w     IV
Przykazaniu!




382
                    *     *     *


      Kochani Bracia! Pod koniec omawiania IV
Przykazania, w przerażającej jasności stoi przed nami
ultimatum: albo wrócimy do Przykazań Boskich, albo
stoczymy się z powrotem do pogaństwa! Albo
dostosujemy całe życie do praw bożych, albo nastanie
nienawiść, walka na pięści, rewolucja. Panujący,
przełożeni, pracodawcy, albo będą przestrzegali
świadomie swojej władzy i odpowiedzialności IV
Przykazania w stosunku do podwładnych, a jeśli nie, to
wybuchnie rozgoryczenie, anarchia, a w końcu przyjdzie
zagłada. Ale i na odwrót: podwładni powinni szanować
swoich przełożonych, jako autorytet od Boga dany, i
przyczyniać się do życia kulturalnego i godnego
ludzkości, albo nastąpi zawalenie się kultury, w której
gruzach znajdą i własną śmierć.
       Kochani Bracia! Buchają koło nas czerwone
płomienie: palący gniew i rozgoryczenie klasy
robotniczej. Nie wiemy, co kryje jeszcze w sobie
rozogniony krater sprawy społecznej? Czy uda się
pokojowo, ku zadowoleniu obu stron, wszystko załatwić
– trudno odpowiedzieć, nie wiadomo. Wiemy tylko tyle,
że to, co do mnie należy, powinienem zrobić!
      Jesteś pracodawcą? – postępuj po ludzku z
robotnikami; pomyśl, że kiedyś będziesz musiał zdać z
tego rachunek! Jesteś robotnikiem? – wypełniaj
sumiennie swoje obowiązki! Pomyśl, że i ty kiedyś
będziesz musiał zdać z tego rachunek! Taka jest krótka
                                                   383
treść dzisiejszego kazania!


                     *        *   *


      Z tym, Kochani Bracia, żegnamy się na trzy
miesiące. Po skończeniu kazania, zabrzmi podczas sumy
wspaniała melodia „Te Deum”; profesorowie i
akademicy wdzięcznym sercem złożą podziękowanie
Parni za wiele doznanych łask w ciągu minionego roku
szkolnego. Pozwólcie, Bracia, że wniosę za was
dziękczynne modły, za was, którzy tak licznie i tak
gorliwie uczęszczaliście do kościoła, którzy świeciliście
przykładem dla innych, do których chciałbym
powiedzieć to, co powiedział święty Paweł do wiernych
w Rzymie: „Dzięki Bogu mojemu przez Jezusa
Chrystusa za was wszystkich; ponieważ o wierze waszej
mówi się po całym świecie.” (Rz 1, 8).
      Bracia, którzy w tym roku, w kościele, czy przez
radio słuchaliście moich kazań, zanim się z wami
pożegnam do września, proszę o jedno: Niech was nic
nie odstręczy od Boga, od Jego Przykazań, żebym mógł
powiedzieć słowami Pisma Świętego: „Większej nad tę
pociechę nie mam, jedno abym słyszał, że dziatki moje
chodzą w prawdzie”. Amen.




384
                       XXIX.


             SZCZĘŚCIE BEZ BOGA?


     Kochani Bracia w Chrystusie!

     Z końcem ubiegłego roku szkolnego, w czerwcu,
wygłaszając z tej ambony ostatnie kazanie, pożegnałem
swych słuchaczy, słowami: „Do widzenia po wakacjach,
na początku nowego roku akademickiego”.
      Wszechmocny Bóg zrządził jednak inaczej.
Skończyły się wakacyjne wywczasy, a ja musiałem
pójść do łóżka, i zamiast we wrześniu, w listopadzie
Ojciec Niebieski pozwolił mi znowu wyjść na ambonę i
głosić Jego wolę, to też niech pierwsze moje słowa
wyrażą Mu za to pokorne uwielbienie i wdzięczność:
Chwała Panu życia i śmierci za chorobę, próby i wiele
łask. Dziękuję również z głębi serca wszystkim swoim
słuchaczom, którzy w duchu modlili się za mnie, gdy
byłem przykuty do loża boleści.
      Bracia! Człowiek przywiązany skutkiem choroby
do jednego miejsca, ma czas myśleć o różnych rzeczach
i wtedy to z drobnostek, na które w normalnych
warunkach życiowych nie zwróciłby nawet uwagi,
potrafi wysnuć poważne wnioski.
      Na pewno każdy z was miał np. takie małe
przeżycie, które wam teraz chcę opowiedzieć!

                                                  385
       Jesienią, pewnego pięknego poranku siedziałem
przy biurku, otworzywszy połowę okna, aby prędzej
mogły przeniknąć do pokoju ciepłe promienie słońca.
Wtem z pola zabłąkała się pomiędzy szyby osa. Jasny
promyk słońca wabił ją ku sobie, więc tłukła się
uporczywie raz po raz o szyby, chcąc się wydostać, ale
po każdej bezskutecznej próbie padała nieprzytomna
między okna. Biedaczka! Nęci ją życie, radość,
światło… Obok niej stoi otworem druga połowa okna,
przez którą mogłaby natychmiast wylecieć na wolność!
Ale ona o tym nie wie, i tam szuka wolności, radości i
życia, gdzie go nie może znaleźć!
      Kiedy wieczorem podszedłem do okna, by je
zamknąć, biedna osa leżała już martwa. Życiem
zapłaciła za to, że do światła i szczęścia dążyła
niewłaściwą drogą!
       W tej chwili, Bracia, pomyślałem o podobnym
losie wielu ludzi, którzy są również miłośnikami światła,
którzy namiętnie szukają życia i szczęścia, ale dążąc do
niego po niewłaściwych drogach, uderzają o szybę, z
poza której wabi ich zwodnicze szczęście, a w końcu, o
zmierzchu swych dni – na schyłku życia – widząc
próżność swych wysiłków, załamują się ostatecznie.
Mała osa, która zginęła, szukając szczęścia, jest jakby
symbolem losu całego dzisiejszego społeczeństwa.
       Gdziekolwiek                szukalibyśmy
szczęścia, bez Boga nie znajdziemy
go      nigdy!      Oto temat mojego obecnego
przemówienia, w którym zapowiadam również dalszy
ciąg rozbioru Dziesięciorga Bożych Przykazań.

386
       W dzisiejszym kazaniu chciałbym rozwinąć dwie
myśli: Po jakich niebezpiecznych drogach szuka
człowiek swojego szczęścia, i w jaki sposób może się
uratować przed ostateczną zagładą? Czyli I. J a k ą
j e s t n a s z a c h o r o b a ? i II. C z y j e s t
nadzieja wyzdrowienia?


                            I.


          Jaką jest nasza choroba?


      Kochani Bracia! W zaraniu dziejów pycha
opanowała umysł ludzki, człowiek postanowił wznieść
wieżę, która by sięgała do niebios. Ale – jak zaznacza
Pismo Święte – w czasie budowy Pan Bóg ukarał ludzi,
mieszając im języki tak, że jedni drugich nie mogli
zrozumieć i ze wstydem musieli odstąpić od budowy
wieży Babel.
       Czyż całe obecne nasze życie nie przypomina
budowy wieży Babel? Na kuli ziemskiej pracuje blisko
dwa miliardy ludzi nad budową cywilizacji, której
gmach chwieje się, trzeszczy, łamie, i grozi w każdej
chwili zawaleniem. Dlaczego? Bo ludzie zbytnio sobie
ufali, bo chcieli budować bez Boga, nie uszanowali Jego
praw. Wśród tysiąca wysiłków nowoczesnego życia
zapomnieli o jedynej wewnętrznej spójni! Układali
głazy, nie łącząc ich z sobą. Te głazy, to ludzka praca; a
spoiwo – zachowanie przykazań Bożych.
      Ufaliśmy naszej wiedzy i technice. Wierzyliśmy
                                                      387
w postęp. A jaki jest wynik? Im więcej lamp
elektrycznych zapłonęło dzięki technice, tym większa
ciemność ogarnęła drogi ludzkości. Im większy postęp
w nauce, tym więcej tajemnic w duszy. I jaki wynik?
Taki, że umiemy rozsadzać skały, ale nie jesteśmy w
stanie ugasić w sobie zarzewia gniewu. Umiemy płynąć
pod powierzchnią oceanu, latać w powietrzu, chwytać
fale radiowe… ale zapomnieliśmy, co znaczy być
wiernym i wyrozumiałym, co znaczy wybaczać i nie
ranić cudzych uczuć, być uczciwym i mówić prawdę,
kochać i być uprzejmym.
       W technice przejawia się zawrotny postęp, ale czy
również posunęliśmy się naprzód i w zaletach ducha?
Człowiekowi współczesnemu nie wystarcza parowóz,
samochód i samolot – chciałby już dzisiaj podróżować
rakietą. Czy jednak mimo wszystko życie stało się lepsze,
piękniejsze, bardziej ludzkie?
      Postępujemy naprzód olbrzymimi krokami, ale
ludzie potrzebują dzisiaj nie tyle iść naprzód, ile
podnieść się wzwyż! Podnieść się z podłości, egoizmu,
nienawiści, fałszu i z tysiąca zmysłowych grzechów!
Inaczej postępujemy naprzód bez celu.
      Jak małymi wydają się nam zdobycze techniczne
naszego stulecia w porównaniu z dzisiejszymi?!
Naprawdę, dokonaliśmy zawrotnego postępu! Ale czy w
równym stopniu podnieśliśmy się moralnie? Przed stu
laty bandyci grasowali po górach, dziś w ekspresach
pierwszej klasy; przedtem drzemali na koniu, dziś w
eleganckim wozie sypialnym. Oto całą różnica.
      Zewsząd dochodzi do naszych uszu muzyka

388
jazzbandu, ale niestety „kierunek jazz” święci swoje
triumfy nie tylko w muzyce. Wszędzie, gdzie się
obrócimy, widzimy spustoszenie chaosu – jazzu. Czym
jest futuryzm i kubizm? Zwycięstwem jazzu w
malarstwie. Co oznaczają niezrozumiałe wiersze
kilometrowych poematów? Triumf jazzu w poezji. Co
jest jednak najsmutniejsze: to otwarte zwalczanie
podstawowych praw moralności, czyli triumf jazzu – w
etyce.
      Bracia! Stańmy w południe około godziny
dwunastej w jakimś ruchliwym punkcie stolicy, gdzie
ogniskują się tysiące form życia, gdzie pędzą szeregi
aut, a w powodzi światła toną wystawy. Stańmy,
powiedzmy,      w     Warszawie,     na    Krakowskim
Przedmieściu. Jak symbol innego świata, wzbija się ku
niebu wieża kościoła, a u jej stóp kipi wrzawa życia.
Mój Boże! Kiedy stoję w świetle lampy łukowej, zadaję
sobie pytanie: czy ci ludzie wiedzą, że mają duszę? Bo
uganiają się tylko za pieniądzem i chlebem. Czy zdają
sobie sprawę z tego, że kiedyś będą musieli zdać
rachunek ze swojej duszy, o którą wcale się nie
troszczą?!
      Chrześcijaństwo wyparło ze świata poganizm, ale
gdy człowiek rozejrzy się bacznie, widzi z przerażeniem,
że nowy poganizm toruje sobie drogę.
      Patrzmy, co się dzieje w pobliskiej Austrii.
Pracują tam całe zorganizowane zastępy, żeby jak
najwięcej ludzi odciągnąć od Kościoła katolickiego,
żeby ustawowo zhańbić chrześcijańskie pojęcie
małżeństwa i macierzyństwa, żeby ludzie nie grzebali
zwłok zmarłych według zwyczaju Kościoła, ale żeby je
                                                    389
palili. Ten antychrześcijański obóz zwrócił się do rady
miasta Wiednia z prośbą, żeby w dzień Bożego Ciała, w
czasie procesji katolickiej, mógł na tych samych ulicach
i o tej samej porze urządzić pochód bezbożników.
      Oto, Bracia, w takim się znajdujemy położeniu.
Tak męczy się zbłąkana między szybami okna osa, tak
szuka szczęścia i życia błądzący człowiek.
       Ale to tylko pierwsza część naszych myśli:
rozpoznanie mrożącej krew w żyłach choroby, smutna
diagnoza. Zobaczymy teraz, jak się przedstawia terapia,
jaki jest sposób leczenia, gdzie szukać lekarstwa, i czy
jest nadzieja wyzdrowienia?


                          II.


      Czy je nadzieja wyzdrowienia?


       A) Przychodzą pesymiści i, zniechęceni, mówią:
Nie ma ratunku! Tu już nie ma żadnej
n a d z i e i ! „Świat jest zły! Daremny jest wszelki
wysiłek! Nie można zmienić ludzi!”
     Tak mówią        pesymiści.    Jaką   mamy     dać
odpowiedź?
      Pewnego razu w obecności świątobliwego,
nieżyjącego już dziś biskupa Białogrodu, mówiono coś
podobnego. Pod koniec jego ofiarnej pracy apostolskiej
jeden z jego znajomych powiedział: „Wasza
ekscelencjo! Na nic się nie zda Wasza olbrzymia i pełna
390
poświęcenia praca! Świata zmienić nie można!” Biskup
Prohászka odpowiedział tylko tyle: „Więc i pan tak
mówi? Widzę, że jeszcze więcej będę musiał pracować!”
      Tak! Chociaż okropnie jest zniszczone oblicze
świata, choć koło nas sroży się ciemne, straszliwe
panowanie grzechu, nie bądźmy jednak słabymi i
małodusznymi pesymistami!
       Przychodzi mi na myśl wypadek z życia
Napoleona I. Armia jego obozowała na Wschodzie.
Morowa zaraza zaczęła grasować w wojsku. Wymierały
całe plutony… W sercach reszty żołnierzy zagnieździły
się strach. Oficerowie przychodzą do Napoleona z
prośbą, by dał rozkaz odwrotu, bo dalszy pochód
prowadzi do niechybnej śmierci. Cóż na to wódz?
Przechodzi spokojnie przed swoimi szeregami,
rozmawia z każdym, krzepi swoją obecnością i nagie
wyrywa się z piersi żołnierzy okrzyk. Niech żyje cesarz!
Siła choroby załamała się w tej chwili.
       Oto, do czego może doprowadzić ludzka wola!
Jeśli tak, to czy powinniśmy się lękać? My, którzy
walczymy o sprawy boże! Szeregi boże również
dziesiątkuje niewiara j zaraza niemoralności, ale my,
którzy głosimy słowo Pana, rozporządzamy nie tylko
wolą ludzką, ale i pomocą bożą.
       Niedawno czytałem ciekawe spostrzeżenie, a
mianowicie, że: im kulturalniejszy jest dany naród, tym
ma większą liczbę samobójców, zaś im większa jest
ilość analfabetów w danym narodzie, tym mniejsza jest
liczba samobójstw. Warto się nad tym zastanowić. Co
robić? Niech zginie kultura? Wrócić do stanu

                                                    391
barbarzyństwa? Nie! Musimy przyznać, że potrzebna
jest technika, maszyna, fabryka, kolej – a l e t o n i e
wystarcza! Bez wiary i moralności
nie       ma      życia       ludzkiego,           bez
zachowania Przykazań Bożych nie
istnieje nawet ziemskie szczęście.
       B) Zadaję teraz pytanie: czy jest nadzieja
wyzdrowienia? Jest: j e ś l i       wrócimy     do
P r z y k a z a ń B o ż y c h . Niestety muszę zaraz
dodać: dziś wyjątkowo trudno do nich wrócić!
       1. Bracia, co utrudnia powrót? Aby zachować
Boskie Przykazania, potrzebne są pewne warunki
ludzkie, a nie chcę zamykać oczu przed straszną prawdą,
że dzisiaj często brak tych warunków. Człowiek wpierw
jest człowiekiem, potem dopiero: chrześcijaninem, a na
koniec: człowiekiem doskonałym.
      Ale dziś, niestety, w wielu wypadkach należałoby
życie uczynić bardziej ludzkim, żeby je później móc
zrobić bardziej chrześcijańskim. Nie jesteśmy
deterministami, ani zwolennikami „teorii milieu”,
według której całe życie człowieka jest wynikiem
warunków społecznych i gospodarczych, ale chociaż nie
podzielamy tego zapatrywania, dobrze wiemy, że
warunki gospodarcze wywierają olbrzymi wpływ na
życie moralne człowieka. W przyszłą niedzielę
rozpocznę mówić o V Przykazaniu. Nie zabijaj; nie
niszcz życia dziecka, szanuj je, kochaj! – I usłyszy się
gorzkie zarzuty: za mało zarabiam, nie mam porządnego
mieszkania!
      Nie pojedynkuj się! Tak? Więc mam z powodu

392
sądu społeczeństwa utracić honor, stanowisko?
      Będę mówił o VI Przykazaniu: bądź czysty!
Nastąpią pełne goryczy skargi: jak to? Mam żyć w
czystości w tym zepsutym do szpiku kości świecie,
gdzie wszyscy popierają rozpustę?
       Każdy widzi, Bracia, ile przeszkód napotyka życie
chrześcijańskie, do jakiego stopnia nasze obecne
warunki, nasze społeczeństwo, nasz sposób myślenia
pełen jest pojęć, przesądów i instytucji, które zwalczają
Dziesięcioro Bożych Przykazań! Dlatego potrzeba
dzisiaj nadzwyczajnych wysiłków, by je zachować.
      2. Ale właśnie dlatego proszę moich kochanych
słuchaczy, żeby z ofiarną gotowością wiary brali udział
w moich kazaniach, bo wśród nas jest dużo głuchych, a
nawet głuchoniemych. Kto się do nich zalicza?
      Przed przyjęciem chrześcijaństwa każdy jest
właściwie głuchoniemy duchowo, bo nie otwiera ust, ani
uszu na prawdy wiary. Stąd wywodzi się głębokie
znaczenie ceremonii sakramentu chrztu, podczas której
kapłan dotyka uszu dziecka, mówiąc: „Epheta!” – co
znaczy: otwórz się! Niektórzy chrześcijanie, niestety, i
pomimo chrztu pozostają głuchymi i na próżno
uczęszczają na kazania. Nie wystarcza bowiem słuchać
kazań dwoma uszami, tu potrzeba trzech uszu. Obok
dwu cielesnych, konieczne jest ucho trzecie: Gotowość
duszy na pokorne przyjęcie prawd bożych. Potrzeba
jeszcze dziecięcej wiary.
     Bracia! Nie jestem tylko kaznodzieją! Ja jestem
czymś znacznie więcej: Narzędziem Słowa Bożego! To
za mało, jeśli moi słuchacze będą mnie tylko rozumieli,
                                                     393
muszą mi wierzyć. Nawet i to nie wystarcza! Wszystko,
co usłyszą, muszą urzeczywistnić w życiu! Tak,
urzeczywistnić!
       Jeśli to jest istotą naszych kazań, to teraz już
wiemy, dlaczego tak bardzo potrzeba nam trzeciego
ucha: dziecięcej wiary, i dlaczego tylko znikoma garstka
odnosi korzyść z kazań. Należy słuchać kazania z
dziecięcą wiarą! Jakże żywe są w tym świetle słowa
Pana Jezusa: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak
dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego.” (Mt
18, 3), to znaczy do nieba prawd katolickiej wiary!
        C) Czy więc jest nadzieja wyzdrowienia? Jest,
jeśli z dziecięcą wiarą nauczymy się słuchać Słowa
Bożego. Jest, jeśli odważymy się żyć ściśle i
konsekwentnie według Przykazań Bożych. Jest, jeśli z
optymizmem, pewni siebie, odważymy się rzucić światu
okrzyk: Choć oblewa nas morze zła, nie tracimy
j e d n a k ufności!
      Dużo się dzisiaj mówi o mniejszościach i polityce
mniejszościowej. Gdybym chciał być szczery,
musiałbym powiedzieć: Bracia, jesteśmy mniejszością!
Rozglądnijmy się naokoło siebie. Mniejszością są ludzie
posłuszni prawu bożemu, mniejszością są dzienniki
głoszące idee chrześcijańskie. W teatrze, w kinie, w
dziełach   literackich     myśl  chrześcijańska     jest
mniejszością. A j e d n a k !
      Na starych sztychach wyobrażających miasta,
dom boży, kościół wzbija się najwyżej, a siedziby
ludzkie z miłością tulą się do niego. Dawniej Bóg był
ośrodkiem, najważniejszy był dom boży, w nim skupiały

394
się wszystkie wartości. Dziś kawiarnie lśnią marmurami,
w kinach widać dzieła sztuki, dziś cieszymy się, jeśli
potrafiliśmy zebrać trochę pieniędzy na drewniany ołtarz
tymczasowej kaplicy. Niestety, tak jest… A j e d n a k !
      A jednak wiemy, że od tysięcy lat trwające
nawałnice nie obaliły Góry Synaj! A jednak wierzymy,
że zawsze znajdą się ludzie, którzy stojąc w zamęcie tej
strasznej apostazji, wierzą niezachwianie w Chrystusa.
Wierzymy, że i dziś znajdzie się zespól ludzi, którzy
pragną całą duszą słuchać praw bożych i według nich
urządzić swoje życie! Prawda, Bracia, że będziemy
takim zespołem! Wiem, że gdybyśmy konsekwentnie
zachowywali Przykazania Boże, musiałaby nastąpić
rewolucja! Mamy zatem dokonać rewolucji; rewolucji w
obronie praw Boga, w przeciwnym razie szatan zrobi
rewolucję!
      Doszliśmy do końca kazania. A teraz odmówmy
„Ojcze nasz”. Ale „Ojcze nasz” takie, jakie wyrywa się z
ust dzisiejszego człowieka, który błądząc, szuka
szczęścia! (według Sonnenscheina)
      Ojcze nasz! Ojciec? Więc mam w niebie Ojca?
Przecież tu, na ziemi tylko bezlitośnie wypiera jeden
drugiego! Tu na ziemi tak mało ludzi było dla mnie
dobrych. A teraz Tobie, Boże, mogę powiedzieć: Ojcze
mój! O, jakie nieznane dotąd ciepło przenika moją
duszę!
       Ojcze nasz, który jesteś w niebie! O, jak daleko
jest to niebo stąd od nas, od naszych wielkich miast! Nie
dochodzi do naszych mieszkań nawet promień słońca.
Nie dla nas świecą gwiazdy na niebie. O, jakże daleko

                                                     395
od nas niebo, jak bardzo cofnęła je w mrok zapomnienia
walka o kawałek chleba! To zupełnie inna kraina, z którą
nie mamy styczności! Wprawdzie byli święci, którzy się
tam dostali, ale my możemy najwyżej gonić za nimi
smutnym wzrokiem, jak za odważnymi lotnikami. O,
gdyby niebo zniżyło się do nas!
      Święć się Imię Twoje! Ach! Któż koło mnie święci
Imię Twoje? W tym koszarowym budynku, gdzie
mieszkam razem z 200 – oma lokatorami, kto troszczy
się o Ciebie, kto święci Imię Twoje? Ile tam brudu, ile
grzechu!
      Przyjdź Królestwo Twoje! O, przyjdź, bo my,
ludzie, dziś, po dwóch tysiącach lat tak mało
wprowadziliśmy w czyn Twe święte myśli! Bo dziś
chrześcijanami mienią się tacy, którzy nawet nie są
godni nazwy pogan. Jeśli Królestwo Twoje nie zapanuje
wśród nas, zginie życie duszy.
      Bądź wola Twoja w niebie i na Ziemi. W niebie –
przecież tam nie ma buntu, tam wszystko dzieje się
według Twojej woli. Tam wola Twoja jest świętą. Ale
człowiekowi, mieszkańcowi ziemi, dałeś tajemniczy dar:
wolną wolę. Zna on Twoje Przykazania, ale może być
buntownikiem… może? – Zobaczmy, co się dzieje! Oto
podnosi czoło przeciw Twoim Przykazaniom. Czy może
tak uczynić? Spójrzmy tylko naokoło!
       Chleba naszego powszedniego daj nam dziś. Tak:
Bo jesteśmy skrępowani materialnie, bo od rana do nocy
pracujemy w krwawym pocie, byle żyć. Do tego stopnia
troszczymy się o byt, że zapominamy o wszystkim, co
nie jest ziemskim chlebem.

396
      I odpuść nam nasze winy… bo mamy wiele
grzechów! Nie możemy wszystkich naszych wad
przypisać otoczeniu, dziedziczności, ani pokusie.
Prawda: łatwo jest i duchowo pośliznąć się na
wielkomiejskim bruku. Prawda, że staliśmy się, w
dziedzinie złych duchowych skłonności spadkobiercami
mnogich wad po naszych przodkach. Prawda, w
nędznych mieszkaniach, w dymie fabryk więdnie nie
tylko kwiat, ale i dusza, ale czuję, że i ja jestem winien!
Mogłem zostać białą lilią, mimo wielkomiejskiego błota.
Mój pokoik na poddaszu mógł stać się kaplicą, głos
organów mógł brzmieć na chwałę bożą i wśród gwizdu
fabrycznych syren. Więc wybacz nam, o Panie, bo
zgrzeszyliśmy przeciwko Tobie!
      Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom! Ty
odpuściłeś nam nasze milionowe długi, więc i nam
wypada odpuścić naszym dłużnikom, współbraciom,
groszowe należytości. I my powinniśmy być oględni,
wyrozumiali, pobłażliwi, wybaczający.
      I nie wódź nas na pokuszenie, bo chcemy zostać
chrześcijanami, Twoimi synami – nawet wśród burz
przewrotnego świata! Synami – nawet wśród cynicznego
neopogaństwa! Synami, dla których święte są Twoje
Przykazania! Może nigdy, nawet w czasach
starochrześcijańskich, nie było trudniej zachować w
życiu konsekwentnie zasady chrześcijańskie, niż dzisiaj
w zaraźliwej atmosferze wielkiego miasta. Więc nie
wódź nas na pokuszenie.
      Ale nas zbaw od złego, od wszelkiego złego,
którego fale unoszą się tuż, tuż nad naszymi głowami.
Ale my jesteśmy niezachwiani! Walczymy dalej!
                                                       397
Jesteśmy wierni Twoim Przykazaniom, bo T y
jedynie        jesteś Panem,   Mocą,   Ty
jedynie jesteś naszym Panem Bogiem
i O j c e m . Amen.


            O PIĄTYM PRZYKAZANIU.


                         XXX.


       O OBRONIE ŻYCIA CIELESNEGO.


       (I. Zabójstwo, kara śmierci,
               eutanazja.)


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Słynny malarz XVII stulecia, Hiszpan Murillo,
namalował ciekawy obraz świętego Jana Bożego w
chwili, gdy opiekuje się chorymi. W ciemną noc niesie
święty chorego na plecach, a przed nim kroczy Pan
Jezus z latarnią w ręku, rozjaśniając drogę w
ciemnościach…
      Bracia! Każdy z nas dźwiga na swoich barkach
takiego    chorego.     Dźwigamy       ciężar    naszych
chaotycznych pragnień, naszą ludzką naturę, skłonną do
grzechu, i nasze instynkty, nasuwające nam przed oczy
obrazy pełne ułudy i fałszu. Cała nasza natura od czasów
grzechu pierworodnego jest ciężko chora i tę chorą
398
naturę mamy przenieść ciemnymi perciami życia ponad
przepaście. Szczęśliwy człowiek, któremu światło
Przykazań Bożych oświeca drogi życia!
      Bo ten, kto chodzi ścieżkami Dziesięciorga
Bożych Przykazań, kroczy śladami Chrystusa; a kto
kroczy Jego śladami, tego droga ziemska zakończy się w
otwartej bramie wiecznej szczęśliwości.
       Ale czyż krótkie, z kilku słów zaledwie składające
się, Przykazania Boskie mogą naprawdę stać się
pochodniami, oświecającymi zawiłe drogi życia
ludzkiego? Tak, Bracia! Piąte Przykazanie, które w
dzisiejszym przemówieniu zacznę rozbierać, składa się
tylko z dwóch króciutkich słów:
      „Nie zabijaj!” Króciutkie dwa słowa, a jednak –
jak zobaczymy – są one zasadniczym regulatorem
całego szeregu zagadnień życiowych.
       „Nie zabijaj!” Człowiek składa się z duszy i z
ciała. Nie wolno wyrządzić krzywdy żadnemu z tych
elementów. Ale twoim obowiązkiem jest szanować ciało
i duszę nie tylko bliźniego, ale również i własną, bo czy
można miłować bliźniego, jeśli się samego siebie nie
kocha? Przecież to jest miarą, daną nam przez Pana
Jezusa: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie
samego” (Mk 12, 31).
      W takim oświetleniu zaraz nabierze olbrzymiej
wartości w naszych oczach to króciutkie na pozór
Przykazanie. Czego wymaga Przykazanie „nie zabijaj?”
Wymaga, żebyśmy ani sobie, ani bliźnim nie wyrządzali
krzywdy na ciele, ani na duszy.
      Piąte    Przykazanie     jest,   ściśle    mówiąc
                                                     399
szczegółowym         rozwinięciem       powszechnego
Przykazania miłości bliźniego. Dlatego zawiera ono w
sobie cały szereg myśli godnych omówienia. Zdaje mi
się, ze będę musiał wygłosić 11 kazań, aby
wypowiedzieć treść tego, co zawierają w sobie te dwa
króciutkie słowa: „Nie zabijaj”.
Na temat pierwszego kazania obierzemy sobie myśl
nasuwającą się od same początku: przede wszystkim, co
wyrażają słowa Przykazania; „Nie zabijaj?” – To
znaczy: nie odbieraj nikomu życia!
         I. J a k w y s o k o c e n i B ó g ż y c i e
c i e l e s n e c z ł o w i e k a ? Oto pierwsze zagadnienie,
którym będziemy się zajmowali w dzisiejszym kazaniu.
      II. Jeśli to jasno zrozumiemy, to przekonamy się
częściowo dzisiaj a częściowo później, co z tego wynika.
Zastanówmy się mianowicie, czy dzisiejsze instytucje
społeczne i ogólny pogląd na świat n i e j e s t
sprzeczny z myślą bożą?


                             I.


      Kochani Bracia! Wszechmogący Bóg otoczył
życie ludzkie obronnym murem piątego Przykazania.
Skąd pochodzi ten niezwykły szacunek, że spośród
milionów stworzeń żadnego Bóg nie ceni tak wysoko,
żadnego nie otacza tak troskliwą opieką, jak człowieka?
     a) Odpowiedz daje najpierw Pismo Święte,
mówiąc: „…bo człowiek został stworzony na obraz
Boga.” (Rdz 9, 6).
400
      Życie jest największą tajemnicą świata. Wiedza
ludzka dokonała już wielu odkryć, rozwiązała wiele
zagadnień, ale ostatecznie nie wiemy jeszcze, i nigdy się
może nie dowiemy, na czym polega istota życia.
      Człowiek stworzony jest na podobieństwo boże.
W nas, w naszej naturze istnieje jakieś boże piętno,
którego brak innym tworom Przy stworzeniu
otrzymaliśmy coś w rodzaju bożej iskry, której nam nikt
inny dać nie może, a więc i nikt nie może jej nam
odebrać. „Patrzcie teraz, że Ja jestem, Ja jeden, i nie ma
ze Mną żadnego boga. Ja zabijam i Ja sam ożywiam.”
(Pwt 32, 39) – mówi Pan w Piśmie Świętym. Kto targa
się na życie ludzkie, ten porywa się na własność bożą.
To jest jeden powód, dla którego powinniśmy tak bardzo
cenić życie ludzkie.
      b) Jest jeszcze inna przyczyna. Ziemskie życie
człowieka cenne jest i dlatego, gdyż bez niego nie
byłoby życia wiecznego.
       Droga doczesnego życia usłana jest smutkiem i
cierpieniem. Życie wielu ludzi jest nieprzerwanym
pasmem bólów i ciężkich doświadczeń, które wywołują
na usta skargę: „Po co człowiek żyje, jeśli musi tyle
cierpieć?! Lepiej byłoby się nie rodzić!”
       Bracie! Bracie, który się skarżysz! Nie wiesz, co
mówisz! Prawda: gdybyś się nie urodził, nie byłbyś
cierpiał. Ale i to prawda, że gdybyś się nie urodził, nie
miałbyś życia wiecznego! Warunkiem osiągnięcia życia
wiecznego jest życie ziemskie, dlatego ma o taką wagę
w oczach Boga i dlatego przedstawia tak wielką wartość
dla chrześcijanina, jest bowiem terenem zasług na żywot

                                                      401
wieczny.
     Jeśli teraz zastanowimy się nad obydwoma
myślami, to jasno zrozumiemy znaczenie piątego
Przykazania.
      Życie ludzkie jest iskrą bożą, której nikt uje ma
prawa zgasić. Życie ludzkie jest warunkiem danym od
Boga w celu uzyskania życia wiecznego. Nikt nie ma
prawa kogoś pozbawiać tego warunku. Zarówno
chrześcijańskie, jak i niechrześcijańskie prawodawstwo
wyraźnie wskazuje, że zniszczenie życia ludzkiego, czyli
zabójstwo jest jednym z najokropniejszych przestępstw.
To też tej części V Przykazania, która głosi, że nie
wolno niszczyć niewinnego życia ludzkiego, nie
potrzeba więcej uzasadniać. Pojęcie, że nie wolno
godzić morderczą ręką na tajemną i świętą istotę życia
ludzkiego, przyjęło się już teraz, chwała Bogu,
powszechne, i stało się wspólnym skarbem całej
ludzkości. Bóg jest Dawcą życia i tylko On ma prawo je
odebrać.


                          II.


              Co z tego wynika?


      Kochani      Bracia!   Z     prawd    dotychczas
wypowiedzianych wynikają pewne wnioski, które trzeba
omówić bardziej szczegółowo. Jeśli Bóg tak ogromnie
ceni życie doczesne człowieka, to trzeba zbadać, czy
nasze pojęcia, instytucje, zwyczaje z tym się zgadzają.
402
Trzeba zbadać, czy nasze ustawodawstwo społeczne,
sądowe, lekarskie i międzynarodowe nie zawiera
przepisów sprzecznych, a przynajmniej pozornie
sprzecznych z duchem V Przykazania.
      Niestety, Bracia, stwierdzić musimy, że są ludzie,
którzy w małych i w wielkich rzeczach często
sprzeciwiają się V Przykazaniu, że są również zwyczaje
społeczne, poglądy, dążenia, które godzą w piąte
Przykazanie.
      – Nie zabiłem nikogo! – mówi dumnie wielu ludzi.
Zastanów się jednak, jak często możesz naruszyć to
Przykazanie!
      Krzywdę życiu bliźniego wyrządza kobieta, która
przyjęła na wychowanie sierotę podrzutka, by potem
bogacić się kosztem jego żołądka i zdrowia. Szkodę
życiu drugiego wyrządza przekupka, która fałszuje
mleko, dodaje gipsu do śmietany, lub miału z cegły do
papryki. Godzi na życie drugiego dostawca, który
zaopatruje wojsko w obuwie z papierowymi
podeszwami i w liche sukno, a zamiast mięsa dosypuje
popiołu do blaszanek z konserwami.
      A te wszystkie kłótnie? Te ciągłe zatargi między
małżonkami, rodzeństwem, pracodawcą i robotnikiem!
Wszystko to jest grzechem przeciwko V Przykazaniu.
Ale teraz nie o tym będzie mowa. Są sprawy daleko
ważniejsze, które należy bliżej zbadać, są wielkie
zagadnienia, które decydują o życiu ludzkim, i o których
wszyscy musimy mieć jasne pojęcie i należycie je
zrozumieć, bo ze smutkiem stwierdzamy, że ludzkość
nie czyni dziś starań, by je rozwiązać w myśl V

                                                    403
Przykazania. Te wielkie zagadnienia, które dotyczą nas
wszystkich, będziemy rozważali w następnych
kazaniach pod kątem V Przykazania.
      W tej chwili przyjrzyjmy się z bliska takim dwóm
wielkim zagadnieniom.
      1. Jedno, to zagadnienie k a r y ś m i e r c i .
Wiemy, że zdarzają się tak okropne objawy złości
ludzkiej, że państwo w myśl prawa karze je śmiercią. A
moralność katolicka wcale nie protestuje przeciw temu,
że państwo stosuje karę śmierci.
      Czy państwo ma rzeczywiście prawo godzić
śmiertelnie w życie ludzkie? Czy kara śmierci nie jest
sprzeczna z V Przykazaniem? Biorąc sprawę
powierzchownie, zdaje się, że tak. Ale tylko na pierwszy
rzut oka. „Nie zabijaj” – brzmi Przykazanie Boskie, i
jeżeli weźmiemy dosłownie to powiedzenie, kara
śmierci jest sprzeczna z Przykazaniem Boskim; ale jeśli
tę samą prawdę wyrazimy inaczej: „Nie morduj!”, czyli
„nie niszcz życia niewinnego!”, to natychmiast
rozumiemy właściwą istotę Przykazania, które nie
wyklucza sprawiedliwej kary śmierci, przewidzianej
przez ustawodawstwo państwowe.
      Ktoś mógłby zarzucić, że takie ujęcie V
Przykazania jest naciągane; myli się jednak, gdyż jak
widać z Pisma Świętego: ten sam Bóg, który dał
Mojżeszowi V Przykazanie „Nie zabijaj”, wskazuje na
grzechy (Wj 21, 12), które należy karać śmiercią. W
Starym Testamencie zatem sam Pan życia i śmierci
zezwolił prawowitej władzy państwowej na stosowanie
kary śmierci, a chrześcijaństwo nie odebrało państwu

404
tego prawa, jak wynika ze słów świętego Pawła, który
upominał chrześcijan w Rzymie: „Chcesz nie bać się
władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę.
Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga,
[prowadzącym] ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle,
lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem
narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary
temu, który czyni źle.” (Rz 13, 3 – 4).
       Bracia! Mówię z naciskiem, że kara śmierci w
ręku państwa może być tylko ostatecznym środkiem,
którym państwo może się w razie potrzeby prawnie
posługiwać. Jeśli część mojego ciała ulegnie zatruciu,
staram się ją najpierw leczyć wszelkimi możliwymi
środkami, dopiero, gdy wszystko okaże się
bezskuteczne, pozostaje amputacja. Jeśli wolno usunąć
chorą część ciała, która zagraża życiu całego mego
organizmu, wobec tego i ze społeczeństwa wolno usunąć
jednostkę, która zagraża życiu innych (św. Tom. 2, 2qu.
64, a. 2).
      Naturalnie     z    chrześcijańskim      poglądem
zgadzałaby się lepiej taka nietykalność życia ludzkiego,
żeby nigdy w żadnych okolicznościach, nikomu nie
odbierać życia. Chociaż więc chrześcijańska moralność
w pewnych ostatecznych wypadkach pozwala na wojnę
– o czym zresztą będę mówił w następną niedzielę – jej
ideałem jest jednak: tak wychowywać narody, żeby
nigdy nie zaszła potrzeba wojny. Tak samo, chociaż w
pewnych ostatecznych warunkach przyznajemy państwu
prawo wymierzania kary śmierci, naszym ideałem jest
jednak: tak wychowywać jednostki, żeby ich nie trzeba
było karać śmiercią.
                                                    405
       Z ducha naszej świętej wiary można
wywnioskować, że chodzi tutaj jedynie o ostateczną
samoobronę. Pośrednio wynika to choćby i z tego, że
Kościół uznaje za nieodpowiedniego do stanu
kapłańskiego sędziego, który wydał wyrok śmierci, i
człowieka, który wyrok wykonał (C. J. C. can 984, 6 i 7
n.) Pragnieniem naszej świętej wiary jest w każdym
razie, żeby w ogóle nie stosowano kary śmierci. Ale to
jest niestety niemożliwe! Kara śmierci jest potrzebna na
tych, którzy planowo godzą i niszczą niewinne życie
drugich.
      W państwach, w których zniesiono karę śmierci,
wzrosła liczba zabójstw. Tym więc filozofom –
prawnikom, którzy z przekonaniem, zasługującym na
szacunek, sprzeciwiają się stosowaniu kary śmierci,
odpowiadamy znanymi słowami Francuzów: „Znieść
karę śmierci? Dobrze! Ale niech przód ją zniosą
mordercy!”
      Tak, jeśli nie będzie morderstw, nie będzie katów
państwowych.
       2. E u t a n a z j a . Bracia! Skoro i nad tym można
się zastanawiać i dysputować, czy prawu państwowemu
wolno skazać na śmierć zawodowego złoczyńcę, to już
chyba jest bezwzględnym pewnikiem, że nigdy nie
wolno godzić na życie człowieka niewinnego! W tej
chwili może nie wiecie, co mam na myśli; chcę wskazać
na pewne, zupełnie nowoczesne dążenie.
      Piąte Przykazanie żąda szacunku dla życia
fizycznego. „Kultura ciała!”, „Potrzeby życia
cielesnego!”, takie nowoczesne hasła obijają się nam o

406
uszy. W znaczeniu prawnym są to właściwie wymagania
chrześcijańskiego programu. Jeszcze nikt nie znał tych
haseł, gdy katolicy już budowali mnóstwo przytułków
dla starców, dla nieuleczalnie chorych i biednych.
      Idźmy jednak dalej: Życie cielesne? Tak –
również je szanujemy! Szanujemy do tego stopnia, że
cenimy nawet ułomne, stare, nieuleczalne chore
organizmy, i aż do ostatecznych granic strzeżemy
nikłego promyka życia. Teraz już wiecie, Bracia, że mam
na myśli pewną nowość zagraniczną, którą – jak
wszystko, co modne – chciano by zaraz stosować.
      Jest to tzw. „eutanazja”, czyli zasada „łatwej
śmierci”. Kochani Bracia, na czym ona polega? W
niektórych państwach – niby w imię miłości bliźniego –
zdobywa sobie zwolenników straszny kierunek,
polegający na tym, że po urzędowym orzeczeniu
lekarskim o ciężkim i beznadziejnym stanie chorego,
można stosować silne, uśmierzające ból narkotyki i
trucizny, które by sprowadziły spokojną śmierć i w ten
sposób przerwały pasmo cierpień.
       Głosiciele tych haseł za pomocą wzruszających
opisów umieją w nas wmówić, że dla ciężko i
nieuleczalnie chorego człowieka jest dobrodziejstwem,
jeśli się go prędzej uwolni od życia i daremnych
cierpień. „Takie życie i tak nic nie warte!” – mówią. „Po
kilku dniach i tak umrze! Po co się więc ma tyle męczyć
biedaczysko!” Chcą przeprowadzić ustawę, orzekającą,
że kto zabije takiego chorego, postąpi sprawiedliwie i
nie może być za to pociągany do odpowiedzialności.
      Cóż   powiedzieć    na   te   zamiary,   Szanowni

                                                     407
Słuchacze? Może wielu z was o nich nie słyszało, ale
dobrze być już z góry przygotowanym, by wiedzieć,
jakie stanowisko zająć, gdyby przypadkiem ktoś u nas
chciał szerzyć te okrutne zasady.
      Tak! Nie można tego inaczej nazwać, tylko
okrucieństwem. Okrucieństwem, które w pierwszej
chwili wydaje się czynem szlachetnym, osładzającym
dolę bliźniego.
        a) P r z e c i w e u t a n a z j i m u s i m y s i ę
poważnie zastrzec najpierw z czysto
l u d z k i c h , z i e m s k i c h w z g l ę d ó w . Musimy
wskazać na nieprzewidzialne objawy zła, które mogą
mieć miejsce przy stosowaniu metod „dobrej śmierci”,
bądź to z powodu ograniczoności wiedzy ludzkiej, bądź
też z tego powodu, że podłość ludzką nie zna granic.
      Tak, wiedza ludzka jest ograniczona! Wprawdzie
wiedza lekarska miałaby ustalić, czy „urzędowe”
zabójstwo może być dozwolone. Czy jednak tak bardzo
pewne jest badanie lekarskie? Czy nie znacie ludzi,
których lekarze uznali już za straconych, a których
mimo to do dziś dnia spotykamy na ulicy?!
      A weźmy pod uwagę bezmiar ludzkiej podłości!
Co będzie, jeśli niektórzy niecierpliwi spadkobiercy
będą sobie życzyli, żeby ich stryjaszek nie odzyskał
więcej zdrowia?! Czy sądzicie, że ludzka podłość i
chytrość nie znajdzie sposobów na uzyskanie dowodów
„prawnego zabójstwa”? Czyż nie widzimy, że przez to
otwieramy furtkę strasznym postępkom? Czy nie
widzimy, że jeśli w jednym tylko wypadku przerwiemy
tamę, broniącą ludzkiego życia, to znikną wszystkie

408
granice?!
     A wzięliśmy pod uwagę dopiero względy czysto
ziemskie!
       b) A j e ś l i d o r o z u m o w y c h r a c j i
dołączymy dowody natury religijnej,
jeśli z ciasnych ram ludzkiego myślenia przeniesiemy
się w szerokie sfery, które przed naszym życiem odsłonił
Pan Jezus! Nigdzie nie spotykamy, żeby Pan Jezus
niszczył życie ludzkie; owszem czytamy, że wskrzeszał
zmarłych.
     „Nieuleczalnie chory i tak cierpi bezcelowo!” –
mówią propagatorzy eutanazji!
      Co ty wiesz? Czy nie słyszałeś o wypadkach, że
człowiek, który żył w grzechach, dopiero na łożu boleści
nawracał się do Boga?! Czy nie znasz historii
nawrócenia słynnego francuskiego pisarza François
Coppée, który powrót do wiary zawdzięcza cierpieniu,
„zbawiennemu cierpieniu”, „la bonne souffrance”,
których to słów użył potem jako tytułu swojej książki?
       Cierpi bezcelowo? A może kto potrzebuje
śmiertelnego łoża boleści, żeby zadość uczynić za wiele
błędów i upadków swego życia? Może przez te
cierpienia odpokutuje część mąk czyśćcowych! Może w
tym cierpieniu Pan udzielił mu łaski, o którą jeden
wielki święty tak gorąco błagał: „Panie, tu pal, kraj,
karz, tylko tam bądź dla mnie miłosierny!” (Św.
Augustyn).
      Jakim prawem wtrącasz się do planów Pana
życia?! Skąd wiesz, że właśnie ta dusza nie
potrzebowała oczyszczającej siły cierpień w tych
                                                    409
ostatnich kilku godzinach? Czy jest wśród was ktoś, kto
nie drży na wspomnienie ciężkich grzechów? Grzechów,
z których już się wyspowiadał, za które nie będzie
potępiony, ale, za które jeszcze nie uczynił zadość
sprawiedliwości, więc czeka go kara mąk czyśćcowych,
cierpienia na tym, albo na tamtym świecie.
      Bracia! Kto, powodując się źle pojętą litością,
skraca życie ciężko choremu, wyrządza mu jak
najgorszą przysługę.
       Niech nikt nie twierdzi, że chrześcijańska nauka
jest okrutna, bo każe choremu cierpieć. Owszem, wolno
łagodzić cierpienie chorego odpowiednimi środkami,
chociażby go to pozbawiło przytomności, nawet choćby
nieco przybliżyło śmierć, ale zabić go wprost nigdy nie
wolno! Naprawdę, Bracia, czekać na śmierć z całą
świadomością, i świadomie złożyć Bogu ofiarę z
naszego życia, jest najpiękniejszym zakończeniem życia
chrześcijańskiego. Oddać swoje życie do rąk Boga, od
któregośmy je otrzymali, test wielką cnotą, na którą
możemy się zdobyć tylko raz w życiu.


                    *     *     *


       Zakończmy na dzisiaj rozbiór V Przykazania.
Zakończmy wzmianką o wspaniałym zwyczaju, z
którym coraz częściej spotykamy się w kościołach
Holandii i Belgii, a które są najpiękniejszym i
najstosowniejszym przykładem na poparcie naszych
zasad.

410
      Nie przerywać nici żywota, ale wzmocnić duszę
chorego. – Oto wspaniała myśl chrześcijańska.
       Po miastach i wioskach Holandii i Belgii od kilku
lat wchodzi w życie rzewny zwyczaj wspierania chorych
katolików. Dobrze wiadomo, że od cierpień cielesnych
nieraz daleko więcej boli przygnębienie duchowe i
poczucie osamotnienia; przytłacza ono duszę chorego,
który nieraz całymi miesiącami jest pozbawiony
kościoła, sakramentów świętych i kazań. Dobrze pojęta
miłość bliźniego spieszy wtedy z pomocą. Urządza się
„Dzień chorych”: ludzie zamożni oddają swoje powozy,
samochody, by można było przenosić chorych do
kościoła, razem z ich łóżkami i krzesłami.
       Zeszłego roku latem, w stolicy jednego z
arcybiskupstw belgijskich, w Tournai, był właśnie taki
„Dzień chorych”. W nawie kościelnej długimi rzędami
leżeli chorzy; wzrok ich był skierowany na główny
ołtarz, przy którym miejscowy arcybiskup odprawiał
mszę świętą na intencję ich wyzdrowienia. Po Ewangelii
wszedł po omacku na ambonę ojciec jezuita i – sam
ślepy – wygłosił porywające kazanie o wpływie światła
Ewangelii na cierpiących i o wartości cierpienia ze
względu na życie wieczne! Podczas rozdawania
Komunii świętej arcybiskup opuścił ołtarz, idąc z Panem
Jezusem między chorych i krzepiąc każdego świętym
Ciałem…
      Bracia! Nie, nie trzeba niszczyć życia chorych, ale
wzmacniać ich dusze! Pomyślcie, w jakim nastroju
wrócili ci chorzy do swoich domów! Może dolegliwości
ciała w dalszym ciągu tak samo im dokuczały, ale za to
wzmocniła się siła ich dusz. Nie zmieniły się cierpienia
                                                     411
chorego, ale otworzyły się duchowe źródła,
przyczyniając się do ich spokojnego i pokornego
zniesienia.
      Panie Boże, udziel nam cierpliwości do pokornego
znoszenia wszelkiego rodzaju chorób; w ostatniej zaś
naszej chorobie pomóż nam, o Boże, byśmy z dziecięcą
ufnością złożyli swoją duszę w Twoje miłosierne,
ojcowskie ręce! Amen.


                       XXXI.


        O OBRONIE CIAŁA LUDZKIEGO.


        (I. Wojna, II. Pojedynek).


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W ubiegłą niedzielę rozpocząłem omawianie V
Przykazania Boskiego. Wspomniałem, że dwa króciutkie
słowa: „Nie zabijaj!”, biorą w obronę zarówno ciało
naszych bliźnich, jak i nas samych. Wykazałem, ile to
aktualnych problemów należy roztrząsnąć w świetle V
Przykazania, by móc skutecznie bronić życia naszych
bliźnich. Zastanawialiśmy się, czy wszystkie nasze
ludzkie instytucje, zwyczaje społeczne zgadzają się z
przepisami tego Przykazania. Czy nie ma w życiu
społecznym, prawnym i ogólnoludzkim postanowień lub
dążeń, sprzeciwiających się duchowi V Przykazania?
412
      W zeszłym kazaniu, Bracia, staraliśmy się
odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania. Jedno
dotyczyło zagadnienia kary śmierci, drugie zaś zabijania
nieuleczalnie chorych bez cierpień, czyli tzw. z grecka
„eutanazji”.
      Dzisiaj czekają wyjaśnienia dwie myśli. Obie na
czasie, obie tak palące, że wszyscy musimy sobie jasną z
nich zdawać sprawę.
     Pierwsza należy bez wątpienia do bardzo trudnych
zagadnień, jest to mianowicie zezwolenie na
prowadzenie legalnej wojny.


                           I.


                        Wojna.


      „Nie zabijaj!” – mówi Przykazanie Boże. Ale, w
takim razie, co sądzić o wojnie? Takie pytanie zadają
sobie ludzie, na które nie tak łatwo odpowiedzieć. Bo
chociaż poważne rozumowanie doprowadzi nas do
przekonania, że chrześcijańska moralność, zezwalając na
tzw. „sprawiedliwą wojnę”, jako na ostateczny środek
prawnej obrony, nie sprzeciwia się Przykazaniu
Bożemu, jednak, Bracia, wszyscy czujemy, że problem
wojny nie łatwo rozstrzygnąć.
     a) Nie trudno o dowody, które w pewnych
wypadkach usprawiedliwiają wojnę. Jeśli jednostka ma
prawo bronić się przed napastnikami, ma do tego prawo
i naród. Ostatecznie, jakiż naród, chociażby był
                                                    413
wyjątkowo pokojowo usposobiony, może żyć w
spokoju, jeśli mu na to nie pozwalają zazdrośni sąsiedzi.
Obowiązkiem narodu jest bronić swoich praw. Posiada
on nawet prawo odzyskania zrabowanych ziem.
      b) Przy omawianiu zagadnienia wojny trzeba
zwrócić uwagę i na fakt, że wojna wybucha często jakby
na skutek parcia sił naturalnych, których nikt nie może
powstrzymać.
       We wspólnym życiu narodów jest mnóstwo tarć,
odmiennych poglądów, które powodują coraz to
silniejsze napięcie, aż w końcu doprowadzają do
wybuchu wojny, za które jednostki nie są
odpowiedzialne. Można nad tym ubolewać, smucić się,
ale fakt pozostanie faktem. Są naturalne siły, których
wybuch jest szkodliwy, przynosi zniszczenie, a którym
zapobiec nie możemy. Stoimy wobec nich bezradni, jak
wobec piorunu, gradu, lub trzęsienia ziemi… Takimi
uderzeniami piorunu, gradu, trzęsienia ziemi w życiu
narodów są wojny, których każdy się boi, które wszyscy
potępiają, których powstrzymanie jednak nie leży w
naszej mocy.
       Tak się sprawa przedstawia, ale mimo to, Bracia,
nikt nie może zaprzeczyć, że groza wojny jest hańbiącą
plamą na ciele ludzkości i dowodzi braku prawdziwego
chrześcijańskiego ducha! Ten, kto w czasie wojny
walczył na froncie, nie potrzebuje dalszego tłumaczenia,
a jeśli kto nie zna wojny, niech popatrzy na mrożący
krew w żyłach obraz malarza rosyjskiego,
Wereszczagina. Nad olbrzymią piramidą głów,
roztrzaskanych czaszek poległych żołnierzy na wojnie…
nad tą okropną piramidą krążą stada kruków…
414
      O, Bracia! Straszną rzeczą jest wojna! Jest
nieszczęściem i okropnością nawet wtenczas, kiedy jest
uprawniona, kiedy jest potrzebna… Świadczy o braku
ducha chrześcijańskiego i napełnia smutkiem Serce
Chrystusa Pana, który przelał Swoją krew za wszystkich
ludzi. Zasadniczo nasza święta wiara musi uznać
konieczne, naturalne prawo narodów do samoobrony i
do szukania satysfakcji, ale z drugiej strony, Bracia,
nasza święta wiara całą siłą tak pragnie wychowywać
narody, żeby nigdy nie zachodziła potrzeba tej
samoobrony i odwetu. Im głębiej zasady chrześcijańskie
przenikną narody, tym rzadziej będzie zachodziła
potrzeba wojny!
      Powiesz jednak: „Chrześcijaństwo pracuje już
dwa tysiące lat i mimo to wojny były zawsze!”
       Tak, były, ale czego to dowodzi? Dowodzi, jak
bardzo trudno jest pchnąć moralność choćby o włos
naprzód. Świadczy o tym, jak mało chrześcijańskie są
dzisiejsze narody! Świadczy, że Ewangelię czeka
jeszcze olbrzymie zadanie wychowawcze w ciągu
przyszłych wieków.
     Wojna jest straszną klęską. Oby narody mogły na
zawsze żyć bez wojen!
      Ale, kochani Bracia! Jeśli nasza etyka z
ubolewaniem wprawdzie, ale jednak w ostatecznych
wypadkach, uznaje prawo wystąpienia zbrojnego
poszczególnych narodów, to może być mowa tylko o
prawie obrony narodu, ale nigdy poszczególnych
jednostek! Wojna w wyjątkowych wypadkach może być
dozwolonym sposobem dochodzenia praw w rękach

                                                  415
całego narodu, ale nigdy nie można zezwolić na
wystąpienie dwóch uzbrojonych jednostek, które w ten
sposób chcą załatwić istniejący między nimi spór.
      Doszliśmy zatem do drugiego tematu, który
chciałbym dzisiaj omówić: do pojedynku.


                            II.


                    Pojedynek.


        A) C o s ą d z i ć o p o j e d y n k u ? i B) j a k
możemy                              przeciwdziałać
p o j e d y n k o w i ? Na te dwa pytania chciałbym dziś
dać odpowiedź.
      A) C o s ą d z i ć o p o j e d y n k u ?
       Powszechnie wiadomo, że Kościół katolicki
zalicza pojedynek do grzechów, które sprzeciwiają się V
Przykazaniu, a tych, którzy w pojedynkach biorą udział,
karze ekskomuniką. Trzeba jednak poznać przyczyny
tego surowego stanowiska Kościoła. Mianowicie poznać
te logiczne przesłanki, dla których nie tylko nasza święta
wiara, ale również i rozsądni wyznawcy innych religii,
potępiają pojedynek. Potępiają, bo 1) pojedynek jest
niedozwolonym i 2) niedostatecznym sposobem obrony
czci.
    1) P o j e d y n e k j e s t n i e d o z w o l o n y m
środkiem obrony honoru.
      a) Nie jest dozwolonym środkiem po pierwsze
416
dlatego, że poważny pojedynek w skutkach swoich jest
nieproporcjonalnie większy, niż miara wymaganej
satysfakcji. Rozważmy bliżej tę myśl.
      Jeśli potępiamy pojedynek, nie znaczy to, że nie
znamy tych trudnych sytuacji, w jakich może postawić
niejednego dzisiejsza błędna opinia publiczna. Bierzmy
dla przykładu położenie oficera, którego żonę, bez
żadnych powodów z jej strony, obraził jakiś źle
wychowany człowiek. Oficer przywołuje go do
porządku. Ten w odpowiedzi wyciąga bilet wizytowy, a
drugiego dnia zjawiają się sekundanci, i strony stają na
placu. „Muszę się bić – mówi oficer – inaczej opinia
publiczna uniemożliwiłaby mi życie”. Więc biją się. A
może jeden z nich zostanie nieszczęśliwym kaleką na
całe życie, albo padnie trupem, a wdowa i sieroty
przywdzieją po nim żałobę.
      Pytam teraz, Bracia, dlaczego jeden z nich musiał
zginąć? Dlaczego? Czy tak wielka była obraza, że
wymagała aż krwi, śmierci? Że wymagała aż ludzkiego
życia, największej ofiary, jaką ktokolwiek może na
ziemi ponieść? Gdzie tam! Tego domagała się nie
obraza, tylko tzw. „opinia publiczna”. Ona to wymaga
tego, czego zabrania zdrowy rozum, naturalna etyka,
chrześcijańska moralność i V Przykazanie Boskie.
Czegoż one zabraniają? Zabraniają, by się mścić
śmiercią za doznaną krzywdę. Śmierć! Jakaż to okropna
ofiara! Chociażby nie wiem jak wielką była obraza, za
którą opinia domaga się życia ludzkiego, czyli
najwyższego naturalnego dobra, jakie człowiekowi mógł
dać tylko Bóg – jest to przesada niedozwolona, rzecz
grzeszna!
                                                    417
       „Przepraszam! – odzywa się ktoś. – Dzisiejsze
pojedynki już nie są tak okropne! Jeśli idą na szable, to
głowy przeciwników ledwie widać spod osłony. Jeśli na
pistolety, to lufa jest krzywo wkręcona, a nabój z
czekolady…”
     Wszystko jedno, Bracia! Taki pojedynek nie
byłby naprawdę rzeczą groźną, ale mimo to jest to
sprawa za duża, by można z niej żartować.
      Ktoś może być zdania, że podobnymi zabawkami
uratuje swój honor, ale Kościół w rzeczach zasadniczych
nie uznaje żartów i nie może pozwolić na takie zabawki:
na zabawki i na żart z życia.
      b) Niedozwolony jest pojedynek i dlatego,
ponieważ jest ściśle związany z nieludzkimi
dziwactwami, z których człowiek dzisiejszy drwi
pogardliwie, a których nawet nie może już zrozumieć.
Dziś żyjemy pod opieką prawa i z przerażeniem
wspominamy czasy, kiedy panowało prawo pięści i
zemsta krwi. Czyż pojedynek nie jest wyrafinowanym
wydaniem prawa pięści? Tu zwycięża również nie
sprawiedliwość, ale siła i zręczność. Przerażeniem
napełniają nas średniowieczne tzw. sądy boże, w których
trzeba było kuszeniem Boga udowadniać swoją
niewinność: boso przechodzić po rozpalonych węglach,
albo wkładać rękę do gorącej wody i nie sparzyć jej.
Ten, kto się pojedynkuje, czyż nie tak samo powierza
swój los grze przypadku?
      2) Pojedynek nie tylko, że jest niedozwolonym,
ale również i n i e d o s t a t e c z n y m ś r o d k i e m
obrony honoru.

418
        Cokolwiek by kto sądził o pojedynku, na tym
punkcie bezwarunkowo zgodzi się z nami, ż e
pojedynek              wcale      nie     rozstrzyga,
która          ze     stron      walczących          jest
uczciwa,            lub      po     czyjej       stronie
s ł u s z n o ś ć . Jest to rzecz jasna! Jeśli jedna strona
pokaleczyła drugą, dowiodła tym najwyżej swojej
większej zręczności, ale czy dowiodła, że jest bardziej
uczciwą? Nie ten zwycięża, po czyjej stronie jest
prawda, lecz ten, kto ma silniejsze nerwy, albo kto się
lepiej wyuczył szermierki. Czyż nie jest mylnym
zapatrywanie,         które    środkami     tak     wysoce
niedostatecznymi szuka obrony obrażonej czci?!
Zastanówmy się tylko poważnie nad tą sprawą. Możliwe
są trzy wypadki:
      a) Obie osoby wyjdą ranne. – Więc, która z nich
otrzymała satysfakcję?
      b) Zostanie raniona strona niewinna, osoba
obrażona. – Gdzież tu satysfakcja?
      Znamienny wypadek zdarzył się raz w Bordeaux.
Pewien ulicznik, który świetnie władał bronią, założył
się ze swoim kolegą, że na publicznym corso zaczepi
młode małżeństwo: męża uderzy w twarz, a żonę
pocałuje. I dokonał tego! Powstał oczywiście pojedynek,
w którym mąż został zabity. Powiedzcie, czy człowiek o
zdrowym rozsądku może bronić instytucji tego rodzaju?!
      c) Trzeci wypadek może zajść wtedy, gdy
obrażający faktycznie został ukarany. Ale przypatrzmy
się bliżej, czy rzeczywiście można w ten sposób
wynagrodzić krzywdę, wyrządzoną na honorze?

                                                       419
      Honor! Jakież to cenne słowo! Niczym
niezastąpiona wartość! Niestety, jakież błędne pojęcia
ma o nim opinia publiczna! Nie tak dawno, bo przed
kilkoma laty zdarzyło się, że dwaj młodzieńcy z dobrej
rodziny napadli na listonosza, którego chcieli obrabować
z pieniędzy. W sądzie zeznali, że mieli pilny
„honorowy” dług, i w tym celu urządzili napad. Oto, jak
niektórzy pojmują honor!
      Niedawno znów czytaliśmy w gazetach o sądowej
rozprawie pewnego pana, słynącego z częstych
pojedynków, który, bez skrupułów fałszował weksle, a
nawet koszta pojedynków opłacał fałszywymi wekslami.
Ale za to był gentelmenem bez zarzutu – bo się
pojedynkował! Czy nie jest wystarczającym dowodem i
ten rażący fakt, że blizny otrzymane w pojedynku
jeszcze nikogo nie uczynią gentelmenem, ani uczciwym,
że może się ktoś co dzień wykwintnie stroić, nosić
okulary w cennej oprawie, mieć idealnie zaprasowane
spodnie i w ciągu roku 4 – 5 pojedynków, a
niekoniecznie być uczciwym człowiekiem, bo
uczciwość, to wewnętrzna wartość, to moralność bez
zarzutu? Nie z zewnątrz pochodząca zniewaga i potwarz
pozbawiają nas więc honoru, lecz niemoralność,
wynikająca z naszego własnego postępowania. Honoru
nie można stracić na skutek obrazy, ani zyskać go z
powrotem przez użycie brani – oto chrześcijańskie
pojęcie!
     Bracia! Tak się przedstawia pojedynek z punktu
widzenia zdrowego rozumu i chrześcijańskiej
moralności.
      Nie wolno jednak poprzestać na samych tylko
420
wiadomościach o pojedynku. Pojedynek zdarza się
jeszcze dzisiaj mimo wszystko, i utrzymuje się jak
niezrozumiały anachronizm, przekazany przez tradycję.
Istnieje, więc nie wystarcza go potępiać, ale należy z nim
planowo walczyć i pracować nad jego usunięciem.
      Postawię zatem pytanie:
      B) J a k m o ż n a z w a l c z a ć p o j e d y n k i ?
Co powinniśmy robić, jako ludzie myślący kategoriami
chrześcijańskimi, żeby mania pojedynków wygasła jak
najprędzej?
     1. Przede wszystkim, niech każdy zachowuje się
tak, żeby n i e     dać      sposobności       do
pojedynku.
       a) Tak, Bracia! Nie wolno się pojedynkować. Ale
z tego wynika, że należy cenić honor naszych bliźnich.
Nie obmawiajmy drugich, nie krzywdźmy, nie
zachowujmy się w stosunku do nich wyzywająco.
Uważam również, że jeśli ktoś przez lekceważenie
obraził drugiego, a wyzwany na pojedynek odpowiada:
„Moje religijne przekonania nie pozwalają mi się
pojedynkować…” jest tchórzem, a nie człowiekiem
religijnym, bo religia zabrania nie tylko pojedynku, ale i
obrazy!
      Opowiem wam jeszcze autentyczny wypadek.
Pewien kawaler z błahych powodów pokłócił się z
jakimś żonatym panem i wyzwał go na pojedynek.
Przyjaciele uspokajali go, lecz on ciągle powtarzał: „Nie
mogę darować obrazy bez satysfakcji… utraciłbym swój
honor”. Doszło do pojedynku, wystrzałem z pistoletu
zabił swojego przeciwnika i wydarł rodzinie ojca. Ale
                                                        421
honor został uratowany! Jego dobrzy znajomi w ten
sposób go tłumaczyli: „Cóż on winien, że ma tak wielkie
poczucie honoru?”
      Wielkie poczucie honoru przejawia się wtenczas,
gdy ktoś jest wrażliwy nie tylko na własny honor, ale i
na honor d r u g i e g o ! A zwykle bywa tak, że ci,
którzy są wrażliwi na swój honor, bardzo lekkomyślnie
narażają na obrazę cześć innych. Chrześcijaństwo uczy
poczucia honoru własnego i bliźnich – zarówno w
towarzystwie, w naukowych dysputach, w biurze, jak i
w polityce.
      Czy przyczyną pojedynku jest poczucie honoru? –
Nie! O ileż by to było między ludźmi mniej kłótni,
sprzecznych poglądów, czyli powodów do pojedynków,
gdyby w sercach żyło prawdziwe poczucie honoru.
      Kto nie chce się pojedynkować, niech nikogo nie
obraża! Niech nie pozwala, by w jego obecności
obmawiano innych. A jeśli znajomi się pokłócili, niech
załagodzi ich gniew, a nie rozpala go jeszcze bardziej.
Przecież powszechnie znaną rzeczą jest, że przyczyną
pojedynku są po największej części sekundanci.
      b) „Ależ proszę! Łatwo przy biurku, nad
książkami w ten sposób medytować! Ale co innego
utrzymywać stosunki, działać politycznie, społecznie.
Takie twarde poglądy uniemożliwią wszystko… Bez
pojedynku nie ma wyjścia!…”
      Jest, Bracia! Zaraz powiem, że to możliwe. Nie
sądzicie chyba, że Jerzy Washington, wielki syn Stanów
Zjednoczonych, nie brał udziału w życiu publicznym!
Otóż on, jako młody oficer, wdał się w ostrą kłótnię z
422
jednym ze swoich kolegów. Zaczepiony uderzył
Washingtona tak silnie, że ten upadł na ziemię. Wszyscy
byli przekonani, że sprawa zakończy się pojedynkiem;
ale Washington, wiedząc, że sam spowodował awanturę,
następnego dnia przyszedł do kolegi i zwrócił się do
niego z tymi słowami: „Mylić się, jest rzeczą ludzką.
Wczoraj postąpiłem niesprawiedliwie w stosunku do
pana, i pan sobie za to sam wymierzył sprawiedliwość.
Jeśli pan uważa, że to wystarcza, bądźmy nadał
przyjaciółmi. Podaję panu rękę”. Uścisnęli sobie dłonie i
od tej chwili zostali serdecznymi przyjaciółmi aż do
śmierci.
      Tak, Bracia! Jeśli w chwilach gniewu kogoś
obrazimy – bo jesteśmy ludźmi – to postąpimy bardziej
po męsku, jeśli przyznamy się do winy i poprosimy o
przebaczenie,      aniżeli,     gdy       wyrządzoną
niesprawiedliwość powiększymy jeszcze przez zbrodnię
i przelew krwi. Prosić o przebaczenie! Obyśmy się
nauczyli tej zapomnianej cnoty! Obyśmy uwierzyli, że
nie ma bardziej imponującego widoku nad ten, kiedy
mężczyzna przeprasza za swój błąd, albo wybacza
wyrządzoną krzywdę!
      2. W jaki sposób moglibyśmy jeszcze
przeciwdziałać pojedynkom? Pojedynek, to zwyczaj
przekazany przez poprzednie wieki. Wywodzi się z
czasów, kiedy z powodu braku praw – każdy musiał sam
sobie wymierzyć sprawiedliwość. Dziś istnieją prawa i
dlatego nikt nie może być sędzią samego siebie. Musimy
wprawdzie przyznać, że prawna obrona honoru
pozostawia dużo do życzenia, ale te luki będziemy mogli
wypełnić dopiero wtedy, gdy jednostki przodujące w
                                                     423
życiu publicznym coraz l i c z n i e j b ę d ą s t a w a ł y
w       szeregach         wyznawców                nauki
K o ś c i o ł a , gdy w żadnych okolicznościach nie
pozwolą na pojedynek, ale za obrazę będą żądały kary
sądowej.
      Wiem dobrze, Bracia, że w dzisiejszych czasach
ludzie religijni mogą się znaleźć w położeniu bez
wyjścia. Odmawiając bowiem pojedynku, mogą się
narazić na napiętnowanie przez pewne sfery klubowe
mianem tchórza, lub na lekceważącą pogardę. Ale
pozwólcie, że zapytam: kto jest tchórzem? Czy ten, kto
w najcięższych nawet okolicznościach ma odwagę trwać
przy swoich wewnętrznych przekonaniach, kto nie
pojedynkuje się i jest zdecydowany stanąć do walki z
bezsensowną modą; lub ten, kto pod wpływem terroru
zakłamanej opinii, wbrew wyraźnemu głosowi swojego
sumienia wyrzeka się nauki wiary i rozumu, i bierze
udział w pojedynku?!
      Czy jest tchórzem ten, kto się nie pojedynkuje?
Jeśli tak, to czym wytłumaczyć, że najwybitniejsi
wodzowie i królowie byli przeciwnikami pojedynków i
ostro je zwalczali. Król szwedzki, Gustaw Adolf, na
pewno nie był tchórzem? A jednak zabronił pojedynków
swoim żołnierzom. Kiedy pewnego razu pokłóciło się
dwóch jego wyższych oficerów i prosili króla o
pozwolenie na pojedynek, ten odpowiedział: „Pragnę
być osobiście świadkiem waszej odwagi. Podajcie czas i
miejsce pojedynku”. Na oznaczone miejsce przybył król,
otoczył wojskiem oficerów, którzy mieli się
pojedynkować i rzekł do nich: „Teraz możecie walczyć
dotąd, aż jeden z was padnie; drugiemu każę ściąć
424
głowę”. To poskutkowało. Obydwaj oficerowie podali
sobie ręce.
      Tak! I dzisiaj potrzeba jeszcze bohaterskiej
odwagi, by wbrew naciskowi opinii publicznej odrzucić
wyzwanie na pojedynek. Ale cieszymy się, że dzisiaj
liczymy w naszych szeregach nawet bardzo wpływowe
jednostki. Są już i korporacje akademickie, które są
zwolennikami naszych poglądów i z podziwu godną
odwagą      wprowadziły     do    swoich     statutów
korporacyjnych przepisy antypojedynkowe.
      Tak, niech młodzież poświęca swoje życie, silę,
krew dla obrony wiary, prawdy, ojczyzny, ale nigdy dla
staroświeckiej, niezrozumiałej już dzisiaj formalności:
pojedynku!


                    *     *      *


      Bracia!. Przystępując do zreasumowania dzisiaj
wypowiedzianych myśli, widzę, że muszę prosić moje
słuchaczki o wybaczenie. O problemach bowiem, które
by dotyczyły kobiet, dzisiaj prawie że nie było mowy.
Wojna i pojedynek: to tematy nie dla nas, to sprawa i
grzechy mężczyzn – myślą kobiety.
       Zdaje mi się jednak, że niezupełnie mają rację.
Przyczyną niektórych wojen bywały kobiety, a prawie,
że nie było pojedynku, w którym by nie wchodziła w grę
kobieta.
      Bez wątpienia, że dzisiejsze kazanie dotyczyło
przede wszystkim mężczyzn, ale następne dwa kazania
                                                   425
będą rozpatrywały V Przykazanie z punktu widzenia
kobiet.
      Są jeszcze dzisiaj ludzie, którzy nie mogą
zrozumieć, dlaczego Kościół katolicki zajmuje w
stosunku do pojedynku tak nieprzejednane stanowisko.
Twierdzą, że zbyt ostre są przepisy Kościoła, który
karze ekskomuniką nie tylko pojedynkujących się,
sekundantów i innych współwinnych, a nawet
naocznych świadków pojedynku, a poległym w
pojedynku odmawia pogrzebu chrześcijańskiego. Dziś
wielu ludzi nazywa to zacofaniem.
      Jestem przekonany, że nadejdzie czas, kiedy
ludzie nie będą mogli zrozumieć, jak ich przodkowie
mogli szukać na drodze pojedynku zadośćuczynienia za
obrazę czci. Wtenczas katolicy z dumą będą mogli
powiedzieć, że ich święta wiara już dawno miała
odwagę wystąpić przeciw temu zwyczajowi, narażając
się na obelgi i potwarz. Podobnie, jak dzisiaj nie
możemy sobie wyobrazić czasów niewolnictwa,
dziwimy się, jak mógł człowiek tak nisko upaść, by
swoich bliźnich traktować jak zwierzęta, a przecież
przez całe wieki była to rzecz zupełnie naturalna, i tylko
chrześcijaństwo odważyło się przeciw niej wystąpić; jak
nie możemy sobie uzmysłowić faktu, że człowiek mógł
hołdować kiedyś instytucji sądów bożych, zdaje mi się,
że tak samo nasze późniejsze pokolenia, jeśli wyczytają
w jakiejś starej książce moje dzisiejsze kazanie, załamią
ręce ze zdziwienia, że aż pół godziny trzeba było mówić
o bezsensowności tak złego zwyczaju, jak pojedynek.
      Ale my, Bracia, bądźmy już dziś we wszystkim
posłuszni troskliwej i kochającej nas Matce, Kościołowi,
426
Oblubienicy Chrystusa! Amen.


                       XXXII.


       WIĘCEJ TRUMIEN NIŻ KOŁYSEK.


              (I. Obrona życia dziecka).


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Za kilka dni zawita do nas święta uroczystość
Narodzenia Dziecięcia Bożego. Najpiękniej obchodzi się
ten dzień w domu, w którym są dzieci, bo one w ten
wieczór mają dużo do opowiadania, kiedy tak
gorączkowo oczekują przybycia Małego Jezuska. Naszą
świętą wiarę przenika prąd radości, a wielu ludzi czyni
to przepiękne święto jeszcze milszym, obchodząc
tradycyjne zwyczaje.
      Toteż tym boleśniej odczuwamy, że zaraz
czwartego dnia po Bożym Narodzeniu zamiera radość na
ustach Kościoła. Przecież w ten dzień moglibyśmy
obchodzić również przepiękną uroczystość: „święta
młodzianków”. Młodziankowie! Już samo brzmienie
tego wyrazu wywołuje w naszej wyobraźni obraz miłej
grupy dzieci: o jasnych, jak złoto włosach, gładkich,
czołach, anielskim wejrzeniu i wiosną promieniejących
oczach…
      Jakiż to poetyczny widok! Kościół jednak
                                                   427
obchodzi w ten dzień żałobę. Zdejmuje białe ornaty,
które przywdział na Boże Narodzenie, ale nie ubiera się
w triumfalną czerwień męczenników, jeno w żałobny
fiolet smutku.
      Jak to? Co to znaczy? Przecież i dziś jest święto!
Przecież wszystkie te małe duszyczki uniosły się do
Boga!
      To prawda, ale również dzień dzisiejszy
przypomina nam straszną zbrodnię, grzech Heroda, i
dlatego smuci się Kościół.
      Grzech Heroda! Co jest jego istotą?
      Zamordował niewinne dziatki, pozbawił życia
tylko dlatego, że krzyżowały jego plany, że zagrażały
jego spokojowi i wygodzie.
      Grzech Heroda!
       Herod już dawno nie żyje; umarł blisko dwa
tysiące lat temu wśród strasznych katuszy: ciało jego za
życia toczyły robaki. Herod umarł, ale jego grzech –
ach, lękam się nawet wymówić – żyje po dziś dzień! Tu
między nami!… Tu, chociaż dobiega drugie tysiąclecie
istnienia chrześcijaństwa… Tu, po ulicach wszędzie
chodzą Herody, którym przyschła do rąk krew
niewiniątek. Czynów ich już nie potępia dzisiejszy
wypaczony świat, toteż dumnie chełpią się swoimi
zbrodniami. Pan życia i śmierci osądzi ich jednak
równie sprawiedliwie, jak morderców betlejemskich
niewiniątek.
      To, co dziś wyprawiają Herody w jednym tylko
państwie, co robią po większych tylko wioskach, jest
428
sto, o sto tysięcy razy straszniejsze, niż rzeź dzieci w
Betlejem.
      Straszniejsze liczbą i zbrodnią. Herod nie był
ojcem dzieci, które rozkazał wymordować – a dziś
rodzice zabijają swoje maleństwa. Herod pod wpływem
przerażenia wydaje okrutny rozkaz, dzisiejsze zaś
Herody mordują planowo, po długim zastanowieniu się.
      Bracia! W dzisiejszym kazaniu poruszymy
wstrząsające zagadnienie. Omawiając V Przykazanie,
musimy popatrzeć tej potworności w samą twarz, bo V
Przykazanie broni nie tylko już urodzonego człowieka,
ale życia ludzkiego od chwili jego poczęcia, od chwili,
kiedy ono przejęło w siebie duszę stworzoną przez
Boga: V Przykazanie broni ludzkiego płodu już w łonie
matki! Nie może o tym milczeć katolicka ambona w
czasach, kiedy grzeszna, krwawa ręka Heroda, tzw.
„biała śmierć”, bezlitośnie zrywa pączki życia i szeroko
grasuj po świecie. Spójrzmy zatem w oczy tej okropnej
rzeczywistości.
        Dzisiaj      zobaczymy        I.     Jakie         jest
n a t ę ż e n i e t e g o g r z e c h u , i II. J a k i e j e g o
n a s t ę p s t w a ; w przyszłą niedzielę zaś będziemy
szukali przyczyn, które spowodowały te okropności,
oraz zastanowimy się, jakie środki mogłyby nas
wyratować z niebezpieczeństwa.




                                                             429
                          I.


  Jakie jest natężenie tego grzechu?


      A) Bracia! Już czternaście lat upłynęło od
zakończenia I wojny światowej. Z trwogą i bólem
czytamy w statystykach, że liczba poległych w czasie
wojny dochodzi do 10 milionów. Z n i k o m a t o
jednak cyfra w porównaniu z liczbą
istot, które Bóg powołał do życia,
ale które, zanim jeszcze żyć zaczęły,
padły ofiarą „białej śmierci”.
      Ktoś, widząc ogromną ilość szkół, patronatów i
przepisów, mających na celu ochronę dziecka, oraz dzieł
pedagogicznych, z dumą nazwał naszą epokę „wiekiem
dziecka”. Czyż można nazwać „wiekiem dziecka” czasy,
w których skrycie, niepostrzeżenie toczy się zbrodnicza
walka przeciwko dziecku?! Czy „wiekiem dziecka” jest
epoka, w której mamy więcej dziecinnych trumienek,
aniżeli kołysek? Czy można nazwać „wiekiem dziecka”
czasy, w których cmentarze rozpoczynają się nie za
miastem, ale w domu rodzinnym?! Czy można nazwać
„wiekiem dziecka” stulecie, w którym kobieta bez
zdenerwowania słucha głosu samochodowej trąbki i
szczekania psa, ale „nie może znieść” płaczu dziecka?
       O jakichże to strasznych zbrodniach mówimy
obecnie? Nie mam odwagi przytoczyć danych
statystycznych, gdyż boję się, że zadrży mi głos.
430
Wspomnę tylko o wypadku, o którym słyszałem w tych
dniach od profesora medycyny. W samych Węgrzech
umiera rocznie straszną śmiercią 3000 młodych matek z
powodu przerwania ciąży, podczas operacji „rzezi
Herodowej”. Bracia! Trzy tysiące młodych matek! Czy ta
straszna wieść nie wstrząsnęła was węgierską duszę?!
Czyż ostoi się las, z którego rocznie wycina się trzy
tysiące drzew? Trzy tysiące śmiertelnych wypadków
oznacza nie tylko uszczuplenie narodu o tę liczbę, ale
więcej, bo śmierć młodych matek wyklucza przyjście na
świat wielu tysięcy, setek tysięcy ludzi.
       Kochani Bracia i Siostry! Pragnąłbym, żebyście
odczuli potworność tego grzechu. Powiedzcie: czy
macie w domu małe dziecko? Takiego małego,
kilkuletniego gaworzącego chłopczyka, lub przymilną,
pięcioletnią dziewuszkę? Otóż pięknie i spokojnie
posadź koło siebie swoje dziecko… i zajrzyj mu
uważnie, głęboko w anielskie źrenice: o jaka piękność,
jakie nadprzyrodzone światło z nich promieniuje! Patrz,
z jaką miłością objęło cię rączkami! Patrz, jak się ufnie i
czule do ciebie tuli! A teraz idź… weź do ręki nóż
kuchenny… i oderżnij mu główkę! Tak, ojcze i matko,
oderżnijcie mu główkę! Pozbawcie życia to… kochane
maleństwo, zabijcie, zamordujcie!…
      Powiecie, co on tu wygaduje?! Trudno sobie
nawet wyobrazić tak potworny czyn! Gdy pewien
szalony ojciec popełnił taką zbrodnię, to nazajutrz
gazety roiły się od artykułów potępiających jednogłośnie
jego czyn.
     A jednak po ulicach wielkich i mniejszych miast –
ba, nawet po wsiach i folwarkach, setkami chodzą
                                                       431
ludzie, których dusze splamiły się grzechem Heroda,
niedającym im spokoju, gryzącym ich z ukrycia;
grzechem, który pali, oskarża, krzyczy! O tym milczą
gazety! To ludzi nie przeraża! W lepszych
towarzystwach otwarcie pochwalają takie postępowanie.
Starsze matki uczą tego córki przed zamążpójściem – i
w ten sposób dochodzimy do upadku chrześcijańskiego
światopoglądu.
    B) W s t r ę t d o d z i e c k a j e s t b o w i e m
bankructwem                 chrześcijańskiego
światopoglądu,                 a            triumfem
pogaństwa!
      Czy nie pojmujemy, jaka olbrzymia różnica
zachodzi     między      poglądem       pogańskim      a
chrześcijańskim na dziecko? Przypatrzcie się greckim,
albo rzymskim, klasycznym dziełom sztuki! Prawie
zupełnie nie spotykamy wśród nich posągu dziecka, bo
pogaństwo nie doceniało ani dziecka, ani matki.
Chrześcijaństwo zaś rodzi się w kołysce, ukochanym
jego wizerunkiem jest obraz Dziewicy – Matki z małym
Jezusem na ręku. Epoka pogańska nie ceniła dziecka,
więc epoka, która nie szanuje dziecka, również zasługuje
na miano pogańskiej!
      Nawet u tego, kto nic lubi dzieci, przejawia się
instynkt rodzicielski i każe mu wyładowywać swoją
miłość na psy i koty. Czyż to nie jest pogańskie
szydzenie z chrześcijańskiej myśli? Czy mnie dobrze
rozumiecie, Bracia?! Nie chcę przez to powiedzieć, że
nie należy chować ani kota, ani psa i że nie trzeba się
nimi opiekować. Nakaz V Przykazania obejmuje w
pewnej mierze i zwierzęta, w tym znaczeniu, że zabrania
432
je bezcelowo męczyć i zabijać. To prawda, ale jednej
rzeczy nie mogę zrozumieć.
       Nie rozumiem tego, że inteligentni i wykształceni
ludzie, bez najmniejszego wzruszenia i bez uczucia
litości mogą przechodzić koło głodnych, wynędzniałych
bliźnich, ale rozczulają się, gdy miauczy kotka angorska,
albo zaszczeka foks, który uderzył się w łapę. Gdy na
każdym kroku głód wydziera ofiary pośród ludzi,
niektórzy obwożą autami swoje psy, a sutą ucztę wydają
na urodziny kotki, albo pogrążeni w śmiertelnym
smutku każą drukować klepsydry z zawiadomieniem, że
ich jedyny, nigdy niezapomniany mopsik „raczył
opuścić ten padół płaczu!” Co to znaczy? – Bracia! Czy
to nie dowód strasznego pogaństwa?!
       W Berlinie liczba niemowląt poniżej roku wynosi
200 tysięcy, ale w tym samym Berlinie liczba psów
sięga do 240 tysięcy! O czterdzieści tysięcy jest więcej
psów, niż dzieci! Psy zajmują miejsce dziecka na łonie
matki! Kobieta je obejmuje, układa do wózka, psy
zajmują poczesne miejsce w samochodzie. Cóż to jest,
jeśli nie straszne pogaństwo?!
      W Paryżu jest osobny zakład kosmetyczny dla
psów, „Institut de beauté pour les chiens”, w którym
pracuje cały szereg lekarzy, fryzjerów i masażystek. Jest
również na Ile des Ravageurs wspaniale utrzymywany
psi cmentarz, ozdobiony alejami, marmurowymi
kryptami i artystycznymi rzeźbami. Na wielu pomnikach
widać fotografie „zmarłych”, ulubionych piesków.
Często widać jak autem zajeżdża pod cmentarz jakaś
bezdzietna paryska dama, lub jak nieutulone w żalu
panie przynoszą smażone sucharki na grób swoich
                                                     433
„świętej pamięci” ulubieńców.
       Człowiekowi nawet się nie chce wierzyć, że mogą
istnieć podobne dziwactwa, ale sprawa, o której wam
zaraz opowiem, oparła się o paryskie sądy karne. Pewna
dama, co dzień przynosiła smaczne paszteciki na grób
swojego ulubionego pieska. Wierzyła widać, że jej
niezapomniany przylatuje nocą na skrzydłach anielskich
i zjada naszykowane porcje. Ale pewnego razu
zapomniała na grobie parasolki, i wracając po nią,
dokonała strasznego odkrycia: paszteciki smacznie na
mogile zajadał – stróż cmentarza. Dama podała go za to
do sądu… Cóż to jest, Bracia, jeśli nie straszne
pogaństwo?!
      Czy nie jest to pogaństwo? – Serce mi się ściska,
gdy czytam w gazetach, lub na słupach ulicznych
ogłoszenia: do takiej a takiej służby „poszukuje się
bezdzietnego małżeństwa!” Prawnie zabroniłbym tego
rodzaju ogłoszeń!
      Czy nie jest to pogaństwo, kiedy osobie
poszukującej mieszkania, właściciel domu stawia
warunki… „Zgoda, jeśli pan nie ma psa, kota ani
dzieci… zwłaszcza dzieci!” Zwłaszcza dzieci? Więc
rodzina i dziecko, matka i dziecko są to pojęcia
sprzeczne ze sobą?! Są przecież tak ściśle związane, jak
żadne na świecie.
       Rodzina bez dziecka – to ogród bez kwiatów!
Rodzina bez dziecka – to dzwon bez dźwięku! Rodzina
bez dziecka – to ptak, który nie śpiewa. Rodzina bez
dziecka – to drzewo bez owocu! Rodzina bez dziecka –
to triumf pogaństwa!

434
      Ale, Bracia, nie będę się dalej rozwodził nad
szczegółami. I tak smutny dotychczas odsłoniłem obraz!
Natomiast w drugiej połowie mojego kazania chcę
przedstawić straszne skutki tego grzechu.


                            II.


      Jakie są skutki tego grzechu?


     A) Obawa przed dzieckiem jest dzisiaj tak
powszechna, że śmiało możemy ją nazwać strajkiem
matek. Zastanowimy się najpierw, j a k o k r o p n e
niebezpieczeństwo kryje się w tym ze
względu narodowego?
      1) Biorąc s t a t y s t y c z n i e , jest to o wiele
większa klęska, aniżeli ta, która spotkała Węgry po
Mohaczem i w Trianon! Na Węgrzech żyje 2.582.000
rodzin. Z tego 342.000 jest bezdzietnych, 314.000 ma
tylko po jednym dziecku, a 25.200 po dwoje. Czyli
prawie połowa węgierskich rodzin nie spełnia swojego
zadania, nie zasila narodu!
      Jak to nie spełnia?
       O bezdzietnych nie ma co mówić, ale tam, gdzie
jest tylko jedno dziecko, niech umrze dwoje rodziców,
zostaje po nich jeden potomek. Dwudzietne małżeństwa
też nie są korzystne dla narodu: utrzymują tylko status
quo; umrze dwoje starych, pozostanie dwoje młodych.
Naród nic nie zyskał.

                                                       435
       Czy mam powiedzieć otwarcie, co z tego
wyniknie, jeśli tak pójdzie dalej? Nie trzeba wroga, nie
trzeba okopów, nie trzeba przegranej wojny, bo naród
węgierski i tak zginie! Czy nie widzimy, jak się
rozmnażają nasi sąsiedzi? Czy zapomnieliśmy o
historycznym upomnieniu? O jakim? Jeśli naród ma
w i ę c e j t r u m i e n , n i ż k o ł y s e k , grozi mu
niechybna zagłada.
       2) Ale weźmy pod uwagę nie tylko stratę
ilościową, nie wiemy bowiem, i l u s ł a w n y c h
ludzi,          odkrywców,               filozofów          i
świętych               traci           naród         przez
z a p o b i e g a n i e u r o d z i n o m ! Tak jest, Bracia!
To potwierdzają nie domysły, lecz doświadczenie, które
mówi, że najwięksi bohaterowie wiary i ludzie nauki
pochodzili właśnie z licznych rodzin! Strach nawet
pomyśleć, ilu to uczonych, ilu dobroczyńców, ilu
świętych ginie dziś przez to, że rodzice boją się dzieci!
Bo gdyby ludzie i dawniej byli czuli wstręt do dzieci –
dam tylko kilka przykładów – nie mielibyśmy świętej
Katarzyny Sieneńskiej, która była 25 - tym dzieckiem
swoich rodziców; św. Klemensa Hofbauera, apostoła
Wiednia i Warszawy, który był 12 - tym dzieckiem; ani
św. Teresy z Lisieux, 9 – tego dziecka swoich rodziców.
Święty Ignacy Loyola miał dziesięcioro rodzeństwa, św.
Tomasz z Akwinu pięcioro, św. Bernard sześcioro. A z
ludzi wszechświatowej sławy – fizyk Frauenhofer był 10
– tym z kolei dzieckiem, wielki poeta Lessing 13 – tym,
muzyk Händel 10 – tym, Haydn, głośny kompozytor 12
– tym, Benjamin Franklin 17 – tym, malarz Dürer 17 –
tym potomstwem.

436
       Oto, Bracia, co traci naród przez mordowanie
dzieci w łonie matek. Stracić może wielu sławnych
ludzi, a traci na pewno siłę żywotną, liczebnie się kurczy
i słabnie. Chociażby dąb był największym olbrzymem
wśród drzew, czeka go smutny los, jeśli robak toczy jego
wnętrze.
        B) Grzech, o którym mowa, jest k l ę s k ą nie
tylko dla narodu, ale również i d l a j e d n o s t e k .
Zadaje          cios   dziecku…           jedynemu
d z i e c k u , któremu żyć pozwała, a jeszcze
boleśniejszy cios wymierza samym r o d z i c o m .
        1) Grzech ten zadaje c i o s j e d y n a k o w i , lub
j e d y n a c z c e , ze względu na którego, lub na którą
przeprowadzili rodzice swe dzieciobójcze praktyki, żeby
je „odpowiednio wychować”, żeby się „majątek nie
marnował” itp.
       Logicznie rzecz biorąc, wydawać by się mogło, że
jedno dziecko można lepiej wychować i gruntowniej
wykształcić,     w     rzeczywistości   zaś     ludzkość
najcenniejsze jednostki zawdzięcza zazwyczaj rodzinom
mającym liczne potomstwo! Jest to bardzo ciekawy fakt!
Chociaż rodzice przy licznym rodzeństwie mogą mniej
czasu poświęcić wychowaniu każdego dziecka z osobna,
dzieci ich jednak są lepiej wychowane, bardziej uczciwe,
posłuszniejsze i bardziej wartościowe, niż jedynaczki i
jedynaki. Dlaczego, Bracia? Przyczyna najczęściej kryje
się w tym, że rodzice źle wychowują jedyne dziecko,
wypaczają jego charakter: cackają się z nim,
rozpieszczają, i robią sobie z niego zabawkę. Biedne
dziecko! Chciałoby być dzieckiem, ale nie może. Nie ma
towarzystwa, nie ma przyjaciela, któremu by mogło
                                                          437
potajemnie opowiedzieć o swoich radościach i
smutkach, z którym mogłoby się bawić, czasem nawet
pobić, ale za chwilę znowu się pogodzić, słowem: nie
ma braciszka ani siostrzyczki, którzy by go najlepiej
potrafili wychować. Tak, dzieci, które się wspólnie
bawią, z sobą przebywają, razem się weselą i płaczą,
kształcą się nawzajem, uczą się poświęcenia i miłości –
słowem wygładzają się, jak kamyki w potoku. Dzieci w
licznej rodzinie dlatego są lepsze, bo we wzajemnych
stosunkach muszą sobie dużo wybaczać, przekonywają
się, że nie są ośrodkiem świata i że dla innych trzeba się
wyrzec wielu rzeczy.
      A jakiż jest los jedynaków?
       Nie mają małych braci, ani siostrzyczek, są więc
zdani na towarzystwo ludzi starszych. Stają się młodymi
starcami, poznającymi wszystko przedwcześnie. Dzieci
takie są zamknięte i zimne, nawet w szkole rozgrzewają
się z trudnością, a kiedy wracają do domu, nie mają do
kogo przemówić. Osamotnienie to odbija się i na ich
usposobieniu oraz systemie nerwowym. Według
statystyki pewnego wiedeńskiego lekarza, ze 100 dzieci,
niemających rodzeństwa w latach od 8 – 10 było tylko
13 zdrowych, a reszta, czyli 87, były w większym lub
mniejszym stopniu nerwowo chore; natomiast ze 100
posiadających liczne rodzeństwo było – 69 zdrowych!
      Tak, grzeszną „modę” gorzko okupuje dziecko –
jedynak, dla którego robi się niby to wszystko.
       2) A l e g o r z k o o k u p u j ą t ę m o d ę i
r o d z i c e ! Okupują:
      a) szczęściem dziecka, b) jakością stosunków
438
wzajemnych, c) stosunkiem do Boga.
       a) Znowu można zaobserwować ciekawy fakt, że
jednemu dziecku jest trudniej rozkazywać, niż kilkorgu.
Rodzice, którzy obawiają się większej ilości dzieci, jakoś
nie mają powagi i wobec jednego. Daremnie rozkazują,
nie słucha. Dlaczego? Dziecko wtenczas kocha swych
rodziców bez zastrzeżeń, gdy i rodzice okazują mu
miłość bez zastrzeżeń, jeśli dla niego nie wahają się
ponieść ofiary nawet z rodzicielskiej powagi. Delikatna
dusza dziecka odczuwa jakoś, że w miłości rodziców są
jakieś braki, to wyczucie sprawia, że w duszy dziecięcej
zanika posłuszeństwo i ufna miłość do rodziców.
       b) Jeszcze nad jedną myślą winni się rodzice
zastanowić: Wychowanie dziecka wymaga wprawdzie
wielu trudów, ale opłaca się sowicie! Nie mam tu na
myśli, że kiedyś w starości możesz potrzebować
wsparcia od swoich dzieci, myślę zupełnie o czym
innym. Ileż to razy spadają na rodzinę ciężkie gromy! A
wśród chmurnych dni jedynie światło i pogodę może
wnieść w serca rodziców, młoda dusza dziecka. Bywają
smutne chwile, w których jedynym aniołem stróżem
dwojga dorosłych zwaśnionych z sobą ludzi jest
dziecko. Smutna rozbieżność poglądów nie doprowadza
nieraz do ostatecznego rozejścia się małżonków tylko
dzięki tej wielkiej mocy, którą posiadają delikatne rączki
dziecięce. Często zdarza się, że między małżonkami
słychać ustawiczne kłótnie, sprzeczki, odgrażanie się
rozwodem, dopóki nie przyjdzie dziecko. Narodziny
dziecka, a tym bardziej przyjście na świat większej ilości
dzieci, wzmacnia ostatecznie fundamenty rodziny! Tu
powołam się znów na pewne dane statystyczne: połowa
                                                      439
rozwiedzionych małżeństw jest zupełnie bezdzietna, a
20% ma tylko jedno dziecko. Cyfr te mówią jasno. Tam,
gdzie radują się dziećmi, i chętnie przyjmują troski z
nimi związane, tam wzrasta miłość wzajemna rodziców i
szacunek: wzmacnia się spójnia małżeństwa.
      3) Dla rodziców chrześcijańskich motywem
decydując powinna być przede wszystkim wola boża.
Dziecko jest darem bożym, „błogosławieństwem
bożym” – mówiono w dawnych, bardziej religijnych
czasach – darem, którego przyjęcie i wychowanie jest
zasługą i na żywot wieczny, a wypędzenie z poza bram
życia –okropnym grzechem.
      Pewna matka utopiła się z rozpaczy w Dunaju, i w
mrok śmierci zabrała z sobą na rękach małe dziecko.
Ludzie czytali o tym z przerażeniem. Tak, straszny to
był grzech – podwójne zabójstwo…, ale to dziecko było
już przynajmniej ochrzczone. Jeśli straciło życie
ziemskie, to jednak poszło oglądać wiecznego Boga.
      Ale ofiary dzisiejszych Herodów idą bez chrztu na
tamten świat! Święta wiara uczy nas, że nie będą
potępione – ale też nie otworzą się przed nimi bramy,
poza którymi czeka wieczna szczęśliwość niebios.
Rodzice pozbawili je życia ziemskiego i wiecznej
szczęśliwości!
      Powiedziałem, że pozbawili je rodzice. Ale czy
można tych ludzi nazwać rodzicami? Czy mają oni
pojęcie, jak nieludzką i potworną jest ich wina?! By
podkreślić okropność tego grzechu, Kościół wyjął go
spod ogólnej władzy rozgrzeszania i zarezerwował dla
biskupa. Kapłan dopiero wtedy może udzielić

440
rozgrzeszenia, jeśli mu dał na to władzę biskup.
      Prędzej czy później i grzeszący dojdą do
świadomości o potworności swojego grzechu
Największa kara, jaka ich może spotkać na ziemi, to
męka wyrzutów sumienia, oskarżenie samego siebie?
Zabicie nieurodzonego dziecka jest morderstwem, a do
morderców odzywa się w Biblii Pan życia i śmierci
słowami, wyrzeczonymi do bratobójcy Kaina: „Krew
brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! Bądź więc
teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę,
aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie…
Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!” (Rdz 4, 10 –
12).
      „Głos krwi…” – Cóż to znaczy, Bracia?!
      Shakespeare w Makbecie pisze o tym w ten
sposób: „Wszystkie arabskie wonności nie zmyją
zapachu krwi, która przyschła do ręki mordercy, żadna
woda nie zmyje plam czerwonych. Krwawa ofiara
mordu zjawia się często, a morderca woła: Niech
przyjdzie lampart, byle tylko nie przychodziła mara
zamordowanego!”
      Byle tylko nie przyszła mara! A przyjdzie! Wielka
czarna chmura przytłacza tych ludzi – Herodów…
Skończył się ich spokój… Skończyło się szczęśliwe
pożycie małżeńskie. Dusza się dręczy i niepokoi. Byłaby
jedna droga – jedna jedyna – by zadośćuczynić: szczera
spowiedź. Ale, o Boże, jakże się ciężko na to
zdecydować! A dusza męczy się dalej… Nieszczęśliwy
grzesznik chwyta się wszystkiego: daje hojne jałmużny,
długo się modli, chodzi po odpustach, narzeka, płacze.

                                                    441
Wszystko nie pomaga. Tylko siebie oszukuje, a spokój
nie wraca. Potem następują dalsze upadki. Zrywa z
Kościołem, z wiarą, z Bogiem. Staje się obojętnym,
potem wyzywa i krytykuje wiarę – a spokoju jak nie
znajduje, tak nie znajduje.
       „Besser viele Kinder auf dem Kissen, als bloss
eines, auf deinem Gewissen!” Niech raczej cała gromada
dzieci spoczywa na poduszce, aniżeli jedno jedyne
miałoby przygniatać twoje sumienie! Okropny jest
bowiem los tego, kto odważył się sprzeciwić Bogu…


                      *     *      *


     Dosyć, Bracia! Zakończmy kazanie przy dźwięku
smutnych akordów. Było ono za długie, a jednak jeszcze
nie wyczerpałem tematu. W przyszłą niedzielę będę
omawiał to samo zagadnienie, bo czuję, że mam dać
odpowiedź na wiele wątpliwości, uwag i zarzutów.
       Wiem, że dzisiejszy świat w tej dziedzinie łatwo
daje rozgrzeszenie, ale nie łatwo daje je Bóg i historia.
Nie daje Bóg, który w V Przykazaniu mówi: „Nie
zabijaj!” Nie daje historia, która głosi: że na nic się nie
zda kultura, technika, wiedza, maszyna, kopalnie,
handel, bo i tak: zginie naród, który ma więcej trumien,
niż kołysek!
    Panie Boże, dopomóż, żeby taki
los nie spotkał naszego narodu!
    Żeby nasze kobiety nie stały w
szeregach żołdaków Heroda!
442
    Dopomóż,    żeby    nasze  matki
ofiarną duszą pojęły słowa poety:
     Czy wiesz, czym jest matka? Życia królewską
dawczynią!
      A wiesz, czym jest dziecię? Życia przyszłością
tajemną!
      A przyszłość czyja? Tych, co w walkach
zwyciężają.
      Kto oni? Matka i dziecko – się nazywają. Amen.


                        XXXIII.


        GRZECH ALBO BOHATERSTWO!


               (II. Obrona życia dziecka).


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Wybitny myśliciel II wieku ery chrześcijańskiej,
Klemens Aleksandryjski, w dziele pod tytułem
„Paedagogus” (3, 4) mówi o pogańskich niewiastach,
które z troskliwą iście macierzyńską opieką
wychowywały kurczęta, bez żadnych natomiast
wyrzutów sumienia wyrzucały na ulicę urodzone w ich
domu dzieci niewolników.
      Przejmujący wstręt, jaki ogarnął duszę wielkiego
Ojca Kościoła, kiedy pisał o tej okropności, udzielił się i
                                                       443
nam, kiedy w ostatnim kazaniu badaliśmy
najohydniejszą zarazę nowoczesnej epoki, ten straszny
„Kultur – Kampf”, który w naszym stuleciu – o, co za
ironia! – w „stuleciu dziecka”, stał się początkiem
okrutnej mody: walki przeciwko życiu dziecka.
       Kiedy faraon egipski nie chciał wypuścić z
niewoli narodu żydowskiego, Pan po wielu różnych
plagach dopuścił najstraszniejszą: posłał anioła śmierci,
aby chodził od domu do domu i zabijał pierworodne
dzieci. „I podniósł się wielki krzyk w Egipcie, bo nie
było domu, w którym nie byłoby umarłego.” (Wj 12, 30)
       Bracia! Między nami i dzisiaj czyni spustoszenie
plaga egipska. Pierworodnym daruje jeszcze życie – ale i
to nie zawsze. Resztę dzieci natomiast zabija bezlitośnie,
albo już w samym zarodku życia (grzech przeciwko V
Przykazaniu), albo nie pozwalając mu nawet
zakiełkować (grzech przeciwko VI Przykazaniu). – I
słychać krzyk rozpaczy z ust ludzi, mających jeszcze
serce: Zaniknie moralność, zginie państwo, jeśli tak
będzie dalej!
       W ubiegłą niedzielę lekko nakreśliłem nastrój
cmentarny, jaki wywołują w dzisiejszych rodzinach
pusto zostawione kołyski. Wskazałem na następstwa
grzechu zabójstwa dzieci dla jednostki i narodu. Czuję
atoli, że niedostatecznie rozwiązaliśmy poruszone wtedy
zagadnienia. Niech więc moje dzisiejsze kazanie będzie
odpowiedzią na mnóstwo listów i zapytań, którymi
zasypali mnie słuchacze po zeszłoniedzielnym kazaniu.
      Przypatrzmy się: 1) p r z y c z y n o m , k t ó r e
z ł o s p o w o d o w a ł y , a potem 2) b ę d z i e m y

444
się starali znaleźć              lekarstwo       na   tę
zabójczą chorobę.


                            I.


  Przyczyny dzisiejszego wstrętu do
               dzieci.


      1) Przede wszystkim chciałbym poruszyć
przybrany w szaty naukowe n e o m a l t u z j a n i z m ,
który przestrzega mnożącą się wciąż ludzkość przed
widmem śmierci głodowej, i na który powołuje się
zwykle wiele osób.
      Zwolennicy tego kierunku straszą rodziców:
„Uwaga! Już i tak jest nadmiar ludzi! Wytwarzanie dóbr
potrzebnych do życia nie pozostaje w żadnym stosunku
do rozmnażania się ludzi, i prędzej czy później, jeśli nie
będziemy regulowali urodzin ludzkich, zapanuje na
ziemi głód”.
      Naturalnie, ta pozornie „naukowa” teoria w sam
raz odpowiada tym, którzy pragną usprawiedliwić swoje
grzechy.
      Bracia! Argument ten stracił już zupełnie swoją
siłę dowodową. Wiemy przecież z całą pewnością, że
można podnieść rolnictwo, że można jeszcze całe
połacie ziemi wziąć pod uprawę i z tej nas starej ziemi
wydobyć tyle chleba, że wystarczy go nie tylko dla
obecnie istniejących dwóch miliardów ludzi, ale dla
czterech, a nawet i dla sześciu.
                                                      445
       Więc przeludnienie nie grozi katastrofą naszej
starej ziemi.
      Człowiek z przerażeniem słucha, że w pewnych
państwach debatują nad nowym ustawodawstwem, które
by usprawiedliwiało zabijanie dzieci, skreśliło ostre
przepisy, które ten grzech – zupełnie słusznie –
urzędowo ścigają. Czymże innym jest dążenie, jeśli nie
próbą rozwiązania faktycznie istniejącego zagadnienia
w sposób najmniej odpowiedni. Jest to zupełnie to samo,
gdyby zamiast choroby leczyć jej objawy. Strach przed
dziećmi jest objawem choroby, która pochodzi z upadku
moralności i pogorszenia się warunków gospodarczych.
Nie debatujmy więc nad następstwami, ale sięgnijmy do
jądra zła!
Mędrkującym „apostołom” neomaltuzjanizmu muszę
otwarcie powiedzieć, że przyrost ludności jeszcze
nigdzie nie spowodował nędzy danego narodu! Im
liczniejszy jest dany naród, tym intensywniej pracuje w
dziedzinie gospodarczej i technicznej. Ze stanu
koczowniczego staje się rolnikiem, drewniany pług
zamienia na żelazny. Na odwrót: zmniejszanie się
liczebne sprowadza jednocześnie nędzę materialną.
     2) Zresztą bardzo często obserwujemy, że obawa
przed dziećmi w wielu wypadkach n i e j e s t
spowodowana           trudnymi       warunkami
materialnymi.
      W    licznych    miejscach     ubogie    baraki
rozbrzmiewają     krzykiem     dziatwy,     natomiast
wielopokojowe wille ludzi zamożnych toną w głuchym
milczeniu. W 45 domach najzamożniejszej ulicy

446
Nowego Jorku naliczono tylko 17 – cioro dzieci!
       Pewna osoba pisała mi niedawno, że była w
odwiedzinach u pewnych państwa, którzy mieszkają w
Budapeszcie w ośmiopokojowym, „komfortowym”
mieszkaniu, i karmią charty, które zastępują im dzieci,
czekoladami Gerbeaud! Im zamożniejsza rodzina, tym
mniej ma dzieci! Czyż to nie wystarcza na
zdemaskowanie neomaltuzjanizmu? Czy nie wskazuje
to, że gdzie indziej należy szukać przyczyn obawy przed
dzieckiem?
        Okropna zaraza dzieciobójstwa, która szerzy się
obecnie w całej Europie, w przeważającej części jest
spowodowana nie tyle kryzysem gospodarczym, ile –
jeśli mam powiedzieć prawdę – z a c h w i a n i e m s i ę
p o j ę ć m o r a l n y c h ! Ludźmi owładnął bezbożny
światopogląd. W parze z wyrzeczeniem się życia
pozagrobowego i odpowiedzialności wobec Boga,
poszło używanie świata i wygód, czemu naturalnie
dzieci stają na przeszkodzie. Kina i brukowa literatura,
wielkomiejskie ulice i ich bywalcy, już w 18 roku życia
wyjaławiają duszę, zabijają w niej nie tylko cnotę, ale i
wrodzony, czysty pogląd na małżeństwo. Dorastające
pokolenie na każdym kroku słyszy tylko o
przyjemnościach, a bardzo rzadko o obowiązkach.
Słyszy, że celem życia jest rozkosz, że zarazem ze
wzrostem przyjemności życiowych zanikają ciężary i
cierpienia.
       Przyczyną zła jest przerażająco pogańskie pojęcie
o dziecku. Przytoczę parę myśli z listów, które
otrzymałem zeszłego tygodnia. „Proszę księdza – skarży
się jedna pani – mój mąż zawadiaka zabije mnie, jeśli
                                                     447
urodzi się drugie dziecko”. Druga pisze: „Słyszałam
kazanie o grzechu Heroda, ale cóż, kiedy wszyscy
mówią, że właśnie urodzenie dziecka jest wielkim
głupstwem! Ksiądz mówił, że to grzech! Gdzie tam! Jest
to drobnostka, jak plombowanie zęba! Dwa, trzy zabiegi
lekarskie rocznie, to prawie to samo, co plombowanie 2
– 3 zębów…”
       Bracia! Niczego nie dodałem, nic nie zmieniłem,
tak pisze w liście, że 2 – 3 zabiegi lekarskie, to, to samo,
co plombowanie 2 – 3 zębów! Straszne słowa!
Powiedzcie, czy przesadą jest moje twierdzenie, że
wstręt do dzieci spowodowany jest głównie cynizmem
pojęć, względami wygód osobistych, szukaniem
lżejszego życia, łatwiejszego odgrywania roli w
społeczeństwie, pragnieniem rozkoszy zmysłowych,
słowem – lekkomyślnym i niechrześcijańskim stosunkiem
do życia!
        3) Wiem, jaka będzie odpowiedź na dzisiejsze
moje słowa. Znów przyjdą listy… l i s t y p e ł n e
s k a r g i r o z g o r y c z e n i a . Że „łatwo mi mówić z
ambony…”, że „nie znam trudności dzisiejszego
życia…”, że „nie wiem, jaką nędzę cierpi i jak boryka
się z losem wiele rodzin! Brak pracy, nie ma zarobku,
nie można wyżyć…”
      Tak! Popłyną skargi… Jaką dać na nie
odpowiedź? Powiedzieć, że wszystko jest fałszem, że
wszystko nie ma najmniejszych podstaw? Niestety,
Bracia, tego nie mogę powiedzieć.
      Muszę przyznać, że w przeraźliwych żyjemy
stosunkach, że olbrzymia pokusa do tego grzechu kryje

448
się w warunkach społecznych i gospodarczych, że
obecne niesprawiedliwe stosunki gospodarcze nawet
uczciwym małżeństwom utrudniają prowadzenie
zdrowego, moralnego życia, życia, zgodnego z wolą
bożą.
      Wiem, i otwarcie to głoszę – i jest to strasznym
oskarżeniem      przeciwko        obecnym        porządkom
społecznym – że w dzisiejszych ciężkich warunkach
materialnych często najlepszym i najbogobojniejszym
małżeństwom pozostaje do wyboru tylko ten trudny
dylemat: a l b o g r z e c h , a l b o b o h a t e r s t w o !
Albo ulękną się trosk o los dzieci, i dzieciom tym przez
grzech zamkną drzwi wiodące do życia, albo nie chcą się
buntować przeciwko planom bożym i przyjmują dzieci,
a wraz z nimi ofiary, troski i niedostatek. Tak: grzech
albo bohaterstwo – a katolikom nie wolno się
zastanawiać ani przez chwilkę, na którą przechylić się
stronę!
      Przyjąć dziecko!
      Oj, łatwo to powiedzieć! „Kiedy nie można, bo u
nas już ostatnia nędza…” „Mamy tylko jednopokojowe
mieszkanie, a już jest dwoje dzieci…” „Mój mąż ma
tylko 160 złotych pensji miesięcznej, a w domu płacze i
woła o chleb czworo dzieci…” „Żona moja jest
chorowita, i zginęłaby przy najbliższym porodzie…”
„Chcielibyśmy mieć więcej dzieci, ale czy wolno
narażać je na nędzę? Czy w takich rozpaczliwych
warunkach nie wypada wstrzymywać się i nie mieć
więcej dzieci?!…”
      Tak skarżą się nawet najlepsi ludzie.

                                                          449
      Jaką dać na to odpowiedź?
       Powiedzieć im: ścieśnijcie jeszcze bardziej swoje
wymagania? To już jest niemożliwe! Nie pozostaje nic
innego, jak powiedzieć szczerze: że tu i Kościół
katolicki uznaje „prawo” rodziców do ograniczenia
liczby potomstwa. Ale w jaki sposób? Uważajcie! Jak i
co uznaje? Do takich wypadków stosują się słowa
świętego Pawła: „Trzeba więc, aby Ci, którzy mają
żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci” (1 Kor 7, 29).
Czyli: jedynym sposobem obrony przed potomstwem jest
wstrzemięźliwe              życie      małżonków!
Czyli wtedy, gdy żona jest słaba i bez narażenia życia
nie może mieć więcej dzieci, czy gdy dokucza ubóstwo:
jedynym dozwolonym sposobem jest wstrzemięźliwość
mężów. Tak: wstrzemięźliwość, czyli panowanie nad
sobą! Jest to najbardziej typowe, chrześcijańskie słowo!
Panowanie nad sobą, które na tym polega, że jeżeli za
chodzi potrzeba, jeżeli wymagają tego warunki
gospodarcze, albo słabe zdrowie żony, mąż potrafi na
pewien czas wyrzec się praw małżeńskich.
       Czy to jest możliwe?! Czy napastliwym
pragnieniom instynktu nie można rozkazać?! Bracia!
Bez Chrystusa tego dokonać nie można! Nie można,
jeśli jesteś tylko człowiekiem! Ale można jeśli jesteś
chrześcijaninem! Można, jeśli prosisz o to Boga w
modlitwie, posługując się sakramentami i pomocą Jego
łaski. Ostatecznie tak samo mógłbyś powiedzieć: Jeśli
mnie kto uderzy, nie można ode mnie żądać, żebym mu
nie oddał, „tak silny jest we, mnie instynkt”. Gdy coś
spodoba mi się na wystawie, nie mogę się powstrzymać,
by tego nie zabrać – „bo tak silny jest instynkt”.
450
      Czy może być mowa o kulturze bez panowania
nad sobą? Czymże jest kultura? Jest ujarzmieniem sił
naturalnych. Kulturą są więzy, które trzymają na wodzy
wzburzone fale. Kulturą jest maszyna parowa, która w
odpowiednim kierunku zużytkowuje siłę parcia gazu.
Kulturą jest dumny, że potrafi panować nad naturą, że
po kolei ujarzmia jej ślepe moce. Czy tylko w świecie
instynktów mamy być bezsilni i dać wolność ślepym
siłom natury?!
      Bracia! Pozwólcie, że będę mówił otwarcie.
Według katolickiej etyki każda „obrona” przed
dzieckiem, która nie wypływa z samozaparcia się
małżonków, jest ciężkim grzechem przeciwko V albo VI
Przykazaniu. Małżeństwa można używać tylko tak, jak
Bóg nakazał, albo się go wyrzec. Religia uznaje tylko te
dwa rozwiązania.
      Ale w takim razie znowu pozostaje: grzech, albo
bohaterstwo! Tak. I tak brzmi tytuł mojego kazania.
Chrystus Pan zapowiedział, że kto chce iść za Nim,
niech zaprze się samego siebie, niech weźmie krzyż i
naśladuje Go.
      Gdyby na tym punkcie nasza święta wiara nie była
tak nieugięta, to natychmiast pogodziłyby się z nią
tysiące, a nawet setki tysięcy ludzi. Miliony można by
zyskać dla Kościoła. Ale trudno! Czy jednak nie można
by spełnić życzeń tylu tysięcy, czy przecież nie dałoby
się coś utargować z tej zasady? Czy nie mógłby trochę
ustąpić Kościół, który musi znosić tak dużo wyrzutów z
powodu swojego nieprzejednanego stanowiska? – czy
nie mógłby zmienić woli Stwórcy, poprawić jej w ten
sposób, żeby przynajmniej biednym, chorym ludziom,
                                                    451
mającym tylko jednopokojowe mieszkanie, pozwolił żyć
w małżeństwie, bez obowiązku rodzenia dzieci?
      Nie, Bracia! Katolicyzm nie może zmienić praw,
które dał Bóg, bo w takim razie sprzeniewierzyłby się
swemu Boskiemu Założycielowi! Musi więc głosić: albo
życie małżeńskie i dzieci, albo bezdzietność, ale tylko
drogą wstrzemięźliwości.
       „Nasza wiara jest zanadto surowa, potrzebuje
wielu reform” – pisze skarżąc się, jeden z moich
słuchaczy. Nie, Bracia! Nie wiara potrzebuje reform –
jej tknąć nie wolno! – lecz wszystkie nasze dzisiejsze
urządzenia społeczne!
      A teraz: szukajmy lekarstw na ten, niszczący
naród, grzech.


                          II.


      Gdzie znajdziemy lekarstwo?


       Strach przed dzieckiem przybiera tak zatrważające
rozmiary, że państwo skwapliwie szuka lekarstwa, bo
jeśli spokojnie pozwoli szerzyć się złu, może wyginąć
cały naród.
      1) Wstręt do dzieci jest bez wątpienia
spowodowany i warunkami gospodarczymi. Przyznam,
że w małżeństwach uczciwych jest to jedyny powód – i
dlatego    potrzebne         były        reformy
społeczne            i         postanowienia,
452
wkraczające                  już          w        zakres
k o m p e t e n c j i p a ń s t w , które by rozwiązywały to
zagadnienie. Nie wystarczą pochwały i uroczyste
obchody na cześć matek licznych dzieci – to może być
tylko częścią tego wielkiego zadania – ale potrzeba
szeregu głęboko przemyślanych ustawowych zarządzeń.
      Jakież to mają być postanowienia?
      Trzeba by specjalną opieką otaczać małżeństwa z
licznym potomstwem! Wypłacać im znaczniejsze
dodatki rodzinne! Przy obsadzaniu posad dawać im
pierwszeństwo! Zmniejszyć podatek w stosunku do
liczby dzieci! Umożliwić tym dzieciom rozrywki!
Zabezpieczyć możliwe warunki mieszkaniowe!.
Surowymi karami ścigać pornografię! Nielitościwie
karać winnych – zbrodni Herodowej! Zmniejszyć
drożyznę życia! Dać możność lepszego zarobku!
Uwolnić kobiety od pracy w fabrykach i w biurze!
Zmienić prawo spadkowe, według którego pierworodne
dziecko ma pewne przywileje – i tak dalej. To wszystko
należałoby uczynić!
       2) Bracia! Choć uznajemy konieczność i ważność
tych poczynań, musimy jednak zrobić małe
spostrzeżenie: wszystko to jest potrzebne – ale wszystko
to nie wystarcza! Nie wystarcza, bo kluczem, ostatecznie
rozwiązującym te trudności, jest nie biologia, higiena,
ani polityka społeczna, ale e t y k a i m o r a l n o ś ć
Chrystusowa.
      Nie chciałbym zlekceważyć doniosłości reform
społecznych i gospodarczych. Jest to kwestia tak
piekąca, tak życiowa, że aby ją rozwiązać, powinien

                                                        453
każdy czynić, co tylko może. Pragnąłbym jeno
podkreślić, że wszelkie zarządzenia okażą się
bezsilnymi, jeśli nie przyjdę im z pomocą niewzruszone
Przykazania wiary: w burzy szalejących namiętności i w
potopie fałszywych rozumowań sobkostwa, oraz pogoni
za przyjemnością utoną bez śladu. Wyższość pobudek
religijnych może nigdzie nie występuje tak jasno, jak w
tym zagadnieniu.
      Problem nie jest tak prosty. Tu bowiem
przeciwstawiają się sobie interesy jednostki i interesy
ogółu. Żadne prawa ziemskie nie zdołają zmusić
jednostki, żeby kosztem swojej ofiary zapewniła
przyszłość narodowi. Do tego może skłonić człowieka
tylko wiara i powaga nakazu bożego, która podnosi
jednostkę z ciasnego koła osobistych interesów na
wyżyny ofiary. Nie ma więc przesady w twierdzeniu, że
tylko Kościół katolicki, ze swoją nieugiętą, nie znającą
kompromisu stałością, może uratować ludzkość od
zagłady.
      a) Po pierwsze rozporządza on środkiem
przeciwdziałającym w postaci: k a r y . Jeśli niektórzy
ludzie nic rozumieją, że grzeszą w pożyciu małżeńskim,
uprzytamnia im to Kościół przez nałożenie
odpowiedniej      kary.     Ekskomunika      biskupowi
zarezerwowana spada na matkę, lekarza i wszystkie
osoby, które pośrednio dopomogły do zamordowania
nieurodzonego dziecka. Kto z tym grzechem przystępuje
do konfesjonału, wie dobrze, że tylko za cenę wielkiej
pokuty otrzyma rozgrzeszenie. Kto kieruje się w życiu
zasadami religijnymi, tego odwodzi od tych okropnych
czynów lęk przed podobną karą. Możemy z durną
454
wskazać na państwa, lub na pewne części państw, gdzie
ludzie żyją prawdziwym życiem katolickim i gdzie
zamach na dziecko uważają za bardzo ciężki grzech, że
tam i dziś jest dużo dzieci, np. okolice Renu, Westfalii,
Tyrolu, cała Holandia, Bretania i wiele części Polski.
      b) Prócz kary nasza święta wiara rozporządza i
środkiem zachęcającym, a mianowicie: u w a ż a n i e m
dziecka       za    posłańca       bożego,          za
błogosławieństwo boże.
      Rodzice chrześcijańscy są świadomi prawdy, że
swoją godność ojców i matek zawdzięczają Bogu – i że
z tą godnością nierozłącznie są związane ciężkie
rodzicielskie obowiązki.
      Trudne są obowiązki rodziców! Bardzo trudne i
wymagające poświęcenia! Niemieckie przysłowie mówi,
że „kto żyje bezdzietnie, nie wie, co to jest cierpienie”.
Tak, jest w tym dużo prawdy! Ileż to ofiar, trudów,
bezsennych nocy… wymaga opieka nad małym
dzieckiem! Tak gamo wielu ofiar, trosk, dni pełnych
trudów i wyrzeczeń wymaga wychowanie dorastających
dzieci!
      „Czy więc nie lepiej, jeśli nie ma dzieci?!”
W ten sposób rozumuje małżeństwo, które nie zna Boga.
Tak czynią ci, którzy powagę rodziców odzierają z
majestatu, danego im przez Boga.
      Ale religijni małżonkowie wiedzą, że tysięcy
przykrości wychowania dzieci nie można porównać ze
zniszczeniem, jakie powodują zabiegi lekarskie w stanie
zdrowia małżonek i we współżyciu duchowym
małżonków. Religijni rodzice obok trosk, mają też z
                                                      455
dzieci i wiele prawdziwej radości.
       Przytoczone przed chwilą przysłowie mówi
wprawdzie, że „kto żyje bezdzietnie, nie wie, co to jest
cierpienie”, ale to tylko pierwsza część przysłowia druga
opiewa w ten sposób: „Kto umiera bezdzietnie, nie
zaznał prawdziwej radości!” Tak, dziecko to troska, ale
dziecko jest również radością! Dziecko jest wydatkiem,
ale również i lokatą. Dziecko jest cierpieniem, ale i
rozkoszą. Dziecko jest smutkiem, ale też i weselem.
Spójrzcie na ten wzruszający obraz: W gronie
kochających dzieci i wnuków widać dwoje sędziwych
staruszków, którym życie już nic dać nie może, którzy
się już wybierają w daleką drogę. Z oczu ich bije gorąca
ufność: „Panie nasz! Nie wahaliśmy się przyjąć dusz,
które nam raczyłeś powierzyć. Kosztowało nas to wiele
trudów, ale oto patrz: wychowaliśmy je – dla Ciebie i
dla życia wiecznego”. Bracia! Umiera również i
bezdzietne małżeństwo! Umiera, a nie ma nikogo –
nikogo, kto by choć jeden pacierz zaniósł do Boga za ich
grzeszne dusze…


                     *     *         *


      Zakończmy omawianie tego smutnego tematu.
     Wschodnie narody mają głęboką przypowieść.
Nie jest to prawdziwa historia, tylko opowiadanie
symboliczne, ale kryje w sobie bardzo piękną myśl…
     Potężny Bóg już ukończył stworzenie świata,
brakowało tylko człowieka. Morza już były pełne ryb,
456
lasy zwierzyny, po skałach wspinały się kozice, a na
drzewach śpiewało ptactwo… Tylko człowieka nie było
jeszcze na ziemi! Wtenczas Pan wziął garść mułu z rzeki
Nilu, by z niego stworzyć człowieka… Ale w mule tym
ukrył się rak, który ugryzł Pana w rękę… Trzy krople
krwi wytrysnęły ze zranionej ręki Pana i stoczyły się do
Nilowego mułu. I z tego, krwią zroszonego mułu,
stworzył Bóg serce matki!
      Legenda    krótka,   ale   posiadająca    głębokie
znaczenie…
      Bracia! Choćbyście tylko z narażeniem się na
niebezpieczeństwo mogli dać życie potomstwu! Matki!
Choć posłyszycie z tej i z owej strony, że konieczny jest
zabieg lekarski! Chociażby drugie dziecko obarczało
was większą troską i zapowiadało pasmo nowych
ciężkich lat: Miejcie odwagę być matkami! Bądźcie
matkami, które sieją życie, a nie śmierć! Bądźcie
matkami, które poruszają kolebkę, a nie trumienkę!
Bądźcie matkami, które ufają, że jeśli Bóg dał małe
głodne usteczka, nie poskąpi im i chleba! Bądźcie
chrześcijańskimi      matkami,        które      i     w
niebezpieczeństwach śmierci nie odwracają swojego
wzroku od Boskiego Dzieciątka betlejemskiego!
    A   błogosławić                 wam        będzie
Ojczyzna…
   A błogosławić wam będą dzieci i
wnukowie…
      Pobłogosławi i odpłaci wam za
to          Pan         życia       wiecznego,
W s z e c h m o c n y B ó g . Amen.
                                                     457
                      XXXIV.


               O SAMOBÓJSTWIE.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Jakąż     wielką sensację wywołała przed
kilkudziesięciu laty wieść, że książe Pignatelli,
wieczorem przed ślubem, zastrzelił się w Neapolu, w
domu przy biurku. Na stole leżała książka Nietzschego,
znanego      zagorzałego    przeciwnika    moralności
Chrystusowej. Nie wiadomo, jakie były ostatnie myśli
nieszczęśliwego, zanim targnął się na własne życie.
Może czytał Nietzschego, który depcze chrześcijańską
wiarę i moralność? – Nie wiadomo.
      Ale była w tym samobójstwie pewna ciekawa
okoliczność, nad którą warto się zastanowić.
      Mianowicie stary lokaj, z którym książę w
dziecinnych latach nieraz wspólnie się modlił, gdy
zobaczył na perskim dywanie w wykwintnym pokoju
zwłoki swojego pana, dokonał osobliwego odkrycia.
Nad biurkiem od dawna wisiał przepiękny obraz
Najświętszej Panny Marii. Obecnie obraz ten wisiał
odwrócony twarzą do ściany! Bez wątpienia, że
odwrócił go książę, zanim odebrał sobie życie W chwili
ostatecznej decyzji na pewno czuł, że dopóki spoczywa
na nim wzrok Najświętszej Panny, nie będzie się mógł
odważyć na tak straszny czyn.
458
      Bracia! W czterech poprzednich kazaniach,
roztrząsających V Przykazanie, była mowa o wartości
życia naszych bliźnich. Dzisiaj zaczynamy mówić o V
Przykazaniu, jako o stróżu naszego życia cielesnego.
Opowiadając we wstępie tę dziwną historię, zrobiłem to
nie tylko w tym celu, żeby wskazać, że dziś b ę d ę
m ó w i ł o s a m o b ó j s t w i e , ale i dlatego, że
uderzyło, mnie dziwne zachowanie się księcia –
samobójcy, który odwrócił obraz Najświętszej Panny
Marii, gdyż wskazuje ono najskuteczniejsze lekarstwo
przeciwko samobójstwu.
        Dzisiejsze moje kazanie ma trojakie zadanie: 1)
zwrócić uwagę na wielkie rozmiary
z ł a ; 2) z b a d a ć j e g o p r z y c z y n y i 3)
z n a l e ź ć l e k a r s t w o , by przy jego pomocy choć
częściowo unieszkodliwić tak dzisiaj rozpowszechniony
okropny grzech.


                            I.


            Epidemia samobójstw.


       Kto zna historię cywilizacji ludzkiej, wie, że
chwila, w której człowiek zaczyna tracić wiarę w
wartość życia i jego cel, była zawsze oznaką dekadencji
społecznej, upadku i zgnilizny. Jeśli tak jest, to groza
nas ogarnia na widok upadku wartości w dzisiejszym
życiu.
      W społeczeństwie współczesnym, jak epidemia,
                                                      459
szerzy się coraz bardziej straszny grzech samobójstwa.
Właściwie nie ma warstwy społecznej, wolnej od tej
zarazy. Popełniają samobójstwa biedni i bogaci, chorzy i
zdrowi, starzy i młodzi, a nawet dzieci.
      Gazety przepełnione są wiadomościami o
samobójstwach, a co najgorsze – nawet już nas to
bardzo nie wzrusza. W czasach obecnych każdy jest
nerwowy – ale gdy ktoś zatrzaśnie za sobą drzwi życia,
kiedy z łoskotem rozbiło się czyjeś życie, nie wzrusza to
nas wcale. W samym Budapeszcie przeciętnie 8 – 10
osób dziennie targa się na swoje życie, a czy się tym kto
wzrusza?
       Bardzo smutny obraz przesunie się nam przed
oczami, gdy przebiegniemy w myśli szeregi krwią
zlanych samobójców, o zapadniętych twarzach. Obok
samobójców – mężczyzn, ujrzymy kobiety, starców i
dzieci. Obok wielkomiejskich ofiar widzimy trupy z
wieśniaczych chat i lepianek. Widzimy tych, którzy
zabili się po długim i spokojnym zastanawianiu się,
widzimy samobójców z afektu, pod wpływem napadów
wzruszenia. Był wypadek, że jakaś panna odebrała sobie
życie, bo zdechł jej kanarek. Inna znów pozbawiła się
życia, bo krawcowa nie zrobiła jej na czas sukni
balowej, trzecia, ponieważ się jąkała, czwarta, ponieważ
miała z długi nos… Samobójcy: ofiary Bacchusa,
starorzymskiego bożka wina i hulanek… Samobójcy:
ofiary Wenery, pogańskiej bogini rozpusty.
      Obok biednych, bogacze. Czasami zrozpaczony
nędzarz, gnany głodem, rzuca się do Wisły, kiedy
indziej zaś czytamy, że zastrzelił się młody Rotschild.
Można nawet stwierdzić, że wśród zamożnych jest o
460
wiele więcej samobójstw, aniżeli wśród ludności
ubogiej. Popełniła samobójstwo biedna dziewczyna,
stenotypistka, która nic nie posiadała, ale nie brak
samobójczyń i wśród gwiazd filmowych, które we
wszystko opływają. Niedawno podawały gazety wprost
nie do wiary wieść o samobójstwie pewnej młodej
znakomitości filmowej. Publiczność za nią przepadała.
Była młoda, piękna – posiadała żywy temperament i
majątek. Czego chcieć więcej? Czy jeszcze czegoś brak
do szczęścia?
      Zdaje się, Bracia, że tak! Wieczorem bowiem, o
godzinie dziesiątej, wróciła do swego wspaniałego
mieszkania, w którym ze wszystkich ścian uśmiechały
się do niej całe galerie dedykowanych jej obrazów… Z
błędnym i bolesnym uśmiechem rzuciła na nie ostatnie
spojrzenie… Potem wzięła rewolwer i kulą przeszyła
swe serce… Ludzie ze zdziwieniem pytali: dlaczego?
Dlaczego? Przecież „miała wszystko!” Tak! Miała willę,
samochody, toalety…, ale opanowała ją pewnego razu
chwila zastanowienia, kiedy ze zgrozą spostrzegła
gorejące w pustce duszy słowa mędrca Salomona:
„Vanitas vanitatum et omnia vanitas – marność nad
marności i wszystko marność”.
      Ale moim głównym zadaniem, Bracia, nie jest,
bym jeszcze bardziej wyolbrzymiał ponury obraz
samobójczej zarazy. To, co powiedziałem, niech
wystarczy. Właściwym moim zamiarem jest zbadać
przyczyny, które obniżyły wartość życia ludzkiego, i
które każą człowiekowi godzić na swoje życie, żeby, po
ich zbadaniu, znaleźć lekarstwo. Jakież to są przyczyny,
które prowadzą naszych nieszczęśliwych współbraci do
                                                    461
tak rozpaczliwego kroku?


                            II.


          Przyczyny samobójstwa.


       Przyczyny samobójstwa są c z ę ś c i o w o
natury uczuciowej, częściowo natury
g o s p o d a r c z e j . Zawiedziona miłość, uczeń spalony
przy egzaminie, wdowa, hulaszczy mizantrop, starzec
ciężko chory, złodziej, którego przyłapano – oto ludzie,
którzy pod wpływem uczuciowego napięcia szukają
śmierci. Bogacz, który strącił majątek, ojciec rodziny,
walczący z nędzą, młodzieniec, któremu się nic nie
wiedzie: popełniają samobójstwo z powodów natury
gospodarczej. Wszystko jedno, Bracia! Nasza święta
wiara nie uznaje położenia, w którym by rozmyślnie
popełnione samobójstwo nie było ciężkim grzechem
przeciwko V Przykazaniu boskiemu! Samobójstwo,
popełnione w jakichkolwiek warunkach, jest buntem,
obrazą Majestatu: nadużyciem prawa, należącego
wyłącznie do Boga.
      Nie chcemy wydawać sądu o was, nieszczęśliwi
Bracia, którzy odrzuciliście największe dobro ziemskie,
jakie można otrzymać od Boga! Sąd należy do Boga, On
wie, do jakiego stopnia byliście odpowiedzialni w tej
okropnej chwili… Ale, Bracia! Protestujemy w imię
życia ludzkiego, w imię sił narodu, w imię powagi V
Przykazania boskiego         przeciwko romantycznej,
462
uczuciowej gloryfikacji samobójstwa na łamach pism i
przeciwko fałszywemu mędrkowaniu ludzi z tzw.
towarzystwa, którzy ośmielają się bronić samobójstwa!
Bo i tego czynić się nie wahają!
      1) W towarzystwie ludzi inteligentnych,
uczonych, często się słyszy takie lub podobne słowa:
„Popełnił samobójstwo – biedny… N i e m a w t y m
n i c g o r s z ą c e g o . Pozbawił się życia, bo ono
przynosiło mu tylko cierpienie… Popełnił samobójstwo,
bo nie mógł podołać swoim długom! Opuścił teatr, bo
nie był ciekawy dalszego ciągu dramatu. Czy można się
tym gorszyć?”
      Czy można się tym gorszyć? Tak, można! Twórca
może zniszczyć jakiś swój nieudany posąg, obraz, dom –
lecz może go i naprawić, zrobić nawet nowy na jego
miejsce; ale burząc gmach życia ludzkiego, zamykamy
wszelką możliwość naprawy.
      Można współczuć z nieszczęśliwym życiowym
rozbitkiem, można litować się i żałować samobójców,
ale pamiętajmy o tym, że: samobójstwo jest grzeszną,
tchórzliwą ucieczką! Winien był szukać wyjścia z
beznadziejnie zagmatwanej sytuacji, najcięższy grzech
powinien był odpokutować życiem, i zrobić wszystko
możliwe, by za przewinienia zadośćuczynić.
      Są ludzie, którzy inaczej rozumieją, którzy
twierdzą, że istnieją pewne grzechy, których nie można
w inny sposób naprawić, jak tylko przez śmierć
samobójczą.
      Chciałbym ich nakłonić do zastanowienia się
przez chwilę: Jakież zadośćuczynienie daje samobójca,
                                                   463
pozbawiając się życia?! Żadnego! Natomiast dałby je,
gdyby pozostał przy życiu i zniósł walące się nań
upokorzenia z powodu jego złego czynu i całą siłą woli
dążył do poprawy! Tak! Powinien odejść ze świata, ale
nie samobójczo, tylko spokojnie, po życiu pełnym ofiar i
cichego poświęcenia.
      Człowiek nie ma prawa wymykać się tchórzliwie
z szeregu żyjących i zostawić ludzi, którzy mają do
niego pewne prawa. Czy nie większym i godniejszym
człowieka bohaterstwem jest: zacisnąć zęby i zmusić
siebie do pracy, mówiąc: „Będę dalej walczył i
pracował, aż powoła mię Bóg, który jedynie ma prawo
uwolnić mię z posterunku życia!”?
      Czytałem o pewnym ojcu, który z powodu
uciążliwych trosk po zbawił się życia. Pozostała po nim
biedna wdowa, która mężnie stanęła do walki z życiem i
wychowała z wielkim trudem wszystkie sześcioro
pozostawionych przez niego dzieci. Osądźcie, Bracia,
które z tych dwojga ludzi zasługuje na szacunek?
      Być samobójcą – załamać się w walce z życiem –
to grzech pogański. Stawiać czoło wichrom życia – to
cnota chrześcijańska!
      2) Ale spotykamy się z innymi argumentami.
„Co komu do tego?! – mówią – Tu
chodzi o moje własne życie. Robię z
nim, co mi się podoba! Życie jest
darem,   a  dar  można    oddać   z
powrotem…”
Mylisz się, Bracie. Życie nie jest twoje w tym
znaczeniu, że możesz z nim robić, co ci się podoba…
464
Nie! Nie zabijaj, nie morduj! Samobójca jest również
mordercą, bo odbiera życie, którego sam sobie nie
wziął. Burzy kościół, którego nie zbudował. Nadużywa
praw Tego, który w Piśmie Świętym mówi o sobie:
„Patrzcie teraz, że Ja jestem, Ja jeden, i nie ma ze Mną
żadnego boga. Ja zabijam i Ja sam ożywiam” (Pwt 32,
39).
     Życie jest darem? Tak, częściowo masz rację. Ale
życie jest nie tylko darem, ono jest również
obowiązkiem! Swoim życiem muszę wypełniać plany
Stwórcy tak długo, aż On uwolni mnie przez śmierć od
obowiązków.
        3) „ A l e      spotkał         mnie        cios,
k t ó r e g o n i e m o g ę p r z e ż y ć ! Straciłem cały
majątek… W ciągu roku pochowałam męża i dorosłego
syna. …”
      Cóż odpowiedzieć na taką skargę?
Bo trudno tu coś odpowiedzieć. Nic tu nie pomoże, tylko
głęboka, prawdziwa wiara. Spotkała cię straszna klęska?
Przypomnij sobie swoje dawniejsze życie. Czy nie ma
tam żadnej wady, grzechu, błędu? Może w twoim
dawnym życiu istnieją ślady jakiegoś strasznego
grzechu, za który łaskawość Boża – tak: łaskawość –
chce, abyś w ten sposób odpokutował?
     Powiedz, że nie ma, Byłeś zawsze wiernym
synem Boga, pełniłeś zawsze Jego wolę…
      I to jeszcze niczego nie dowodzi! Czy wiesz, co
ma na myśli Bóg, gdy dopuszcza na ciebie tę karę?
Może chce pogłębić twoją duszę… pomnożyć twoje
zasługi… Nie wiesz, czego On chce. Módl się tedy:
                                                      465
„Bądź wola Twoja…”
       Bracie, który wijesz się w bólu, cierpieniu i
skardze, zastanów się nad tym, co ci teraz powiem!
Zastanów się, czy będzie Ci lepiej, jeśli popełnisz
samobójstwo? Czy samobójstwo ci pomoże? Było ci źle,
i uciekasz. Ale dokąd? Do wiecznej nędzy! Czarny świat
kłębi się koło ciebie – uciekasz przed nim. Ale dokąd?
Do wiecznej ciemności! Spotkała cię hańba, straciłeś
wiarę u ludzi – uciekasz przed nimi. Czy spokojnie
staniesz przed sędzią wiecznym za swymi grzechami, za
które nie uczyniłeś zadość? Ciężki jest rachunek, gdy
powołuje nas przed Swój sąd sam Bóg, a jakiż będzie
twój, jeśli niewołany, staniesz przed Jego Trybunałem?!
      Nie tylko chrześcijanie, ale i poganie wierzyli, że
sprawiedliwość boska dosięgnie samobójców karą
wieczną. Starożytni Grecy uważali samobójców za
buntowników przeciwko bóstwu i zaliczali ich między
potępionych. Zapytaj dowódcy, jaki los czeka żołnierza,
który nie wytrwał na stanowisku, wyznaczonym mu
przez niego, ale tchórzliwie uciekł? Bóg pozostawił cię
na posterunku życia – i tylko On ma prawo cię odwołać!


                              III.


        Lekarstwo przeciwko epidemii
              samobójstw.


     Przechodzimy do trzeciej części naszego kazania:
do szukania lekarstwa, którym moglibyśmy położyć
466
tamę szerzeniu się tego grzechu.
       Niewątpliwie różne są rodzaje samobójstwa, ale
jeśli badamy ich źródła, dochodzimy do przekonania, że
wszystkie, dają się sprowadzić do jednego: do
zachwiania podstaw religijnych, d o b r a k u w i a r y
w Boga.
      1) Każdy przyzna, Bracia, że obecnie panuje
okropna nędza. Z dnia na dzień trzeba wytężać siły,
uganiać się wprost nieludzko… za coraz to dalej
uciekającym szczęściem…
      Zadam wam jednak pytanie:
        Czy przedtem nie było nędzy?
Nie było walki? Może rajem było
ż y c i e z i e m s k i e c z ł o w i e k a ? O, nie! To
prawda, że nie tak burzliwie pieniły się gorzkie wody
oceanu, jak zwykliście symbolicznie zwać życie, ale
zawsze było ono walką. Odkąd z chmur pada deszcz,
odtąd oczy ludzkie roszą się łzami.
       Dawniej jednakby jeden filar, który się nie chwiał.
W duszy dawnego człowieka sterczała wyniosła skała, o
którą rozbijały się nawet najsroższe fale. Co za skała?
Religijność! Ona wstrzymywała rękę samobójcy, ona nie
pozwalała rzucić się człowiekowi w nurty wody, ona
stanowiła przeszkodę dla samobójstwa. Przeszkody te
tym prędzej się łamią, im prędzej ginie w duszy ludzkiej
uczucie religijne. W miarę upadku religijności wzrasta
pęd do samobójstw.
      Do takiego śmiałego twierdzenia uprawnia nas
„historia samobójstw”. Samobójstwo grasowało
epidemicznie w czasach staro – i nowopogańskich.
                                                      467
Natomiast od czasów powstania chrześcijaństwa aż do
początków nowożytnej epoki, czyli do końca epoki, w
której głębiej rozumiano chrześcijańską katolicką wiarę,
samobójstwo prawie, że się nie zdarzało. A nie brak było
i wtedy nędzy, zawodów miłosnych, nieuleczalnych
chorób, ale ludzie wierzyli, że nie życie doczesne jest
życiem prawdziwym, ale to, które zdobywamy przez
trudy ziemskie. Wierzyli w obietnicę Chrystusa Pana:
„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 10,
22), i: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie
jest Mnie godzien.” (Mt 10, 38).
      2) Teraz postarajmy się dać odpowiedź na
pytanie: Gdzie znajdziemy lekarstwo?
      W społeczeństwach musi powstać ożywiony ruch
przeciw samobójstwom, muszą być poczynione
zarządzenia w obronie życia, trzeba ustaw, które by
zabraniały rozwałkowywać korespondentom pism
wypadki samobójcze, sugerować duszę bardziej
wrażliwych czytelników artykułami, ociekającymi
fałszywym romantyzmem samobójstwa… Tak, to
wszystko potrzebne, ale jeszcze nie wystarcza, bo nie
niszczy zła z korzeniem.
      Gdzie tkwi korzeń zła?
       W błędnym pojmowaniu życia
przez          człowieka      zachwianego              w
w i e r z e . W błędnym mniemaniu, które stało się opinią
publiczną, że człowiek żyje na świecie po to, żeby mu
się dobrze powodziło, żeby używał i bawił się. „ Jeśli
życie ściele mi drogę różami, to idę naprzód, jeśli daje
tylko kolce, to się z nim rozstaję”. Dla człowieka

468
wierzącego życie jest okresem próby, zapewniającej
wieczność, toteż w żadnym wypadku go nie porzuci.
Celem życia człowieka niewierzącego jest przyjemność,
a skoro mu jej życie odmówiło, to nie ma już dla niego
sensu.
      Kto silnie wierzy w Opatrzność Bożą, to choćby
nawet cierpiał nędzę i niedostatek, będzie jednak
walczył, pełen ufności, będzie borykał się z życiem,
będzie pracował może ze łzami w oczach,
skrwawionymi przez trud dłońmi, ale nie popełni
samobójstwa. Kto wierzy, że i chorobą i cierpieniem
można zyskać zasługę u Boga – to chociażby lekarze
uznali go za „nieuleczalnie chorego”, nie odrzuci od
siebie resztek życia. Kto wierzy, że z lekkomyślnie
zmarnowanego życia należy zdać ścisły rachunek, ten
nie będzie samobójcą, ani z powodu zawodu miłosnego,
ani z powodu niefortunnych egzaminów. Młodzieniec,
który żyje według woli Bożej, nie pogrąży się w bagnie
nieczystości, której kresem jest wstrętny przesyt i
samobójstwo.     Małżonkowie,      którzy    wzajemnie
wybaczają sobie wady, jak tego chce Bóg, nie potrzebują
rozwodu, który zwykle kończy się rozgoryczeniem i
samobójstwem:        ilość     samobójstw       między
rozwiedzionymi jest pięciokrotnie większą, aniżeli gdzie
indziej.
        Skoro tylko postanawiamy walczyć ze straszną
epidemią samobójstwa, to w y c h o w u j e m y l u d z i
w głębszej religijności – a co za tym
idzie: w większym samozaparciu i
z d o l n o ś c i d o p o ś w i ę c e ń ! Gdzie liczy się
człowiek dzisiejszy panowania nad sobą? W kinie, gdzie
                                                     469
wyświetlają sentymentalne filmy, gdzie bohater
natychmiast, jak tylko mu się coś nie udaje, przykłada
broń do skroni? W sztukach teatralnych, w których
wszystko obraca się koło grzesznej lubieżności, wskutek
czego widz odnosi wrażenie, że jest to jedyny cel
ziemskiego życia!? Dziś i państwo wszelkimi
możliwymi sposobami zwalcza samobójstwo. Nie bierze
jednak pod uwagę zgubnego wpływu kinematografów
na dorastającą młodzież, gdzie często wyświetlają filmy,
których bohaterowie, nie mogąc przetrwać nowych
przeszkód, z „bohaterską odwagą” obierają śmierć
samobójczą!
      Potrzebne są instytucje, które by zapobiegły
samobójstwom, potrzebne są łodzie ratunkowe pod
mostami warszawskimi, ale najpewniejszym lekarstwem
będzie religijne przekonanie ludzi, że trzeba znosić
cierpienia i walczyć z burzami życia. A gdzie można się
tego nauczyć? U Chrystusa, który wyciąga do nas
ramiona i mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy
pracujecie i jesteście obciążeni, a Ja was ochłodzę!”
    3) Ale powiecie: „ A c o m a r o b i ć t e n ,
kto nie ma wiary, kto nie ma ufności
w Boga? Jaką mu dać odpowiedź?”
      Otóż, Bracia, nie wiem, co mam powiedzieć.
       Wszyscy cierpimy! Cierpienie jest nieodłącznym
towarzyszem życia ludzkiego! I nie cierpienie łamie nas
ostatecznie, ale świadomość, że w cierpieniu zdani
jesteśmy wyłącznie na siebie! Kto wie, że jego życiem
kieruje nie ślepy los, nie ciemny przypadek, ale
troskliwy Ojciec Niebieski, ten jest szczęśliwy i z

470
rozpromienioną duszą kroczy ciężką drogą życia?
Cierpienie jest straszne tylko dla tego, kto stoi samotny
w powodzi zła, kto nie ma Boga, którego ręki mógłby
się chwycić…


                     *     *      *


     Kochani Bracia! W dzisiejszym kazaniu mówiłem
o zrujnowanych życiach, o złamanych duszach, o
powalonych dębach – o samobójcach.
       Samobójstwo jest zawsze grzechem: grzechem
przeciwko Bogu, bo nadużywa Jego praw; grzechem
przeciwko sobie, bo skracając życie ziemskie,
pozbawiamy się życia wiecznego; grzechem przeciwko
rodzinie i państwu, względem których mamy zawsze
pewne obowiązki. Świadomości tego grzechu nikt nie
wpaja w serca ludzkie tak dokładnie, jak Kościół
katolicki, który odmawia pogrzebu kościelnego
samobójcom, jeżeli popełnili ten czyn w stanie
poczytalnym.
      Kościół nie wydaje wyroku na duszę, która
odeszła. Sąd należy do Boga. Ani nie chce robić wstydu
krewnym zmarłego – bo zazwyczaj są oni niewinni; ale
chce oznajmić światu, że: pozbawienie się życia jest
grzechem i, kto go popełnił, nie zasługuje nawet na
ostatnią posługę chrześcijańską!
      I teraz, przy końcu kazania, staje mi w oczach
okropny obraz pewnego zrozpaczonego samobójcy, o
którym nie wspominały szpalty dzienników, którego
                                                     471
historię jednak wszyscy znają. Samobójca, którego
fotografii nie podawano, którego rysy jednak zgrozą
napełnią wszystkich, to Judasz!
      Wstrząsająca scena! Na górze Golgocie wisi na
krzyżu Bóg, który nam zapewnił życie wieczne, a
jednocześnie niedaleko od Niego wisi zrozpaczony
samobójca, który stracił życie wieczne. Los jego był
podobny do losu innych samobójców. Do grzechu
doprowadziła go namiętność ludzka, chciwość mamony,
a kiedy uprzytomnił sobie okropność czynu, obrał nie
żal za grzechy, nie prośbę o przebaczenie, nie pokutę,
ale powróz.
       Bracia! Módlmy się za wszystkich naszych braci,
trwających w ogniu doświadczenia, na których duszę
już, już zarzuca powróz judaszowska rozpacz. Módlmy
się za nich, żeby nigdy wśród cierpień nie odwracali do
ściany obrazu Matki Dziewicy, ale żeby ich dusze
opromieniła zwycięska moc nowego życia, moc,
tryskająca z postaci Chrystusa, który za nas przelał
Swoją krew na Golgocie!
       Nie popełni samobójstwa ten, kto w cierpieniu ma
do kogo skierować swój wzrok: d o D z i e w i c y
M a t k i , d o C h r y s t u s a , d o B o g a . Amen.




472
                        XXXV.


       O WARTOŚCI I UŻYWANIU ŻYCIA.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W      dniu dzisiejszym, kontynuując w dalszym
ciągu rozbiór V Przykazania, przystępujemy do
omówienia bardzo ciekawego, a ze względu na stan
umysłów dzisiejszej młodzieży, wyjątkowo aktualnego
zagadnienia. Będę mianowicie mówił o obronie zdrowia
fizycznego. Zwrócę uwagę na pewien bardzo ciekawy
prąd i popularne dzisiaj hasła. Hasła te, chociaż
zawierają w sobie dużo prawdy, pełne są zupełnie
wypaczonych myśli, prawda i fałsz tworzą tak okropny
chaos, że trudno wyrobić sobie o nich jasny sąd. Dlatego
to dla wielu ludzi stanowią one poważne
niebezpieczeństwo, choć w samym założeniu nie brak
ziaren prawdziwej mądrości.
      O czymże więc będzie mowa w dzisiejszym i
następnym kazaniu?
      Będę mówił o tym, do czego tęskni dzisiejszy
człowiek – maszyna, maleńkie kółko w mechanizmie
społecznym, człowiek, stanowiący nieodłączną część
inwentarza kancelaryjnego. Rozwinę przed wami tęczę
marzeń i niespełnionych pragnień anemicznego
mieszkańca koszarowych domów, który, dźwigając na
swoich barkach ciężar następstw wojny, całą pełnią
                                                    473
swoich sił dąży do szczęścia, radości, słońca i życia.
      O czymże więc właściwie chcę mówić? O
szukaniu radości i słońca, o używaniu i jego wartości.
       „Wartość     życia!”   „Troska     o     ciało!”
„Pielęgnowanie ciała” „Sport!” „Kultura ciała!”
Błyskotliwe i wabiące to powiedzenia, popularne hasła,
które, zwłaszcza teraz po wojnie, mają wziętość budząc
niebywały zachwyt u ludzi, którzy nie dostrzegają w
nich mnóstwa przesadnych pojęć i chaotycznych opinii.
I cóż to może mieć wspólnego z kazalnicą? To, że V
Przykazanie boskie i tu posiada prawo głosu. On
bowiem podnosi na każdym kroku warto życia
ludzkiego i broni go, domagając się jego uszanowania,
ale równocześnie potępia szkodliwą przesadę i
jednostronny fanatyzm.
      Przy tej sposobności przypatrzmy się, co mówi
chrześcijaństwo o w a r t o ś c i ż y c i a , i co mówi w
tym V Przykazanie. Gdy to zrozumiemy, łatwiej nam
będzie w przyszłą niedziele odpowiedzieć na drugie
pytanie, co mówi nasza święta wiara o pielęgnowaniu z
cielesnego.
         W dzisiejszym kazaniu będę mówił o wartości
życia.
      Najpierw zbadamy, j a k i e s t a n o w i s k o
zajmuje tutaj nasza święta wiara, a
następnie zastanowimy się, c z y d z i s i e j s z a
opinia publiczna zgadza się z tym
stanowiskiem.


474
                            I.


       Co mówi nasza wiara o ciele
               ludzkim?


        Rozpowszechniło się między ludźmi mniemanie,
że chrześcijański światopogląd wyklucza zupełnie
radość z życia, że jego etyka niechętnie patrzy na ciało,
jego pielęgnowanie i piękność, że jej ideałem są dawni
święci, którzy długimi postami i biczowaniem
wyniszczali w sobie wszelkie pragnienia ciała. „Brr!
Ciarki przechodzą po skórze dzisiejszego człowieka.
Biczować się?… Musiał to być jakiś straszny, niepojęty
fanatyzm! Nie! Jeśli to ma być istotą chrześcijaństwa,
jeśli jego ideałem jest tak daleko posunięta pogarda
ciała, to ja nie mogę być dobrym chrześcijaninem…”
      Na pewno spotkaliście się nieraz z podobnym
rozumowaniem. Kochani Bracia! Winniśmy dać na to
odpowiedź. W przeciwnym razie podobne myśli u wielu
ludzi mogą stać się przyczyną zaniedbania, a nawet
oziębłości religijnej.
        A) Przede wszystkim, j u ż z p u n k t u
widzenia teoretycznego nie zgadza
się        z        prawdą          twierdzenie,        że
c h r z e ś c i j a ń s t w o , chociaż zawsze głosi prawo
supremacji duszy, j e s t             wrogiem       ciała
ludzkiego.
      1) Największą bowiem naszą chlubą jest to, że
                                                      475
druga Boska Osoba przybrała na siebie ludzkie ciało.
Jest to zaszczyt, który z niczym nie da się porównać.
Przecież, jak świadczy o tym uroczystość Objawienia
Pana, mędrcy aż ze Wschodu dążyli śladami gwiazdy,
szukając Boga w ludzkiej naturze i w ludzkim ciele, i
tego Boga znaleźli. Czyż mógł więc Chrystus Pan, który
tak wysoko cenił ludzkie ciało, że Sam je przybrał na
Siebie, nim gardzić? Czy może nim gardzić Jego święta
wiara?
       Dalej: Czyż to nie Kościół katolicki i to wyłącznie
Kościół otacza taką czcią ciała i relikwie swoich
bohaterów, świętych? Nawet w „Credo” wołamy do
świata, propagującego zniszczenie ciała: „…wierzę w
ciała zmartwychwstanie!”
      Popatrzmy, jakim szacunkiem Kościół na każdym
kroku otacza ludzkie ciało: Przy chrzcie świętym skrapia
je wodą święconą, a w czasie bierzmowania namaszcza
świętym olejem chryzmy. Przenajświętsze Ciało
Chrystusa Pana w Komunii świętej łączy się z naszym
ciałem! I nawet szczęśliwości niebieskiej nie
wyobrażamy sobie bez udziału ciała!
      Teraz chyba już nikt nie powie, że
chrześcijaństwo potępia i ze zmarszczonym czołem
patrzy na ciało ludzkie. Dla nas ciało nie jest więzieniem,
zamykającym duszę, ale towarzyszem jej ziemskiej
pielgrzymki. Nie jest ono klatką, w której trzepoce się
uwięziona dusza, ale jej niezbędnym narzędziem i
współpracownikiem. Ciało, zarówno jak dusza, pochodzi
od Boga, należy więc strzec jego całości, zdrowia i
życia. Nie wolno więc odmawiać sobie pokarmu,
ubrania, mieszkania, wypoczynku, odświeżenia,
476
rozrywki, snu i innych potrzebnych rzeczy. Abyśmy
tylko nie zapomnieli słów Apostoła: „Przeto czy jecie,
czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na
chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31).
      Widzimy więc, że chrześcijaństwo otacza ciało
pieczołowitością, jak żadna inna religia. Tylko ten, kto z
tego punktu widzenia patrzy na katolicyzm, zdolny jest
zrozumieć, dlaczego nasza święta wiara była tak
wspaniałomyślną opiekunką sztuk, odzwierciedlających
piękno życia.
      2) Pójdę nawet dalej, Bracia, i zadam wam
pytanie: Czy pozwoliłaby nasza święta wiara, gdyby
naprawdę była wrogiem ciała i życia ziemskiego, na
przeplatanie naszych modlitw tylu
pierwiastkami            materialnymi            i
ziemskimi?
      Jak to rozumiem?
      Czy wiecie, jaki jest najlepszy sposób modlitwy?
Może wam się zdaje, że są to długie, ranne i wieczorne
pacierze? Nie! Ale: życie, połączone z modlitwą,
najpospolitsze czynności życia, wykonywane w duchu
modlitwy.
       Wadą wielu chrześcijan, skądinąd nawet dobrych i
pobożnych, jest to, że odgraniczają życie od modlitwy.
Ale powiedzcie, gdyby gospodyni, robiąc ciasto na
chleb, włożyła drożdże nie do ciasta, ale obok niego, czy
byłby z tego dobry, smaczny i pulchny chleb? Albo, czy
można otworzyć drzwi, wsadzając klucz zamiast do
dziurki od zamka – obok? Czy może być mowa o życiu
religijnym człowieka, który jest innym w czasie
                                                      477
modlitwy, a innym w czasie pracy?
      Ale ktoś może się sprzeciwi: „Jak mnożna
mieszać    do     modlitwy    niepozorne     drobnostki
codziennego życia?! Zabierając się do modlitwy,
odrzucam 90% zasobu moich słów codziennych i tylko
w dobranych i wytwornych słowach spowiadam się
Bogu ze swoich uczuć. Czy może mam skarżyć się na
dokuczliwy ból głowy, albo żalić się, że mój starszy syn
nie chce mnie słuchać? Mamy może zwierzać się Bogu z
naszych kłopotów materialnych, że brakuje nam chleba,
że mąż okazuje mi mało czułości?”
      Tak, Bracia! I o tym wszystkim powinniśmy z
Bogiem porozmawiać! Zwierzać się nawet z takich
drobnostek. Nasza modlitwa może się składać z takich
banalności? O, tak! Patrz, co uczynił Bóg na uczcie
weselnej w Kanie?! Wybawił młodą parę z kłopotu,
spowodowanego małą nieuwagą. Posłuchaj, co mówi
Chrystus do Jaira, przywróciwszy do życia jego małą
córeczkę? Mówi zupełnie naturalnie: dajcie je jeść! A
czy nie skarży się, bawiąc w gościnie u Szymona
faryzeusza, że ten nie był dla niego dość uprzejmy, że
nie ucałował Go na powitanie i nie dał Mu wody do
mycia nóg!
      A więc: wiara, która pozwała modlić się o
drobnostki codziennego życia, nie może być wrogiem
tego życia.
       B) Ale pominąwszy te teoretyczne rozważania i
c o d z i e n n e d o ś w i a d c z e n i e d o w o d z i , że
nikt i nic na świecie nie ceni życia ludzkiego tak wysoko,
jak wiara katolicka.

478
       Tu cofnę się na chwilę do tematu
zeszłoniedzielnego kazania: do samobójstwa. Wtedy
wspomniałem tylko, że pierwszym i najskuteczniejszym
lekarstwem przeciw epidemii samobójstwa, oraz
najpewniejszym środkiem do pogłębienia szacunku dla
życia jest powrót do religii.
       Ale, Bracia! Stwierdzenie, że „pogłębienie
religijności” jest najlepszą obroną przeciwko
samobójstwu, jest tylko częściowo prawdziwe. Chcąc
powiedzieć całą prawdę, musimy tezę postawić w ten
sposób: najlepszym lekarstwem przeciwko samobójstwu
i środkiem na przywrócenie radości jest pogłębianie
katolickiego życia religijnego!
       Statystyka wykazała, że liczba samobójców,
katolików, jest znacznie mniejsza, niż liczba
samobójców innych wyznań, co w zastosowaniu do
tematu dzisiejszego kazania jest dowodem, że nasza
święta wiara lepiej, niż wszystkie inne wyznania,
zabezpiecza wartość życia.
       1) Co jest przyczyną tego ciekawego faktu?
Przede wszystkim należy to tłumaczyć odwagą i
nieustępliwością naszego Kościoła, który n i e w a h a
się      dawać          wskazówek          nawet    w
najintymniejszych                sprawach       życia
p r y w a t n e g o , co naraża go na wiele wymówek ze
strony ludzi nierozumiejących posłannictwa Kościoła.
Nasza święta wiara nie pozostawia człowieka ani na
chwilę w opuszczeniu i z całą konsekwencją sięga
swoimi przepisami do zakamarków życia osobistego.
Każdy katolik np. wie, że zrywając małżeństwo i
zawierając nowe, popełnia olbrzymi grzech. Każda
                                                  479
matka wie, że jeśli przeszkodzi urodzeniu dziecka
morderstwem, przypominającym rzeź niemowląt,
dokonaną przez żołdaków Heroda, Kościół wykluczy ją
z grona swych wiernych, a wie i każdy mężczyzna, że
kara ekskomuniki grozi wszystkim, co się pojedynkują.
      Kościół nasz jednak na tym nie poprzestaje. Nie
od wolnego wyboru jednostki czyni zależnym udział we
Mszy świętej, lecz nakazuje, że w niedzielę i w święta
trzeba być na Mszy świętej! Nie pyta się wiernych, czy
chcą korzystać z pomocy łaski, lecz nakazuje, że
przynajmniej raz w roku każdy powinien spowiadać się i
komunikować! Któż nie przyzna, że ten uciążliwy na
pozór przymus jest środkiem wielce zbawiennym, bo
daje sposobność do pokrzepienia duszy i przywrócenia
radości życia?! Nie skarżmy się, że jest to kuratela!
Ostatecznie taką nazwą można by określić i klamry na
stromych perciach, które nas chronią od runięcia w
przepaść!
      Nasza święta wiara posuwa się jeszcze dalej w
dziele wspierania dusz. Urządza misje i ćwiczenia
duchowne, które biorących w nich udział nie tylko
sprowadzają z powrotem na drogę praw Bożych, ale
często przywracają im straconą radość życia.
Katolicyzm i w dnie powszednie, od rana do wieczora,
trzyma otwarte kościoły, by wszyscy, „którzy są
obciążeni” mogli przynajmniej na kilka minut stanąć
przed     obliczem     Chrystusa,     utajonego       w
Przenajświętszym Sakramencie Ołtarza. Dzieci naszej
Matki Kościoła chętnie udają się ze swymi cierpieniami
do Matki Boskiej Bolesnej. Któż zliczy te tysiące ludzi,
borykających się, walczących, stojących już, już na
480
skraju przepaści, którzy co dzień przed obrazem
Bolesnej Matki znajdują ulgę i nowe siły do życia?
       Razu pewnego wstąpiłem wcześnie rano do
kościoła OO. Franciszkanów. Na lewo od wejścia stoi
tam ołtarz z obrazem Matki Boskiej. Było to przed
ósmą, a więc jak na wielkomiejskie stosunki, jeszcze
wcześnie. Mimo to przed obrazem Matki Boskiej rojno
było od ludzi, przychodzących i odchodzących. Ilu też
przyszło, pomyślałem – przeliczę! Przyda mi się to do
dzisiejszego kazania. W przeciągu pięciu minut przeszło
27 osób. Bracia! Czy jest na świecie – nie zgorszcie się
moim dziwacznym pytaniem – skuteczniejsze „biuro
zapobiegające samobójstwom”, niż obraz Matki Boskiej
Bolesnej?! Z iluż to serc, cierpiących rozpaczliwą nędzę,
jedno litościwe spojrzenie tej, żałobą otulonej Matki,
wyjmuje miecz boleści?
      Nasza święta wiara, w każdej okoliczności,
wpływa na usposobienie i wpaja w duszę katolika
pogodę i zapał do życia. Zwróćcie uwagę na leśne
ścieżki, ozdobione obrazami Marii, na przydrożne
krzyże, artystyczne piękno naszych kościołów, przepych
obrządku, wzruszający nastrój naszych świąt…
       Z żalem jednak musimy stwierdzić, że wielu z
tych, którzy już wyszli z dziecinnych lat, prąd życia
unosi daleko od matczynego łona Kościoła. A jednak!
Ten, kto w dziecinnych latach doświadczył
macierzyńskiej miłości i opieki Kościoła, nigdy nie
zdoła tych wspomnień zupełnie z duszy wymazać. I
choć utoną chwilowo w zapomnieniu, w dokuczliwych
cierpieniach, odżyją jednak, wytrącając z ręki szklankę
trucizny, lub każąc odrzucić śmiercionośny rewolwer.
                                                     481
Zrozpaczony „Faust” Goethego już podnosi puchar
trucizny do ust, gdy wtem: głos dzwonu rezurekcyjnego
wytrąca mu go z ręki. Że wśród katolików mniej jest
samobójców, zawdzięczamy to wielkiemu wpływowi
wychowawczemu naszej świętej wiary!
       2) I to jeszcze nie wszystko. Najgłówniejszej
rzeczy nie mogę pominąć milczeniem! Jest nią
spowiedź, której przemożny wpływ tutaj zaznacza się
najsilniej.
       S p o w i e d ź ! W sakramencie pokuty Kościół
otrzymał od Chrystusa Pana władzę, która jest
cudownym zaiste środkiem odnalezienia ochoty do życia
i zagubionej jego radości. Grzech przygniata duszę
ciężarem nie do zniesienia, od którego spowiedź mnie
uwalnia! Zabija mnie rozpacz, przenikająca serce –
przez spowiedź mogę się od niej uwolnić! Gdy skarga
zmarnowanego życia stawia mi przed oczy
najokropniejsze wizje – spowiedź pozwała mi zacząć
nowe, jaśniejsze dni! Grzech popełniony żąda
zadośćuczynienia, spowiedź właśnie jest tym
wewnętrznym zadośćuczynieniem. „Chrześcijaństwo
wyklucza z życia radość” – słyszy się nieraz. Bracia!
Spytajcie tych, którzy wracają od konfesjonału; idąc
tam, dźwigali na swoich barkach ciężar strasznej winy.
Szli, gnani tysiącami wyrzutów niespokojnej duszy, a
wracają rozpromienieni, wolni od grzechu i pełni
nowych sił do życia. Bracia! To nie jest tylko moje
osobiste przekonanie. Stwierdzają to neurologowie,
psychologowie i statystyki samobójstw. Tajemnica,
której się nikomu nie wyjawia, powoduje dręczący ból,
zdenerwowanie i zwała na serce ciężar, zdolny
482
doprowadzić do obłędu. A spowiedź od tego uwalnia…
      Mógłby ktoś pomyśleć, że daleko odbiegłem od
tematu: „o wartości życia”. Ja przeciwnie, sądzę, że
dotarłem do samego dna zagadnienia. Bo tylko w ten
sposób mogłem wykazać w całej pełni, że nasza święta
wiara ceni życie i broni go.


                           II.


    Ostrożnie z hasłami o „kulturze
                ciała”!


      Jeśli światopogląd chrześcijański tak poważnie
ocenia życie ciała – ileż w tym prawdy, że
chrześcijaństwo jest wrogiem ciała? Z takimi
twierdzeniami spotykamy się bowiem na każdym kroku!
      Prawdą jest, że chrześcijaństwo ceni ciało bardzo
wysoko, ale go nie przecenia. Nie jest ono wrogiem
radości życia ziemskiego, ale występuje z całą
stanowczością przeciwko nieokiełzanej rozpuście i
nieujętym w karby namiętnościom.
     Prawdą jest, że wymaga ono bezwarunkowego
panowania duszy nad ciałem – kosztem nawet
najwyższych ofiar; jeśli zajdzie potrzeba, nawet postem i
samozaparciem       się,     unikaniem       okoliczności
prowadzących do grzechu, jednym słowem: ascezą!
       Ale pomimo swego wielkiego optymizmu,
katolicyzm nie może zapomnieć i przeoczyć jednej
                                                     483
rzeczy. Nie może zapomnieć, że z ciałem związana jest
słabość,   skłonność    do     grzechu,    zmysłowość,
nieumiarkowanie, że tam – jak wyraził się jeden z
nowoczesnych pisarzy – „dzikie zwierzęta wyją w
lochu”. Dzikie zwierzęta, które należy trzymać krótko,
na łańcuchu!
       Katolicyzm nie jest wrogiem „używania życia”,
ale głosi, że życia naprawdę można używać tylko wtedy,
gdy poza zmysłowymi i materialnymi przyjemnościami
szukamy i subtelnej radości ducha. Czy może zrozumieć
np. Beethovena ten, kto nie jest zdolny wyczuć głębin
życia ludzkiego? Czyż klasycznego poetę np. Dantego,
albo Shakespeare’a może zrozumieć człowiek, dla
którego cała przyjemność życia streszcza się w
zabawach, w tańcu, w sporcie i w zastawionym stole;
który nie zdaje sobie sprawy z tego, że istotą życia
ludzkiego jest nieustanna walka potęgami ciemności,
nieprzerwany bój o światło, bój, toczący się nad
tragicznymi przepaściami szalejących namiętności.
      Jeśli to prawda, Bracia, to ze smutkiem musimy
stwierdzić, ż e m a r n y p e ł n e p o d s t a w y d o
obawiania się haseł nowoczesnych,
głoszących przesadną kulturę ciała. O hasłach tych będę
mówił w przyszłą niedzielę. Wówczas wyjaśnię, że
kosmetyka i pielęgnowanie ciała, utrzymane w pewnych
granicach, są dozwolone i słuszne. Ale czyż może się
zgodzić z chrześcijańską moralnością to, co się dzisiaj
dzieje? Niektórzy uprawiają wprost religijny kult
swojego ciała? Krzewią, jak nową wiarę, ideał opalania
się na słońcu, turystykę górska, miłość przyrody. Nikt
nie zaprzeczy, że sport i wycieczki, to zdrowe i
484
potrzebne rzeczy, ale czyż piwo, wypite w niedzielę
przed południem na Bielanach, może zastąpić Mszę
świętą?! Nikt nie wątpi, że pływanie i kąpiel są rzeczą
zdrową, ale czy jest zdrowe to pomieszanie i tłoczenie
kobiet i mężczyzn w jednym błocie? Czy to nie zagraża
moralności?! Nie ulega wątpliwości, że różne gałęzie
umiarkowanej atletyki są pożyteczne dla zdrowia, ale
sport, który kobiety uprawiają razem z mężczyznami,
czyż nie potęguje już i tak odstraszającej mody:
naśladowania mężczyzn przez kobiety?! Weźmy dla
przykładu scenę, jaka rozegrała się w czasie olimpiady
w Amsterdamie, w 1928 roku. Po 800 – metrowym
biegu pań zawodniczki w histerycznych konwulsjach, z
wykrzywionymi twarzami, rozczochranymi włosami
tarzały się po boisku. Czy sądzicie, że to posunie
naprzód zdrowie przyszłych pokoleń i wyjdzie na
korzyść powołaniu przyszłych matek? Można by o tym
pomyśleć, można by o tym dużo mówić, ale zostawmy
to na przyszłą niedzielę.
      Nie koniec na tym, Bracia! Zaroiło się od haseł:
„Kultura ciała”, „pielęgnowanie ciała”, „wychowanie
fizyczne” itp. Pozwólcie, że powiem: daleko ważniejszą
rzeczą, niż budowanie boisk sportowych i urządzanie
olimpiad, byłoby z punktu widzenia narodowego,
podniesienie higieny życia wielkich mas ludności!
Prawdziwa i najpiękniejsza kultura ciała wtedy
święciłaby triumfy, gdyby każdy nasz bliźni miał
wystarczający kawałek chleba, czyste mieszkanie i
potrzebny wypoczynek. Każdy dzisiaj zachwyca się
sportem. Ma to być ośrodek hartowania człowieka.
Dobrze! Ale czy walczymy z taką samą wytrwałością i
ofiarnością np. z alkoholizmem, w którego piekielnych
                                                   485
objęciach giną tysiące ludzi, zabijając życie
niezliczonych rodzin, niszcząc ich spokój i szczęście?


                     *      *     *


      Bracia! Nasza święta wiara bynajmniej nie gardzi
ciałem, w trosce o jego szczęście idzie jednak za
świętym Franciszkiem z Asyżu.
       Wiemy, że święty Biedaczyna w każdym
stworzeniu widział brata lub siostrę. Do słońca mawiał:
„Bracie słońce”, do gwiazd: „Siostry gwiazdy”, do
wilka: „Bracie wilku”. A czy wiecie, jakimi słowami
zwracał się do swojego ludzkiego ciała? Mówił do
niego: „Bracie ośle”. Słowa te może rażą dzisiejsze
ucho, ale doskonale odzwierciedlają prawdziwie
katolicki pogląd na ciało. Nie jest ono naszym wrogiem,
ani czymś złym, lecz „bratem”. Ale tylko „bratem
osłem”, któremu nie można powierzyć przewodnictwa
na drogach życia, bo od czasu popadnięcia w grzech,
wyrządziło ono duszy dużo zła. Ono szuka i pożąda
grzechu, jak osioł przydrożnych bodiaków.
       Bądźmy więc wdzięczni naszej świętej wierze, że
wśród dzisiejszego rozpasania się kultury ciała,
odważyła się wypowiedzieć swoje zdanie. Cenię ciało,
ale duszę uważam za coś wyższego! Nie mogę zachwalać
kultury ciała, która zabija duszę! Chętniej zniosę słabsze
ciało, niż grzeszną duszę! Wolę nawet mniej zgrabnego i
nieco słabszego człowieka z charakterem, aniżeli
wysportowanego złodzieja! Piękna twarz podoba mi się
tylko wtedy, gdy odzwierciedla piękną duszę!
486
       Bracia! Cieszmy się, że nasza wiara wśród zamętu
dzisiejszych haseł prowadzi nas, jak gwiazda, że nie
pozwala utonąć nam w ziemi, w ciele, materii, ale przez
odpowiednie ustosunkowanie się do życia cielesnego,
chce nas doprowadzić do żywota wiecznego.
      Królowie ze Wschodu w cielesnej twarzy
Dzieciątka betlejemskiego znaleźli Boga. Powtórzmy i
my ze zrozumieniem wspaniałą modlitwę dzisiejszej
(kazanie było wygłoszone 6 stycznia) Mszy świętej:
      „Boże, któryś w dniu dzisiejszym Jednorodzonego
Syna Twego przez ukazanie się gwiazdy narodom
objawił, spraw miłosiernie, abyśmy, poznawszy Cię
przez wiarę, do szczęścia oglądania Majestatu Twego w
niebie byli doprowadzeni”. Amen.


                       XXXVI.


           O PIELĘGNOWANIU CIAŁA.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Gorącego     lata, pewien pan zwiedzał Paryż.
Każdy, zwiedzający Paryż, stara się zobaczyć przede
wszystkim pałac wersalski, zbudowany z niesłychaną
rozrzutnością przez Ludwika XIV, zwanego „Królem
słońcem”. Kto zajdzie do ogrodu wersalskiego, niech nie
zapomni zwiedzić pałacu Trianon, który Ludwik XIV
kazał wystawić dla jednej ze swoich kochanek.

                                                   487
      Otóż wyżej wspomniany pan zdążał powoli w
kierunku Trianon… Napotkany przechodzień zwraca mu
uwagę, żeby nie szedł zwykłą drogą koło stawów,
ponieważ z powodu upałów i suszy wyginęły ryby
masami, wskutek czego nieznośne tam teraz powietrze.
      – Zarażone powietrze? – przeraził się w duchu ów
pan. Co się tu działo w takim razie w czasach, kiedy król
i jego dwór zapominali o wszystkim, uganiając się za
grzesznymi radościami? Jaka tu musiała istnieć przepaść
rozpusty?! Mówiąc nowoczesnym językiem: jak
niesłychany musiał tu być rozkwit „kultury ciała”?!
Higiena, kosmetyka, moda, dobrobyt, rozrywki,
używanie… Słowa te może nigdy i nigdzie nie były w
tak wielkim, wprost „religijnym” poważaniu, jak w
parku wersalskim za promieniowania „Króla słońca”!
Tu, po raz pierwszy, z ust grzesznicy padły słowa
niczym nieskrępowanej rozpusty, słowa, które stały się
później hasłem pohulanek: „Après nous le deluge!” –
„Tylko wesoło… potem może przyjść potop!”
       Tylko ostrożnie!… Poczekajcie! Przyjdzie potop!
Gdyby choć na chwilę przerwali nieustanne pławienie
się w rozkoszy, byliby już usłyszeli daleki pomruk
rozgoryczonych tłumów… Ale nie mieli czasu na
zastanawianie się… i przyszedł potop… Potop krwi!
Groza rewolucji francuskiej, która zmiotła wszystko:
dobrobyt, przepych, używanie, państwo, grzech,
rozpustę… Zmiotła wszystko…, bo wielkie prawa
historii nie przebaczają tym, którzy za sens życia
uważają zabawę i ciągłe bale, którzy poza obżarstwem,
rozrywkami i używaniem rozkoszy, nie znają innego
celu.
488
      Bracia! W ubiegłą niedzielę zastanawialiśmy się,
jaką wartość posiada życie ziemskie i jak tych wartości
należy używać. Starałem się udowodnić, że ciało z
punktu widzenia chrześcijańskiego nie jest wrogiem
duszy, ale, że chrześcijaństwo uważa je za
nieodstępnego towarzysza naszej ziemskiej wędrówki,
którego zdrowie i zdolność do współpracy z duszą
winniśmy wstawić w program naszego posłannictwa
ziemskiego. To było tematem ostatniego kazania.
Dzisiaj musimy zastanowić się nad drugą częścią
zagadnienia: jeśli uznajemy konieczność ciała, to
musimy uznać i potrzebę pielęgnowania go. Nie tylko
wolno, ule należy otoczyć ciało konieczną opieką i
staraniem, przesadne atoli pieszczenie się nim i
niańczenie go jest grzechem, który bezpośrednio
dotyczy wprawdzie tylko jednostki, ale może
spowodować i upadek narodów.
        Oto dwie główne myśli dzisiejszego kazania.
Przede        wszystkim      musimy       zbadać,     jakie
dozwolone                  granice               zakreśla
chrześcijański                            światopogląd
p i e l ę g n o w a n i u c i a ł a , a następnie zastanowić
się, i l e n i e b e z p i e c z e ń s t w a k r y j e w
sobie przesadna troska o ciało.




                                                        489
                           I.


  W jakich granicach pielęgnowanie
    ciała jest usprawiedliwione?


    1) Stwierdziliśmy już, że chrześcijaństwo n i e
zabrania      pielęgnowania           ciała      w
ramach        zdrowego           rozumu           i
moralności, t.j. zupełnie nie potępia
zabaw,            miłych             rozrywek,
przyjemności,                         zabiegów
kosmetycznych, ani ubioru.
      Przyglądając się jednak bliżej hasłom:
„pielęgnowanie ciała”, „kultura ciała”, spostrzegamy, że
są one wyrazem głębokiej i charakterystycznej
właściwości człowieka.
       Człowiek dąży do tego, by jego ciało było zdrowe,
silne i piękne. To leży już w ludzkiej naturze. Chcemy
być piękni, silni! Dlaczego? Gdzie leżą źródła tego
zjawiska? Bo kiedyś wszyscy byliśmy takimi!
      Żyje w nas jakieś prastare wspomnienie czasów,
kiedy to grzech jeszcze nie zburzył w człowieku
podobieństwa Bożego, kiedy nie tylko dusza, ale i ciało
było piękne, silne i zdrowe. Człowiek ustawicznie tęskni
do tego stanu idealnej szczęśliwości i ta tęsknota może
jeszcze nigdy nie wybuchła tak żywiołowo, jak dzisiaj,
po wojnie światowej. Kuracja wodna i słoneczna, świeże
powietrze, turystyka, atletyka, sport, taniec rytmiczny,
490
sztuka kinetyki, kosmetyka i całe roje przeróżnych
terminów technicznych krążą koło nas, a celem ich jest:
piękny i silny człowiek.
      Cóż na to powiedzieć? Potępić? Miliony, miliony
ludzi pędzi za hasłem „kultura ciała”. Czy potępiając to
hasło w całej rozciągłości, możemy już kwestię uważać
za rozstrzygniętą? Nie! Nawet z chrześcijańskiego
punktu widzenia nie wolno go potępiać w zupełności.
Człowiek dąży do szczęścia – jest to zasadniczym rysem
jego natury. A czy można być szczęśliwym już tu na
ziemi? W życiu spada na nas wiele cierpień, bólów i
klęsk. Ale czy my je znosimy z poddaniem, jako dar
Boży? Ból jednak nie jest celem, jeno środkiem.
Chrześcijaństwo nie tylko pozwala, ale nawet zachęca,
byśmy o ile możności ulżyli sobie w cierpieniach i
uczynili życie ziemskie znośniejszym, lżejszym,
pogodniejszym, bardziej radosnym!
      Tak, to nam wolno!
      Ale tutaj tkwi sporny punkt. Człowiek pragnie się
weselić całą pełnią życia, chrześcijaństwo zaś chce jego
życie napełnić owocną treścią. Sądzę, Kochani
Słuchacze, że mnie zupełnie zrozumiecie, jeśli myśl
moją wyrażę w ten sposób: Celem katolików jest nie
kult ciała, ale jego wsławienie i podniesienie;
podniesienie z nizin czczego piękna materii, z czysto
zwierzęcej – że się tak wyrażę – urody, na wyżyny
harmonijnego piękna duszy. Chrześcijaństwo zezwala na
używanie życia, utrzymywanie piękna i rozrywki – ale
tylko w      granic       zakreślonych          przez
dobro i szczęście duszy.

                                                    491
      2) Skoro więc katolicka moralność w granicach
zdrowego rozumu pozwala przestrzegać przepisów
mody, kosmetyki, i dbać o piękność, to tym bardziej nie
potępia h a r t o w a n i a c i a ł a i s p o r t u .
       I nie myślcie, że opinia Kościoła katolickiego jest
tutaj sprzeczna z opinią Pisma świętego! Czytamy tam
bowiem: „Więcej wart biedny a zdrowy o silnej
postawie, niż bogaty a ukarany na swym ciele
[chorobą]… Nie ma większego bogactwa nad zdrowie
ciała.” (Syr 30, 14 – 16).
      Wiara nasza uczy, że sam Bóg pragnie, by
człowiek był rosły, czysty i zdrowy. Z tego powodu
Kościół nie tylko, że pozwała na zdrowy sport, ale
gorąco go zaleca i cieszy się z jego rozwoju.
        a) R a d u j e s i ę z e w z g l ę d ó w n a w e t
c z y s t o z i e m s k i c h . Dawniej chrześcijaństwo nie
zalecało pielęgnowania ciała, bo wówczas nie było to
potrzebne. Wtenczas człowiek był dużo zdrowszy. A
dzisiaj? Przypatrzcie się dzieciom, poddającym się
badaniu lekarskiemu. Jakież to niedorozwinięte i blade!
Spójrz na rzeszę chorych, leżących na łożach szpitalnych
i pomyśl, że jeszcze większe zastępy nie mogły się
wcale tu dostać! Przyglądnij się słabym kobietom, które
nie mogą podołać obowiązkom macierzyńskim! Rzuć
okiem na sine twarze suchotników! Ogarnij wzrokiem
całą tę nędzę i powiedz śmiało: Pielęgnowanie ciała jest
rzeczą konieczną ze względów czysto ziemskich! Bo
blade, anemiczne dziecko przedmieścia, panna ze
sklepu, która pudrem i szminkami zastępuje brak
naturalnej zdrowej cery, robotnica o zapadłych
policzkach, zupełnie wyczerpana, zgarbiona matka
492
rodziny, to nie jest człowiek, jakiego Pan Bóg, nawet i
po upadku w grzech, chciał mieć na ziemi! Niech więc
nasze dzieci uprawiają atletykę, sport, niech zapisują się
do harcerstwa, niech używają słońca, lasu, wycieczek
górskich, niech się weselą, niech śpiewają. Wszystko to
winniśmy serdecznie pochwalać nawet z czysto
racjonalnego punktu widzenia.
       b) Ale cieszymy się tym jeszcze bardziej z e
w z g l ę d u n a d u s z ę . Jak to? Więc sport,
hartowanie ciała posiada wartość dla duszy? Jeszcze
jaką! Gdyby nawet sport, hartowanie ciała i turystyka
nie przynosiły innych korzyści, prócz odciągania ludzi
od nikotyną zatrutego powietrza kawiarń i karczem, od
dusznej atmosfery kin i sal zabawowych, to z punktu
widzenia duszpasterstwa już i tym powinniśmy się
cieszyć.
      Ale hartowanie ciała daje jeszcze inne pozytywne
korzyści.
      Czyż nie jest rzeczą znamienną, że śpiew aniołów,
zwiastujących narodzenie Chrystusa, pierwsi usłyszeli
pasterze, zahartowani przez deszcz, wiatry i burze?
Wygoda i rozpieszczenie wcale nie wychodzą duszy na
korzyść; jej rozwojowi lepiej odpowiada surowa karność
i     panowanie        nad      sobą.     Zniewieściale,
nieprzyzwyczajone do karności i rozpieszczone ciało jest
głuche na słowa Ewangelii i odwrotnie, człowiek karny,
panujący nad sobą, łatwiej usłyszy głos Pana.
      Zasięgnijmy w tej sprawie zdania gorliwych
prefektów i spytajmy, którzy z uczniów sprawiają im
najwięcej kłopotów? Którzy z nich najmniej

                                                      493
odpowiadają wymaganiom życia chrześcijańskiego?
Którzy najchętniej uchylają się od obowiązków? Którzy
nie uczą się, nie modlą i popełniają grzech za grzechem?
Ci, których w domu zanadto rozpieszczano i
pielęgnowano, ci, którzy nie nauczyli się cnoty
wyrzeczenia.
    Teraz rozpowszechnia się            zdrowy     sport,
wymagający ćwiczeń i treningu ciała.
       Trening ciała! No, to jeszcze pół biedy! Czy jest
na świecie ktoś, kto by się tak dobrze znał na trenowaniu
ciała, jak Kościół katolicki? Czyż to nie święty Paweł
pisze: „poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę” (1
Kor 9, 27).
      Co robią poważni sportowcy, przygotowując się
do zawodów? Żyją „po sportowemu”. Jakież są przepisy
tego życia? „Wcześnie wstawać i wcześnie kłaść się
spać”. Kościołowi i to nie jest obce! Przed kilkoma laty
zwiedziłem klasztor OO. Benedyktynów w Seckau.
Latem i zimą wstają tam rano o wpół do czwartej.
Stamtąd pojechałem odwiedzić Cystersów w Mehrau,
nad jeziorem Boden; ci znów wstają o trzeciej, latem i
zimą!
      Czegoż jeszcze wymagają przepisy życia
sportowego? – „Umiarkowanego odżywiania się!” Tak?
To zgadza się również z przepisami Kościoła, odnośnie
do postów!
      Dalej: „Prowadzić czyste i wstrzemięźliwe życie”.
O,    przecież     to    jest  najsubtelniejszy   kwiat
chrześcijańskiej etyki! Dyscyplina, panowanie nad sobą,
trzymanie ciała na wodzy – przecież to są
494
starochrześcijańskie zasady! Różnica tylko w tym, że
wtedy nazywało się to „ascezą”, a dzisiaj „życiem
sportowym”. Mniejsza o słowa. Brzmi to trochę
dziwnie, ale możemy powiedzieć śmiało, że sport jest
ascezą dzisiejszego człowieka!
      Że tak jest w rzeczywistości, że „sport” i
„chrześcijańskie samozaparcie się” – są to dwa wyrazy
pokrewne, możemy to stwierdzić naocznie, przyglądając
się zwyczajom pewnego włoskiego miasteczka.
      Wszyscy znamy, z imienia przynajmniej, włoskie
miasteczko Sienę. Imię jego rozsławiła wielka Święta,
Katarzyna. Otóż w tej Sienie panuje osobliwy zwyczaj
ludowy. Co roku marmurową posadzkę kościoła
katedralnego pokrywają tam deskami. W jakim celu?
„Dzisiaj mają się odbyć wielkie wyścigi konne! Po
wyścigach, uczestnicy zawodów konno przyjeżdżają pod
katedrę” – objaśniano mi. – Czy wiecie, jaka jest
pierwsza nagroda zwycięzcy? Nie schodząc z konia, tak,
jak pokonał przeciwników, wjeżdża do kościoła, pędzi
cwałem, aż przed wielki ołtarz, i w czasie odprawiającej
się Sumy, siedząc na koniu, oddaje przepisane honory.
Miasto świętej Katarzyny głosi światu: sport świecki i
asceza Kościoła, to dwa pokrewne pojęcia!




                                                    495
                          II.


      Niebezpieczeństwa przesadnego
           uprawiania sportów.


      Ktoś może powiedzieć: „Dzisiejsze kazanie było
właściwie gorącą propagandą sportu! Jeżeli tak dużo
miłych zalet posiada sport i pielęgnowanie ciała, to
wszystko w porządku! W takim razie bezkrytycznie
możemy zachwycać się wszystkim, co ludzie
wyczyniają w imię haseł pielęgnowania ciała…”
      To już nie, Kochani Bracia! Lojalnie uznaję
wartość sportu, ale nie mogę być ślepy na widok
niewątpliwych niebezpieczeństw, kryjących się w
przesadnej trosce o ciało.
      1) Powiedziałem przed chwilą otwarcie, że ciału
wolno dać wszystko, co mu się prawnie należy, jak:
wypoczynek, sen, rozrywkę, pokarm, odzież,
mieszkanie. Wolno mu dać nie, tylko niezbędne rzeczy,
ale trzeba się starać, by one były gustowne, piękne,
wygodne, czyli, jak to nazwałby ktoś „życie nasze było
estetycznie urządzone”.
        Ale jest jedna podstawowa teza, z której nic nie
można opuścić. S t a r a j ą c s i ę o p i ę k n o ,
baczmy,           by     dusza        zawsze       była
k r ó l e m , a c i a ł o s ł u g ą . Tak, pielęgnowanie
ciała nie śmie wychodzić duszy na szkodę! Bo,
chociażby człowiek nie wiem, jak się stroił, malował,
496
uprawiał kurację odtłuszczającą, albo tuczącą, zakrapiał
sobie atropinę do oczu, żeby błyszczały, szminkował
wargi i masował twarz, żeby była świeża – przyjdzie
jednak godzina, kiedy nie pomoże ani najbardziej
wyrafinowana kosmetyka. Przyjdzie godzina, kiedy
dusza zrzuci z siebie ciało, jak zdarty łachman. Godzina,
w której najlepsza szminka nie pomoże, kiedy
najsilniejsza perfuma nie zabije zapachu zgnilizny, kiedy
skończy się wszelka moda. Całun przecież nie kieruje
się krzykiem mody…
      Bracie, Siostro, która poza strojeniem się nie
widzisz dzisiaj innego celu w życiu, nie zapominaj o tej
godzinie!
       2) Ale, nie tylko pielęgnowanie piękności posiada
niebezpieczne               strony,     posiada       je
r ó w n i e ż i s p o r t . Niebezpieczeństwa ze względu
na religię i ze względu na kulturę narodową.
       a) Przesadne pielęgnowanie ciała kryje w sobie
niebezpieczeństwa                dla     religii.       U
niektórych pielęgnowanie ciała przybiera charakter
nowej religii. Sport zaczyna zastępować religijność
duszy. Ale podobnie, jak ustawiczna zabawa nie może
wypełnić treści życia; jak ciągłe oglądanie się w lustrze,
strojenie się i cackanie nie stanowi jeszcze o powadze
ludzkiej,     tak    samo      przyjemność      oglądania
wschodzącego słońca nie może zastąpić rannego
pacierza, ani na czarno opalona skóra nie zastąpi bieli
duszy.
      Nad boiskami sportowymi wysoko rozpościera się
niebo, i zdaje się wołać: nie wolno duszy ludzkiej

                                                      497
wtłoczyć w ciasne kręgi materii, sport nie moje zastąpić
wiary!
       Chciałbym zapytać dzisiejszych fanatyków sportu:
Czy naprawdę uważacie, że z punktu widzenia czysto
ziemskiego przynosi to korzyść państwu i ludności, gdy
dzieci mają silniejsze mięśnie i lepsze zdrowie fizyczne,
a      jednocześnie     zwyrodniałą,      niedostatecznie
pielęgnowaną duszę? Moralny hart narodu stoi o tyle
wyżej od hartu cielesnego, o ile wyżej stoi dusza od
ciała.
      Przegraliśmy wojnę, chociaż pierwszorzędnie
znosiliśmy trudy frontowe. Wskażcie mi jedna, jedyną
bitwę, w której żołnierz węgierski nie wykazał
dostatecznego hartu ciała. Nie ma takiej! A jednak
przegraliśmy wojnę! Przegraliśmy, bo dusza węgierska
niedostatecznie odporna była na truciznę moralną, poza
frontem.
       Potrzeba więc nie tylko zahartowanego, ale i
zahartowanej       duszy!      Potrzeba     nie    tylko
wygimnastykowanych rąk, ale i rąk umiejących się
składać do modlitwy! Konieczny jest hart ciała, ale
biada, jeśli zaniedba się hartowania duszy! Niech boiska
sportowe nie powodują pustki w kościołach, bo nigdy
hart ciała nie zastąpi kultury duszy.
        b) Dalej: s p o r t n i e m o ż e z a s t ą p i ć
k u l t u r y d u c h o w e j . Dlatego napominamy, i to
jest nasze drugie napomnienie, żeby boiska sportowe nie
były przyczyną pustki bibliotek, czytelń i szkół!
      Potrzebne są sprężyste muskuły, ale muskuł to
jeszcze nie wszystko! Potrzebni są atleci, ale potrzebni
498
są i filozofowie! Sport nie może być celem sam w sobie,
ale powinien przystosowywać się do wymagań
wielkiego organizmu życia ludzkiego. Niech będzie
ramą, która zdobi obraz, wartość ducha.
      A któż nie widzi, Bracia, tego niebezpieczeństwa,
że zawody sportowe, chęć pobicia rekordów, stają się
jedyną ambicją coraz to większych mas, stają się
śmiesznym rywalem kultury ducha.
      Nie miejmy za złe Kościołowi katolickiemu, który
blisko 2000 lat z olbrzymim wysiłkiem uczy ludzkość
najsubtelniejszej i najprawdziwszej kultury i wiedzy, nie
bierzmy mu za złe, że obecnie z trwogą śledzi
niebezpieczeństwa, grożące kulturze, że wśród powodzi
ziemskiego, zmaterializowanego sposobu myślenia,
który zagraża wszystkiemu, ośmiela się, w interesie
wyższej kultury, podnieść głos ostrzegawczy.
      Z tysiąca bowiem przejawów codziennego życia
wnioskujemy, że ludzkość straciła miarę prawdziwej
wielkości i prawdziwej wartości! Zapytaj się, kto
otrzymał zeszłego roku nagrodę Nobla! Mało kto wie.
Ale zapytaj, kto zdobył zeszłego roku mistrzostwo w
biegu, kto zwyciężył w pływaniu na 400 metrów?
Zobaczysz, ilu odpowie!
      Zapytaj się ludzi, kogo znają, kogo najwięcej
podziwiają, a kogo najmniej. Najmniej znają mędrców,
wielkich myślicieli i dobroczyńców świata. Więcej już
wiedzą o politykach, jeszcze więcej o pisarzach i
wynalazcach. Bardziej jeszcze pochłaniają uwagę tłumu
milionerzy. Ale i tych w popularności przewyższają
szampioni sportu, piękności filmowe i konie wyścigowe.

                                                     499
A ponad wszystkimi jest jeszcze jedna grupa ludzi,
ciesząca się największym rozgłosem – to grupa wielkich
przestępców.
      Nie przesadzam, Bracia! Powiedzcie, czy nie taki
jest dzisiaj stan umysłów szerokich mas?! Czytamy
zawsze, i wszędzie o meczach, zawodach, o
przyjmowaniu lotników, o zawodach ligowych, boksie,
wyczynach siły ludzkich muskułów, jakby o jakichś,
światem wstrząsających czynach bohaterskich. Ale o
uczynkach moralnie dobrych, o czynnościach rozumu
ludzkiego nikt nie mówi.
      Powtarzam: Kościół występuje nie przeciwko
pielęgnowaniu ciała, ale przeciwko jego chwastom. Czyż
mu nie wolno zabrać głosu? Nie wolno mu mówić,
kiedy 80000 ludzi z wykrzywioną przez namiętność i
zdenerwowanie twarzą, rycząc i tupiąc nogami, śledzi,
któremu z dwóch bokserów wpierw złamie się nos,
spuchnie twarz i oczy, i w ekstazie wyczekuje, który z
nich pierwszy straci przytomność pod ciosami?!
       Mówimy o odrodzeniu i sanacji, ale co
odnawiamy? Tylko ciało! A ciało bez duszy, to trup!
Tym samym: pielęgnowanie ciała bez kształcenia duszy
jest pielęgnowaniem trupa! Oddajmy, co cielesnego,
ciału, a co duchowego, duszy… „Nie tylko chlebem
człowiek żyje” – powiedział pewnego razu Pan. Dziś na
pewno by tak powiedział: Człowiek żyje nie tylko z
footballu, ze skoków wzwyż, sportu, zabawy i
pochodów uroczystych, ale „każdym słowem, które
wychodzi z ust Boga”. Czyli najpierw dusza, a potem
ciało! Wpierw praca, a potem rozrywka! Wpierw cnota,
a potem wiedza! Wpierw niedzielna Msza święta, a
500
potem ćwiczenia gimnastyczne i wycieczka! Wpierw to,
co jest wieczne, a potem sprawy ziemskie!
       Tak: nasza święta wiara ma odwagę to
powiedzieć! Przypomina, że punkt ciężkości życia
ludzkiego leży nie na tym świecie, ale w wieczności. Ale
dzisiejsza ludzkość straciła równowagę, dlatego nie
może utrzymać się prosto, zatacza się, chwieje, często
nawet staje na głowie. Bądźmy wdzięczni naszej świętej
wierze, że w czasach ogólnego niedoceniania wartości
ma odwagę mówienia prawdy.


                     *     *      *


       Na tym zakończę dzisiejsze kazanie, Kochani
Bracia. Zakończę słowami, które święty Paweł umieścił
w pierwszym liście do Koryntian. Znał on widocznie
igrzyska, odbywające się w Istmos, i cały sport
koryncki. Widział, jak zawodnicy walczą, wysilają się,
jak olbrzymie trudy pokonują. A wszystko w jakim
celu? Celem zdobycia więdnącego wieńca, który mógł
otrzymać tylko jeden z zawodników. Pod wpływem
igrzysk napisał te przepiękne słowa: „Czyż nie wiecie,
że gdy zawodnicy biegną na stadionie, wszyscy
wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę?
Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali. Każdy, który
staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby
zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą”
(1 Kor 9, 24 – 25).
      Bracia! Według słów św. Pawła, wszyscy
Jesteśmy sportsmenami Chrystusa Pana. Wszyscy
                                                     501
ćwiczymy się, by osiągnąć życie wieczne. Całe nasze
życie ziemskie jest biegiem na zawodach. Bieg – nie
krótkodystansowy, ale długodystansowy. Może trwać i
70 – 80 lat! Bieg, nie po równej płaszczyźnie, lecz z
przeszkodami. Iluż to wywraca się w drodze? Chodzi tu
nie o jedną tylko nagrodę, – bo każdy może wygrać! Nie
o więdnące laury, ale o niezniszczalny wieniec żywota
wiecznego. W i e n i e c , k t ó r y n i e w i ę d n i e !
Wieniec zawsze zielony! Wieniec,
którego         nam      nikt      nie    odbierze!
Wieniec, którym przyozdobi nas Bóg!
     Bracia! Żegnam was słowami świętego Pawła:
„Tak biegnijcie, abyście tę nagrodę dostali!” Amen.


                        XXXVII.


               URNA CZY TRUMNA?


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      W     dwóch ostatnich kazaniach mówiliśmy o
wartości życia ziemskiego, o jego używaniu, o
szanowaniu zdrowia, o pielęgnowaniu i hartowaniu
ciała. Piąte Przykazanie Boskie zabrania niszczenia
życia ziemskiego i jednocześnie daje przepisy, jak się
należy ciałem opiekować. Chrześcijaństwo zawsze
znajdywało prawdziwą drogę wśród chaosu przesadnych
pojęć: potępiło dawnych, fałszywych nauczycieli, którzy
w ludzkim ciele widzieli złego ducha i nieprzyjaciela
502
duszy, ale i dzisiaj ma odwagę zabrać głos przeciwko
współczesnym, przesadnym pojęciom o jego kulturze i
pielęgnowaniu.
      W ostatnim przemówieniu starałem się wykazać,
że chrześcijaństwo z szacunkiem odnosi się do ciała i
otacza je należnym pietyzmem. Dziś posuniemy się o
jedną myśl naprzód.
       O jedną myśl, która z pewnością wielu z was
zaskoczy. Chrześcijaństwo szanuje i otacza pietyzmem
nie tylko żywe, ale i m a r t w e c i a ł o . W
poszanowaniu dla ludzkiego ciała posuwa się tak daleko,
że nawet amputowanych części ciała nie pozwala
wrzucić do kanałów, ale i te grzebie z szacunkiem.
Kościół otacza ciała swoich wiernych zmarłych
religijnym pietyzmem. Kropi je wodą święconą i wśród
wzruszających modlitw kładzie na spoczynek w
poświęconą ziemię cmentarną, jak to zwykła czynić
matka, kiedy na czole kochanego dziecka robi znak
krzyża przed ułożeniem go do snu. Jak macierzyńską
miłością otacza Kościół zwłoki zmarłych wiernych, jak
troszczy się o ich spoczynek! Aż czterdzieści kanonów
prawa kościelnego mówi o zmarłych i ich grzebaniu
(1203 – 1242). Miejsce ich spoczynku poświęca, jak
świątynię. Pierwotnie chowano zmarłych koło kościoła.
Pierwszym       grobem    był     grób    męczennika,
spoczywającego pod ołtarzem; do niego przylegały
groby innych wiernych. Światło lampy wiecznej i na ich
groby rzucało swoje pełne nadziei promienie, dla nich
brzmiał głos dzwonka na Podniesienie i dla nich grał
głos dzwonu na „Anioł Pański”. W wielu krajach jeszcze
i dziś każdego zmarłego wnoszą do kościoła – chcąc go
                                                   503
jakby pożegnać z Przenajświętszym Sakramentem – a
stamtąd dopiero na cmentarz. Ileż to pietyzmu, ile
miłości macierzyńskiej nawet dla zwłok!
      Czy to nie ciekawe zjawisko?! Bracia, że
chrześcijaństwo, które zawsze mówi o życiu wiecznym,
o życiu pozagrobowym, które na każdym kroku
podkreśla wyższość życia pozaziemskiego, taką czcią
otacza ziemskie szczątki człowieka! Naprawdę, serce
matki posiada nasz Kościół, bo tylko matka zdolna jest
do takiego oddania się w czuwaniu nad zwłokami
swojego dziecka, i śmiało podniesie głos, gdy coś
zagraża trumnie.
       Kilkadziesiąt lat temu propaganda antyreligijna
rzuciła hasło: zmarłych nie należy grzebać, ale palić w
krematoriach.
       Przed wojną światową za granicą były już
krematoria, a po wojnie zdwojonymi siłami starają się je
wszędzie zaprowadzić. Państwo nasze trzyma się jeszcze
starych zasad – u nas jeszcze nie ma krematoriów. Ale
przy uchwaleniu budżetu stołecznego miasta
Budapesztu, pewna niechrześcijańska partia zgłosiła
wniosek o wybudowanie krematorium, jakby chodziło o
jakąś piekącą sprawę publiczną, jakby tego tylko
brakowało narodowi do szczęścia. Planu swojego
dotychczas nie przeprowadzili, więc spalanie zwłok nie
jest u nas tematem aktualnym. Ale zdaje mi się, że przy
omawianiu V Przykazania warto poświęcić jedno
kazanie temu zagadnieniu. Trzeba być przygotowanym
na każdą ewentualność i wiedzieć: 1) jakie dowody są
przytaczane na korzyść spalania zwłok i 2) dlaczego
nasza święta wiara w dalszym ciągu pragnie pozostać
504
przy zwyczaju grzebania w ziemi.


                            I.


    Jak udowadniają palenie zwłok?


     Zwolennicy spalania zwłok przytaczają potrójne
dowody: zdrowotne, gospodarcze i uczuciowe.
      1) M o t y w y z d r o w o t n e . Straszą ludzi, że
zwłoki grzebane zakażają wodę, studnie, powietrze i
rozszerzają zakaźne choroby…
       Ważny to dowód! Gdyby to była prawda, Kościół
katolicki natychmiast zaniechałby zwyczaju grzebania
zmarłych. Kiedy zwolennicy palenia zwłok po raz
pierwszy wysunęli tę myśl, miała ona wielką siłę
przekonywującą. Ale dzisiaj straciła ją zupełnie.
Kongres zdrowia w Wiedniu („Kongress für
Gesundheitspflege”) wykazał dobitnie, że woda w
studniach cmentarnych jest czystsza, aniżeli w innych.
Zbadano powietrze krypt w Paryżu – i nie znaleziono
nich ani jednej bakterii. Dziś jest rzeczą udowodnioną,
że zwłoki pogrzebane przepisowo, nie zagrażają
niebezpieczeństwem dla zdrowia.
      Ale niezależnie od twierdzeń i badań lekarskich
możemy się powołać na fakt, że wielu ludzi żyje blisko
cmentarzy, po wielkich miastach nawet na samych
cmentarzach, a jednak nie ma wśród nich wcale
większego procentu chorób, aniżeli wśród innych. W
Tyrolu, w wielu miejscowościach, cmentarze są jeszcze i
                                                      505
dziś koło kościoła, a więc w środku wsi, lub miasteczka,
a jednak nie zanotowano tam większej śmiertelności
wśród ludzi. W starych zagranicznych klasztorach
cmentarze są między murami klasztornymi, niedaleko od
nich jest studnia, a jednak nic złego się nie dzieje.
Towarzystwa lekarskie i codzienne doświadczenie
jednogłośnie            zaprzeczają           rzekomym
niebezpieczeństwom cmentarzy i zwolennicy palenia
zwłok nieomal boją się już przytaczać tego dowodu.
       2) Oczywiście nie dają przegraną, i przytaczają
inne dowody w obronie swojej tezy, a szczególną
zwracającą uwagę na s t r o n ę g o s p o d a r c z ą
z a g a d n i e n i a . Palenie zwłok – mówią – jest bardziej
ekonomiczne dla ludzkości, bo nie trzeba zajmować tak
dużych obszarów ziemi pod cmentarze, które można by
zasiać i powiększyć w ten sposób ilość zboża. Tak,
Bracia, rzeczywiście: pod cmentarz potrzeba pewnego
obszaru ziemi. Ale pszenica, która by urosła na tym
kawałku gleby, na pewno niewiele zaważyłaby na szali
światowej produkcji! Po trzydziestu latach przecież i tak
można na nowo rozpocząć grzebanie na starym miejscu,
więc nie zachodzi potrzeba wycofywania coraz to
nowych obszarów z pod uprawy.
       Rzućmy jednak okiem i na drugą stronę tego
medalu. Jeśli twierdzą, że cmentarz jest kosztowny,
niech i nam wolno będzie wspomnieć, że krematorium,
czyli specjalnie na ten cel zbudowany dom, maszyny i
potrzebne urządzenia, są rzeczą również kosztowną. I
jeśli zestawimy koszta grzebania w ziemi z kosztami
spalania, to, to ostatnie na pewno jest kosztowniejsze. Są
wprawdzie miasta, gdzie palenie zwłok kosztuje
506
minimalne sumy, ale tam magistrat przeznacza
olbrzymie subwencje na utrzymanie krematoriów,
rozumie się: z pieniędzy ściągniętych w formie podatku
od obywateli, którzy o paleniu zwłok ani słyszeć nie
chcą.
      Obowiązkowe spalanie zwłok natrafia na takie
trudności, że jest niemożliwym do przeprowadzenia.
Trudno sobie bowiem wyobrazić, żeby można w każdej
wsi wybudować kosztowne krematorium. Jeśli natomiast
wystawi się je w dwóch, lub trzech większych miastach,
to będzie to luksus, dostępny tylko dla zamożniejszych
obywateli. W wielu za granicznych miastach i w czasie
wojny były krematoria. I zdarzało się, że żyjący ludzie
marznęli wskutek braku węgla, szkoły były
pozamykane, ale do opalenia maszyn krematoryjnych
węgla nie brakło. To ma być strona gospodarcza?
       Zwolennicy spalania zwłok mają jeszcze inne,
nowsze motywy gospodarcze – ale lękam się przytaczać
je tutaj. Niektórzy dowodzą, że grzebanie w ziemi jest
marnotrawstwem,       bo  zwłoki     zawierają   dużo
pożytecznych składników, które po spaleniu ciała
mogłyby być użyte do uprawy ziemi.
      Bracia! Twierdzenie to jest z gruntu fałszywe. Te
właśnie pożyteczne składniki marnują się bezpośrednio
w kominie krematorium. Niszczeje całe bogactwo
kwasów i gazów, które ze zwłok, zagrzebanych w
ziemię, dostają się wprost do gleby. Widzimy więc, że w
samym założeniu mijają się z prawdą. Ale idąc dalej,
pytam się: Tośmy już tak nisko upadli?! W czasie wojny
krążyły pogłoski, że w pewnej miejscowości mydło
fabrykują ze zwłok, i nawet zatwardziała wskutek wojny
                                                   507
ludzkość wzdrygała się na tę wieść. A teraz, w czasie
pokoju, chcą prochami nas drogich zmarłych uprawiać
grunta, z kości ich palić wapno?!
     3) Rozpatrzmy jeszcze najważniejszy dowód
zwolenników palenia zwłok: p o w o ł y w a n i e s i ę
na uczucie.
       Mógłbym tu odczytać okropne opisy, jak to
robaki, żaby i gady pożerają człowieka zagrzebanego w
ziemię… O ileż „piękniejszy – mówią jest rozkład”, i
„bardziej estetyczni koniec” w piecu krematoryjnym!
Nad wejściem do krematorium w Mediolanie dano taki
napis „Vermibus erepti puro consumimur igne” –
„Robactwu wydarci, czystym spalamy się ogniem”. Czy
to, Bracia, nie jarmarczne chwytanie gości?
       Przede wszystkim nie jest prawdą, że ciało
pogrzebane pożerają robaki, żaby i gady. A jest rzeczą
powszechnie wiadomą, że rozkład powodują niezliczone
baterie, przebywające w ciele. Prawda, że nie jest to
widok estetyczny, ale jest to rozkład naturalny, podczas
gdy spalanie jest rozkładem sztucznym i gwałtownym.
Grzebiąc, oddajemy zwłoki ziemi, żeby ona dokonała
pracy rozkładu, a przy spalaniu sami niszczymy ciało
naszych kochanych osób.
      O ile spalenie jest piękniejsze i bardziej
estetyczne, niż naturalny rozkład dokonany w głębi
ziemi, o tym mógłbym powiedzieć parę szczegółów,
gdyby mi pozwalała na to świętość przybytku Bożego i
gdybym nie szanował nerwów moich słuchaczy. Cóż się
dzieje w ciągu tej półtorej godziny, kiedy w
temperaturze 1000 stopni smaży się umarły? Jakżeż on

508
powykrzywiany i pomarszczony! Jego członki skręcają
się, jak gdyby cierpiał straszne męki piekielne. O tym
lepiej nie mówić. Obsługa krematoryjna dobrze wie,
dlaczego nie pozwalają patrzeć na palenie, nawet
najbliższym krewnym zmarłego. Ci by na pewno
urządzili bezpłatną reklamę, ale z pewnością nie
spalaniu! Przytoczę słowa naocznego świadka: „Przez
kilka dni nie mogłem uwolnić się od tego wstrętnego
widoku. Obrzydzenie mnie ogarniało, ile razy
przypomniałem sobie ten okropny obraz”.
      Mówią, że spalanie jest połączone z większym
pietyzmem dla zmarłego? W mieście Gotha podawano
sobie z rąk do rąk szczątki 23 – letniej damy w czasie
uroczystego obiadu. To ma być większy pietyzm?
Pewien małżonek w Ameryce prochy swojej żony
umieścił w salonie, w kasecie. – Czy to jest większy
pietyzm? Inny znów Amerykanin rozporządził w
testamencie, żeby jego prochy po spaleniu umieszczono
na ladzie szynkowej. Czy i tutaj jest pietyzm? (Stimmen
aus M – Laach, t. 43, str. 556).
      Powiedzcie sami, kochani Bracia, czy nie jest to
bardziej ludzkie, bardziej wzruszające pożegnanie, gdy
wśród niemego bólu krewnych i błagalnych modlitw
Kościoła, z dostojnym spokojem spuszczają trumnę do
łona matki ziemi, żeby przyjęła z powrotem swojego
syna, którego na świat wydała? Jeśli ma kto prawo
powoływać się na „estetykę”, na „artyzm”, to z
pewnością mają je zwolennicy grzebania w ziemi.
Zwróćcie uwagę na upajające piękno arcydzieł sztuki,
które pietyzm religijny wytworzył na cmentarzach
Mediolanu, Genui i innych miast włoskich. Wstąpcie na
                                                   509
kwadrans na cmentarz małej tyrolskiej wioski. Dajcie się
porwać jego nastrojowi, przepojonemu zapachem
kwiecia, a zobaczycie, gdzie jest estetyka i piękno.
Osądźcie sami, Bracia, co jest piękniejsze, co budzi
większy szacunek: urna z prochami matki, ustawiona w
ogrodzie, jako ozdoba, czy jej grób, uwieńczony
ogrodowymi kwiatami?
      Przytoczyłem wszystkie dowody zwolenników
spalania zwłok. Pozo stało nam jeszcze omówić
przyczyny, dla których Kościół nadal chce pozostać przy
zwyczaju grzebania zmarłych.


                          II.


      Motywy grzebania zmarłych.


       1) Przed wszystkim, kochani Bracia, m ó g ł b y m
przytoczyć                  ciekawe          dowody
p r a w n i c z e . Palenie zwłok już z punktu widzenia
prawniczego spowodowałoby poważne straty. Często
zdarza się, że po wielu latach zachodzi potrzeba
ekshumacji zmarłego, gdyż istnieje podejrzenie, że
został otruty. Na zwłokach już od wielu lat
spoczywających w ziemi, można wykazać z pewnością
ślady trucizny, gdy tymczasem na prochach spalonego
zmarłego już drugiego dnia nie da się wykryć zbrodni.
      Jestem przekonany, że gdyby nasza święta wiara
zgodziła się na palenie zwłok, pierwsi zaprotestowaliby
przeciwko temu prawnicy
510
     2) Jednak mamy daleko ważniejsze dowody,
przemawiające za grzebaniem zmarłych. Przede
wszystkim wspomnę t y s i ą c l e t n i ą t r a d y c j ę
ludzkości.
      Pierwotnie wszędzie grzebano zmarłych. Chociaż
w zaraniu kultury trudno było człowiekowi
prymitywnymi narzędziami wykopać dół, i łatwiej
byłoby rzucić ciało na żer dzikich zwierząt, tego jednak
nie robiono! Człowiek pierwotny kopał grób w ziemi,
albo rył jaskinię w skale. Otwór zatykał wielkimi
kamieniami, jakby chcąc zaznaczyć, że łono ziemi jest
łonem matki, gdzie zmarły cicho spoczywa tak długo,
dopóki jakaś wyższa moc nie powoła go znowu do
życia. Tak, pierwotny człowiek wierzył w nowe życie.
Dlatego obok zmarłych układał ich broń, symbol
godności ziemskiej. Dawano do grobu nawet farbę
czerwoną, aby bladość, którą śmierć wymalowała im na
twarzach, mogli sobie na tamtym świecie przefarbować.
Pogaństwo wprawdzie praktykowało później spalanie,
ale prastarym, pierwotnym zwyczajem było grzebanie
zwłok.
      Chrześcijaństwo     zawsze     grzebało   swoich
zmarłych. O Panu Jezusie również mówimy:
„Ukrzyżowan, umarł i pogrzebion”. W katakumbach
kładziono ciała męczenników do ziemi, w wiekach
średnich w długich klasztornych korytarzach i w
ścianach katedr. Nie dziwmy się więc, że nasza święta
wiara dla uspokojenia swych wrogów nie może się
wyrzec tysiącletnich tradycji, które są jakby pięknymi
rodzinnymi zwyczajami.
      3) Dla zaspokojenia wrogów! Tym powiedziałem
                                                     511
już i trzecią myśl, najgłówniejszy powód, dla którego
nasza święta wiara sprzeciwia się paleniu zwłok. M y ś l
palenia        zwłok         podjęli         bowiem
nieprzyjaciele chrześcijaństwa i jej
rozpowszechnianie               służy       ukrytym
celom antyreligijnym.
      Palenie zwłok na pozór zdaje się być rzeczą
obojętną – a jednak Kościół sprzeciwia mu się.
      Dlaczego?
       a) Bracia! Chcę mówić otwarcie: nie mamy
dogmatycznych trudności przeciw paleniu zwłok.
Chociaż w krematorium jest 1000 stopni ciepła, dusza
się nie spali! Jeśli człowiek spłonie na popiół,
wszechmogący Bóg tak samo go wskrzesi, jakby był
pochowany w ziemi. Oszalały Nero palił męczenników,
jak żywe pochodnie, a wierzymy, że wstaną z martwych.
Zderzają się samochody, podróżny spali się w
płomieniach benzyny – a Kościół go grzebie i wierzy w
jego zmartwychwstanie. W czasie epidemii grzebie
popioły zmarłych, których musiano spalić. Kościół
wszystko to robi! Ale do tego nie może dopuścić,
Bracia, żeby rolę religii przy śmierci, przy grobie – tam,
gdzie dusza ludzka jest najbardziej wrażliwa – zupełnie
zniszczono, i przez szerzenie pozornie obojętnego
zwyczaju, żeby powoli, planowo zabijano w człowieku
wiarę w nieśmiertelność duszy i zmartwychwstanie
ciała; żeby, wskazując na garstkę popiołów po spaleniu,
z uśmieszkiem szyderczym mówiono ludziom:
„Patrzcie, ze śmiercią wszystko się kończy”.
      Na to Kościół nie może pozwolić!

512
      Ruch palenia zwłok został podjęty z pobudek
antykościelnych. Zapoczątkowali go ludzie, którzy
chcieli zniszczyć chrześcijaństwo, i stał się jednym z
ogniw zaciętej walki światopoglądu, który chce wyrwać
z serca ludzkiego korzeń chrześcijańskich przekonań i
zaszczepić nowoczesne pogaństwo. Poganie palili
zmarłych. Wnioskujemy więc, że gdzie zapanuje
pogaństwo, tam i życie przybierze formy pogańskie, tam
będą domagali się i palenia zwłok. W krematorium pali
się ogień bez światła, jawi się znak zapytania bez
odpowiedzi, zagadka bez rozwiązania. Za krematoriami
stoją tabory wojsk nieprzyjacielskich, a na kominach
przez nich wzniesionych powiewają sztandary
światopoglądu         antychrześcijańskiego…       „Nie
potrzebujemy już krzyża Galilejczyka! Niech wracają
bogowie greccy, starożytna moralność, greckie hetery!”
Oto, co się kryje za – paleniem zwłok!
      b) Nie dosyć na tym!
       Żywo stoi mi w pamięci krematorium słynnego
paryskiego cmentarza Père Lachaise. Wzdłuż niego
ciągnie się długa ściana, tzw. Columbarium, czyli
cmentarz urn. Ściana podzielona jest na rzędy, każdy
rząd ma małe kwadraty – zaledwie kilkucentymetrowe –
a w każdym takim kwadracie tkwią zamknięte w urnie
popioły nieboszczyków. Urny są umieszczone piętrowo,
jak słoiki z lekarstwami w aptece. Jakaś zbolała wdowa
drapie się właśnie po drabinie na dziesiąte piętro, by
zobaczyć prochy swojego męża. – Oto pietyzm palenia
zwłok!
      W Berlinie przekonano się, że piętrowe składanie
urn w ścianach zniechęca wielu do spalania zwłok, więc
                                                   513
urny grzebią w ziemię. Dół 80 x 80 cm wypada na
cztery urny. Cztery obce trupy do jednego małego
grobu! Gdzie mają klęknąć cztery obce sobie rodziny,
gdy chcą się pomodlić nad grobem? Niech się nie
modlą! I to właśnie ukryty cel palenia zwłok! Tu
gnieździ się druga myśl zwolenników spalania zwłok:
znieść        cmentarze,            i    tym      samym
z n i e ś ć g ł o s c m e n t a r z y . Bracia! Któż z was
nie słyszał donośnej mowy cichych cmentarzy? Tak:
umarli mówią, mówi cmentarz, woła mogiła, a mowa jej
bardziej wzrusza, niż kazanie najsławniejszego mówcy!
       W ciche, jesienne popołudnie idę na Powązki…
na Rakowice… na Rosę… Chodzę milczący między
długimi rzędami mogił… ze wzrokiem spuszczonym w
ziemię… Wszędzie mogiły… mogiły… i spadłe z drzew
liście. Wrzawa miasta dochodzi tu bardzo słabo. Tu
zamiera krzyk ludzi żyjących, pędzących i tratujących
się wzajemnie. I w takich chwilach niemi umarli
zaczynają mówić. Mówić o tym, jak ważne jest życie!
Mówić, jak srogi jest sąd Boży! Mówić, jak inaczej by
oni żyli, gdyby jeszcze raz mogli wrócić na ziemię…
Burzyciele cmentarzy, propagatorzy palenia zwłok
chcieliby zniszczyć ten religijny nastrój. Bo nam i to
sprawia ulgę, że możemy przyjść na grób. Samo
opiekowanie się grobem, sadzenie na nim kwiatów
napełnia nas dziwną otuchą. A najwięcej podnosi nas to,
że nad grobami wznoszą się krzyże, które mówią nam o
wielkim Zmarłym, który zwyciężył śmierć i
zmartwychwstał. O, tak, chrześcijańska mogiła nie
przygnębia, ale pociesza, nie łamie, ale podnosi. Z
chrześcijańskiej mogiły słyszymy słowa Pisma św.:
„Zasiewa     się    zniszczalne    –    powstaje   zaś
514
niezniszczalne… zasiewa się ciało zmysłowe            –
powstanie ciało duchowe.” (1 Kor 15, 42 i 44).
      W szary półmrok naszych cmentarzy sączy się
światłość wiekuista. Ponure szaty żałobne rozwesela
śnieżna biel aniołów niebieskich. Płacz pożegnania
łagodzi nadzieja ponownego zobaczenia, a ponury cień
grobu jaśnieje radością oczekującego nas raju. Stojąc na
naszych cmentarzach, przeżywamy pełen wyczekującej
nadziei nastrój, jaki przeżywa rolnik, patrząc na rolę
zasianą pszenicą. Nad mogiłami bowiem naszych
kochanych wznosi się wysoko krzyż Chrystusa Pana:
Ręce Ukrzyżowanego, wzniesione ku niebu i bluszcz
wspinają się po krzyżu, napełniają nas wiarą w życie
pozagrobowe. Przy urnach tymczasem na wpół złamane
słupy mrożą nas beznadziejnym smutkiem, a wypalona
pochodnia swoją czernią zabija naszą wiarę.
      Bracia! Katolicyzm, sprzeciwiając się spalaniu
zwłok, wypełnia nałożony nań przez Chrystusa Pana
obowiązek obrony dusz, i dlatego swoim wiernym nie
pozwala na to pod ciężką nawet karą. Kto nie słucha
jego przepisów i zarządza, by go po śmierci spalono, i
tego nie cofnie, oraz nie wyspowiada się, tego Kościół
nie pozwala pochować według katolickiego obrządku.


                     *     *     *


      Palić, czy grzebać? Chociaż nie mamy
dogmatycznych, ani moralnych trudności przeciwko
paleniu zwłok, jednak nie możemy stanąć w szeregach
jego zwolenników! Nie możemy, bo walka między
                                                    515
zwolennikami, choć tak niewinna na pozór, nabrała dziś
zasadniczego znaczenia. Tematem dysput nie jest
problem „ogień” czy „ziemia”, ale zagadnienie: Olimp
czy niebo, pogański czy chrześcijański światopogląd,
beznadziejnie wygasła pochodnia, czy krzyż Chrystusa,
prowadzący do życia wiecznego?!
      Nie zna Kościoła katolickiego, kto sądzi, że ten
Kościół przestraszy się głośnej agitacji, i gotów jest
porzucić swoje zasady i zwyczaje.
     Grzebanie umarłych jest jakby echem słów Pana:
„wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty” (Rdz 3, 19).
      Kościół nasz nie ma powodów, by zaniechać
prastarego, pełnego czci dla zmarłych, zwyczaju
grzebania. Nie zrezygnuje ze wzruszających i pięknych
przepisów liturgii, ze słowami której już od czasów
męczenników starochrześcijańskich zwykł był składać
na spoczynek ciała swoich wiernych zmarłych.
       Niech mnie pochowają do ziemi! Do ziemi, z
której powstałem! Do ziemi, którą uświęcił krzyż
Chrystusowy! Do ziemi, gdzie spoczywają moi
przodkowie! Do ziemi, gdzie w dzień Wszystkich
Świętych otoczy mnie modlitwa miłości! Do ziemi,
gdzie będę mógł spoczywać aż do poranka
zmartwychwstania, do ziemi, gdzie w nadziei wiecznego
życia będę oczekiwał chwili, o której powiedział Pan:
„Nadchodzi bowiem godzina, w której wszyscy, którzy
spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego: a ci, którzy
pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia;
ci, którzy pełnili złe czyny – na zmartwychwstanie
potępienia” (J 5, 28 – 29).

516
    Ojcze nasz w niebie! Wesprzyj
nas   Twą  łaską, byśmy   za życia
dobrze czynili i z grobów naszych
wyszli na zmartwychwstanie żywota!
Amen.


                       XXXVIII.


       „JEDNI DRUGICH ZNOŚCIE I SOBIE
              PRZEBACZAJCIE!”
                                              (Kol 3, 13)


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Bóg, Pan życia i śmierci, nie zadowolił się tym,
że dał człowiekowi życie, ale chroni je i otacza Swoją
ojcowską opieką. „Nie zabijaj!” – mówi Przykazanie
Pana. „Ja jestem Panem życia! Nie wolno ci targnąć się
na swoje, ani na cudze istnienie!”
       Bóg potępia nie tylko morderstwo ciała. Według
Pisma świętego: „Każdy, kto nienawidzi brata swego,
jest zabójcą” (1 J 3, 15). Zatem przeciw V Przykazaniu
można grzeszyć słowem, myślą, zachowaniem się,
nienawistnym i wrogim ustosunkowaniem się oraz
gniewem. Przytaczając słowa V Przykazania: Nie
zabijaj, nie gaś niewinnego życia – mówimy tylko o
negatywnej stronie, o jego treści zabraniającej, i pod tym
względem        jesteśmy       dość       chrześcijanami,
zachowującymi Przykazanie Boskie. Ale gdy weźmiemy
                                                      517
pozytywną stronę tego Przykazania, przekonamy się z
przerażeniem, ilu to ludzi grzeszy przeciwko niemu!
      Gdzie można znaleźć tę pozytywną część V
Przykazania, czyli jego część nakazującą? W słowach
świętego Pawła, pisanych do Kolosan: „znosząc jedni
drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś
zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i
wy! ” (Kol 3, 13).
      Ale czy nie jest to naciąganiem, że w Przykazaniu
„Nie zabijaj!” doszukujemy się cnoty miłości bliźniego,
uprzejmości, cierpliwości, przebaczenia? Bynajmniej!
Sam Pan Jezus rozszerzył do tych rozmiarów V
Przykazanie, kiedy w Kazaniu na górze powiedział:
„Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj; a
kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A ja
wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata,
podlega sądowi.” (Mt 5, 21 – 22) Czyli: od czasów Pana
Jezusa i wrogie usposobienie jest takim samym
grzechem,      jak     morderstwo      według    prawa
Mojżeszowego. A Pan mówi jeszcze dalej: „A kto by
mu rzekł (bratu swemu): Bezbożniku, podlega karze
piekła ognistego” (Mt 5, 22).
      Twarde to słowa! Poważne słowa! Obfity materiał
dla półgodzinnego rozmyślania!
      I. J a k t r u d n o n a m z n o s i ć s i ę
wzajemnie?           i II. J a k       ciężko     nam
w y b a c z a ć s o b i e w z a j e m n i e ? – To będą
dwie główne myśli mojego dzisiejszego kazania.



518
                            I.


         Jak trudno nam znosić się
                wzajemnie?


     1) Kochani Bracia! Każdy, k t o s w o i m
zachowaniem         utrudnia      i   zatruwa
bliźniemu     ż y c i e , grzeszy przeciwko V
Przykazaniu.
       Grzeszą dorosłe dzieci, które swoim hulaszczym,
marnotrawnym życiem i brakiem serca zasmucają
swoich rodziców. Grzeszą małżonkowie, kiedy swoim
przeczuleniem i wzajemnym brakiem cierpliwości
zatruwają sobie życie. Grzeszą przyjaciółki, które z
wyrachowaniem szukają sposobności, by zadać sobie
wzajemnie cios, od którego po długich latach krwawi się
serce. Grzeszy każdy, kto kłóci się, wyzywa drugiego,
podejrzewa, nienawidzi i przechowuje gniew w sercu.
       Grzeszy ten, kto zachowuje gniew w swoim sercu!
Przypomnę wam słowa Chrystusa, który powiedział, że
ci, którzy gniewają się, niech się raczej nie modlą! „Jeśli
więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam
wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, 24
zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i
pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój
ofiaruj! ” (Mt 5, 23 – 24).
      Dopiero wtedy, gdy jasno zdamy sobie sprawę ze
znaczenia tych twardych słów Pana, zrozumiemy słowa,
                                                       519
napisane przez Jego najukochańszego ucznia, św. Jana:
„Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego
nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata
swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego
nie widzi.” (1 J 4, 20). Czy rozumiecie sens tych słów?
Uczą nas one, że wszystko, co mówimy o najbardziej
opuszczonym, najbiedniejszym i najnędzniejszym
człowieku, Pan Jezus stosuje do Siebie, a każdy nasz
czyn w stosunku do nędzarza jest czynem w stosunku do
samego Chrystusa. Zupełnie jasno mówi bowiem Pan:
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich
najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25, 40).
      Kochani Bracia! Jakże nam daleko do tego!
Wiemy, że mamy wspólnego Ojca w niebie, że wszyscy
jesteśmy braćmi, mówimy i piszemy o tym bardzo
pięknie, ale – mój Boże! – jakże dalecy jeszcze jesteśmy
w życiu, w czynach i mowie, od przejawów
prawdziwego braterstwa.
       O, te nieustanne kłótnie w tysiącach okoliczności
życia, w domu, tramwaju, na ulicy, rynku, w warsztacie,
w sklepie!… Już minęła wojna światowa, a słownik nasz
roi się od bomb śmiercionośnych, od ręcznych granatów
i steku nieopanowanego gniewu. Dusze zioną trującymi
gazami – niszczycielskich, podłych obmów i łzy z oczu
wyciskają.
    2) D z i ś k a ż d y j e s t „ n e r w o w y ” ,
każdy przeczulony, każdy łatwo się
obraża.
       Bez wątpienia wszyscy bez wyjątku odczuwają
dzisiaj ciężar życia, dlatego każdy jest nerwowy. Ale to

520
właśnie powinno nas skłonić do silniejszego panowania
nad sobą w stosunku do bliźnich, bo i s a m i
potrzebujemy wybaczenia.
       Pokłóci się dwóch znajomych. Staramy się ich
pogodzić. Jeden z nich woła: „Nie pogodzę się! Nie
masz pojęcia, proszę cię, co to za nieznośny człowiek!”
Idziemy do drugiego, a ten to samo: „Wybacz, mój
kochany, ale ty sobie nawet nie wyobrażasz, ile mnie
tamten człowiek zdrowia kosztuje!” Więc który z nich
jest nieznośny? Bracia! Obaj! Wszyscy! Dwa miliardy
mieszkańców całej kuli ziemskiej! Bo każdy człowiek ma
swoje wady, ale mimo, że wiemy o tym dobrze, unosimy
się, i chcąc siebie oczyścić, zwalamy całą winę na
bliźniego. Jądro zła leży w tym, że każdemu, kto nas
chwali, wierzymy bez wahania, ale przeciwko temu, kto
ośmiela się wykryć w nas jakąś wadę, pałamy
„wiecznym gniewem”! Wygląda to jak w bajce o
kukułce, którą zagadnął pewien ptak:
      – Czy słyszałaś, co mówią o tobie ludzie? Że
znosisz jajka do cudzych gniazd, i w ten sposób inne
ptaki wychowują twoje małe. Czy to prawda?
      – Ależ proszę cię – odpowiada ze złością kukułka
– jak możesz słuchać gadania głupich ludzi?!
      – No, a to prawdą jest – pyta dalej ptak – o czym
szeroka mówią ludzie, że jesteś cudowną prorokinią, że
każdemu potrafisz wywróżyć, ile lat będzie żył?
      – Dziwię się – odpowiada kukułka z gniewem –
że pytasz się o to. Wiesz przecież, że to, co mówią
ludzie, musi być prawdą!
      Tak: jeśli nas chwalą, to mają rację, ale jeśli
                                                   521
wytykają nam wady, denerwujemy się i gniewamy.
        3) Bracia! Trzeba dużo pokory i chrześcijańskiego
sposobu myślenia, by p o z n a ć s w o j e w a d y i
p r z y z n a ć s i ę d o n i c h ! Gdybyśmy się tego
nauczyli, zawitałyby zupełnie inne czasy!
      Przytoczę dwa wypadki. W obu będzie mowa o
ludziach z wadami. Zważajcie tylko, jak rany bliźnich
goją się, albo jeszcze bardziej rozjątrzają pod wpływem
zręcznego, to znowu nieoględnego postępowania
(Foerste: „Christus und das menschliche Leben”.
München 1921, 181; 1). Mowa o dwu domach.
       Jeden z nich, to dom poprawczy, gdzie dwaj
wychowankowie spłatali nadzorcy niebezpiecznego
figla. Czuli oni złość do niego i chcąc się zemścić,
przeciągnęli wieczorem sznurek w poprzek korytarza.
Dozorca, przechodząc, potknął się, upadł i złamał nogę.
Dyrektor zakładu wpadł w straszny gniew. Zwierzchnia
władza bowiem stawiała go jako wzór utrzymywania
karności. „Poczekajcie draby!” – błysła mu myśl. –
„Obijcie ich tak, żeby pamiętali na całe życie!” – rzekł
do służby, która z radością spełniła rozkaz. Przy pobiciu,
jeden z chłopców zemdlał, drugi zaś, zgrzytając zębami,
mruczał cichaczem: „Pożałujecie tego!”
       Dyrektor cały dzień nie posiadał się z gniewu.
Gdy jego dzieci wieczorem nieco głośniej weszły do
jadalni, i one zostały zbite: „Sądzicie, że mało miałem
dzisiaj? Jeszcze i wy mi dokuczacie!…” Wreszcie
położył się spać. Rozgoryczony myślał, że tak
niewdzięczne zadanie ma do spełnienia… W mieszkaniu
zgaszono światło… Wszędzie panowała cisza… Ale nie

522
wszyscy jeszcze spali. Dyrektor nie mógł z gniewu
zasnąć. Nie mógł spać i chłopczyk okrutnie zbity – z
bólu. Chaos mściwych myśli nie pozwalał spać i
drugiemu chłopcu Nie mogła zasnąć także reszta
wychowanków wskutek podszeptów rozgoryczenia i
uporu. – To działo się w jednym domu.
       Teraz posłuchajcie historii drugiego domu. Będzie
mowa o klasztorze żeńskim. Jedna z nowicjuszek grubo
przekroczyła regułę posłuszeństwa i karności.
Zawiadomiono o tym przełożoną. Ta zbladła.
Wysłuchała wszystkiego, i nic nie mówiąc, odesłała
siostry, a sama poszła do kaplicy. Po obiedzie zwołała
zakonnice i przemówiła do nich w ten sposób: „Dzisiaj
rano dowiedziałam się o tym, co stało się w tym domu
wczoraj wieczorem. Jakaż ja przełożona, skoro za moich
rządów mogło się stać coś podobnego?! Mury klasztoru
nie byłyby świadkami tego przekroczenia, gdybym była
tak doskonała, jak tego wymaga poczucie
odpowiedzialności za wasze dusze. Tu trzeba wielkiej
pokuty. Już rozpoczęłam ją, i wierzę, że po dniach
pokuty lepiej wami będę umiała rządzić, i wierzę przede
wszystkim, że zaprowadzę do Chrystusa młodą duszę,
która przez złamanie posłuszeństwa wyraziła swą
niechęć do pójścia za mną. Pokój Pana niech będzie z
wami!” To powiedziawszy puściła siostry na wolność.
      Zakonnice nie mogły się oprzeć uczuciu
wzruszenia. Spodziewały się zupełnie czego innego.
Skrucha wnet opanowała i duszę winnej nowicjuszki.
Dopiero teraz zrozumiała w całej pełni znaczenie
posłuszeństwa i już całym sercem oddała się swojej
przełożonej.
                                                    523
      Przedstawiłem wam, Bracia, dwa sposoby
postępowania z braćmi błądzącymi! Powiedzcie, które
postępowanie jest bardziej chrześcijańskie: brutalność,
czy delikatność? Okrucieństwo, czy miłość? Gniew, czy
przebaczenie?
      Przebaczenie! Przebaczenie!
      Przystępujmy do drugiej naczelnej myśli naszego
kazania:


                            II.


  Jak ciężko ludzie wybaczają sobie
             wzajemnie?


      1) „Poczekaj! Pożałujesz tego!” – słyszy człowiek
na każdym kroku. Na próby pogodzenia ludzie
zwaśnieni odpowiadają: „Nie mogę! Tak brutalnie mnie
obraził!”
      Bracie! Jeśli z tobą postąpił ktoś brutalnie, czy i ty
masz prawo tak głęboko upaść? Jeśli twój przeciwnik
okazał podłość, dlaczego ty nie miałbyś się okazać
szlachetny? A gdyby Pan Bóg podobnie postępował z
nami!? Przecież tyle razy byliśmy wobec Niego
„brutalni!”
      Dwóch ludzi żyje w „wiecznym gniewie”.
Chciano by ich pogodzić, ale na próżno. – „Nie, zgoda
jest wykluczona! O n m n i e o b r a z i ł ! ” – mówi
jeden. – „Nie mogę mu wybaczyć! O n b y ł
524
p o w o d e m w s z y s t k i e g o ! ” – mówi drugi.
Pokłócili się mąż i żona. Zapytajcie którekolwiek z nich,
zawsze usłyszycie: „ona zaczęła, on zaczął!” Oboje
przedstawiają sprawę na swój sposób i nie ma sędziego,
który by potrafił osądzić, kto z nich ma rację. I to tak
jest w całym świecie.
       Mogłoby być inaczej, gdybyśmy nie wmawiali w
siebie ciągle: „ja mam rację!” Mamy rację – dobrze. Ale
też nie zapominajmy o tym, że i grzeszni jesteśmy!
Obraził nas bliźni – bardzo możliwe. Ale my z
pewnością, stokroć bardziej obraziliśmy Boga. Nie
możemy wybaczyć bliźniemu, bo „on zaczął” i my
mamy słuszność, a ośmielamy się czekać przebaczenia
od Boga, w stosunku do którego na pewno „ja
zacząłem” i z pewnością nie mam racji!
     Z nieprzejednanym          złośnikiem    chciałbym
rozmówić się w ten sposób:
      – Czy jesteś chrześcijaninem?
      – Tak, jestem!
      – A nie chcesz wybaczyć?
      – Nie! Obraził mnie śmiertelnie! A zresztą muszę
dbać o swój honor…
      – Tak, ale jesteś chrześcijaninem! Naśladowcą
Chrystusa! Czy wiesz, co powiedział Chrystus Pan,
kiedy święty Piotr zapytał Go, ile razy w ciągu dnia ma
przebaczyć bliźniemu, który zawinił wobec niego? „Czy
siedem razy?” – pytał święty Piotr. – A Pan mu
odpowiedział: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż
siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 18, 22).
                                                     525
      Tu człowiek sposępniał:
       – Tak, tak, prawda… powinienem wybaczyć…
chciałbym… ale nie mogę! Nie mogę zapomnieć tej
obrazy. Nie mogę już dla niego żywić takiego uczucia,
jakie żywiłem poprzednio…
      To co innego! Więc wszystko zależy od woli, a nie
od uczucia! Zapomnieć? O, to rzecz niełatwa. Być
panem swoich uczuć? To rzecz również trudna. Ale nie
w tym leży istota przebaczenia. Polega ona na tym, że
wyrzucam nienawiść ze swego serca i chcę zapomnieć
obrazy!
      2) Bo, Bracia, Pan zażąda od nas rzeczy jeszcze
trudniejszych: odpuścić nie tylko tym, którzy proszą o
przebaczenie, ale i n i e p r z y j a c i o ł o m i –
miłować ich.
      „Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował
swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz
nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych
nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was
prześladują.” (Mt 5, 43 – 44).
      Człowiek drży ze wzruszenia na widok śniegiem
pokrytych szczytów olbrzymich gór szwajcarskich. Tak
samo drży człowiek, wtłoczony w ciasne ramy
codziennego życia, gdy słyszy tak „niesłychane” żądanie
Pana. Powinien by wystarczać zakaz, by nie zabijać
wrogów, nie mścić się za doznane urazy, i być w
stosunku do nich obojętnym! Nie, i to nie wystarcza!
Pan nakazuje, byśmy kochali nieprzyjaciół czynną
miłością!
      Przecież to niemożliwe! – powiecie.
526
      Pan Jezus dowiódł, że jest to możliwe.
Nieprzyjaciele podnosili na Niego kamienie, a On
uchodził, mogąc ich zgładzić. Rzucili na Niego
podejrzenie, że obcuje z diabłem, a On leczył chorych w
dalszym ciągu. Każde Jego słowo przekręcali, a On
mimo to nie przerywał nauczania. Wyśmiewali się z
Niego, bluźnili Mu w twarz na krzyżu, a On i tam
zanosił za nich modlitwy.
       Wiem, Bracia, że łatwiej jest mówić o
przebaczeniu i wyrozumiałości, aniżeli stosować ją w
życiu. Ludzka natura odznacza się tym, że dobre uczynki
pisze na piasku, a zniewagi ryje w kamieniu. Życie
wytwarza najbardziej paradoksalne stosunki i zmusza
nas do przebywania między ludźmi zgryźliwymi i
dokuczliwymi. W naszym otoczeniu, W gronie naszych
krewnych znajdują się nieraz jednostki tak dwulicowe,
niemiłe i niesympatyczne, że burzą się przeciwko nim i
unoszą wszystkie nasze naturalne uczucia… Wiemy o
tym, ale to nie uwalnia nas od obowiązku przebaczenia i
wyrozumiałości! Nie uwalnia dlatego, ponieważ
chrześcijanin powinien być czymś więcej, niż
człowiekiem natury. Człowiek – chrześcijanin nie może
zadowolić się tylko tym, co Chrystus Pan zrobił dla
niego, powinien zmusić siebie do robienia wszystkiego
dla Chrystusa i z miłości dla Niego. Jeśli jestem tylko
człowiekiem, to oddam temu, kto mnie uderzył, ale
ponieważ jestem chrześcijaninem, zapanuję nad sobą.
Jeśli jestem tylko człowiekiem, to z zaciśniętą pięścią
wołam na swojego przeciwnika: „Poczekaj, jeszcze
pożałujesz tego!” Ale, że jestem chrześcijaninem,
mówię: „Ojcze, odpuść mu!” Nie możesz wybaczyć? To
znaczy, że nie chcesz być chrześcijaninem!
                                                   527
     Ale chcę! – mówisz. Jeśli chcesz, powinieneś to
udowodnić życiem i uczynkami!
      „Czy nie wystarcza to, że chodzę do kościoła?” –
Nie, nie wystarcza! Turek również chodzi do meczetu i
tam zachowuje się pobożniej, niż niejeden chrześcijanin.
„Czy nie wystarcza modlitwa?” – Nie, nie wystarcza!
Poganin modli się również i to szczerze. – „Czy nie
wystarczają dobre uczynki?” – Nie wystarczają! Robią
to i bezbożni. Więc czymże się różni chrześcijanin od
Turka, od poganina i niewierzącego? Czym wszystkich
przewyższa? Co jest pierwszym znamieniem religii
Chrystusa Pana? Bohaterska miłość bliźniego; miłość,
która nikomu nie skąpi swego dobroczynnego ciepła;
miłość, którą musimy stosować i do naszych wrogów.
Łatwiej jest unosić się, niż powstrzymać wybuchy
gniewu. Zawsze łatwiej jest zemścić się za doznaną
urazę, aniżeli o niej zapomnieć. Zawsze jest łatwiej
odciąć się za złe słowo, aniżeli spokojnie, z równowagą
odpowiedzieć. Gniewać się, unosić, knuć zemstę jest
rzeczą daleko łatwiejszą, aniżeli prosić o przebaczenie,
albo wybaczać. I dopóki nie jesteśmy do tego zdolni,
dopóty żyjemy w sprzeczności z V Przykazaniem i nie
jesteśmy chrześcijanami. Hasło chrześcijaństwa brzmi:
panuj nad sobą!
      Jakiż to ciekawy wyraz: „Panować nad sobą!”
Jakaś tajemnicza rzecz: człowiek może zawładnąć sobą,
być silniejszym od siebie. Zwierzę nie może być od
siebie silniejsze, bo ślepo podąża za instynktami.
Człowiek natomiast może pokonać siebie. Pręży się w
nas jakaś siła, zdolna ujarzmić nawet instynkty.
Rozwinąć je i wzmacniać – w tym tkwi ideał
528
chrześcijańskiego wychowywania samego siebie.
       Bracia! Zwróćcie uwagę na stopniowanie: Za
dobre złym się odpłacać – to czyn diabelski; za zło złym
– zwierzęcym; za dobro dobrym – to czyn ludzki; dobrym
za złe – to czyn bohaterski, to cnota chrześcijańska! Jeśli
wolno mi wyrazić własne przeświadczenie, to dla mnie
dowodem boskiego i nadprzyrodzonego pochodzenia
religii Chrystusa jest to, że wymaga bohaterskiej
miłości; miłości, przewyższającej nasze naturalne
zdolności. Nie ulega wątpliwości, że nigdy nie będziemy
tak blisko naszego Zbawcy, jak wtedy, gdy za Jego
przykładem za złe odpłacimy dobrym, za nienawiść
miłością, za niewdzięczność dobrym uczynkiem: gdy
naszych wrogów otoczymy miłością.
      Bracia i Siostry! „Jedni drugich znoście i
przebaczajcie sobie wzajemnie!” (Kol 3, 13).


                       *     *      *


       Cesarz Karol V był winien większą sumę
bogatemu bankierowi, Fuggerowi. Kiedy pewnego razu
prosił wierzyciela o zwłokę, Fugger wziął weksel i z
wielkodusznym gestem w oczach cesarza rzucił go w
ogień.
       Otóż, Bracia, jeśli jest tutaj ktoś, kto gniewa się na
bliźniego, który od wielu lat nie rozmawia ze swoim
bratem, siostrą, rodzicami, jeśli wysłuchał tego kazania
człowiek, który poróżnił się z krewnym, przyjacielem,
znajomym i z goryczą przechowuje w swym sercu
                                                         529
weksel obrazy i gniewu – o, pozwólcie, że przemówię
do niego w Imię Pana Jezusa: Bracie, idź do domu,
napal dobrze w piecu i z wielkodusznym gestem wrzuć
do niego wszystkie weksle, pamiątki gniewu,
rozgoryczenia i urazy. A kiedy uścisną się dłonie, które
się odgrażały pięścią gniewu, kiedy znów dwie pary
ludzkich oczu, miotające dotychczas błyskawice gniewu,
spojrzą na siebie z miłością – o, wtedy uklęknij i pomódl
się, już szczerze i z całą ufnością: „…Odpuść nam nasze
winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
Amen.


                        XXXIX.


      „BIADA ŚWIATU Z POWODU
            ZGORSZEŃ!”
                                              (Mt 18, 7)


                      (I. Rodzice).


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Nie minęły jeszcze wieki od chwili pojawienia
się człowieka na ziemi, kiedy rozegrał się pierwszy
dramat ludzkich namiętności, kiedy brat na brata
podniósł morderczą dłoń. Kain stoi przy zwłokach
zamordowanego brata. Chwilami wzdryga się jego serce
na wspomnienie strasznego czynu. Co teraz będzie?
530
Może piorun uderzy z nieba? Może pochłonie go
ziemia? Tego prawdopodobnie oczekiwało jego
przerażone sumienie. Pismo Święte natomiast opowiada
inaczej. Kiedy wylana krew Abla wołała do nieba,
stamtąd zamiast piorunów ozwał się głos Boga, żądający
od Kaina sprawiedliwości: Gdzie twój brat? Ale Kain
broni się hardo i wypowiada słowa, które od tej pory tak
często powtarzają ludzie, ruszając ramionami: „Nie
wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4, 9).
      Bracia! Straszny czyn Kaina niezliczoną ilość razy
powtórzył się w historii ludzkości. Powtórzył się
dosłownie, kiedy człowiek mordował swego bliźniego,
brat brata, dziecię swego ojca. Chwała Bogu, że dzisiaj
uważa się to za ohydę i zbrodnię potępioną przez prawo,
ale po tysiąc razy zdarza się, że człowiek zabija duszę
drugiego, a prawo tego nie karze, i nikt się tym nie
gorszy.
      Dzięki Bogu, większość ludzi nie plami swych
rąk. Nie zabiłem nikogo! – mówi wielu ludzi, ale czy
może to samo powiedzieć w znaczeniu duchowym? Bo
człowiek ma nie tylko ciało, ale i duszę, można więc
zabić nie tylko ciało, ale i duszę: ciało mieczem i nożem,
duszę gorszącym przykładem. Jeśli wielką zbrodnią w
oczach Boga jest zniszczenie ciała, czyż można
przypuścić, że pominie milczeniem zabójstwo duszy?!
Jesteśmy bowiem stróżami swoich braci! Obarczamy się
odpowiedzialnością za każde ich zgorszenie!
      Bóg wydał wyrok na Baltazara, króla Babilonu, i
zniszczył jego życie i państwo, bo używał naczyń
świątyni jerozolimskiej do uczt rozpustnych. Jakiż
wobec tego los czeka tych, którzy nie martwych naczyń
                                                      531
kościelnych, ale żywych świątyń Boga, dusz ludzkich,
przez przykład gorszący, używają, lub prowadzą do
grzechu! „Biada światu dla zgorszenia!” – mówi Pan. –
„Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada
człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie.”
(Mt 18, 7)
      W innym miejscu Pan Jezus grozi potępieniem
tym, którzy głodnym braciom odmawiają chleba. Jakiż
wobec tego los czeka tych, którzy zabijają duszę braci
Chrystusowych? Pan Jezus mówi o potępionym
Lucyferze, że „od początku był on zabójcą” (J 8, 44). A
przecież nikogo nie mordował, tylko miliony do grzechu
sprowadził!
      Okropny to, godny samego szatana, czyn:
namawiać do grzechu ludzi, zgorszyć, zabić duszę! Ta
piana diabelska zalewa dzisiaj wszystko! Nasze życie
rodzinne i gospodarcze roi się od tysiąca przejawów i
zwyczajów, które gorszą, psują i zabijają dusze ludzkie.
Dusze, za które Chrystus oddał Swoje życie!
       Przypatrzmy się, dziś i w następnym kazaniu,
burzycielom dusz! W dzisiejszym kazaniu zastanowimy
się, w      jaki    sposób       rodzice     słabi,
grzeszni i lekkomyślni mogą stać się
burzycielami          dusz      swoich    dzieci!
Następnym razem znowu będę mówił: jak zabija duszę
ten lub ów przejaw życia społecznego.
      Dziś zatem będzie mowa o dzieciach zepsutych
przez rodziców lekkomyślnych, słabych albo grzesznych.



532
                            I.


            Rodzice lekkomyślni.


      1) Bracia! Przerażenie ogarnia człowieka, kiedy
zastanowi się nad treścią słów: „Dzieci zepsute przez
rodziców!”
      Czy to jest możliwe? Dziecko, które psują
rodzice? Rodzice, którzy dali mu życie? Rodzice, którzy
je wychowują, troszczą się ciągle o jego zdrowie, rozwój
duchowy i fizyczny! Rodzice, którzy mu najlepiej
życzą! Czyż oni mogą psuć swoje dzieci?
     Niestety – życie mówi, że tak. Mogą psuć
ogromnie przede wszystkim przez swoją lekkomyślność.
      Bracia! Rodzice! Zastanówcie się dobrze, czy w
waszych rozmowach, cóż dziwnego, że czarny całun
niemoralności prędko pokryje biel duszy dziecka? Jeśli
ojciec bierze z sobą dziecko do kawiarni, a nigdy do
kościoła, niech się nikt nie dziwi, że ono później łatwiej
tam trafi, aniżeli do kościoła!
      A zgorszenie dziecka pociąga za sobą wielką
odpowiedzialność. Znamy Pana Jezusa, jako zawsze
łagodnego, spokojnego, wybaczającego Pasterza, ale
kiedy dawał prawo o obronie duszy dziecka, oczy Jego
miotały blaski, jak piorun. Głos Jego grzmiał, jak burza!
(Mt 18, 6). Dziecko, to rzecz święta! Rodzice, baczcie
na duszę dziecka we wszystkich swoich rozmowach!

                                                      533
      2) Oszczędzajcie je i we wzajemnym zachowaniu
się wobec siebie.
       W najbardziej nawet harmonijnym małżeństwie
mogą zajść nieporozumienia. Ostatecznie małżonkowie
są też ludźmi, a tam, gdzie ludzie dłuższy czas obcują ze
sobą, niemożliwe, żeby między nimi panowała zawsze
idealna zgoda. Zdarzają się też i między rodzicami
pewne nieporozumienia. Ojciec zmęczony wraca do
domu późnym wieczorem i wtedy jest więcej
rozdrażniony. Matce znowu przeżarły nerwy kłopoty
domowe. W takich razach mogą zajść pewne różnice
zdań i nieporozumienia. Tylko, Bracia, tylko nie przed
dziećmi!
      W waszych rozmowach, wzajemnym odnoszeniu
się do siebie nie może być nic takiego, co by szkodliwie
oddziaływać mogło na czułą duszę dziecka i zgorszyć
jego przenikliwy wzrok?
      3) Miejcie wzgląd na swoje dzieci i w waszych
rozmowach! Nie wypowiadajcie ani słówka, które by
mogło urazić duszę dziecka. Nie mówcie: „Jeszcze jest
małe, nic nie rozumie!” Jedno maleńkie słówko,
wypowiedziane bez zastanowienia się, umysł dziecka
pochwyci i zachowa na zawsze. Zapomni lekcję, którą
trzeba było zapamiętać, ale tego słowa nie zapomni!
      Jeżeli w domu ustawicznie mówi się o pieniądzu,
cóż dziwnego, że dziecko wychowa się w tym
przekonaniu, że jedynym celem życia jest zdobycie jak
największej ilości pieniędzy?! Cóż dziwnego, że usycha
jego życie religijne, jeśli w domu jego nie dostrzega się
nawet jego śladów, a słyszy natomiast często

534
lekkomyślną krytykę Kościoła i jego instytucje?
      Pewna matka        zawołała       z     gniewem   na
nieposłuszne dziecko:
     – Znowu wyprawiasz harce? Wiesz, że dobry
Bóg, który wszystko widzi, będzie się gniewał, gdy
zobaczy, jak jesteś zły!
      Mały chłopczyk odpowiada:
      – Matulu, czy to prawda, że Bóg wszystko widzi?
      – Tak, wszystko widzi!
       – To w takim razie jest bardzo źle! Bo Bóg i to
widział, że wczoraj tatuś i mamusia byli tak niegrzeczni
dla siebie?
     Tak, widział,      Bracia!     I   czy    można    tak
wychowywać?
      Mąż postąpi grubiańsko w stosunku do żony. Po
minucie tego żałuje i zapomina o tym, ale na duszy
dziecka została rana. Jak może dziecko szanować potem
ojca? Matka po kryjomu opowie mu o wszystkich
wadach ojca. Poskarży się i to ulży jej cierpieniu. Gdyby
kobieta nawet czuła potrzebę użalenia się, niech nigdy
nie mówi o wadach ojca przed dziećmi!
      Tak, mogą zajść nieporozumienia i między
małżonkami, ale, Bracia, nie załatwiajcie ich wobec
dzieci! Nie wystarcza sprowadzić tok rozmowy na język
niezrozumiały dla dzieci… Delikatna dusza dziecka
wyczuje tragedię i spoza obcych wyrazów. Więc co
należy czynić? – pytacie. Należy tak robić, jak pewna
matka, która mówiła do swojej przyjaciółki:

                                                        535
      – Wiesz, droga, jeśli mamy z mężem jakieś
porachunki do załatwienia, to wpierw wysyłamy dzieci
na świeże powietrze.
      – Tak? – odpowiedziała cięta przyjaciółka – teraz
już znam sekret tego świeżego wyglądu twoich dzieci.
Widocznie zawsze przebywają na słońcu!
     Wszystko jedno, Bracia! Matka miała rację.
Niechaj nie gubi dzieci lekkomyślność rodziców!


                          II.


                 Rodzice słabi.


      Po rodzicach lekkomyślnych idą rodzice słabi.
Rodzice, którzy źle pojmują miłość rodzicielską.
Rodzice, którzy przez przesadną delikatność i
pobłażanie rozwijają w dzieciach upór. Rodzice, którzy
przez swoją krótkowzroczność widzą w swoich
dzieciach same zalety, i których zadowalają ich
wszystkie instynktowne pragnienia.
     Biedne dzieci! Biedne rozpieszczone, obsypane
podarunkami, nieznające karności dzieci. Ich dusze
wypaczyła słabość rodziców!
      Zwróćcie uwagę na ośmioletnią córkę, jedynaczkę
zamożnych rodziców, kiedy przed świętami Bożego
Narodzenia wchodzi z matką do sklepu z zabawkami. Z
jakąż dumą i poczuciem swojej wielkiej godności strzela
oczkami na prawo i lewo. Obsługa momentalnie
536
wyczuwa bogatego gościa i spieszy gotowa do usług.
      – Wielmożna pani, co raczy rozkazać?
     – Jeszcze… jeszcze nie wiem… Proszę mi
pokazać ostatnie nowości. I
       I służba przynosi wszystko. Przynoszą najpiękniej
lalki, którym oczy, zależnie od położenia, otwierają się i
zamykają. Przynoszą lalki ubrane w prawdziwy jedwab,
z ondulowanymi włosami, drogimi kapelusikami…
Ustawiają je rzędem… Ale mała ze znużeniem przebiera
w nich… W końcu odzywa się:
      – Nie! Lalki nie chcemy. To dla mnie ma być
podarunek!
      – Ach, tak!
       Oprowadzają ją koło zastawionych półek. Końca
nie ma tym cudownym rzeczom: karzełki, arlekiny,
miniaturowe wozy elektryczne, komplet kuchenny dla
dzieci, bloki budowlane, pokoje białe… Nie, i to nie!…
Wszystko nie! W pewnej chwili już raczyła wskazać na
duży album z obrazkami… Mamusia już z radością
odetchnęła: nareszcie!… Ale nie, córeczka poszła dalej.
Ta dziewczynka o białej twarzy w kosztownych
pantofelkach ze skóry antylopiej, bez ciekawości, bez
zainteresowania, bez radości przechodzi obok takich
rzeczy, po zobaczeniu których, my w naszych latach
dziecięcych nie moglibyśmy z radości spać całe noce! O,
ty biedna, wcześnie rozwinięta i prędko zestarzała
jedynaczko!
     Może ktoś powie, że chłopcy inaczej są
wychowani! Oto przykład: jedynak, dziewięcioletni
                                                      537
Loluś. Idzie z rodzicami na spacer. Właściwie mówiąc,
idzie tylko koło nich. Raz bowiem jest gdzieś na
przedzie, drugi raz za nimi. Kręci się w słońcu
majowym, jak nadeptana glista. Aż oto z triumfem
podnosi coś z murawy i uszczęśliwiony pakuje to do
torebki z drugim śniadaniem.
      – Jest! Jest! Patrz, mamusiu, złapałem jeża.
Zabiorę go do domu…
     No, tego tylko brakowało matce! Na pewno
kochany Loluś zarazi się suchotami! Nie, na to nie
można pozwolić!
         Zwraca się natychmiast do męża:
       – Powiedz, mój drogi, Lolkowi, żeby natychmiast
rzucił to wstrętne zwierzę.
      Ale ojciec też nie ma do tego wielkiej ochoty.
Udaje, że nie słyszy. Mamusia złowrogo kaszle raz,
drugi… Ojciec widzi, że będzie lepiej załatwić sprawę.
         – Loluś! Daj tatusiowi jeża.
         – Niemożliwe! Nie dam! Tatuś na pewno go
puści.
         – Nie, nie puszczę go.
         – Więc po co go mam dawać?
         – Chcę go pogłaskać.
         – Nie można go głaskać, bo kole.
     – Więc nie kochasz tatusia? – zaczyna ojciec
nową taktykę.
         – Kocham. Ale… jeśli zostawi mi jeża – mówi
538
dziecko i odbiega parę kroków.
      Mąż zwraca się do żony:
      – Nie chce dać. Widzisz, że nie daje.
     – Śmieszne – mówi matka. – Nie masz żadnej
powagi wobec syna! Loluś, chodź tu! – woła na syna.
      Lolek, przeczuwając burę, odsunął się dalej
jeszcze o jedną ławkę. Matka rozgniewana usiłuje synka
złapać… Ale Loluś biega szybciej. W końcu, dama
zadyszana staje… Staje i Loluś w pewnej odległości.
      – Loluś! Chodź tu natychmiast!
     – Nie! Chcecie mi odebrać jeża. A ja go zabiorę
do domu. Zabiorę, i już!
      Ojciec zadowolony mówi do matki:
      – No, widzisz, że nie można mu dać rady! Z tego
chłopca będzie człowiek silnej woli!…
      – Nicht vor dem Kind… – prosi żona, strofując
rozradowanego męża, i sama zaczyna nową taktykę.
      – Słyszysz, Loluś: już dzwoni tramwaj, 17 – ka do
odjazdu. Zostawi nas… Spieszmy się…
      – Dobrze. Ale przyrzeknij mi, że nie będziesz
ruszała mojego jeża.
      – Przyrzekam.
      – Słowo!
      – Słowo.
      – Wielkie słowo honoru?
      – Wielkie. (Istnieje zatem i „małe” słowo honoru,
                                                   539
którego się nie dotrzymuje).
      Mały skarb zbliża się do przystanku
tramwajowego, ale wciąż podejrzliwie spogląda na
rodziców. Odnosi się wrażenie, że oni i dawniej obiecali
coś wykonać pod słowem honoru, a później tego nie
dotrzymali… Już są blisko tramwaju. Nie! Żeby matka
została pokonana? Na to nie można pozwolić!
      – Loluś! Kupię od ciebie jeża – mówi matka
błagalnym głosem.
      Dziecko zaczyna to interesować.
      – A ile dasz za niego?
      – Złotego.
      – Mało… daj dwa!
      Matka ze złością wyciąga dwa złote. Loluś
otwiera pudełko i puszcza wystraszone zwierzątko.
Ojciec śmieje się serdecznie.
      – Sprytny człowiek będzie z tego chłopca!…
       Tak jest, Bracia! Sprytny, ale do jakiego życia?
Do uczciwego, karnego, zdolnego do wyrzeczeń, pełnego
ciężkich prób? Osądźcie sami!




540
                           III.


               Rodzice grzeszni.


      Pozostała nam do omówienia trzecia grupa
rodziców, psujących duszę swoich dzieci. S ą t o
rodzice grzeszni.
     Grzeszni rodzice! Na słowa te drży dusza w
człowieku.
      Cóż mam tu przede wszystkim na myśli, kochani
Bracia?!
      1) Myślę w pierwszym rzędzie o przerażającym
prawie dziedziczności, o następstwach i o l b r z y m i e j
odpowiedzialności życia za młodych
lat.
       Ludzkość już przed wiekami zdawała sobie
sprawę z wielu prawd, wpierw, zanim potrafiła je ubrać
w formę naukową. Już nasi przodkowie widzieli wybitne
podobieństwo, zachodzące między dziećmi, a rodzicami
– nie tylko pod względem zewnętrznej budowy ciała, ale
często i pod względem właściwości duchowych. Nasi
praojcowie wyrażali to w ten sposób: „Niedaleko jabłko
pada od jabłoni”. My określamy to jako: „Objaw
tajemniczych sił dziedziczności”.
      Nauka zrobiła tutaj przerażające spostrzeżenia, w
świetle których odpowiedzialność rodziców jest daleko
większa niż dotąd myślano. Przedtem mniemano, że
                                                       541
odpowiedzialność rodziców zaczyna się od chwili
urodzenia dziecka: za to, czego je uczą i jaki dają
przykład. Dziś wiemy, że odpowiedzialność rodziców
zaczyna się na długo przed urodzeniem dziecka:
młodość, pełna niemoralności i grzechu, dzieci przyjdą
na świat również z bardziej rozwiniętymi skłonnościami
i predyspozycjami do grzechu.
      Studia nad dziedzicznością z przerażeniem
potwierdzają groźne słowa Pisma Świętego, że grzechy
ojców będą opłakiwały ich dzieci i dzieci tych dzieci.
      Strasznie nawet pomyśleć, że ludzie mogą być
wrogami duszy jeszcze nieurodzonych dzieci. Jeśli za
młodu prowadzili życie rozpustne, będą wydawali
potomstwo chorowite cieleśnie, skłonne do chorób
fizycznych, a duchowo do grzechu!
      Nie zabijaj duszy, nie niszcz jej! I na to należy
rozciągnąć V Przykazanie.
        2) Ale mówiąc o grzesznych rodzicach, mam
jeszcze kogo innego na myśli. Rodziców, k t ó r z y
niczego tak nie boją się dla swych
d z i e c i , j a k B o g a . Jak to? Więc są i tacy?
       Opowiadał mi mój kolega, że pewna matka –
inteligentna kobieta – szukała szkoły w Budapeszcie,
gdzie by uczniowie nie musieli uczyć się religii. „Mam
dwoje dzieci – mówiła – ale na to nie pozwolę, żeby je
uczono religii! Nie, raczej wywiozę je za granicę…”
      Niechaj wywozi! U nas, chwała Bogu, jeszcze
dotychczas nie ma szkoły bez nauczania religii. U nas
rząd jeszcze uznaje, że pierwszą dźwignią pracy
wychowawczej w szkole jest religia. Państwo to widzi,
542
ale matka nie.
      Czegóż obawiała się ona dla swoich dzieci na
godzinach religii? Tego, że będą się uczyły
posłuszeństwa względem rodziców, że będą w nich
wpajać miłość do rodziców, szacunek dla bliźnich i
obowiązkowość! Czy powiedziała ta matka: „Nie
pozwolę, żeby chodziły do podejrzanych kin?! Nie
pozwalam, żeby się włóczyły po mieście! Nie pozwolę,
żeby czytały liche brukowe piśmidła!?…” Czy tak
powiedziała? Nie! Ale powiedziała: „Nie pozwolę, żeby
się uczyły religii!” Powiedzcie, Bracia, czy nie jest to
burzenie duszy?
      W drugiej księdze Królewskiej czytamy, że syn
pewnej kobiety, uległszy w czasie żniw udarowi
słonecznemu, skarżył się ojcu: „Moja głowa! Moja
głowa!” (2 Krl 4, 19).
       Na to ojciec zwrócił się do jednego ze sług:
„Zabierz go do matki!” Bracia! Niebezpieczeństwem
dzisiejszych szkół jest to, że dbają tylko o kształcenie
mózgów dziecięcych, a zapominają o kształceniu
charakteru i moralności. Dzieci dzisiejsze również
skarżą się po niektórych trudnych wykładach: „Boli
mnie głowa”. Jak to dobrze, że możemy je zaprowadzić
w godzinach religii do naszej Matki Kościoła, która
obok wiedzy daje im charakter, wolę i mądrość życiową!
      3) Tyle już powiedziałem o              rodzicach
grzesznych… a jeszcze skończyć nie mogę.
      Muszę wspomnieć o rzeczy najokropniejszej.
Naród    żydowski    miał    jednego,    zepsutego,
bałwochwalczego króla Manassesa, który tak szalał w
                                                    543
swojej zapamiętałości, że własnych synów rzucał w
objęcia rozżarzonego bałwana miedzianego, Molocha, i
„ofiarował” ich pogańskiemu bogowi (2 Krn 33, 6).
       Okropny występek! Ale o wiele przerażające jest
to, czym bardzo często można się spotkać, że s ą
rodzice, którzy znajdują zadowolenie
w g r z e c h u s w o i c h d z i e c i . Są prości
wieśniacy, którzy z dumą opowiadają, że ich syn już
umie przeklinać, i to jeszcze jak! Są uczeni, inteligentni
rodzice, którzy zabierają swoje dzieci na podejrzane
filmy, do nieodpowiednich lokali rozrywkowych, a
nawet – wstręt nie pozwała mi tych słów wypowiedzieć
– do gorszych jeszcze miejsc, i rana, którą tam wypali na
młodej duszy grzech, niejedną duszę poświęci na wieki
bałwanowi niemoralności. Dla tych rodziców nie mam
innych słów, jak tylko piorunującą przestrogę Boga:
„Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z
tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej
kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi
morza.” (Mt 18, 6)


                     *      *     *


      W dzisiejszym kazaniu była mowa o zgorszeniu.
      Bracie,    który     swoje      dzieci   gorszysz
lekkomyślnością, słabością albo grzechami, czyż nie
przychodzi ci na myśl straszna scena, którą czytam w
Ewangelii o świętym Piotrze? A on chciał dobrze!
Kochał Pana, ale kochał Go niewłaściwie. Bolało go, że
Pan będzie cierpiał, więc starał się powstrzymać Go od
544
tego, a Pan twardymi słowami krzyknął na niego: „Zejdź
Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą” (Mt 16, 23).
Jeżeli Pan Jezus Piotra nazwał szatanem, który
powodując się fałszywą miłością chciał przeszkodzić
Jego cierpieniu i zbawieniu ludzkości, jak nazwie
rodziców, którzy swoją fałszywą miłością „burzą dzieło
Boga” (Rz 14, 20) i dusze okupione Jego gorzką męką
prowadzą do grzechu?!
       Bracia! Jeszcze nie spotkałem ojca, który by
żałował później, kiedy jego dziecko dorosło, że w
młodości wychował je surowo, konsekwentnie,
religijnie, że mu we wszystkim dawał dobry przykład
swoim życiem – ale niejednokrotnie gorzkimi łzami
skąpali swoje łoże rodzice, którzy gorszącym
zachowaniem, albo pobłażliwą słabością zburzyli dusze
swoich dzieci.
      Pismo Święte mówi: „Wiedzcie, że grzech wasz
dosięgnie was.” (Lb 32, 23), a słowa jego nigdy tak się
nie sprawdzają, jak w późniejszym stosunku dzieci do
rodziców. Baczcie rodzice! Grzechy dosięgną was!
      Ale już zakończę.
        Czy na zakończenie mam powiedzieć: Amen –
Niech tak będzie! Nie! Tego nie mogę powiedzieć! Ale
powiem i życzę wam, żebyście nigdy tego nie dożyli, żeby
was nigdy za grzechy nie spotkała ciężka kara, żebyście
nigdy nie musieli w swoich dzieciach opłakiwać
własnych wad – w t e j i n t e n c j i z g ł ę b i
duszy mówię: niech się tak stanie,
n i e c h t a k b ę d z i e ! Amen.


                                                    545
                          XL.


      „BIADA ŚWIATU Z POWODU
            ZGORSZEŃ!”
                                              (Mt 18, 7)


                    (II. Prasa).


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Przed tron Boży – jak czytamy w dziele pewnego
rosyjskiego pisarza – przybyły jednocześnie dwie dusze
ludzkie: Jedna z nich należała niegdyś do mordercy, na
którym wykonano wyrok śmierci przez powieszenie,
druga zaś do światowej sławy pisarza, którego książki
odznaczały się wprawdzie pięknym stylem, ale były
pełne bluźnierstw i niemoralności. Na tamtym świecie
nie ma protekcji, nie ma usprawiedliwień, i obie dusze
zostały srogo osądzone. Na potwornie grubym łańcuchu
wisiały dwa żelazne kotły – mówi opowiadanie. – Do
jednego z nich włożono mordercę, do drugiego pisarza, i
dobrze pod kotłami napalono.
      Mijały dziesiątki lat. Obie dusze cierpiały okropne
męki. Ale pod jednym z kotłów po pewnym czasie
zaczął ogień słabnąć… wygasać… aż w końcu zgasł
zupełnie. Morderca odpokutował swoje winy. Drugi

546
natomiast ogień płonie i płonie, może nawet silniej niż
na początku.
      „Panie, to okrucieństwo… to niesprawiedliwość!
– woła z bólu pisarz. – Ja nie zabijałem, jak ten oto
rozbójnik, nie skonałem na szubienicy. Na ziemi teraz z
wielką uroczystością obchodzą setną rocznicę moich
urodzin, a ja muszę cierpieć!” – „Nieszczęśliwy robaku,
jeszcze ośmielasz się coś mówić!? – grzmi odpowiedź. –
Ty masz jeszcze odwagę porównywać siebie z tym
drugim? Zabił on w gniewie jednego człowieka i
odpokutował za to. Ale ty? Iluż to młodziutkich
studencików pożera po kryjomu twoje bezecne pisma!
Patrz, jak błoto twojej książki brudzi ich kryształowo
czyste dusze! I ty ośmielasz się jeszcze mówić?! Patrz!
Sto lat już upłynęło od twojego urodzenia, a w iluż to
duszach ludzkich twoje książki gaszą promienne światło
wiary?! Ty jeszcze narzekasz? Tamten morderca zabił
tylko jednego – a ty? Patrz na tysiące dusz, które
oczarowałeś powabem swojej mowy, pięknym stylem.
One pod wpływem twoich książek stały się, albo staną
bezbożnymi, niemoralnymi i brudnymi. A ty jeszcze
narzekasz? Ogień pod tobą nigdy nie wygaśnie, a robak,
toczący twoje serce, nigdy też nie zginie. Bo biada temu,
kto zgorszył choćby jednego z tych, którzy wierzą w
Chrystusa!”
      Tu kończy się opowiadanie pisarza. Domyślacie
się, Bracia, na pewno, co będzie tematem dzisiejszego
kazania. Mówimy ciągle o V Przykazaniu: „Nie zabijaj”.
Ale zabijać można nie tylko stalowym sztyletem – zabić
można i ostrą stalówką. Sztylet zabija ciało, stalówka
duszę. Morderczy zamach sztyletu ściga ciężka kara
                                                     547
praw świata, gdy tymczasem podstępnemu morderstwu
duszy, dokonanemu piórem, nie potrafi zaradzić prawie
nic na świecie.
     Przypatrzmy się I. C z e g o              żąda      V
Przykazanie od pracownika piórem,
o d p i s a r z a ? i II. C z e g o s p o d z i e w a s i ę
od nas, od czytelników?


                             I.


      Czego żąda V Przykazanie od
                pisarza?


      Bracia! Nie ma chyba wynalazku tak
brzemiennego w następstwa, jak wynalazek druku. I
przedtem ceniono ludzką wiedzę, i przedtem płonęła
jasna pochodnia ludzkiego geniuszu, ale przed
wynalezieniem druku nie można było skupić koło nauki
szerszych    mas,   nie    można     było    wiedzy
rozpowszechniać.
       Po wynalezieniu druku wszystko się zmieniło!
Dawniej bywali królowie, którzy nie umieli czytać,
pisać. Dziś czyta każdy! Czyta uczeń w domu, w szkole,
w wolnym czasie, często podczas lekcji. Czyta
pokojówka po skończonej pracy. Czyta szofer,
oczekujący pasażera. Czyta przechodzień na ulicy, czyta
podróżny w pociągu. Czyta ten, kto wieczorem nie może
zasnąć… Czyta każdy.

548
    Ale co czytają? Oto wielkie pytanie: c o
czytają?
       1) Przy dzisiejszym gorączkowym życiu dla
przeważającej części ludzkości prawie, że jedyną lekturą
są d z i e n n i k i , g a z e t y . Można ubolewać nad tym,
że mało kto czyta poważne dzieła naukowe, ale faktem
jest, że dzisiejsi ludzie czytają prawie wyłącznie gazetę,
która kieruje ich moralnością, i psuje, albo wyrabia
światopogląd i smak. Zwłaszcza dla rozbitej nerwowo
generacji gazety mają moc sugestii i są bezwzględnym
panem.
       a) Wobec takiego stanu rzeczy, Bracia, jakie
zawrotne poczucie odpowiedzialności
p o w i n n i m i e ć c i , którzy drukowanym słowem
mogą prowadzić jednostki, rodziny, społeczeństwa,
narody na drogi moralności, albo zepsucia, powodować
zadowolenie albo rozterki, pożytek, albo rewolucję,
pokój, albo wojnę!
      Tak, kto pracuje piórem, musi mieć poczucie tej
olbrzymiej odpowiedzialności. Musi odznaczać się
subtelnością uczuć, o jakiej mówi pewien wielki
pedagog w opisie ciekawej drobnostki.
      Będąc w wagonie restauracyjnym, potrzebowałem
ołówka – pisze pedagog. – Zapytałem przeto kelnera,
czy nie ma ołówka na sprzedaż.
      – Nie mam, ale mogę panu pożyczyć. Wieczorem
będzie pan łaskaw go oddać, bo będzie mi potrzebny.
      Zgodziłem się. Wieczorem po powrocie do domu,
patrzę, co mam w kieszeni?… Ołówek kelnera!…
Pociąg pędzi daleko, wśród ciemności nocy. Kelner na
                                                        549
pewno w tej chwili o mnie myśli. A jak mnie przeklina!
Ufał mi jako „panu”, i zawiódł się. Swoim
roztargnieniem pogłębiłem tylko przepaść między
dwiema warstwami społecznymi!
      Ozwał się we mnie głos: Dlaczego się gryziesz
„taką drobnostką”? Jeden ołówek! Kelner również
poprosi kogoś o pożyczenie ołówka i tak samo
zapomni…
      Ale to jeszcze bardziej mnie przestraszyło. Moje
zapomnienie staje się powodem tylu grzechów!
„Zapomnienie”? O tym, co myśmy komuś pożyczyli
rzadko zapominamy, tylko zapominamy o tym, co
myśmy wypożyczyli od kogoś…
      Tak niepokoi się, myśli i troska się wrażliwe
sumienie – z powodu jednego ołówka! O, gdyby każdy
robotnik pióra i ołówka, tak poważnie zastanawiał się
nad swoim powołaniem! Żeby wprzód, nim napisze,
pomyślał, czy naprawi lub też zepsuje czytelnika!
       b) Musimy stwierdzić smutny fakt, że w i e l u
dziennikarzy           nie       posiada             nawet
najelementarniejszych                              śladów
p o c z u c i a t e j o d p o w i e d z i a l n o ś c i ! Bo
gdyby ono w dziennikarzach istniało, czy ośmieliliby się
na łamach swoich pism całymi miesiącami wałkować
tylko same steki grzechów?! Czy odważyliby się pod
różnymi tytułami szperać w skandalach tajemnic
rodzinnych i z wyszukaną przewrotnością hołdować
zwierzęcym instynktom czytelników?!
     Gdyby       istniało w            nich   poczucie
odpowiedzialności, czy mieliby         odwagę pisać z
550
cynizmem o rzeczach najświętszych, albo kłamać z
rozmysłem i rzucać oszczerstwa?! Nie ma tak wzniosłej
idei, nie ma instytucji, nie ma człowieka tak świętego,
by go nie obgryzał swoją śliną język oszczercy.
      Gdyby zdawali sobie sprawę z ogromu
odpowiedzialności, jaka na nich ciąży, czy odważyliby
się w imię „wolności myśli” tak lekkomyślnie,
powierzchownie i z tak odrażającym szyderstwem
traktować tematy religijne i etyczne, oraz instytucje
kościelne?!
      Wolność myśli! Dziś w imię wolności myśli
można wszystko drukować: każdy błąd, bezpodstawną
hipotezę, albo jawną niedorzeczność. Tylko Bóg może
wiedzieć, ile z tego wynika zepsucia i trucizny dla dusz!
      Na sztandarze Stanów Zjednoczonych widnieje 48
gwiazd, symbol 48 Stanów. Jeden z nich nazywa się
Tennesse. Sądzę, że niewiele wiemy o nim, nie znamy
go nawet z imienia. A jednak przed kilkoma laty cały
świat mówił o nim, a raczej o ciekawym procesie, jaki
tam miał miejsce. Stan ten posiada mianowicie prawo,
zabraniające nauczania w szkołach czegoś sprzecznego z
Pismem świętym. Jeden z profesorów przekroczył to
prawo, nauczając o zwierzęcym pochodzeniu człowieka.
Rząd wytoczył mu proces! To było treścią tego
ciekawego procesu, o którym swojego czasu głośno było
na całym świecie.
      Przede wszystkim sprawa ta nie należy do decyzji
sądu, ale do opinii wiedzy i Kościoła. Ale nie można bez
wzruszenia czytać i słuchać, że ten Stan – rzekomo tylko
dolarowi hołdującej Ameryki, jeden Stan – tak mądrze

                                                     551
czuwa nad duszą młodzieży, swych przyszłych
obywateli, nad ich moralnymi pojęciami. I pytam was,
Bracia, czy nam nie wolno rozpowszechniać
wypływającej z tego procesu nauki: że ważniejszą rzeczą
jest prawowierność myśli, niż wolność myśli?!
Ważniejszą jest moralność niż wiedza! Ważniejszą
rzeczą jest wychowanie młodzieży w bojaźni Bożej i w
posłuszeństwie dla rodziców i wszelkiej powagi, aniżeli
nauczanie, kiedy i jak rozwinął się człowiek z ssaków
czworonożnych do dzisiejszej wykończonej postaci, albo
w której epoce wymarł ichthyosaurus!
      Człowiek średniowieczny mniemał, że słońce
kręci się naokoło ziemi, a jednak budował katedry i w
ich cieniu tworzył harmonijne życie. A dziś? Nasza
młodzież po opanowaniu rozległej wiedzy – nie umie
sprzeciwić się złu! Odkryliśmy wielkie prawa natury, a
zapomnieliśmy wiecznych praw moralności. Odkryliśmy
tajemnicę latania, pływania pod wodą, radio – a
zgubiliśmy tajemnicę spokojnego i harmonijnego życia.
      Przyczyna tego w wielkiej mierze leży w
ustawicznym nadużywaniu czcionek drukarskich i
niszczeniu duszy przez prasę! Jak okropne spustoszenie
powoduje niemoralna prasa, ilustrowane tygodniki i zła
książka, można się domyśleć ze słów filozofa
(Kirkegaard), znanego z głębokiego serca i spokojnej
duszy: „Bóg wie – pisze – że nie jestem chciwy krwi, że
jestem świadom swojej odpowiedzialności wobec Boga:
a jednak w imię Boga przyjąłbym na siebie
odpowiedzialność, i kazałbym rozpocząć ogień
karabinowy, gdybym się wprzód dokładnie przekonał,
że przed lufami karabinów nie ma innego człowieka,
552
żadnego tworu żyjącego – prócz dziennikarzy!” Jakżeż
okropne doświadczenia musiał mieć ten łagodny filozof!
      2) Ale czy lepiej wychodzą na tym ci, k t ó r z y
poza gazetami czytają i książki?
Mówimy o książce, że więcej jest warta, niż przyjaciel.
O przyjaźni zaś mówi przysłowie: Powiedz, z kim się
przyjaźnisz, a powiem ci, kim jesteś.
      A teraz oglądnijmy się naokoło i zastanówmy się,
jakie książki mają największy popyt,
i jakie przyjaciółki książki czyhają
na     każdym        kroku     na     czytelnika?
Począwszy od szklanej budki kiosku kolejowego, przez
wystawy księgarń, aż do antykwarni, wszędzie biją w
oczy rażące zmysłowością broszury, tygodniki znacznie
przekraczające linię demarkacyjną moralności, romanse
rozdrażniające wyobraźnię brudnymi myślami i grzeszną
lubieżnością.
      Bracia! Skarżymy się na wielkie braki w stanie
zdrowotnym naszego społeczeństwa. Poświęcamy
wielkie sumy na wzmocnienie siły narodu! W tym
samym czasie bez słowa sprzeciwu patrzymy na
grasowanie niemoralnych druków, na burzycielską
prasę, nad którą nie ma większego wroga narodowe
zdrowie. Nie widzimy, że książki zagrażające
moralności nie zatrzymują się przed wejściem do
świątyni rodziny, ani przed białymi drzwiami pokoi
panieńskich. I tam się już dostały! Bo zło umie się
zamaskować i ukryć.
      Ewangelia, z której bije najgłębsza znajomość
duszy, nazywa aniołów upadłych nie tylko diabłami,

                                                   553
wężami, smokami, lwami ryczącymi, ale – dziwnie to
będzie brzmiało – i siewcami ziarna.
      Zły duch, jako siewca! Jakiż to dziwny obraz, a
jednak jak przerażająco realny! Zło wśród ludzi
zazwyczaj nie występuje w całej swej ohydzie – bo
każdy by się nim przeraził. Nie, nie. Chwast, zepsucie i
grzech jest z początku ledwie dostrzegalny. Któż
dostrzeże w wirze życia rozsiane małe ziarenka? Dobre,
czy złe! Dlatego groźniejszym jest zepsucie, rozrzucone
przez siewcę, niż napady węża, smoka i lwa ryczącego.
Ten ostatni zwłaszcza przeraziłby ludzi, którzy obojętnie
patrzą, jak siewca sieje ziarna zła do rodziny, życia
społecznego i wszystkich jego przejawów.
       Druki diabelskie czyhają z w ł a s z c z a n a
d u s z ę m ł o d z i e ż y . Na dusze tych, od silnych
muskułów których, od jasnego spojrzenia, gładkiego
czoła i czystej krwi, zależą nowe tysiąclecia istnienia
narodu.
      Mówiąc o tym, chciałbym ogniem wypalić moje
słowa! Bo, kogo mam na myśli? Wampirów kieszeni,
dla których nie ma nic świętego, którzy drukują,
sprzedają i kładą na wystawę najbrudniejsze plugastwa,
zabagniają moralność, żeby tylko z tego wydobyć
pieniądz. Trucizny nie wolno byle komu mieć na
składzie, nawet aptekom wolno ją wydawać tylko z
polecenia lekarskiego. Ale zatruwające duszę obrazy i
książki może byle kto sprzedawać i kupować. O to nikt
się nie troszczy. Jakżeż oburzamy się, gdy policja
wykryje przemytników kokainy! Ale czyż nie
tysiąckrotnie bardziej zabija i niszczy duszę trucizna
grzesznej, zmysłowej lubieżności?!
554
                              II.


      Czego żąda V Przykazanie od
              czytelnika?


       1) Nie wystarczy wiedzieć tylko o tym. Nie
wystarczy potępiać. Nie! Nie! Bakterii nikt nie przeklina
– ale z trwogą ich unika! Szerzeniem się epidemii nie
gorszymy się, – ale staramy się ją stłumić. Przeciwko
niemoralnym i antyreligijnym produktom prasy,
przeciwko okropnemu spustoszeniu, jakie czynią, jest
tylko jeden środek, p o p i e r a n i e d o b r e j p r a s y ,
a unikanie zepsutej, jak bakterii
dżumy!
      Ale tu właśnie przejawia się opłakana ślepota mas
chrześcijańskich! Wprost trudno uwierzyć, że
chrześcijanie, ludzie religijni, praktykujący, kupują co
dzień pisma i ilustracje, prenumerują czasopisma, jawnie
lub skrycie, delikatnie albo grubiańsko atakujące naszą
wiarę i nasze pojęcia moralne. Najlepsi z nas pracują nad
wzmocnieniem chrześcijańskiej sprawy. Urządzają
kongresy prasy, ankiety. A w tym samym czasie nasz
chrześcijański lud – jakby oślepiony przez złego ducha –
przyjmuje i czyta dziennie setkami tysięcy egzemplarzy
gazety, artykuły, stanowiące broń przeciwko zasadom
naszej wiary i zabijające prawa moralności.
       – Idę ulicą – pisze wybitny pisarz francuski
(Pierre l’Ermite) – i na rogu spotykam diabła. Proszę się
                                                           555
nie bać! Dziś diabeł już nie obiera się tak strasznie, jak
dawniej: długi ogon, ognisty język, kopyta końskie…
Gdzie tam. Był pięknie ubrany w elegancki garnitur,
półtwardy kołnierzyk, prasowane spodnie, jedwabne
skarpetki.
      – Cóż tu porabiasz? – zapytałem go,
      – Śledzę kongres prasy – brzmiała odpowiedź
      – Zdaje mi się, że narobi ci dużo kłopotu.
       – No, nie powiedziałbym – uśmiechnął się
szyderczo mój rozmówca – Urządzajcie sobie, ile
chcecie, zebrań biedni katolicy! Patrz na tę rękę –
pokazał kanciastą dłoń. – Ona doskonale wie, jak trzeba
zawiązać oczy waszemu ludowi. Czy widzisz tego oto
eleganckiego pana?… Jemu też zawiązaliśmy oczy. Jest
katolikiem, słyszysz? A prenumeruje skrajne pismo
lewicowe. Po przeczytaniu wrzuca je do kosza, a
wieczorem służąca je czyta.
      Szliśmy dalej ulicą. Naprzeciwko nas idzie jakaś
kobieta.
      – Widzisz? Ta też ma zawiązane oczy. Idzie
właśnie do kościoła, ale z torebki jej sterczy
antychrześcijańskie pismo. Kupuje je zawsze po
obiedzie. „O tych parę groszy nie wzbogaci przecież
nieprzyjaciół. To tylko kropla w morzu!” – broniłaby
się, gdybyś jej czynił z tego powodu wyrzuty. Ale ty
dobrze wiesz, że i największe morze składa się z kropel.
Z dziesięciu groszy tej tercjarki i wielu tysięcy innych,
buduję swoje pałace, kupuję nowoczesne maszyny
drukarskie i drukuję artykuły, godzące w moralny
światopogląd.
556
      Stanęliśmy przed kioskiem gazeciarza… Szeroko
porozkładane stosy pism. Oczy szatana zabłysły pychą:
      – Zlicz swoje pisma! No, nie ociągaj się. Policz!
     Zaczynam liczyć: jeden, dwa, trzy… Trzy – nie
ma więcej.
      – No, a teraz policz moje!
      Hebanową laską wskazywał pismo po piśmie:
        – To moje. Artykuły tego pisma pełne są
zmysłowości. To też moje: ono zawsze atakuje wiarę.
To też. W tym znów piśmie drobne ogłoszenia i
korespondencja prowadzą do grzechu wiele naiwnych
dziewcząt. To tu… na pozór ani moje, ani wasze…
Mówi o sobie, że jest „niezależne”, ale w rzeczywistości
należy do mnie, bo często pod szatą naukową napada na
was, a ilustracjami zabija wiarę w duszy czytelnika.
Tamto też moje. Zwróć uwagę na pikantne obrazki… To
też, i tamto… i to… Widzisz, dotychczas już naliczyłeś
17, a idź do pociągów, na okręty, do kawiarń! Idź do
cichych rodzinnych domów! Do poczekalń lekarskich,
do fryzjerów, do kasyna. Gdziekolwiek… rozumiesz? –
gdziekolwiek! Wszędzie znajdziesz moją najwierniejszą
armię: gazety…
      2) Kochani Bracia! To całe opowiadanie jest tylko
zmyśloną impresją literacką, w której pisarz poglądowo
pragnie przedstawić przerażającą potęgę złej prasy. Ale
nie jest zmyśleniem, lecz czystą prawdą to, o czym
mówił ze zgorszeniem gazeciarz, sprzedający gazety tu
naprzeciw kościoła. Mówił, że ludzie, wychodzący z
kościoła, kupują najbardziej wrogie dla religii pisma.
Teraz powiedźcie, Bracia, czy nie szatan zawiązał im
                                                      557
oczu? Czy nie miał słuszności gazeciarz, gorsząc się
tym? Czyż to nie hańba, że ludzie praktykujący, modlący
się, chodzący do kościoła są n a t y l e ś l e p i w
t y c h s p r a w a c h ? ! „Dwom panom nikt nie może
służyć” – powiedział Chrystus Pan pewnego razu. Jeśli
więc służysz Chrystusowi, powinieneś strzec się tego, co
może cię oddalać od Niego. „Nie zabijaj” – mówi V
Przykazanie. A ty lekkomyślnie narażasz swoją wiarę,
moralność na zabicie, na śmierć?!
      a) Nawet nie potrzeba czytać pism, zdecydowanie
atakujących wiarę, by ponieść ogromną szkodę.
Wystarczy, jeśli pismo jest tzw. „o b o j ę t n e ”: nie
napada na religię, ale i nie pisze o niej. Wystarczy, jeśli
ktoś latami w małych, niespostrzegalnych dawkach, ale
systematycznie wpaja w serca swoich czytelników inny
światopogląd, a o katolickim nawet nie wspomni. Ani
się spostrzeżesz, jak zwiędnie w twojej duszy kwiat
poważnego, chrześcijańskiego myślenia.
      Przed kilkoma laty wydarzył się fakt światowego
znaczenia, którego doniosłość trudno nawet przewidzieć.
Ojciec święty, rzymski papież, uzyskał z powrotem
zupełną niepodległość i niezależność. Następnego dnia
po tym wydarzeniu wpadło mi do rąk pewne
budapeszteńskie pismo. Na pierwszej stronie
olbrzymimi literami wydrukowana wiadomość: o
papieżu? Gdzie tam! – „Miss Hungaria została wybrana
miss Europy!” Otóż to, Bracia! Możemy mieć światowej
sławy filozofów katolickich, poetów, artystów; mogą
obradować nasze naukowe towarzystwa, kongresy;
możemy wysyłać tysiące misjonarzy, bohaterskie dusze,
niosące światło Ewangelii między pogan; możemy
558
budować szpitale, przytułki dla sierot, w nich mogą
pracować zakonnice z poświęceniem całego życia; może
wspaniale szerzyć się po świecie myśl katolicka – ty o
tym nic nie wiesz, pojęcia nie masz, bo twoje
„neutralne” pismo nie pisze o tym ani słowa.
     b) I nie mów tak, jak mówi wielu ludzi z
pewnością siebie: P r o s z ę s i ę o m n i e n i e
bać, na mnie to nie wywiera żadnego
wpływu!
      Nikt nie może powiedzieć, że nie wywiera
wpływu na niego stałe otoczenie, codziennie czytana
gazeta. Chcąc nie chcąc, stajemy się lepsi, albo gorsi
pod wpływem przyjaciół, towarzystwa i lektury!
Zdrowie i dobroć nie są zaraźliwe, ale choroba i grzech
tak! Wierzę, że nie chcesz stracić wiary! Wierzę, że nie
chcesz zepsuć się moralnie. – Młynarz w młynie
również nie chce się zawalać mąką, a jednak jest biały.
Kominiarz też nie chce być czarny, a jednak jest
powalony sadzą. Święty Paweł nie bez przyczyny
napomina: „Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w
jedno jarzmo” (2 Kor 6, 14); „wyjdźcie spośród nich i
odłączcie się ” (2 Kor 6, 17). W innym miejscu nawet
tłumaczy swoje słowa: „Dlatego pisałem wam wówczas,
byście nie przestawali z takim, który nazywając się
bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem,
bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim
nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku.” (1 Kor 5, 11).
      c) „Nawet wtedy, g d y p i s a r z o d z n a c z a
s i ę w s p a n i a ł y m s t y l e m ? Nawet wtedy nie
wolno mi czytać, gdy to jest u z n a n a ś w i a t o w a
wielkość?”
                                                    559
      Nawet wtedy nie!
      Niestety są pisarze, którzy nie wahają się oddać
wielkiego talentu, otrzymanego od Boga, na usługi zła
moralnego, którzy błyskotliwym językiem i czarownym
stylem gotowi chwalić grzech, brud i zarazę. Tych też
nie wolno czytać? Zwłaszcza tych nie wolno! Po
pierwsze dlatego, że śmietnisko zostanie zawsze
śmietniskiem, chociażby je zlano perfumami. Po drugie
dlatego, że ci zdolni, niemoralni pisarze są bardziej
niebezpieczni, aniżeli ci, których brutalność i
niemoralność uderza wprost w oczy.
      Są pisma ilustrowane, które otwarcie szerzą
niemoralność i są książki i sztuki teatralne, które też
otwarcie wysławiają grzech. Kto sięga po nie, z góry
wie, co dostaje, bo brudu nie można ukryć. Dlatego
natomiast niebezpieczniejsze są pisma, które swoje ataki
na wiarę i moralność owijają w sztuczną mgłę frazesów i
haseł barwnego stylu. Niepodejrzliwy czytelnik tego nie
spostrzeże tak długo, dopóki pewnego pięknego dnia nie
zmieni się jego światopogląd do tego stopnia, że w
końcu i sam prawa moralności będzie uważał za
nieznośne i na każdym kroku znajdzie coś do
wyrzucenia z prawd chrześcijańskich.
      Nasza dusza w stosunku do pięknie
wykończonych i delikatnie tonowanych brudów
moralnych zachowuje się tak samo, jak organizm
cielesny w stosunku do pewnych trucizn. Gdy ktoś
zażyje 30 – 40 centygramów trucizny to umrze, ale jeśli
zażyje 60 centygramów, to mu nie zaszkodzi, bo żołądek
ją zaraz wydali. Moralny człowiek nie będzie czytał
szorstkiej, otwartej, brutalnej pornografii, ale 30 – 40
560
centygramową       truciznę    wykwintnych       pisarzy
niepostrzeżenie połknie i – umrze!


                     *     *      *


      Bracia! Pewne pism wiedeńskie podało do
wiadomości smutne zdarzenie. Pisało, że pewna
dziewczyna wiedeńska otrzymała w podarunku ciekawą
książkę, do czytania której zabrała się natychmiast.
Książka zaciekawiła ją do tego stopnia, że nie mogła
oczu od niej oderwać… W międzyczasie ściemniło się.
Żeby więc lepiej widzieć, usiadła przy kominku…
Wtedy to wyskoczyła iskra… i dziewczyna spaliła się.
Wiadomość zaopatrzona była tytułem: „Spaliła się w
czasie czytania”.
      „Spaliła się w czasie czytania!” Jakaż to
tragiczna myśl, jeśli ją zastosujemy do duszy!
       Na rynku w Wiedniu stoi olbrzymi dom, którego
jedną część przerobiono na kaplicę. Dawniej był tu teatr,
w którym w czasie olbrzymiego pożaru 8 grudnia 1882
roku spaliło się 400 ludzi. Na pamiątkę wznosi się tam
teraz kaplica.
      Bracia! Gdyby podać wszystkie wiadomości o
duszach, które w czasie czytania spaliły się, nie
wystarczyłoby miejsca w pismach całego świata; gdyby
na miejscu teatrów, w których spłonęły dusze wiecznym
ogniem, stały kaplice, nie brakłoby kościołów na ziemi.
     Bracia! Jeśli ktoś jest powierzony waszej opiece,
uważajcie, by książka, obraz, druk, albo teatr nie zabił
                                                     561
jego duszy! A każdemu jest powierzony olbrzymi skarb:
własna dusza! Uważaj! Uważaj, żebyś nie spalił swej
duszy w czasie czytania! Amen.


                         XLI.


      „BIADA ŚWIATU Z POWODU
            ZGORSZEŃ!”
                                             (Mt 18, 7)


                  (III. Moda).


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Przed miesiącami na wstępie do pierwszej mojej
nauki o V Przykazaniu wspomniałem, że według
obliczenia, będę potrzebował mniej więcej jedenastu
kazań, by wszystko powiedzieć, co zawiera się w tych
krótkich dwu słowach: „Nie zabijaj!”
      Jedenaście kazań już wygłosiłem, dzisiaj
zaczynam dwunaste – ale i to wypada mi poświęcić
jeszcze piątemu Przykazaniu! Jest to już jednak kazanie
ostatnie. W niedzielę następną przejdziemy do VI
Przykazania. Gdzieś musiałem się przeliczyć!
      Zacząłem szukać. Gdzie mogłem pomylić się w
rachowaniu? Dlaczego po jedenastu kazaniach
wywiązała się konieczność i tego dwunastego?
Przyczynę tę wkrótce znalazłem. W planie moich
562
przemówień ukrywał się pewien niewdzięczny,
niewygodny temat. Chciałem go poruszyć to w tym, to
w tamtym kazaniu, wspomnieć o nim łącznie z innym
tematem, ale wywody jakoś się nie zgadzały…
Unikałem tego trudnego zagadnienia. Dopiero dzisiaj,
kiedy już załatwiłem się ze wszystkimi tematami
związanymi z V Przykazaniem, ten zostawiony na boku
temat spogląda na mnie wyczekująco: a ze mną co
będzie?!
      Wobec tego, Bracia, nie pozostało mi nic innego,
jak w dwunastej godzinie, czyli w dwunastym kazaniu
spojrzeć w oczy temu unikanemu przeze mnie tematowi.
       Ale, żeby nie wynikło tego powodu jakieś
nieporozumienie, żeby nie obrazili się na mnie ci,
których może dotknę, uważam za najodpowiedniejsze
rozpocząć to kazanie zwykłą bajką o zwierzętach. Jeśli
potem ktoś uczuje się dotknięty, to niech się gniewa na
tego, kto tę bajkę wymyślił.
      Pewnego razu jakiś myśliwy od niechcenia strzelił
do młodej, dzikiej gęsi – mówi bajka – i ustrzelił jej
garść piór z ogona. I to w dodatku tak brzydko, że
biednemu ptakowi wszystkiego tylko dwa piórka
zostały! Biedna gęś! Tak oszpecona nie może przecież
wracać do domu! Wyśmiałby ją każdy! Poszła więc w
świat. Po długiej podróży zabłąkała się daleko, w
odległe sitowia, gdzie również mieszkały dziki gęsi.
Tutejsze młode gęsi, zobaczywszy nowego przybysza,
zareagowały najpierw serdecznym wybuchem śmiechu:
      – Patrzcie, ten strach na wróble ma tylko dwa
pióra w ogonie!

                                                   563
     – Wybacz, moja droga! To wcale ciekawy okaz! –
mówi druga tubylcza stara gęś. To z pewnością
najnowsza moda!
       – A ja mówię wprost – powiada inna – że ta moda
jest bardzo wygodna.
      Następnego dnia obudzili się mieszkańcy sitowia i
zobaczyli, że wszystkie młode gęsi mają tylko po dwa
pióra w ogonie. Serca dobrych matek – gęsi z początku
krwawiły, że dla mody muszą wyrywać piórka swoim
dzieciom, ale trzeciego dnia i sobie powyrywały
niemodne pióra. I one zjawiły się na nadjeziornym
korso, obskubane według krzyku najnowszej mody.
      Tu bajka się kończy.
      Czy chcecie, żebym wam lepiej wyjaśnił, o czym
będę dzisiaj mówił? Naturalnie o m o d z i e .
    W jakiej sprawie chcę dzisiaj zabrać głos? W
sprawie mody.
      Dobrze, ale jakim prawem? – pytają tysiące osób.
Jakim prawem Kościół wtrąca się do kwestii mody?
         Bracia! Jakim prawem? Prawem V Przykazania!
W imię czego? W imię obrony duszy i ciała! To nasuwa
mi myśl potrójnego podziału dzisiejszego kazania.
Przesadne hołdowanie modzie zagraża: I. Ż y c i u
c i e l e s n e m u i II. Ż y c i u d u s z y , III. C o
wolno,           a    czego       nie     wolno       w
kierowaniu się przepisami mody?




564
                           I.


           Moda a życie cielesne.


       1) Przede wszystkim muszę stwierdzić dziwną
rzecz. Niektórym z moich słuchaczy nie może pomieścić
się w głowie fakt, że katolicka etyka nie potępia mody
bezwzględnie i we wszystkich okolicznościach. Czasem
nawet w pewnych wypadkach potrafi wystąpić w jej
obronie. Tak, Bracia! Nasza etyka nie zaraz kręci głową,
jak tylko jest mowa o modzie, ubieraniu się, o estetyce.
Zwierzę nie może jeść nic innego, jak tylko to, co mu
każe instynkt i nie może ubrać się w inne futro, w inne
upierzenie, to znaczy, nie może kierować się „inną
modą”, jak tylko tą, którą przepisała mu natura. Ale
człowiek jest czymś więcej, niż natura! Człowiekowi
Bóg dał rozum w tym celu, żeby regulował swoje czyny.
Człowiek więc wybiera w pokarmach, obiera sobie
sposób urządzenia mieszkań i zmienia ubiór. Nawet
wtedy daje dowód swojej wyższości duchowej, kiedy
stara się tchnąć ducha w martwą materię; kiedy
przyrządza sobie pokarmy, buduje mieszkania i ubiera
się.
       Te starania są zupełnie naturalne, dozwolone i
słuszne dopóki… jak długo… dopóki człowiek tego nie
nadużywa i nie zagraża swojemu życiu albo dopóki nie
czyni tego z pobudek niższych instynktów. Tu wznosi się
podwójna bariera, wstrzymuje nas od kierowania się
modą. Więc tylko wówczas trzeba protestować
                                                    565
przeciwko niej i w imię V Przykazania wnosić „veto”,
gdy ona przekroczy granice. Takie stanowisko jest
słuszne. Chrześcijaństwo nigdy nie było przesadne.
Zabiera głos tylko tam, gdzie widzi niebezpieczeństwo.
        Ale właśnie dlatego, że szanuje i ziemskie życie,
za g r z e c h u w a ż a s k r a c a n i e ż y c i a i
z d r o w i a przez przyjemność i zabawy, czy też przez
modę. Nie zabrania umiarkowanego używania alkoholu,
ale piętnuje jako grzech, pijaństwo, nałóg. Nie widzi
grzechu w umiarkowanym używaniu nikotyny, ale i tutaj
nie może tolerować przesady, zwłaszcza w młodym
wieku. Nie zabrania trzeźwej rozrywki tańca, zabawy,
ale potępia nocne hulanki i pijacką rozpustę. Tak samo
nie potępia rozsądnego kierowania się wskazówkami
mody, ale zawsze zabiera głos przeciwko szkodliwej dla
zdrowia przesadzie. Nie zabrania być chudym, albo
tłustym, ale skracanie życia, które niektórzy uprawiają
pod hasłem „kuracji odtłuszczającej”, uważa za
przestępstwo przeciwko V Przykazaniu. Gdyby się
kiedykolwiek jaki spowiednik odważył zadać jako
pokutę, choćby tylko jedną czwartą z tych okropnych
męczarni, którym poddają się dobrowolnie zwolenniczki
„smukłej linii”, na pewno by go ukamienowano! Ale dla
mody! Ach! Gotowe są kilkakrotnie skonać śmiercią
męczeńską!
      Ofiary mody! Zimową porą bywały okropne
mrozy. Idę ulicą. Ludzie zmarznięci wciągają szyje w
kołnierze palt. Dobry Bóg nawet o zwierzęta się troszczy
i daje im na zimę ciepłe futra. Tylko biedne kobiety,
tylko one z rozkazu mody muszą nawet w czasie
wielkich mrozów chodzić wydekoltowane, w cienkich,
566
ażurowych pończochach i trząść się z zimna. Czymże to
jest, jeżeli nie przekraczaniem V Przykazania, nie
bezmyślnym szukaniem choroby i narażaniem życia?!
      Na dworze skrzący mróz… Ma odbyć się
uroczysty ślub… Biedne drużki! Ofiary mody.
      – Prawda księże proboszczu, że kościół będzie
opalony?! Troszczy się jakaś babcia.
     – Niestety, w czasie tych wielkich mrozów nie
można należycie ogrzać kościoła. Ale niech się
dziewczynki ubiorą ciepło…
      – Ale skąd?! O tym mowy nie ma! Cienkie,
jedwabne sukienki noszą i w dodatku głęboko wycięte!
Daremnie proszę, by się ciepłej ubrały. Jedną tylko
zawsze słyszę odpowiedź: Niech babcia nic nie mówi,
skoro nie zna dzisiejszej mody!
       I przychodzą w dwudziestostopniowy mróz w
lekkich jedwabnych sukienkach. Sinieją, zielenieją –
nabawiają się kataru, bronchitu, zapalenia płuc – ale to
nic: były modnie ubrane!
       Kochani Bracia! Według statystyki angielskiej
śmiertelność wśród młodych kobiet w czasach
dzisiejszych znacznie wzrosła. Lekarze zaczęli badać
przyczynę, i czy wiecie, do jakiego wniosku doszli?
Wzrost     śmiertelności     wśród     młodych       kobiet
spowodowany jest głównie przez nieodpowiednie
ubieranie się. To nie jest moje osobiste zdanie, ale opinia
angielskich lekarzy. Chodzi tu o modę, która w czasie
mroźnej zimy każe się ubierać kobietom w ażurowe
pończochy i głęboko wykrojone suknie. A gdy do mody
dołączy się palenie tytoniu, nadmierne używanie
                                                       567
papierosów, czy można się dziwić, że tyle kobiet nie
domaga na choroby dróg oddechowych i serca?! Takie
oto rzeczy należą do V Przykazania? Tak, do niego
należą! Bo nie może być moralnie obojętne, jeśli lekarze
stanu Michigan wypowiedzieli się, że 60% dzieci z
matek nikotynistek umiera do dwu lat. Nie, ze względu
na moralność nie może to być obojętne!
       Kościół zabiera zatem głos przeciwko przesadnej
modzie ze względu na obronę życia ciała. A cóż dopiero,
jeśli chodzi o obronę życia duszy!


                          II.


            Moda a życie duszy.


        1) W ostatnich latach biskupi całego świata
katolickiego zaprotestowali w listach pasterskich
przeciwko przesadzie mody, zagrażającej duszy.
Niektórzy        oburzali  się.  Jakim       prawem
Kościół katolicki zabiera głos w tej
s p r a w i e ? ! Co go może obchodzić moda?!…
      Owszem, Kościół ma tu coś do powiedzenia!…
Dopóki moda jest tylko czystym przejawem zmysłu
estetycznego, tak długo Kościół milczy. Ale zabiera
głos, gdy idzie o zdrowie duszy. Wtrąca się, gdy w
modzie podnosi głowę nieokiełznana zmysłowość
pogańska, gdy moda podnieca instynkty zmysłowe.
      W Holandii doszli do wniosku, że nowoczesne
liche ubieranie się wywołuje zamieszanie w obsłudze
568
kolejowej. Kościół znowu przekonał się, że wywołuje
ono zamęt w służbie Bożej i w duszach mężczyzn. Jeśli
holenderska dyrekcja kolei miała prawo wydać
rozporządzenie, wymagające od zatrudnionych przy
kolei kobiet, by nosiły ubrania nieprzeźroczyste i zapięte
pod szyję – bo zauważono, że nowoczesne lekkomyślne
ubieranie się kobiet zatrudnionych przy kolei
przeszkadza przy pracy mężczyznom – powtarzam, jeśli
dyrekcja kolei zaprotestowała przeciwko temu dla dobra
kolei, tym bardziej ma obowiązek wystąpić z całą
surowością Kościół, gdyż idzie tu o dobro dusz.
      I nie dziwmy się tej surowości! Bo tam, gdzie
zdrowie dusz zagrożone, Kościół katolicki nie zna
kompromisu. Nie wchodził w kompromis z królami,
którzy przez swój upór miliony oderwali od jego łona,
nie wchodzi też w kompromis i z modą.
       Zrozumcie dobrze, Bracia! Kościół nie uważa za
grzech rozrodczej siły człowieka, ani jej używania,
przecież to dar Boży! Ale piętnuje, jako grzech, jej
nadużywanie, jej nieuporządkowane i nieokiełznane
podniecanie. Ta twórcza, seksualna siła, o której będę
mówił w najbliższą niedzielę, jest wzniosłą wartością,
ale tylko wtedy, gdy jest ujęta w żelazne karby prawa
moralnego. Zdejmij obręcze z beczki, a wyleje się do
błota najsmaczniejszy tokaj: zdejmij z życia seksualnego
obręcze Przykazań Bożych, a w bagnie utonie godność
ludzka. A przecież, Bracia, nowoczesna moda zrzuca te
obręcze, i dlatego świętym obowiązkiem Kościoła jest
zaprotestować przeciwko temu.
    2)  Między      człowiekiem     a
ubraniem istnieje ściślejszy związek,
                                                      569
a n i ż e l i p r z y p u s z c z a m y . Ubiór, który nosimy,
staje się częścią naszego „ja”, i wydaje o nas
świadectwo. Zdradza wiele rzeczy, których nie
chcielibyśmy mówić o sobie. Mówi, że ten człowiek jest
bezmyślnym snobem, bez charakteru i próżnym. Tamten
znów jest delikatny, opanowany i godny szacunku.
       Mowę ubioru słyszą ludzie. Ubieranie się dla
jednego jest aniołem stróżem, dla drugiego zgorszeniem
i trucizną duszy.
      Jakiż cel ma ubranie? Żeby nas chroniło od
szkodliwych wpływów temperatury, żeby chroniło ciało
i duszę. Duszę moją i duszę innych. Żeby nas chroniło
od deszczu, zimy, wiatru, upału słońca – a następnie od
wzroku innych! Ubieramy swoje ciało nie dlatego, że
uważamy je za grzeszne, diabelskie – (w dwóch
specjalnie temu po święconych kazaniach protestowałem
przeciwko temu) – ale nakrywamy ciało ubraniem, gdyż
uważamy je za przybytek Ducha Świętego i nie możemy
pozwolić na to, żeby nieskalana biel świątyni padła
pastwą płomieni grzesznego wzroku.
      3) Kościół nasz nie jest uprzedzony, lecz raczej
wyrozumiały. Wygłaszając swoje zdanie o modzie,
dobrze wie, że powinien zrobić p o t r ó j n e
rozróżnienie.
      a) Istnieje moda nowa, piękna, estetyczna i
moralnie bez zarzutu. Taka przystoi dziecku Bożemu.
Przeciwko takiej modzie Kościół nie występuje.
      b) Istnieje dalej moda, która nie jest wprawdzie
sprzeczna z moralnością, ale jest niezdrowa,
niepoważna, jak te dwa pióra w obskubanym ogonie
570
gęsi: moda, która nie ma żadnego sensu. Takim jest np.
kapelusz damski ściągnięty na oczy tak, że nic spod
niego nie widać, wąska suknia, w której nie można
chodzić; damska fryzura, którą niegdyś nosiły kobiety
stojące poza nawiasem społeczeństwa… Ale jeśli kto
sobie tego życzy, niech robi, co chce! Nasza etyka nie
zabiera głosu w tej sprawie.
      Ale istnieją wypadki, kiedy Kościół i z innych
względów musi zabierać głos. Na przykład musi
wypowiedzieć się i przeciwko moralnie obojętnej
modzie, jeśli jakaś kobieta dla niej wysiaduje całymi
godzinami przed lustrem i zaniedbuje pracę koło domu,
albo przez uganianie się za modą naraża męża na
nieznośne koszta, lub wydatki te pokrywa kosztem
kuchni, a już szczególnie jeśli swoje myśli odwraca
wskutek tego od rzeczy poważnych. Pewna urzędniczka
opowiedziała mi następujący wypadek:
      – Pracowałam w biurze z pewną dziewczyną.
Całymi latami podczas naszej wspólnej pracy nie
słyszałam od niej nigdy, żeby mówiła o czymś innym,
jak tylko o strojach i zabawach. Żyła skromnie, często
nawet głodowała. Odmawiała sobie wszystkiego, żeby
mogła więcej wydać na ubieranie się i strojenie.
Wskutek wadliwego odżywiania doszła do tego, że
popadła w suchoty. Dowiedziałam się, że jest już bliska
śmierci. Odwiedziłam ją. Łagodnie przypomniałam jej o
życiu wiecznym i prosiłam, żeby się przygotowała do tej
wielkiej drogi. Uśmiechała się i mówiła, żebym się o to
nie troszczyła. Miała tylko jeden kłopot, w którym –
według niej – mogłabym jej dopomóc. Zapytałam się jej,
co jest przedmiotem tej wielkiej troski. Aż się
                                                   571
przeraziłam, kiedy mi odpowiedziała:
      – Żebym była i w trumnie piękną. Dlatego, jeśli
chcesz mi zrobić wielką przysługę, otwórz tę szufladę.
Tam jest żelazko i maszynka spirytusowa.
Zaonduluj mi włosy.
       Jedyne, ostatnie pragnienie umierającej: zrób mi
ondulację! Czyż mija się z prawdą powiedzenie, że „w
ustrojonej kobiecie i w pięknie oprawionej książce
rzadko bywa cenna treść!”
       A to dopiero drugi gatunek mody, która sama w
sobie jeszcze nie jest godną potępienia!
       c) Ale, Bracia, jest trzecia moda, g ł u p i a ,
niemoralna i zabójcza dla duszy,
przeciwko której właściwie jest skierowane całe
dzisiejsze kazanie. Jest moda, która zabija godność
kobiety, podnieca niższe instynkty. Istnieje sposób
ubierania się, który nie pozwala, by uczciwie usiąść, lub
przyklęknąć bez zgorszenia. Taka moda nie jest
wynikiem estetycznych, danych nam od Boga dążeń, ale
podniecaniem zmysłowości. Bo tego przecież nie
wymaga estetyka, żeby materiał był przeźroczysty, żeby
więcej było widać szyję i ramiona, aniżeli wypada, żeby
krój sukni był gorszący!
      Tak, taka moda jest niemoralna, zabija    duszę i
powoduje zgorszenie. Takim paniom               musimy
powiedzieć słowa Pana: „Muszą wprawdzie         przyjść
zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez       którego
dokonuje się zgorszenie.” (Mt 18, 7).
      Czy Kościół nie ma prawa podnieść głosu
przeciwko takiej modzie? Czy ma patrzeć w milczeniu,
572
jak niechrześcijańskie pisma werbują setki młodych
dziewcząt na targ próżności, zwany „konkursem
piękności”, żeby pokazywały się tam „głodnym” oczom
jury sędziowskiej i otrzymywały nagrody, jak na
wystawie nierogacizny, gdzie nagradzają dobre gatunki
prosiąt yorkshirskich, lub kur orpingtonów?!
      Ale, Bracia, żeby nas nie nazwano uprzedzonymi
zgodzimy się nawet i w tej grupie na zrobienie pewnych
rozróżnień.
      Nawet tę trzecią grupę mody, której zwolenniczki
ubierają się faktycznie gorsząco, możemy podzielić na
dwie części. Jedna część, to są jednostki dobrej wiary,
które nie wiedzą, co czynią; druga, to są zepsute osoby.
Te dobrze wiedzą, co robią! Do pierwszej części należy
kobieta, której, gdy zwrócisz uwagę, że jej ubiór jest
sprzeczny z V Przykazaniem, bo wywołuje spustoszenie
w duszach innych, jest zaskoczona. Mówi, że o tym
nigdy nie myślała! Że tego nie chce za nie w świecie! Że
nikogo nie chce psuć, tylko nie chciała zostać w tyle za
modą. Gdyby jej kazano powiesić na kapeluszu miotłę,
albo łupiny z ziemniaków, zgodziłaby się i na to; gdyby
to było: chick, á saison i dernière nouveauté.
      Wśród gorsząco ubierających się jednostek bez
wątpienia jest wielka liczba uczciwych dusz, które by się
tłumaczyły z powyżej wspomnianą prostotą. Inna
sprawa, czy Bóg, Prawodawca V Przykazania, przyjąłby
to usprawiedliwienie. Bo niemożliwe nie wiedzieć, jak
bardzo destrukcyjny wpływ wywiera przesadna moda
właśnie przez to, że ją uczciwe kobiety sankcjonują.
      Doszliśmy teraz do najważniejszej części kazania.

                                                     573
                         III.


  Co wolno i czego nam nie wolno w
        kierowaniu się modą?


     Na to pytanie chciałbym odpowiedzieć sceną z
Pisma świętego.
      Kiedy Kain przelał niewinną krew brata, Pan
zapytał go: „Coś zrobił?”
       Kiedy patrzymy na Zbawiciela, który dla nas na
krzyżu przelał Swoją krew, dochodzi naszych uszu głos
Pana: Co uczyniłeś? I ty stałeś się powodem przelania
niewinnej krwi! Jak to? Ja też brałem udział w
przelewaniu krwi Chrystusa Pana? Tak. Ta myśl
powinna ciągle cię prześladować: dla mnie… dla mnie
została rozlana krew Syna Bożego. Dla mnie… Dla
ciebie… Dla wszystkich ludzi! Czy wolno więc duszę,
dla której wylana została krew Boga, narazić
lekkomyślnie na grzech? Czy wolno mi w duszy moich
bliźnich, dla których toczyła się krew Boga, jednym,
chociażby tylko lekkomyślnym słowem, lub czynem,
wypaczyć obraz Syna Bożego?
    Do jakich więc granic wolno kierować się modą?
Które    stroje      nie    szkodzą        duszy
mojej, albo innych?
      Nie można nikomu stawiać zarzutów z powodu
uczciwej zabawy, towarzystwa, mody, lub przyzwoitego
ubioru. Wszystkie te rzeczy są same w sobie
574
nieszkodliwe, dopóki nie zagrażają duszy.
       1) B y l e b y   dusza      nie    poniosła
s z k o d y ! Bo zabawa, towarzystwo, moda mogą być
dozwolone, ale mogą być i zakazane. Mogą to być
rzeczy niewinne, ale mogą być i grzeszne. Wolno mi iść
tylko na taką zabawę, do takiego towarzystwa,
naśladować taką modę, za którą nie muszę płacić
niewinnością duszy.
      a) Mogę więc bawić się, tańczyć, chodzić na bale
– niech tylko to nie kala mojej duszy! Na każdym kroku
muszę pamiętać, że to nie jest tylko rozrywka. W tym
może tkwić niebezpieczeństwo, więc muszę być ostrożny!
       Święty Franciszek Salezy w słynnej swojej
książce, „Filotei”, przyrównuje taniec do ślimaka
jadalnego. Mówię o tańcu – pisze – jak mówią lekarze o
ślimakach jadalnych: najlepszy z nich niewiele jest wart.
Jeśli jednak pragniesz jeść ślimaka, przypilnuj, żeby był
dobrze przyrządzony. Taniec twój również niech będzie
przybrany w skromność, powagę i czystość intencji.
Dobrze przyprawiony ślimak może ci zaszkodzić, jeśli
go za dużo zjesz – tak samo i taniec (Filotea 3, 33).
      Takie napomnienie daje święty Franciszek Salezy.
A ty mówisz, że to nie szkodzi, że tobie wolno wszystko
tańczyć, że ty każdą figurę spokojnie wykonasz, bo
jesteś „silny duchowo” i „możesz iść śmiało w
niebezpieczeństwo!” Więc ty się podejmujesz dokonać
niemożliwości? Chcesz zadać kłam Pismu świętemu?
Bo ono tak mówi: „Czy schowa kto ogień w zanadrzu,
by nie zajęły się jego szaty?” (Prz 6, 27). „Uciekaj od
grzechu jak od węża, jeśli się bowiem zbliżysz, ukąsi

                                                     575
cię: jego zęby to zęby lwa, co porywają życie ludzkie.”
(Syr 21, 2)
      b) Wolno bywać i w towarzystwach – tylko nie ze
szkodą dla duszy! Nasza epoka w karbach trzyma zarazę,
choroby zakaźne i bakterie! W tym samym czasie, w
czasie wielkiego rozwoju higieny, zaniedbuje się i
obojętnie przechodzi obok zarazy duszy i zapomina o
najelementarniejszych zabiegach przeciwko bakcylom
niemoralności. Na drzwiach mieszkania chorego na
tyfus już z daleka widnieje czerwona kartka: „Uwaga!
Nie wchodzić, bo zakaźna choroba!” W towarzystwie
kaszlących suchotników przebywają ludzie niechętnie –
ale wesoło potrafią się bawić w towarzystwie
zarażonych bakteriami niemoralności, potrafią żyć w
zażyłej przyjaźni z ludźmi, więdnącymi w tuberkulozie
bezbożnictwa. Zaraźliwy jest oddech suchotnika, ale
tysiąc razy bardziej zaraźliwą jest dwuznaczna
rozmowa! Niebezpieczny jest suchotnik, ale tysiąc razy
bardziej niebezpieczne są opary i wyziewy zepsutej
duszy!
      c) Również wolno kierować się i modą, byle ona
nie zaszkodziła duszy!
       Wielki Doktor Kościoła, św. Tomasz z Akwinu,
pozwała ( 2 – a 2 – ae. q. l69 a. 2) kobietom stroić się,
ale tylko w celu podobania się mężom.
     Święty Paweł również pisze: „kobiety – w
skromnie zdobnym odzieniu, niech się przyozdabiają ze
wstydliwością i umiarem” (1 Tm 2, 9).
     Boginią mody pogańskiej była Wenera. Królową
mody chrześcijańskiej jest Panna Niepokalana, z której
576
śnieżnobiałego oblicza promienieje czar uduchowionego
piękna chrześcijańskiej kobiety. Chciałbym, żeby to
zrozumiały niewiasty, które bez skrupułów hołdują
skrajnościom mody, choć same żyją nienagannie.
„Proszę nas nie uważać za zepsute – mówią. – Broń
Boże! My, dlatego tak się ubieramy, że musimy! Gdyby
to od nas zależało, byłybyśmy ubrane skromniej…
Proszę posłuchać: w towarzystwie obmawiano by nas,
ludzie by z nas kpili… Ale my jesteśmy uczciwe!”
      Rzeczywiście,    Bracia!    To     właśnie     jest
przekleństwem despotycznej mody, że często uczciwe
kobiety muszą się tak ubierać, by nikt nie poznał, że są
uczciwe!
      Przyznaję rację kobietom, usprawiedliwiającym
się w ten sposób, że ubierają się tak wbrew woli, że
wiele z nich jest dużo lepszych, niżby się można było
spodziewać, sądząc po ich ubraniu. A jednak, ponieważ
mimo wszystko wywołują zgorszenie, mogę powtórzyć
im to, co w V wieku przed Chrystusem powiedział
arcykapłan Westy jednej westalce, którą posądzono o
niemoralność, ale która później wykazała swoją
niewinność. „Gdybyś była moralniejsza w ubiorze i
zachowaniu się, to i ludzie mieliby cię za taką.
Nadmierna swoboda nie przystoi dziewczynie, która
pragnie uchodzić za uczciwą i porządną” (Livius Hist.
Rom. 4, 84).
      2) Jeszcze jedna sprawa! Jeżeli ci nie szkodzi
swobodny taniec, lekkomyślne towarzystwo, ani
nierozsądne ubieranie się, to masz silną duszę! Wierzę!
Ale     nie     wiesz,        czy     nie    możesz
zaszkodzić          bliźniemu?!           Jeśli  jesteś
                                                     577
chrześcijanką, powinnaś szczycić się ofiarnością ducha
św. Pawła. On dobrze wiedział, że bogowie pogańscy
nie istnieją,. a więc i jedzenie mięsa, ofiarowanego na
ołtarzach tym bogom, również nie jest grzechem. Ale
wśród chrześcijan byli tacy, którzy się z pogaństwa
nawrócili i którzy się tym gorszyli. Wówczas święty
Paweł, dbając ponad wszystko o zbawienie dusz,
odezwał się: „Jeśli więc pokarm gorszy brata mego,
przenigdy nie będę jadł mięsa (z ołtarzy bogów), by nie
gorszyć brata” (1 Kor 8, 13).
      Tak wygląda prawdziwa chrześcijańska ofiarność!
A tym niewiastom, które usprawiedliwiają swój
nieodpowiedni strój despotyzmem mody, muszę
przypomnieć słowa Pana: „Słyszeliście, że powiedziano:
Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto
pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu
dopuścił z nią cudzołóstwa.” (Mt 5, 27 – 28)
      Tylko Bóg wszechwiedzący mógłby powiedzieć, ile
grzechów, popełnionych myślą i pragnieniem, ciąży na
duszy kobiet, strojących się po nowoczesnemu,
nieprzyzwoicie, lekkomyślnie! Nawet na tych, które
swoim ubieraniem się za żadne skarby świata nie
chciałyby wyrządzić krzywdy duszy bliźniego.


                    *     *      *


      W przerażający sposób przedstawia tę myśl
sławny pisarz hiszpański, Coloma. Opowiedzeniem jego
wstrząsającego opisu zakończę dzisiejsze kazanie. Tytuł
opowiadania brzmi: „Pierwszy bal”.
578
       Jest w nim mowa o miłej i czystej dziewczynie,
którą matka zmusza do wzięcia udziału w balu
dyplomatów, w głęboko wyciętej sukni. Dziewczyna się
zaziębiła, dostała wysokiej gorączki, majaczy.
Prześladuje ją straszne widzenie. Jej dusza przepłynęła
przez bal bez skazy, ale teraz widzi to, czego wówczas
nie zauważyła. Zobaczyła, jak namiętnie lgnie do niej
wzrok tańczącego z nią młodzieńca, z jakim szalonym
ogniem porywa ją do tańca… Coraz dalej… Aż nagle
widzi, że już nie są w sali balowej, ale gdzieś w polu,
wkoło ciemna noc… Tańczą gdzieś na górze… Jakże
śliski grunt… Wśród drzew oliwkowych spostrzega
jakiegoś człowieka, który, oblewając się krwawym
potem, wskazuje na serce… Wzrok młodzieńca płonie
strasznym ogniem… Dziewczyna z przerażeniem
spostrzegła, że tańczą we krwi, we krwi tego cierpiącego
człowieka… Trawiona gorączką krzyczy:
      – Matko, ja nie grzeszyłam! Ale ja byłam
przyczyną, że mój tancerz brnął we krwi
Chrystusowej!…
       Bracia! W iluż to salach balowych można by
dzisiaj napisać u wejścia: „Tu tańczą we krwi
Chrystusowej!” Na iluż to modnie ubranych kobietach,
sukniach balowych, towarzystwach, flirtach, pustych
zabawach, kinach, na ilu teatrach można by położyć
napis: „Tu depczą ciało Chrystusa!”
      Krew chrześcijańska: to krew Chrystusa! Ciało
chrześcijanina: to ciało Chrystusa!
      O, Chryste cierpiący, oświeć ludzi, by swoim
ubiorem, zachowaniem się, mową, czynami, nigdy nie

                                                    579
brnęli we krwi, w T w o j e j z a n a s w y l a n e j ,
d r o g i e j … ś w i ę t e j k r w i ! Amen.


 O SZÓSTYM I DZIEWIĄTYM PRZYKAZANIU.


                        XLII.


       PLAN BOGA I BUNT CZŁOWIEKA.


      Kochani Bracia w Chrystusie!

      Dzisiejszym kazaniem doszliśmy w tłumaczeniu
praw Dekalogu do VI Przykazania boskiego. W trakcie
rozmyślań nad tematem do dzisiejszego kazania, wpadła
mi w ucho zupełnie świeża wiadomość. Wiadomość ta
będzie wstępem do kazań o VI Przykazaniu, i ona zmusi
nas na chwilę do poważnej refleksji.
       Niedawno umarła w Paryżu w największej nędzy,
stara kobieta, którą wielu ludzi z okolicy z Montmartre
widywało codziennie, jak pchała przed sobą wózek z
jarzynami, zalecając każdemu swój towar. Mało kto z
dzisiejszej generacji wiedział, kim była niegdyś ta
opuszczona, obdarta, stara kobieta. Była to swojego
czasu najbardziej sławiona i lubiana piękność Paryża. W
teatrze znano ją pod nazwiskiem La Goule, a przed
czterdziestoma laty była najsławniejszą tancerką Moulin
Rouge. Sama się chwaliła, mówiąc o nierządnym swoim
życiu w czasie występów, że szczęśliwym był ten
580
paryski młodzieniec, na którym spoczął jej uśmiech.
       Ale czas zniszczył jej piękność. Lekkomyślnie
roztrwoniła majątek tak, że coraz niżej, niżej spadała w
swojej karierze artystycznej. Ostatnią jej stacją
artystyczną byt pewien wędrowny cyrk. Ale i tam
przestała też być modną. I już od wielu lat, na terenie
dawnej swojej chwały, sprzedaje jarzyny…
      Bracia! Jakaż o wstrząsająca ilustracja dla
doniosłości praw Bożych! Ale jednocześnie jakże
skuteczne napomnienie do poważnego zainteresowania
się VI Przykazaniem! Zdaję sobie sprawę, że omawianie
tego Przykazania z ambony jest nadzwyczaj trudną i
delikatną rzeczą. Bezsprzecznie, daleko łatwiej byłoby
milczeniem pominąć ten trudny temat.
      Ale czy przez to osiągnęlibyśmy cel? Czyby to
było lepiej? Czyby było lepiej, Bracia, skoro jesteśmy
świadkami, że na ten temat mówi każdy – naturalnie nie
według myśli Bożej?! Mówi o nim teatr, kino, romans,
dzienniki, towarzystwo, malarstwo, wystawa. – Każdy,
wszystko… Tylko kazalnica miałaby milczeć?!
Mielibyśmy nie mówić na ten temat, który Pan Bóg
uważał za tak ważny i życiowy, że aż dwa Przykazania
poświęcił na jego obronę: VI i IX?! Mamy milczeć, nic
nie mówić, kiedy właśnie w tej dziedzinie najgłośniej
krzyczy grzech? Woła widokiem zdegenerowanych
młodych postaci. Krzyczy z wrzawy pohulanek, z
zamętu muzyki i głosów ludzkich z lupanarów. Wola z
kołysek nieślubnych dzieci, z więzień, szpitali, z domów
wariatów! Tylko ambona miałaby milczeć?
      Kiedy dzisiaj w teatrze, w kinie, w gazetach, w

                                                      581
ilustracjach, na wystawach, w towarzystwach, wśród
rozrywek, w tysiącznych formach napada na ludzi
pokusa zmysłowa, kiedy w powietrzu unosi się brud
niemoralności – brud, od którego szpik zasycha w
kościach, kala się krew w żyłach, brud, który powoduje
melancholię, rozkład, uwiąd radości, zwyrodnienie siły i
wiosny duszy, – w takim czasie czy wolno milczeć
stróżowi dusz?!
      Posłuchajmy, co mówi święty Alfons, jak z dnia
na dzień, coraz wyraźniej ziszczają się jego nie do
uwierzenia straszne słowa: „Spośród potępionych,
którzy zaludniają piekło, nie ma ani jednego, który by
nie grzeszył przeciwko szóstemu Przykazaniu, a
dziewięćdziesięciu dziewięciu wprost za ten grzech
zostało potępionych”.
      Nie, Bracia! Kiedy po całym świecie, z
jarmarczną wrzawą posuwa się naprzód grzech
nieczystości, kiedy tysiące sług piekła z diabelskim
wyrafinowaniem stara się wciągnąć ludzi do niego,
wiedząc dobrze, że w ten sposób można najwięcej ludzi
narazić na potępienie – wtedy nie wolno milczeć sługom
Bożym!
       Proszę was, Bracia, towarzyszcie mi poważnymi i
religijnymi myślami przy omawianiu VI i IX
Przykazania.
      Odmówcie razem ze mną króciutką modlitwę i
proście Niebieskiego Ojca, żebyśmy ten delikatny temat
mogli rozpatrzeć z odpowiednią powagą religijną, żeby
te kazania pozwoliły nam zrozumieć majestat Jego
świętego planu, i umocniły nas w walce o zachowanie

582
VI Przykazania.
    Dzisiejsze kazanie będzie jakby wstępem do
omówienia podstawowych prawd o VI i IX Przykazaniu.
     Chciałbym zbadać wspaniały plan Boga i obok
niego postawić straszny bunt człowieka, – czyli
rozważać będziemy: I. P l a n B o ż y i II. B u n t
człowieka.


                          I.


            Jaki jest plan Boży?


      1) Kochani Bracia! Według cudownych planów
Bożych     nie    ma     na   świecie    „,człowieka”
odpowiadającego naszym pojęciom abstrakcyjnym, lecz:
jest mężczyzna i kobieta. W istocie swego istnienia są
oni      jedno       na     drugie        skazani,
wzajemnie się uzupełniają.
      Mężczyznę charakteryzuje praca, wymagająca
odwagi i energii. Wola jego jest twarda, postanowienia
stałe i sprawia mu radość, jeśli burzom życia może
zwycięsko przeciwstawiać swoje granitowe czoło.
Terenem pracy kobiety jest znów ciche ognisko
domowe, gdzie z niewyczerpaną miłością i ofiarnością
otacza opieką dom, męża, dzieci i wygładza zmarszczki
na czole męża, wracającego z ciężkiej pracy o chleb.
Ona nie posiada tylu twórczych zdolności, które są
udziałem mężczyzny, ale za to ma większą zdolność
wytrwania, cierpliwość i umiejętność znoszenia trudów.
                                                  583
W świecie potrzebny jest więc mężczyzna i kobieta!
Obok siły mężczyzny, potrzebna jest delikatność
kobiety, obok męskiej silnej woli – uczucie kobiety. Oni
dwoje razem stanowią dopiero pojęcie „człowieka” w
całej pełni.
      Bracia! Cóż to za wspaniała myśl Boża, i
jednocześnie jak wzruszające zaufanie do człowieka, że
w celu uzupełnienia braków, poczynionych przez śmierć,
obdarzył człowieka twórczą siłą. Z wielu sposobów,
które mogły umożliwić tworzenie życia, obrał
współdziałanie mężczyzny i kobiety, zjednoczonych
dozgonnie przez sakrament małżeństwa!
    a) C ó ż t o z a w s p a n i a ł y p l a n ! b) J a k
wzruszające zaufanie!
       a) Jak wspaniały plan! Pan Bóg mógł stwarzać
ludzi bezpośrednio Sam, każdego z osobna, tak, jak
stworzył pierwszą parę ludzką: w zupełnie rozwiniętym
stanie. Ale On tego nie chciał! Z wzruszającym
zaufaniem obdarzył człowieka iskierką Swojej twórczej
siły, jednym przebłyskiem i przez to wlał w życie
ziemskie niezrównany czar i ciepło. Nałożył jednak na
człowieka i olbrzymią odpowiedzialność.
       Zastanówmy się na chwilę, jak inne byłoby życie,
– o ile zimniejsze, płytsze i bardziej jałowe – gdyby Pan
w inny sposób uplanował rodzenie ludzi!
      Gdyby człowiek rozmnażał się w inny sposób,
życie jego straciłoby wiele swojego uroku. Przede
wszystkim boleśnie odczuwalibyśmy brak dzieci na
świecie. Wszyscy byliby poważnymi, wąsatymi,
brodatymi mężczyznami. Każda niewiasta byłaby już
584
dorosłą kobietą. Nie perliłby się między nami srebrzysty
śmiech dzieci. Przepadłyby lata dziecięce. Nie
znalibyśmy beztroskiej ich radości i miłych wspomnień.
A tych jest tak wiele…
      Ale idźmy dalej. Nie byłoby rodziny, miłości
rodzicielskiej, dziecinnej, braterskiej ani siostrzanej.
Wszyscy bylibyśmy sobie obcy, sieroty, bez krewnych
na świecie. Zniknęłoby pojęcie narodu i ojczyzny i
szczytny ideał braterstwa ludzkości.
      Przemądry Bóg nie chciał, żeby tak było! Dzięki
świętej, twórczej przekazanej człowiekowi sile, krąży w
jego przeszłych, teraźniejszych i przyszłych pokoleniach
potężny prąd krwi pierwszej pary ludzkiej. Tu spoczywa
rdzeń dzisiejszego wielkiego braterstwa ludzi. Każdy
człowiek od pierwszego aż do ostatniego, który będzie
żył na tej ziemi, od cesarza do żebraka, od możnego do
słabego, od bogacza do proletariusza, od mędrca do
nieuka – posiada wspólną wszystkim krew, jedną
spójnię, jednego Ojca Niebieskiego!
      Jakaż to niewypowiedziana miłość ze strony
Boga, że właśnie ten sposób obrał dla zachowania
rodzaju ludzkiego! Że Sam, bezpośrednio stworzył tylko
dwoje ludzi, pierwszego mężczyznę i pierwszą kobietę. I
tym dwojgu, a przez nich wszystkim, dał cząstkę Swej
twórczej siły, by przyszłym pokoleniom już oni udzielali
życia cielesnego. Bóg zatrzymał dla Siebie tylko
bezpośrednie stwarzanie duszy. Jakiż to cudowny,
święty, jaki wspaniały plan Boga – Stworzyciela!
     b) Ale chodźmy dalej, Bracia! Zbliżamy się do
zrozumienia VI Przykazania. Ogarnęliśmy częściowo

                                                    585
wspaniały plan Boży i to w z r u s z a j ą c e
z a u f a n i e ! Ogromny to zaszczyt dla człowieka!
Zaszczyt, że w pracy nad odradzaniem się ludzkości – w
tej pracy prawdziwie twórczej – pozwala mu Bóg brać
udział. Ale t e n z a s z c z y t n a k ł a d a n a
człowieka                         i             wielką
o d p o w i e d z i a l n o ś ć , ż e b y używał tej siły
tylko w tym celu, do którego ją Bóg przeznaczył, i to w
granicach praw, które od początku nakreślił, łącząc
mężczyznę i kobietę węzłem nierozerwalnego
małżeństwa.
       Nie bez planu i nie bez przyczyny umieścił Pan po
V Przykazaniu zakaz VI Przykazania. Piąte Przykazanie
broni już istniejącego życia, szóste – samego źródła
życia. Piąte Przykazanie mówi: „Nie zabijaj!”, to znaczy
nie przelewaj krwi! – Szóste zaś mówi: „Nie cudzołóż!”,
czyli nie psuj krwi! Podobnie jak piąte Przykazanie
zabrania wyrządzać krzywdy życiu nie tylko innego
człowieka, ale i własnemu, tak samo VI Przykazanie
zabrania czynami i pragnieniami mącić źródła życia tak
u innych, jak i u siebie.
       Najwznioślejszą i najświętszą w całej naturze jest
siła, dająca życie. Człowiek na równi z naturą posiada
wspólną moc, że może dawać życie nowym ludziom.
Ale jak dusza podnosi człowieka na nieskończone
wyżyny ponad wszystkie stworzenia, tak człowiek
powinien tę twórczą czynność uduchowić zachowaniem
najsubtelniejszych praw moralnych, podnieść z granic
materii na wyżyny świata duchowego. Wyrzeklibyśmy
się najpiękniejszego przywileju „naszej rozumnej
natury”, gdyby istniał w nas choć tylko jeden przejaw
586
życia cielesnego, którego byśmy świadomą duchowością
nie uszlachetnili i przez to nie podnieśli ponad czcze
czynności zwierzęce.
     2) Dopiero gdy to zgłębimy, potrafimy objąć
okiem c a ł y o g r o m VI Przykazania.
      Na pierwszy rzut oka załatwia tylko jedną część
zagadnienia płciowego. „Nie będziesz cudzołożył.” – nie
popełniaj wiarołomstwa małżeńskiego (Pwt 5, 18) – to
znaczy miej w świętym poszanowaniu źródło życia!
Prawda, iż IX Przykazanie idzie dalej, zabrania nie tylko
czynu, ale i myśli oraz pragnienia. „Nie będziesz
pożądał żony swojego bliźniego.” (Pwt 5, 21). „Ale –
mógłby kto rozumować – w obu tych Przykazaniach jest
tylko mowa o obronie życia małżeńskiego. Pan Bóg tutaj
nie brał pod uwagę innych przejawów życia
seksualnego”. Tak mógłby ktoś myśleć – ale oczywiście
myliłby się! Jeśli prawo Boże broni życia małżeńskiego,
czyni to dlatego, ponieważ życie małżeńskie według
woli Bożej jest rozwiązaniem całego zagadnienia
płciowego. Jedynym bowiem terenem działalności
twórczej siły, otrzymanej od Boga, jest małżeństwo,
jako związek monogamiczny i dozgonny. To nie
wynalazek ludzki, nie konwencja podlegająca
zmienności czasu, ale zewnętrzny objaw najbardziej
wzniosłych wewnętrznych właściwości ludzkich.
      Zdaje się na pierwszy rzut oka, że VI i IX
Przykazanie występują tylko w obronie wierności
małżeńskiej. Że obejmują one ponadto i każdy grzech
sprzeczny z czystością duszy, wynika jasno z nauki Pana
Jezusa, powtórzonej przez Apostołów, według której
wszelka nieczystość jest ciężkim grzechem. I tak, u
                                                     587
świętego Mateusza czytamy: „Z serca bowiem pochodzą
złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne…
To właśnie czyni człowieka nieczystym” (Mt 15, 19 –
20). Święty Paweł do Efezjan pisze: „O nierządzie zaś i
wszelkiej nieczystości albo chciwości niechaj nawet
mowy nie będzie wśród was, jak przystoi świętym, ani o
tym, co haniebne, ani o niedorzecznym gadaniu lub
nieprzyzwoitych żartach, bo to wszystko jest
niestosowne.” (Ef 5, 3 – 4).
      A więc, Bracia, jeśli każda nieczystość jest
grzechem, grzechem jest również i to wszystko, co do
niej prowadzi. Zakaz V Przykazania: „Nie zabijaj!”
zabrania i gniewu, bo może spowodować zabójstwo. Tak
samo słowa VI Przykazania: „Nie cudzołóż!” zabraniają
wszystkiego, co może stać się przyczyną grzechu, jak:
myśl, spojrzenie, mowa, czytanie, czy inne
niebezpieczeństwa. Bo nigdzie tak dosłownie nie
spełniają się słowa Pisma świętego, jak tu: „Miłujący
niebezpieczeństwo w nim zginie. ” (Syr 3, 26).
       Oto cel VI Przykazania. Oto wspaniały plan Boży!
Z jakąż czcią i pietyzmem odnosi się nasza święta wiara
do roli mężczyzny i kobiety na ziemi! Korzystanie z
praw życia małżeńskiego, wspólne zadanie mężczyzny i
kobiety nie tylko, że nie jest grzechem, ale jest wprost
świętą, wspaniałą, zaszczytną misją, daną przez Boga.
Celem VI i IX Przykazania jest właśnie nie pozwolić na
wykoślawienie zasadniczego kierunku tej świętej myśli,
– nie pozwolić na kpiny z zamiarów Bożych.




588
                          II.


               Bunt człowieka.


      Kiedy to wszystko widzimy, Bracia, i znamy
wspaniałe plany Boga, tym bardziej przerazimy się, gdy
wyszczerzy na nas zęby obraz, na który zwrócimy
uwagę w drugiej połowie kazania, gdy przedstawi się
naszym oczom, w całej swojej potworności, bunt
człowieka!
        1) Rozglądnijmy się dzisiaj po świecie! Cóż
zobaczymy? Otaczający nas świat zmienił się we
wszystkim, ale może w niczym nie zmienił się tak
gruntownie, jak w poglądach na zagadnienie płciowe.
Niedawno czytałem smutne spostrzeżenie pewnego
trzydziestoletniego kawalera, który stwierdza, że
mężczyźni dlatego uchylają się dzisiaj od małżeństwa,
ponieważ p o j ę c i a l u d z i s ą d z i s i a j w e
wszystkim            o  wiele      liberalniejsze
a n i ż e l i przedtem.
       Dawniej – pisz