Docstoc

Mikołaj Grynberg - Ocaleni z XX wieku - ebook

Document Sample
Mikołaj Grynberg - Ocaleni z XX wieku - ebook Powered By Docstoc
					        Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment
                      pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można
nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są
jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej
od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.
Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie
internetowym Czytelnia Online.
                       Grynberg
                 Mikołaj

            Ocaleniz XX wieku
Po nas niktjużnie opowie, najwyżejktoś przeczyta...
                    Fragment
                         
          Pamięci moich Dziadków
       DlaAlexa, Tosi, Nelii Teosia
jeśli kiedyś zechcą poznać historię
     pokolenia swoich pradziadków
                                    WSTĘP

Różnie wyglądająpodróże do krainydzieciństwa.Moja trwałakilkatygodnii odbyłasię
jesienią 2010 roku.Czułem się tak,jakbymznowu spotkałswoich dziadków,jakbym
ponownie znalazłsię w domu rodzinnym.
Historie,którebardzo dobrze znałem, zaczęły do mnie powracać w (czasami bardziej,
a czasami mniej)zmienionychwersjach. Ludzie,którzymi je opowiadali,stalisię moimi
bliskimi,a zarazem – zupełnie jak moi bliscy – moimibohaterami.Nie tylkopodarowali
mi swoje opowieści, ale też okazaliwiele troski.Czasem wyrażanejw ciepłysposób,
a czasem w formiesurowej reprymendy– żadnej z nich jednaknie odczułem jako
odrzucenia, raczej nazwałbymto „stawianiemdo pionu”.
Chciałbym,żeby wypowiedziludzi,z którymirozmawiałem,były nie tylkoświadectwem,
ale równieżprzeciwwagą dla wielutekstównaukowychdotyczących Zagłady. Nie
neguję potrzeby naukowychopracowań i rzetelnejmetodologii,uważam jednak,że nic
nie ma większej siłyniż przekaz bezpośredni. Ja, wychowanywśród Ocalonych, cenię
go ponad wszystko.
Zbliża się moment, kiedyjuż nie będziemy mogli udać się na rozmowę ze Świadkami.
Moi rozmówcy (oby żylijak najdłużej)mają świadomość tego, że po ich odejściu wiedza
historycznaznajdzie się na „krzywejmalejącej”.Na spotkaniaz częścią osób, z którymi
byłem umówiony,już nie zdążyłem. Ci zaś, którzymnie przyjęli,namawialido
pośpiechu: „Jaksobie wybrałeśtakiestare obiekty,to się teraz lepiej spiesz”.
Spieszyłem się i zdążyłem,ale bardzo dobrze wiem, że PAMIĘĆ,którejdotąd strzegli
oni, przechodzi pod naszą opiekę. Zdaję sobie sprawę, że czas nie leczy ran, tylko
zamazuje przeszłość. Postanowiłemjednakstanąć po stronietych, którzywierzą,że im
lepszą będziemy mielipamięć, tymrzadziejbędziemy popełnialite same błędy.
Wierzę, że ta książkajest czymś więcej niż tylkomoją podróżą sentymentalną.
Tekstjest wiernymzapisem nagranychrozmów, z zachowaniem oryginalnegojęzyka
moich bohaterów. Ponieważ niktjuż nie używa języka polskiego z takimwdziękiemjak
oni, postanowiłemzaniechać jakichkolwiek   prób korygowania.Mam nadzieję, że
Czytelniksię ze mną zgodzi, że w tymtekście ich polszczyzna jest zaletą, a nie wadą.
                 Awiwai PoldekMaimon
                        W HISTORII
              TRZYLINIJKI         ŻYDÓW




                                Awiwai Poldek Maimon
Z Awiwąi PoldkiemMaimonspotykamsię w domu starców pod Tel Awiwem,gdzie
przebywająod roku.Majątam nieduże mieszkanie.W połowie rozmowy robimyprzerwę
i idziemydo stołówki.Jemy smaczny obiad, a ja cały czas jestem bacznie obserwowany
przez pozostałych pensjonariuszy.Państwo Maimondbają, bym spróbował
wszystkiego, i ciągle dokładająmi nowe porcje, żebym „nie był głodny”.Cały czas
zapewniają,że wszystko jest zdrowe i świeże, bo ten dom prowadzą Żydzi z Niemiec,
a u nich,jak wiadomo, porządek musi być.
Poldek: Tylkożebyś się mnie pan nie pytałjak tamtenizraelskidziennikarz:„Dlaczego
nie uciekliściewtedy do Szwajcarii?”.Ludzienic nie rozumieją,co myśmy przeżyli.
Przychodzi takimądryi chce rozmawiać,ale on nie jest partneri nigdynie będzie. Jemu
nawet nie jest wstyd.On się nie zastanowi,on nie chce spróbować być choć trochę
w naszej skórze.
Mikołaj:Nie będę pytało Szwajcarię.
Poldek: Jak ja mam mu tłumaczyć,że najgorsze to było poniżenie z głodu? Pewnie, że
straszne, że nas tam zabijali,ale zanimnas zabili,to myśmyjuż bylijak nieludzie.Ja
byłem w Auschwitz,a konkretniena Bunie.Pan wie? Mówiąo tym Monowitz.
Mikołaj:Wiem, tam była fabrykaIG Farben.
Poldek: No właśnie.I jatę Bunę budowałem w czterdziestymtrzecimroku.To co ja
mogę powiedzieć takiemu„mądremu”człowiekowi,co mnie chciał widzieć
w Szwajcarii?Ja mu mogę powiedzieć, że on najpierwmusi zrozumieć, że ja nigdydo
końca stamtądnie wyszedłem. Że nie ma dnia, żebym ja o tym nie myślał.Ja już nie
będę panu opowiadał, co mi się śni w nocy. Panie, my przeżyliśmypo to, by o tym
opowiedzieć, ale nie ma komu! Jak opowiedzieć, że w kilkadni z Europejczykamożna
zrobić NIC.TylkoPrimoLeviumiałto opisać. Ale czy takidziennikarzo nim słyszał?
Awiwa:Byliśmyw sześćdziesiątym piątymrokuw Auschwitz.Ładnienas tam
oprowadzilii opowiedzieliwszystko, ale… jak w to uwierzyć? Ja słowa rozumiałam,ale
nie mogłam tego jakoś zebrać razem… A Poldek mówi, że Buna była najlepszym
z obozów. Najgorszybył Birkenau…Najgorszy, najlepszy… Dzisiajnie ma na to słów.
Poldek: Ja do dzisiajnie wiem, jak można było przeżyć coś, co oni stworzyli.Ale jestem
tu. Potem miałemdobre życie, zrobiłemładną karieręw Kraju , miałemprzyjaciół,
                                                              [1]

dzieci… ale dalej nie udaje mi się przeżyć dnia bez tamtego. Już nigdynie wróciłemdo
takiego życia jak przed wojną. Już nie dawało się być beztroskimpo tym,co
przeżyliśmy.
Mikołaj:A jakiebyło pana życie przed wojną?
Poldek: To jest, proszę pana, takabajka. Byłemotoczony miłościąw domu, poza
domem, miałemkolegów i koleżanki.Chodziłemdo dobrej szkoły w Krakowie,na
Brzozowej. To było hebrajskiegimnazjumo nastawieniusyjonistycznym.Mieliśmy
cztery przedmiotypo hebrajskui bardzo dużo kultury    polskiej.Bylitam wspaniali
nauczyciele. Co miesiąc prowadzilinas do TeatruSłowackiego i potem o tym
rozmawialiśmy.Chodziło się na koncertyi rozmawiałosię o kompozytorach.Dobra
szkoła. Można się w niejbyło wyżyć kulturalnie,  naukowo i towarzysko.I takbyło do
piętnastego rokużycia.
Mikołaj:To znaczy, że maturynie zdążył pan zrobić?
Poldek: Maturęzrobiłemna tajnychkompletach.
Mikołaj:Co pan myślał,jak wojna wybuchła?
Poldek: Głupibyliśmy.Cieszyliśmysię, że wakacje się przedłużają.Jak wojna
wybuchła,to ja siedziałemna takimobozie harcerskim.To było takieharcerstwo
nastawionesyjonistycznie.Nie było partyjnei myteż nie mogliśmywstępować do
żadnej partii.Siedzieliśmyna tymobozie i graliśmyw te wszystkieharcerskiezabawy.
Nie wiedzieliśmy,co się dzieje, bo ani radia,ani telewizjiwtedy tam nie było. Nagle
przyjechałstarszy kolega, bratnaszej koleżanki,i mówi:„Wy tu siedzicie, a wojna ma
                                                                    do
wybuchnąć za kilkadni”.No to szybko do pociągu i przyjechaliśmy domu jakieś trzy
dni przed początkiemwojny. I do tego momentuwszystko w moimżyciu było jasne. Wie
pan, jasne i zrozumiałe.A po pierwszymwrześniawszystko już wyglądałoinaczej. My
byliśmykompletnienieprzygotowani,chociaż powinniśmybylibyć.
Mikołaj:Jak mogliście być przygotowani?
Poldek: Wie pan, w trzydziestym   ósmym rokuNiemcy wyrzuciliwszystkichŻydów ze
Zbąszynia. Tych, co nie mieliobywatelstwaniemieckiego. I onizaczęli opowiadać, co
tam się dzieje, ale niktim nie wierzył.My się wszyscy wychowaliśmyw Krakowiei to
było bliskokultury  niemieckiej.Ojciec dobrze mówiłpo niemieckui matkadobrze
mówiłapo niemiecku.Niktby wtedy nie uwierzył,że ten kulturalny     naród wielkich
filozofów i kompozytorówjest gotowy do takichzbrodniczych czynów. W domu
rozmawiałosię o ucieczce na wschód, ale ja pamiętamtylkoto, że ciągle się pytałem
taty:„Gdzie będziemy spać w nocy?”.
Mikołaj:Zostaliście?
Poldek: Tak.Szóstego przyszliNiemcy i zaczęły się te ich zabawy: ganialiŻydów, brody
obcinali,kazalitańczyć… Pierwsze dwa latadało się przeżyć, ale było coraz gorzej.
Potem zabralifutra,złapalitego i tamtego,ale ciągle żyliśmyw swoich mieszkaniach.
Nie głodowało się jeszcze.
Mikołaj:Pracował pan?
Poldek: Tak,znalazłemsobie takąpracę w ogródkach miejskich,razem z trzema
                                                        j
kolegami.Chodziliśmytam na piechotę, bo tramwajamiuż nam nie było wolno jeździć.
Przychodziliśmyrano i do drugiejgraliśmyw brydża,a potem szliśmydo domu. (Poldek
gestykuluje,jakbywłaśniegrałze mną w karty.I śmiejesię do siebie na samo
wspomnienie).Dawaliśmyogrodnikowiparę groszy.
Mikołaj:Płaciliściemu za to, że was zatrudniał?
Poldek: Tak.Dziękitemu mieliśmypapieryi niełapalinas na takiedwu- i trzydniowe
roboty. Ale w marcuczterdziestego pierwszego się wszystko skończyło. Weszliśmy do
getta. Tamsię żyło w mieszkaniachwspólnych. My we czwórkę mieliśmyjeden pokój.
I tamjuż się zaczęło robić bardzo źle. Wtedy zaczęła działać nasza organizacja.
Mikołaj:Jaka organizacja?
Poldek: Syjonistyczna.OrganizacjaAkiby.To już nie harcerstwo,chociaż nas tam było
dużo z tych skautów.Ta organizacja miałakibuce i przygotowywałanas na to, że jak się
wojna skończy, to pojedziemy do kibucówdo Palestyny.
Mikołaj:Dużo ludzinależało do tej organizacji?
Poldek: Przed wojną było tam chyba od tysiąca do tysiąca pięciuset młodzieży,
a w getcie już tylkokilkadziesiątosób. Najmłodsimieliszesnaście, osiemnaście lat.
I wszyscy spotykalisię w bardzo małychgrupach.
Mikołaj:Miałpan dziewczynę w getcie?
Poldek: Dobrze pan to powiedział…Miałem.
Mikołaj:A w getcie pan pracował?
Poldek: Pracowałem, ale poza gettem. Byłemślusarzem. To jest dobra historia,
opowiem panu. Wysłalimnie i trzechchłopaków, żebyśmy się do pracy najęli.Byłataka
niemieckaorganizacja, co zatrudniała   ludzijako krawców,ślusarzy…i takietam. Oni
bylize szkoły przemysłowej.Poszliśmy za Kraków,jakieś sześć kilometrówna piechotę,
bo do pociągu nas nie wpuszczali. Przychodzimy,a tam ma być egzamin. To ja
pomyślałem,że lepiej, żebym poczekał i posłuchał,co oni mielina tymegzaminie.
Siedzę i czekam na nich, a tu przechodzi jakiśchłopak, któryjuż zdawał. Ja się go
pytam,co mu kazalirobić, a on mówi, jak było, i że teraz kazalimu iść do sekretariatu
i powiedzieć, że jest po egzaminie na ślusarza. Pomyślałem,że nie mam już co iść na
egzamin, jak wiem, co ma być dalej. Poszedłem do sekretariatu  i dostałempracę
ślusarza. Takimiałemegzamin. Moi koledzy zostalipomocnikamiślusarza. Potem
chcieli mnie za to zabić. (Poldek głaszcze żonę po policzkui puszcza do mnie oczko).
Pracowałem tam kilkamiesięcy i sporo zarabiałem.
Mikołaj:Tyle, że na życie wystarczało?
Poldek: Nie, coś pan! Ale sporo, jak na Żyda u Niemcóww tamtychczasach. Potem
organizacja kazała mi iść pracować do gminyw getcie. Zostałem gońcem i znowu
miałemtroszkę pieniędzy. I jeszcze z bratemjakieś ciuchy sprzedawaliśmyi starczało.
Mikołaj:A ojciec pracował?
Poldek: Ojciec wtedy już miałpięćdziesiątpięć lati niepracował. Nie umiałsobie
znaleźć żadnej pracy.
Mikołaj:A co ojciec robiłprzed wojną?
Poldek: On był takiprzedstawiciel.
Mikołaj:Takiprzedstawicielczego?
                                                     K
Poldek: No, na przykład:czekolada Kosma i cukierki anold.Później kiełbasa
z Węgier… takieróżne delikatesy.Jego kuzynbył przedstawicielemna całą Polskę, to
ojcu dał Małopolskę.Dobrze z tego żyliśmy.Na szkołę dla nas obu starczało. Mamusia
nie pracowała i zajmowałasię domem. Codziennie się gotowało.
Mikołaj:W waszym domu była koszerna kuchnia?
Poldek: No a jaka miałabyć? Koszerna. Do wojny, bo potem to już wszystko stanęło do
góry nogami.
Mikołaj:Chodziliściedo synagogi?
Poldek: Ojciec chodził co piąteki sobotę. Ja też chodziłem razem z nim,ale tylkodo
trzynastegorokużycia.
Mikołaj:A potem już nie?
Poldek: Potem też, ale na piłkęnożną, na Błonia.
Mikołaj:A było życie towarzyskiew getcie?
Poldek: No oczywiście! Spotykaliśmysię wieczorami.Można było do dwudziestej
pierwszej. W piątkiwieczór robiliśmytakiespotkaniaorganizacyjne.Każdy w swoim
kółku,bo nas było za dużo, żeby wszyscy razem się mogli spotkać. Się śpiewało, się
opowiadało.
Mikołaj:O czym rozmawialiście?
Poldek: Głównieo przyszłości.
Mikołaj:Co myśleliścieo przyszłości?
Poldek: Wie pan, Żydzi to takioptymistycznynaród. Zawsze znajdowaliśmyjakieś
plusy. Jak Niemcy bylipod Paryżem, to my mówiliśmy,że są za słabi, żeby ten Paryż
zdobyć. Jak zdobyli, to znowu dobrze, bo teraz to już cały światpójdzie przeciwko nim.
Mikołaj:Czym się wtedy zajmowaławasza organizacja?
Poldek: W sierpniuczterdziestego drugiego powstałagrupa bojowa. Zaczęliśmy
zarabiać pieniądze, sprzedając kenkarty.
Mikołaj:One były prawdziwe?
Poldek: Drukitak,ale reszta nie. Nawetpieczątkimieliśmysfałszowane. Pan słucha, my
nawet wysyłaliśmyz getta nasze grupyna wieś, żeby się ludzieuczyliziemię uprawiać.
Mikołaj:To było w ramachprzygotowańprzed wyjazdem do Palestyny?
                                                         B
Poldek: No tak!Przecież mieliśmytam zostać rolnikami. yłwśród nas takikolega,
Szymszon Drengielsię nazywał.Jego rodzice mieliziemię koło Bochni, w Nowym
Wiśniczu.Nasi ludzietam jeździliz getta i za darmo pracowali,żeby się nauczyć.
Mikołaj:Kiedyzaczęliście tam jeździć?
Poldek: Od początku czterdziestego drugiego, ale już w kwietniu   przyszłyinformacje
o masowych mordach. Wtedy się zaczęło rozmawiaćo tym, co teraz będzie.
Mikołaj:Wierzyliściew te informacje?
Poldek: Młodzież wierzyła,a starsiciągle jeszcze nie. Wtedy odbyło się takiespotkanie
wszystkichmłodzieżowych organizacjiżydowskich i zaczęto myśleć, jak wyciągać tę
młodzież z drogi na śmierć. Cały czas chodziło o to, żeby oni jechalido Palestyny.Taki
był cel: ratować i wysyłaćdo Palestyny.Podjęte zostały różne próby. Wysłalitakąparę,
żeby zbadała, czy jest jakaś droga ucieczki, ale szybko tego chłopca i dziewczynkę
zabiliNiemcy. Pogłoski o zabijaniuprzerodziłysię w straszneilości dokładnych
informacjio transportach.Ciągle przyjeżdżałyłączniczkiz innychgett i opowiadały
straszne historie.Zaczęła krążyć między namiodezwa Aby Kownera,że trzeba się
bronić. Wszyscy doszliśmy do jednego wnioskui takzaczęliśmy robić.
Mikołaj:Jakito był wniosek?
Poldek: Taki,że jeśli nie możemy jechać do Palestyny,to chociaż umrzemyhonorowo.
                                                       w         n
Ciągle mówiliśmyo tym, że musimyzapisać trzylinijki  historii arodużydowskiego.
Że młodzież chwyciłaza broń i ratowałaswój honor.
Mikołaj:Mieliściepoczucie, że przegracie, ale uratujeciehonor, czy że może się jednak
uda?
Poldek: My wiedzieliśmy,że Niemcy zdobywają Rosję.
Mikołaj:Gdy brałpan broń do ręki,to był pan pewien, że to jest początek końca?
Poldek: Końca życia – tak,ale to szło o honor. Jak ja mogłem myśleć, że przeżyję? To
było pewne na sto procent.
Mikołaj:Jak widać, na szczęście nie.
Poldek: Było, było. Prawiewszyscy zginęli.Wie pan, po co my to robiliśmy?To było
skierowanedo Palestyny.Żeby nasi rówieśnicyw kibucachusłyszeli,że my nie
dojechaliśmy,ale walczyliśmydo końca. Nasz sen się nie mógł ziścić, ale polegliśmy
z honorem. Założyliśmygrupę bojową, co się nazywałaHe-Chalucha-Lochem, czyli
PionierWalczący. Zadanie było proste: podziemny ruch zbrojnyprzeciw zbrodniarzom.
To wszystko przyszło od kuzynkijednego z naszych przywódców. Ona przyjechałaze
Lwowa. Takamała, młoda kobietao bardzo wielkimsercu. Zamieszkałau naszego
szefa Libeskinda,ale on był właściwieszefem na całą Polskę. Spotykaliśmysię z nią
i ona opowiadała o tym, co Niemcy robią na Kresach Wschodnich. O tym,jak tam
zabijano Żydów. Nawoływała,żeby jak najszybciej wejść do tej organizacji.My już
wtedy wiedzieliśmy,że NSZ zabijałyŻydów, a nie przyjmowaływ swoje szeregi. W AK
też różnie bywało. W końcu wstąpiliśmydo AL jako grupa. Było nas tam około
sześćdziesięciu, siedemdziesięciu osób. Weszliśmy jako takagrupa odosobniona, ale
pod dowództwem AL. Ja zostałem gońcem, bo miałemniebieskieoczy, jasne włosy i po
polsku mówiłemnie z akcentem żydowskim.To się nazywało „dobry widok”.
Mikołaj:„Dobrywygląd”.
Poldek: Niech będzie. Ja byłem w kontakciez tymAL. Chcieliśmybyć partyzantami, le    a
w Krakowienie było lasów, to oni nam obiecali lasy pod Rzeszowem. Mieliśmytam
dostać wsparcie przy organizacjiobozu w lesie. Wysłaliśmypięciu, żeby się
zorientowali,jak tam jest, ale na miejscu natknęlisię na niemieckipatroli tylkotrzech
wróciłodo getta. Dowództwo skontaktowałosię z AL, żeby zapytać, co się stało, to im
powiedzieli:„Wy, Żydzi, i takjesteście przeznaczeni na zagładę”. No to już
zrozumieliśmy,że jesteśmy sami i na nikogo nie możemy liczyć. Czas był przeciwko
nam. Byłaakcja w czerwcu – siedem tysięcy poszło do Bełżca, w październiku sześć–
tysięcy. Już wiedzieliśmy,że to nie na roboty oni jadą. Zaczęliśmy szukać możliwości
ukrycianaszych ludzipo aryjskiejstronie,ale to nie było łatwe.UkrywanieŻydów
groziło śmiercią.Nie wolno opowiadać, że Polacy nie chcieli pomagać. Balisię i to
normalne.Sami mogli zginąć. Ale bylii tacy,którzynam pomagali.Imsię należą
wszystkiehonory, jakiemożna dostać. To najbardziejludzkipostęp, jakimożna było
wtedy zrobić. Udało nam się ukryćtam trochę ludzi,co mielinieżydowskiwygląd.
                                                                          r
Najgorsze było to, że najbardziejgroźni okazalisię sami Polacy. Potrafili ozpoznać
Żyda i donieść. Postanowiliśmycoś zrobić, żeby wyciągnąć naszych ludzi.Znaleźliśmy
takibarakna Skawińskiejna Podgórzu, gdzie przedtembył szpitalżydowski.Jedna
nasza koleżankauczyła się w szkole razem z córką tego, co teraz odpowiadałza to
miejsce. I on się zgodził za pieniądze udostępnić nam ten barak.Ukryliśmy   dwudziestu
naszych ludzi,którzybylinajbardziejzagrożeni w getcie, i zaczęliśmyplanować nasze
akcje. Mieliśmyzrobić napad na trzykawiarniei jedno kino,a poza tymrozrzucać ulotki.
                       t
Jedna z tych kawiarni o była CyganerianaprzeciwkoTeatruSłowackiego. Mieliśmydo
środka wrzucić granaty,bo tam przesiadywaliwyżsi oficerowie niemieccy. I wrzuciliśmy
dwudziestego drugiego grudniaczterdziestego drugiego.
Mikołaj:Wyszliście z getta i wrzuciliściegranatydo Cyganerii?
Poldek: Nie, to zrobilici z barakupoza gettem. Ja nie poszedłem z nimi,bo miałeminne
zadanie. Dostałem mundurżydowskiego policjantaz jakiegoś obozu, co w ogóle nie
istniał.Miałemtakieodznakii czapkę, i cholewy, i tenpasek z napisem… Miałem
rozlepiać ulotkinawołujące ludność polską do zbrojnej akcjiprzeciwko okupantowi.
Mieliśmyteż rozwiesić flagipolskie na budynkachadministracyjnych     i rozpalićognie
w różnychmiejscach w Krakowie,żeby się zrobiłbałagan, jak będą jechały te karetki
strażypożarnej.
Mikołaj:Zrobiliścieto wszystko, czy skończyło się na planach?
Poldek: Zrobiliśmy,tylkozaraz potem ktoś doniósł, i do dzisiajnie wiemykto, i do
barakuprzyszło gestapo. Ja jeszcze o tym nie wiedziałemi po akcjipostanowiłempójść
na Skawińską.Idę tam w tymmundurze,więc nie jako ja, tylkojako ten policjant,
legalnyżydowski.Wchodzę tam, chodzę po tych pokoikachi jużwiem, że się stało coś
niedobrego. Wszystko poprzewracane, słoma z materaców powyciągana… I nagle
z pokoju wyskakujedwóch gestapowców i krzyczą: Hände hoch! A ja instynktownie,
zamiastpodnieść ręce, stanąłemna baczność, zasalutowałemi mówię:„Ja jestem
kierownikpolicjiżydowskiejw takima takimobozie… szukam tu jednego uciekiniera”.
                                     w
Pan rozumie,chwilajedna i instynkt ygrał.Ułameksekundy. To oni opuścilite
rewolwery.Ja sobie myślę: Nie ma rewolwerów,jest dużo lepiej. Oni mi mówią: „Skocz,
Żydzie, po paczkę papierosów”. A wtedypapierosy to nie była takałatwarzecz do
zdobycia. I sobie myślę: Wyjść stąd i wrócićz papierosamiczy nie wrócić? Wrócę, to
mnie zaaresztują,nie wrócę, to już tego mundurunie będę mógł nosić. Co będzie, to
będzie. Poszedłem po papierosy i wróciłemz nadzieją, że może chociaż zobaczę, kogo
oni trzymająw tymdrugimpokoju. Zobaczyłem, ale trzymiesiące później i to nie
wszystkich.Część już zabili,a druga część siedziałaze mną w śledztwie.W tym
właśnieczasie przyjechałdo KrakowaAntekCukierman.Miałsię spotkać z szefem
jednej organizacjiw jego mieszkaniu.Wpadło tam gestapo, Cukiermanzaczął uciekać
i zostałpostrzelonyw nogi. Udało mu się umknąć,ale w środkubyła straszna
strzelanina.Nasz zdążył zabić dwóch gestapowców, a ostatniąkuląpopełnił
samobójstwo. Dowiedzieliśmysię tego wszystkiego już w więzieniu.Taksię zakończyła
działalność grupybojowej krakowskiej.
Mikołaj:Gdzie pan mieszkałw tamtymokresie?
Poldek: Ja mieszkałemu takiejkobityna Prokocimiu.Dzisiajto już pewnie jest Kraków.
Mikołaj:Z czego pan żył?
Poldek: Mój wujekSztejn miałprzed wojną fabrykęlikierów.Jak przyszliNiemcy, to
każdy Żyd został usuniętyz własności i dostawałtakiego händlera,któryto przejmował.
Wujeksię z nimzaprzyjaźniłi razemdziałali.Tamtennie mógł wujkawyrzucić,bo on był
nie tylkokupcem, ale i znałsię na tym,jak robić te likiery.I jaco miesiąc dostawałemod
wujkadwie albo trzyflaszki,któresprzedawałem i potem wystarczałomi na cały
miesiąc. Dopóki miałemwujkaza sobą, to miałemza co żyć. Jego zabiliw ostatnidzień
wojny.
Mikołaj:Ta pani, u którejpan mieszkał,miałarodzinę?
Poldek: Nie, sama mieszkała.Ciasta piekłana sprzedaż.
Mikołaj:Wiedziała,że pan jest Żydem?
Poldek: Nie wiedziała.Dla niej ja byłem studentz Warszawy, którysię w coś tam
zaplątałi musiałuciekać. Dla niej to ja byłem arystokracja.Takmi mówiła.Wie pan, ten
Prokocimto było takieprzedmieście. Przyszłyświęta i jejkuzynizaprosilimnie na
Wigilię.Siedzimyprzy tej kolacjii wstajegospodarz. Wziąłkieliszeki napiłsię do mnie.
A u nas w organizacjinie wolno było pić alkoholu,a poza tymja nigdynie widziałem,
żeby mój ojciec takpiłdo kogoś. Tatajak piłkieliszekna szabas, to wypijałi już.Więc ja
podziękowałem temu panu i mówię,że nie piję. Zrobiłosię takmniejprzyjemniei pod
koniec kolacjijuż szeptalimiędzy sobą, że ja jestem Żyd. Podchodzi do mnie ta moja
gospodyni i mówi:„Onimyślą, że pan jesteś Żyd. Oni pójdą na policję”. Ja jej
powiedziałem:„PaniMarysiu,jakiŻyd? Ja idę do domu spać. Jest dwudziestapierwsza,
a o dwudziestejdrugiejjest godzina policyjna.Jak chcą, niech wołają policję. Ja będę
w łóżku”.I poszedłem spać.
Mikołaj:Zasnął pan?
Poldek: Bez problemu.Myślałem,że oni nie pójdą po godzinie policyjnej,a poza tym
dobrze mi wtedy szło zasypianie. Co miałemrobić? Każdy innykrokto była pewna
śmierć. Później się okazało, że nie poszli, i więcej z nimikłopotównie miałem.Jednak
długo się tam nie namieszkałem.Potem była takaakcja, żeby pomóc naszym, którzy
chowalisię w takimbunkrzew Bochni.Oni nie mielipieniędzy. Co się wtedy robi?
Mikołaj:Jak się nie ma pieniędzy?
Poldek: Wtedy się robi rabunek.Przebraliśmysię za gestapo i w tychmundurach
                 w
i z legitymacjami padliśmywe trzech do jednej rodziny.Oni tam trzymalidużo
pieniędzy, bo mieliw domu czarny ryneki donosicielstwo.Chyba jednaknie
wyglądaliśmyna takiebardzo gestapo, bo oni pobiegli na policję. Zostaliśmyzłapani.
Jedną noc spędziłem jeszcze na gestapo w Bochni,a potem zawieźlimnie do Krakowa
na Montelupich.Tammiałembardzo ciężkie śledztwo przez siedem dni.
Mikołaj:Trafiłpan do więzieniajako Polak?
Poldek: Tak,ale dostałem rozkaz od naszych dowódców, żebym się przyznał,że jestem
Żydem.
Mikołaj:Dlaczego?
Poldek: Żeby było wiadomo, że Żydzi walczą.
Mikołaj:To ciągle jest ta sama historia?Chodziło o honor i przepływinformacjido
Palestyny?
Poldek: No właśnie,musieliśmywysyłać sygnały o naszej walce. My to robiliśmydla
tych trzech linijek…żeby było napisane. Jak się przyznałem,to dostałem wielkiebicie
trzynastegomarca, ale się przeżyło. Dziewiętnastegomarca zeszło się do celi śmierci.
Tego właśniednia większość naszych ludziposzła na rozstrzelanie.I zaczęło się
głodowanie. Byłemtam bardzo głodny, takigłodny, że nie mogłem o niczym innym
myśleć. Siedem albo osiem dni bez niczego, tylkotrochę czarnej luryi sto pięćdziesiąt
gramów chleba dla chłopaka, to było straszne. I jeszcze bez przerwygimnastykęnam
robili.Co wstawałem,to wszystko dookoła mi się kręciło.Myślałem,że to już koniec. Po
dwóch dniach dodali nam do cel dwóch naszych przywódców. Labena i Szymka
Drengiela.Szymek to był niebywałyczłowiek i wielkibojowiec. Jak on przyszedł do celi,
to nas wszystkich,tych, którzypozostali przy życiu, posadził w koło i zaczął pogadankę.
Było jak przed wojną w organizacji.O Palestynie,o naszej Biblii,o historiiżydowskiej.
I piosenkipo cichu śpiewaliśmy.I jaksię otwierałydrzwi,to musieliśmy,takśpiewając
po niemiecku,te wszystkieidiotyzmymówić wierszem. Że to my, Żydzi, jesteśmy winni
temu wszystkiemu,co tu się dzieje. Drzwisię zamykały,a on nas od nowa do tego koła
zapraszał i zaczynałw miejscu,w którymskończył, kiedysię drzwiotworzyły.On nam
pokazywał,jak pozostać człowiekiemw tymwszystkim.Jak dostawaliśmychleb, to
kroiłosię go na osiem równychczęści, każda po sto pięćdziesiątgramów. Wie pan, jak
to jest z takimkrojeniem,raz wyjdzierówno, a raz mniejrówno. I ktozaczął się
przypatrywać,którykawałekwiększy, to wychodziłz koła i wracał,jak każdy już wziął.
Pan rozumie? On nas uczył, że człowiek zawsze może zostać człowiekiem.
Trzynastego kwietniazawołalinas do szefa więzienia.Po drodze jeden z Polaków, co
nas eskortowali,powiedział:„Idzieciedo Oświęcimia”.
Mikołaj:Wiedziałpan wtedy, co to jest?
Poldek: Może oni wiedzieli,ja nie. Myślałem,że idziemyna rozstrzelanie,a tu nie.
Pomyślałem,że będę żył dalej. Może dzień, a może…? Małanadzieja. I wiepan, co
mnie wtedy straszniezadziwiło? Poszliśmy do tego szefa i on mi oddał wszystko, co
miałem,jak przyszedłem do więzienia.I jeszcze bardziejdziwne było, że oni mi zabrali
część z moich pieniędzy, bo odliczylisobie za każdy dzień, co byłem w tymwięzieniu.
Niemieckiporządek, proszę pana. Tu mi oddali, a w  Oświęcimiuza chwilęmi znowu
zabrali.Miałemtam takisrebrnypierścionek…
Mikołaj:Co to był za pierścionek?
Poldek: To był od takiejdziewczyny, jeszcze z getta.
Mikołaj:Wziąłpan tam ślub?
Poldek: Nie, taksobie daliśmypierścionki,że jesteśmy razem.
Mikołaj:Ona była z waszej grupy?
Poldek: Ona była z naszej grupyi zostałarozstrzelanaz tamtymi,dziewiętnastego
marca.
Mikołaj:Czy wtedy wiedziałpan o tym?
Poldek: Tak.Ona też dostała rozkaz, żeby się przyznać, że jest Żydówką. Jak tylkosię
przyznała,to Niemcy jej mówią: „Aleś ty głupia,żeby nam takierzeczy mówić. Mieliśmy
cię zwolnić”.Ale pan wie? U nas najważniejszebyło, żeby napisali,że Żydzi chwyciliza
broń. Ona była siostrątego Szymka Drengiela.Jak mnie nieślize śledztwa do celi
śmierci,to ich akuratprowadzilina śmierć. Widzieliśmysię tuż obok mojej celi. Ostatni
raz ją wtedy widziałem.Wie pan, że tylelatminęło,a ja ją nadal widzę przed tą celą.
A potem wsadzilinas do samochodów. Sześciu chłopców i trzydziewczęta, i przywieźli
pod wieczór do Oświęcimia.Wszystkichtam przywozilipociągami, a my kulturalnie
zajechaliśmyautem volvo, nibyjakieś państwo. Elegancko. Zdejmująnas z samochodu
pod tą bramą Arbeitmacht frei. I czekamy.Stoją wartownicyz bronią,a dalej gra
orkiestra.Przez bramę zaczynają wchodzić kolumnyledwo żywych ludzii salutują.My
nie wiedzieliśmy,gdzie my się znaleźliśmy,na jakiejplanecie my jesteśmy. W końcu
przyszlipo nas. Zabralinam wszystko, a dalinumery,że my jesteśmy polityczni.
Mikołaj:Czylinie-Żydzi?
Poldek: Żydzi, ale polityczni.
Mikołaj:To lepiej niż sam Żyd czy gorzej?
Poldek: U Niemcówto było lepiej. Może u innychby było gorzej. My mieliśmyprawo
dostawać paczki, tylkoże wtedy już nie miałich nam kto posłać. Posłalinas od razu na
blok jedenasty. Spędziliśmytam na szczęście tylkotrzyalbo cztery dni, a później była
               N
kwarantanna. astępnienas rozdzielilii część została w Oświęcimiu,a część poszła do
kompaniikarnejw BunaMonowitz.
Mikołaj:Do zakładówIG Farben?
Poldek: Tak.Wie pan, że jak ja tam przyjechałempo wojnie, to tam dalej były zakłady
chemiczne? Popracowałem w tymkarnymkomando kilkatygodni,ale po diecie na
Montelupichto ja już nie byłem takiwielkisiłacz. Zachorowałem na zapalenie płuc
i opłucnej.Wtedy w szpitaluwolno było leżeć do czternastudni.
Mikołaj:Co się działo w tymszpitalu?
Poldek: Raczej nic. Chyba jakieś doświadczenia robili.
Mikołaj:Ktoś pana leczył na te zapalenia?
Poldek: Tamniktnikogo nie leczył. Leżałeś, to leżałeś. Jak umarłeś,to cię zabierali
i koniec historii.Większość tam umierała.Dostawaliśmytylejedzenia co normalny
więzień i już.Czasem chyba mi tam wyciągalijakąś strzykawkąropę z płuc. I tak
leżałem, aż przyszedł esesman i zrobiłkrzyżykna łóżku. Ja już wiedziałem,co to
                                                              w        Ż
znaczy, i pomyślałem,że jak mają zostać o nas te trzylinijki  historii ydów, to ktoś
musi wiedzieć, że ja tu jestem. Nagle się okazało, że ja jestem ten, co nie przeżyje
obozu.
Mikołaj:A jakprzyjeżdżałynowe transportydo Auschwitz,to umiałpan powiedzieć, kto
się nie załamie i ktoprzeżyje?
Poldek: Niktnie umiałtego powiedzieć. Skąd ja mogłem to wiedzieć? A dlaczego pan
się nad tymzastanawiasz?
Mikołaj:Bo ja się zastanawiam,czy ja bym przeżył.
(Poldek wstaje i głaszcze mnie po głowie).
Poldek: Nie zastanawiajpan się nad tym,tylkożyj pan. Teraz można żyć i tymsię pan
ciesz. Nic pan mądrego nie wymyślisz.Jak leżałem w tymszpitalu,to myślałem,że ja
już jestem ostatniz naszej grupybojowej i że jutrokończę karierę.I zaczepiłemtakiego
faceta, co tam pracował. Nie wiedziałem,czy on jest Żyd, czy nie-Żyd. Wiedziałem
tylko,że on dobrze mówiłpo niemiecku.Poprosiłem go, żeby przy mnie usiadł,
i powiedziałemmu: „Słuchaj,ja nie wiem, kto ty jesteś, ale wiem, że ja jutroidę do
              J
krematorium. ak przeżyjesz, to ja cię proszę, żebyś opowiedział…”.I takdalej. I co się
okazało? Okazało się, że on jest z tej samej organizacjico ja, tylkoz Katowic.Skończył
farmacjęi dlategotu pracował. Ja mu opowiadam, a on zna tych wszystkichludzi,to są
jego koledzy. Jak on usłyszałto wszystko, zaraz poleciał i wróciłze Stasiakiem.Stasiak
był komunistą.
Mikołaj:Leon Stasiak?
Poldek: No a kto?
Mikołaj:To był przyjacielmoich dziadków.Oni się znaliz Auschwitz.
Poldek: Oj! A jakoni się nazywali?
Mikołaj:Dziadeksię nazywałFeliksGuterman.
Poldek: Czekaj… Ja znałem tam Gutermanajednego… On umiałmówić po niemiecku.
Mikołaj:Tak,bo on się wychowałw Berlinie.
Poldek: On był chyba malarz,tak?
Mikołaj:On był grafikiem.Skończył AkademięSztukPięknych.
Poldek: Awiwa,patrz,to jest wnuktego malarza.
(Awiwaprzez cały czas patrzyna mnie bardzo smutno,a po słowach Poldka robi się
jeszcze smutniejsza).
Mikołaj:On nie przeżył, ale drugimąż mojej babci przeżył Auschwitzi też był w tym
komunistycznymruchuoporu ze Stasiakiemi Cyrankiewiczem.
Poldek: I jakon się nazywał?
Mikołaj:Majzlik.I też pracował w IGFarben.
Awiwa:A czy przed wojną on nie ożenił się z Dorą Pomerancenplum?
Mikołaj:Nie wiem, jak się nazywałajego pierwsza żona. Ona też zginęła w Auschwitz.
Poldek: Jeśli on był w Bunie,to pewnie go znałem. Nic pan na początku nie mówił,że
my jesteśmy prawierodzina.
(Poldek podnosi szklankęz wodą jak do toastu).
Mikołaj:Niech pan mi opowie, co się stało z tymkrzyżykiemna pańskimłóżku?
Poldek: Co się stało? Zniknął.Przyszedł Stasiak,którybył tam sekretarzemszpitala.To
było jego oficjalnestanowisko.On miałwładzę i powiedział:„Chłopcy, przenieście go do
innejsali i dajcie mu nową kartkę”.I zostałemjakbyod nowa przyjętydo szpitala.Teraz
to już się mną opiekowali.Postarano się o jakieś lekarstwai ja się z tej choroby
wykaraskałem.I wtedybył problem, bo jak człowiek przeżył takiecoś, to już siłynie miał
do pracy. Mógł popracować dwa albo trzytygodniei koniec, padał nieżywy.Stasiak
mnie tam przetrzymałnielegalniekilkatygodni.Dostawałemjedzenie, lekarstwai nie
musiałemwstawać o piątejrano. Naczelny lekarzw tymszpitalunazywałsię
Budziaszek i należałdo AK. On mi załatwiłlekkąpracę – myłemtam łazienki.Takje
sobie myłemaż do apelu, na którymusieliśmysię przebierać, i on zobaczył, że ja
jestem Żydem. To co on zrobił? Od razu wyrzuciłmnie z tego szpitala.Wtedy załatwili
mi przydziałdo takiego komanda, co budowało fabrykęIG Farben. Tambył kapo, który,
jak tylkoprzyszedłem, pokazał mi takiewielkieruryw ziemii kazałmi się w nichpołożyć
i spać. Ja mówię: „Ja mogę pracować. Nie chcę tam leżeć, bo mnie zabiją”.A on na to:
„Idźtam spać, bo ja cię zabiję”. Ale po godzinie przyniósłmi coś do jedzenia.
Mikołaj:Pamiętapan, jak on się nazywał?
Poldek: Co za pytanie!Samek Wachtel.Legenda przedwojennego Krakowa.Złodziej
zawodowy. On miałwszędzie tatuaże.Z przodu, z tyłu.
Mikołaj:Jakieto były tatuaże?
Poldek: No… głównie panienki.To był najlepszy człowiek, jakiego znałem.
Nieprzypadkowosię do niego dostałem. Stasiakmi to załatwił,bo wiedział,że Samek
mi nie da zginąć. On mi robiłtakiewykładyo życiu. Mówił,że porządny człowiek musi
kraść. Bo kto ma pieniądze? Nieporządny.Więc trzeba kraść i dawać porządnym
ludziom,którzynie mają co jeść. On takrobił.TakiżydowskiRobin Hood.
Mikołaj:Przeżył wojnę?
Poldek: Tak.Zmieniłsię i pracowałw gminieżydowskiejw Krakowie.Ja razem z nim
uciekałemz obozu. Zawsze jak się potem spotykaliśmy,to on straszniepłakał.
Mikołaj:Kiedyuciekliście?
Poldek: Wie pan, że ja w grudniuczterdziestego czwartego powiedziałemkolegom:
„W lecie będę już w Krakowie”.Wszyscy myśleli,że ja oszalałem. I wiepan co? Na
swoje urodzinydrugiego lutego czterdziestego piątego byłem w Krakowie.Skończyłem
dwadzieścia jeden lat.
Mikołaj:Jak wyglądaławasza ucieczka?
Poldek: My wiedzieliśmy,że jak Niemcy zaczną się cofać, to będą likwidowaćobozy. Ta
cała grupa Stasiakabyła przygotowanana to, że jak się zacznie likwidacja,to my
zaczniemy zbrojnyopór. Wiedzieliśmy,że część zginie, ale część też mogła zostać przy
życiu. W końcu nic z tego nie wyszło i osiemnastego styczniawyruszyliśmyz obozu
w czymś, co potem nazwano marszem śmierci.Po dwóch dniach byliśmyw Gleiwitzu,
czyli w Gliwicach.Tamzgrupowaliwięźniówze wszystkichokolicznych obozów. Front
się zbliżałi było kompletnezaciemnienie,a tu my przychodzimymiędzy piątąa szóstą
wieczorem. Ciemno, nic nie widać i straszniezimno. Myśmypostanowili,że będziemy
uciekać. Podzieliliśmysię na dwie grupyi jednapo drodze uciekłado lasu. Jednego
naszego chłopca z tej grupyzastrzeliliNiemcy. My już nie mogliśmyuciekać, bo zaczęli
bardzo pilnować.Weszliśmy do tego obozu, a tam było takieprzepełnienie,że żadnej
szpilkinigdzie nie można włożyć. Postanowiliśmy,że tu uciekniemy.Wiedzieliśmy,że
już następnego takiego marszu nie przeżyjemy. Jeszcze nie wiedzieliśmyjak, ale
zdecydowaliśmy. Na razie mieliśmywejść do baraków.Idę pomiędzy pryczami,widać
nie więcej niż na dziesięć centymetrów,wszędzie po kilkaosób na pryczy. Dochodzę do
jednego miejsca i mówię:„Posuń się”. A głos z pryczy pyta: „Jaksię nazywasz?”. To ja
mówię: „Co cię obchodzi, jak ja się nazywam.Posuń się i już”.A on swoje, i ja swoje.
W końcu on takąmałą lampkęzapalił,a ja patrzę: to mój brat.Ich przyprowadzili
z obozu w Płaszowie. I wiepan co?
Mikołaj:Posunął się.
Ciąg dalszy w wersjipełnej

[1]   Izraelczycyo swoim państwiemówią Kraj(wszystkieprzypisypochodzą od redakcji).
                  Irenai DovJohannes
                        JA
              DLACZEGO ZABIŁAM    BOGA?

Dostępne w wersjipełnej
                   GioraBar-Nir
           JESTEMDYPLOMOWANYM   SIEROTĄ

Dostępne w wersjipełnej
            Irenai KubaWodzisławscy
       POLACYKRZYCZELI: „ŻYDZIUCIEKAJĄ!”

Dostępne w wersjipełnej
        Krysiai SamuelWillenberg
 ROZMAWIAMYSOBIEO WESOŁYCH    SPRAWACH

Dostępne w wersjipełnej
                 Halinai WładekKornblum
               BYŁEMZAŚCIELONY   W ŁÓŻKU

Dostępne w wersjipełnej
                   Cyporai EfraimLaadan
                                   ŻE
                JA SIĘWSTYDZIŁAM, ŻYJĘ

Dostępne w wersjipełnej
             Lusiai MietekRaubvogel
      PO NAS NIKT               N
                 JUŻNIEOPOWIE, AJWYŻEJ
                KTOŚPRZECZYTA

Dostępne w wersjipełnej
              RóźkaMicenmacher
               SYN GENIUSZ
      MĄŻIDIOTA,          I PEŁNASZAFA
                   SZMAT

Dostępne w wersjipełnej
            Irkai GienekWaks
 MIAŁAMWIDZENIA RACZEJNIEOPTYMISTYCZNE

Dostępne w wersjipełnej
                 Stellai IzioGold
         ZOSTAŁEMNARODZONY     I NADALŻYJĘ

Dostępne w wersjipełnej
                  RyszardLöw
           GŁOWĘMAMRACZEJW KRAKOWIE

Dostępne w wersjipełnej
                                  Goldman
                     Biankai Marcel
                       ŻYDYZ TELAWIWU

Dostępne w wersjipełnej
                      Ritai TuloSchenirer
                  TO SIĘNIGDY   NIESKOŃCZY

Dostępne w wersjipełnej
                          PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersjipełnej
                          FundacjaShalom

Dostępne w wersjipełnej
Dostępne w wersjipełnej
Ocaleniz XX wieku
Spis treści
OkładkaKarta tytułowaDedykacjaWSTĘPAwiwa i Poldek Maimon TRZY LINIJKI W HISTORII
ŻYDÓWIrena i Dov Johannes DLACZEGO JA ZABIŁAM BOGA?Giora Bar-Nir JESTEM
DYPLOMOWANYM SIEROTĄIrena i Kuba Wodzisławscy POLACY KRZYCZELI: „ŻYDZI
UCIEKAJĄ!”Krysia i Samuel Willenberg ROZMAWIAMY SOBIE O WESOŁYCH SPRAWACHHalina
i Władek Kornblum BYŁEM ZAŚCIELONY W ŁÓŻKUCypora i Efraim Laadan JA SIĘ WSTYDZIŁAM,
ŻE ŻYJĘLusia i Mietek Raubvogel PO NAS NIKT JUŻ NIE OPOWIE, NAJWYŻEJ KTOŚ
PRZECZYTARóźka Micenmacher MĄŻ IDIOTA, SYN GENIUSZ I PEŁNA SZAFA SZMATIrka i Gienek
Waks MIAŁAM WIDZENIA RACZEJ NIEOPTYMISTYCZNEStella i Izio Gold ZOSTAŁEM
NARODZONY I NADAL ŻYJĘRyszard Löw GŁOWĘ MAM RACZEJ W KRAKOWIEBianka i Marcel
Goldman ŻYDY Z TEL AWIWURita i Tulo Schenirer TO SIĘ NIGDY NIE
SKOŃCZYPODZIĘKOWANIAFundacja ShalomO autorzeKarta redakcyjna
                                 Redaktorprowadzący
                                      Monika Koch
                                       Redakcja
                              Ewa Woźniakowska-Kielan
                                 Redakcja techniczna
                                    Lidia Lamparska
                                        Korekta
                              MariaMagdalenaMatusiak
                                    Joanna Popiołek
                                                 b
            Copyright© for textand illustrations y MikołajGrynberg, 2012
        Copyright© for thiseditionby WeltbildPolska Sp. z o.o., Warszawa 2012
     Copyright© for the e-book editionby WeltbildPolska Sp. z o.o., Warszawa 2012
                                     ŚwiatKsiążki
                                    Warszawa 2012
                               WeltbildPolska Sp. z o.o.
                          02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2
                                Księgarniainternetowa:
                                       Weltbild.pl
Niniejszyproduktobjęty jest ochronąprawaautorskiego.Uzyskanydostęp upoważnia
  wyłączniedo prywatnegoużytkuosobę, którawykupiła         prawodostępu. Wydawca
          ż
informuje, e wszelkieudostępnianie     osobom trzecim,nieokreślonymadresatomlub
                 i                                 u
   w jakikolwieknnysposób upowszechnianie, publicznianie,           kopiowanieoraz
                w
  przetwarzanie  technikach    cyfrowych lubpodobnych – jest nielegalne    i podlega
                                właściwymsankcjom.
                               ISBN978-83-7799-213-5
                                      Nr90452020




                      PlikePub opracowany przez firmęeLib.pl
                          al. Szucha 8, 00-582 Warszawa
                               e-mail: kontakt@elib.pl
                                   www.eLib.pl
        Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment
                      pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można
nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są
jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej
od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.
Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie
internetowym Czytelnia Online.

				
DOCUMENT INFO
Description: Twarze bohater�w Mikołaja Grynberga, od lat fotografowane przez niego i składane w albumach, po raz pierwszy przem�wiły. Językiem, kt�ry w nich tylko żyje i z nimi odejdzie. M�wią o żydowskim losie splątanym z polskością, uwięzionym we wsp�lnej - ale nie symetrycznie sprawiedliwej w cierpieniu - historii. "Są rzeczy - m�wi Grynbergowi Jurek Rabiner - kt�re jak się działy, to ja ich nie rozumiałem, a teraz nie wierzę, że się zdarzyły". Jurek miał 7 lat, gdy uciekł z getta. "One - uprzedza czeska Żyd�wka Cypora Laaden (więźniarka Auschwitz, numer A-16606) - nie zrobią pana życia lepszym. Trzeba już zapomnieć - m�wi, żeby za chwilę dodać - ale trzeba też, aby te historie nie zginęły". Grynberg przed zaginięciem uratował kolejnych dwadzieścia pięć, bo tyle os�b podzieliło się z nim swoimi wspomnieniami, od kt�rych nie potrafili się uwolnić przez 70 lat.