Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment
pełnej wersji całej publikacji.
Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można
nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są
jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej
od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.
Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie
internetowym Bookarnia Online.
Prze∏o˝y∏
Piotr W. Cholewa
Tytu∏ orygina∏u
SMALL GODS
Copyright © Terry and Lyn Pratchett 1992
First published by Victor Gollancz Ltd,
an imprint of the Orion Publishing Group Ltd, London
Projekt graficzny serii
Z ombie S putnik C orporation
Ilustracja na ok∏adce
Josh Kirby/via Thomas Schlück GmbH
Redakcja
¸ucja Grudziƒska
Redakcja techniczna
Anna Troszczyƒska
Korekta
Wies∏awa Partyka
¸amanie
Monika Lefler
ISBN 978-83-7648-282-8
Fantastyka
Wydawca
Prószyƒski Media Sp. z o.o.
02-651 Warszawa, ul. Gara˝owa 7
www.proszynski.pl
Druk i oprawa
Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca
30-011 Kraków, ul. Wroc∏awska 53
Tego samego autora polecamy:
KOLOR MAGII ZADZIWIAJÑCY MAURYCY
H I JEGO UCZONE SZCZURY
H
BLASK FANTASTYCZNY
H NA GLINIANYCH NOGACH
RÓWNOUMAGICZNIENIE H
H WIEDèMIKO¸AJ
MORT H
H
WOLNI CIUTLUDZIE
CZARODZICIELSTWO H
H
BOGOWIE, HONOR,
ERYK ANKH-MORPORK
H H
TRZY WIEDèMY
OSTATNI KONTYNENT
H
H
PIRAMIDY
H
CARPE JUGULUM
H
STRA˚! STRA˚!
H PIÑTY ELEFANT
H
RUCHOME OBRAZKI
H PRAWDA
NAUKA ÂWIATA DYSKU I, II I III H
H Z¸ODZIEJ CZASU
KOSIARZ H
H ZIMISTRZ
WYPRAWA CZAROWNIC H
H
STRA˚ NOCNA
POMNIEJSZE BÓSTWA H
H
POTWORNY REGIMENT
PANOWIE I DAMY H
H
PIEK¸O POCZTOWE
ZBROJNI
H
H
MUZYKA DUSZY ¸UPS!
H H
CIEKAWE CZASY ÂWIAT FINANSJERY
H H
MASKARADA HUMOR I MÑDROÂå
H ÂWIATA DYSKU
H
OSTATNI BOHATER
H NIEWIDOCZNI AKADEMICY
R ozwa˝my ˝ó∏wia i or∏a.
˚ó∏w jest stworzeniem ˝yjàcym na ziemi. W∏aÊciwie nie jest mo˝-
liwe ˝ycie bli˝ej gruntu, jeÊli nie przebywa si´ pod nim. Hory-
zont ˝ó∏wia si´ga na kilka cali. ˚ó∏w porusza si´ z takà pr´dkoÊcià, ja-
ka wystarcza do polowania na sa∏at´. Prze˝y∏, gdy ca∏a reszta ewolucji
przemkn´∏a obok, poniewa˝ – ogólnie rzecz bioràc – dla nikogo nie
stanowi∏ zagro˝enia, a zjadanie go sprawia∏o zbyt wiele k∏opotu.
A teraz weêmy or∏a. To istota, której Êwiatem jest powietrze i wy-
sokie szczyty, której horyzont si´ga a˝ po kraƒce ziemi. Orze∏ ma
wzrok tak ostry, ˝e potrafi dostrzec maleƒkie, piskliwe stworzonko
przemykajàce o pó∏ mili od niego. Czysta si∏a, czysta w∏adza... B∏yska-
wiczna skrzydlata Êmierç. Szpony i dziób takie, ˝e przerobià na po-
si∏ek cokolwiek mniejszego od or∏a, a zapewnià mu przynajmniej
szybkà przekàsk´ z czegokolwiek wi´kszego.
Mimo to orze∏ potrafi godzinami siedzieç na urwisku i obser-
wowaç królestwa tej ziemi, dopóki w dali nie zauwa˝y ruchu. Wte-
7
 W IAT D YSKU
dy skupia spojrzenie, skupia, skupia na maleƒkiej skorupie ko∏y-
szàcej si´ wÊród suchych krzaków na pustyni. I zrywa si´...
W chwil´ póêniej ˝ó∏w odkrywa, ˝e Êwiat oddala si´ od niego.
I widzi ten Êwiat po raz pierwszy – ju˝ nie z wysokoÊci jednego cala
nad gruntem, ale z pi´ciuset stóp. I myÊli: Jakim˝ wspania∏ym przy-
jacielem jest orze∏.
I wtedy orze∏ go puszcza.
Prawie zawsze ˝ó∏w spada i ginie. Wszyscy wiedzà, dlaczego tak
si´ dzieje: grawitacja to na∏óg, z którym trudno zerwaç. Nikt nie
wie, dlaczego orze∏ to robi. Owszem, ˝ó∏wiem mo˝na sobie dobrze
podjeÊç, ale bioràc pod uwag´ w∏o˝ony w to wysi∏ek, praktycznie
wszystkim innym mo˝na lepiej. Po prostu or∏y uwielbiajà dr´czyç
˝ó∏wie.
OczywiÊcie, or∏y nie zdajà sobie sprawy z faktu, ˝e uczestniczà
w bardzo prymitywnej formie doboru naturalnego.
Pewnego dnia ˝ó∏w nauczy si´ lataç.
Ta historia rozgrywa si´ w pustynnej krainie, w odcieniach
pomaraƒczu i ochry. Kiedy si´ zaczyna i koƒczy, to kwe-
stie bardziej problematyczne, ale przynajmniej jeden z jej
poczàtków mia∏ miejsce powy˝ej linii wiecznych Êniegów, o tysiàce
mil od pustyni, w górach wokó∏ Osi*.
Jeden z cz´sto rozwa˝anych problemów filozoficznych brzmi:
Czy drzewo padajàce w lesie powoduje ha∏as, jeÊli w pobli˝u nie ma
nikogo, kto by go us∏ysza∏?
Problem ten wiele mówi o naturze filozofów, poniewa˝ w lesie
zawsze ktoÊ jest. Mo˝e to byç tylko borsuk, zastanawiajàcy si´, co to
za trzask, albo wiewiórka, zdziwiona, ˝e ca∏a okolica nagle przesu-
wa si´ w gór´... Ale jest ktoÊ. W najgorszym przypadku, jeÊli drzewo
pada w g∏´bi lasu, s∏yszà je miliony pomniejszych bóstw.
Rzeczy zdarzajà si´ po prostu, jedna po drugiej. Nie przejmu-
jà si´, czy ktoÊ o nich wie. Ale historia... Nie, historia to coÊ innego.
Histori´ nale˝y obserwowaç. Inaczej nie jest historià, tylko... no...
rzeczami zdarzajàcymi si´ jedna po drugiej.
* Albo te˝ – jeÊli jesteÊcie wyznawcami omnianizmu – bieguna.
8
POMNIEJSZE BÓSTWA
I oczywiÊcie nale˝y jà kontrolowaç. W przeciwnym razie mo-
g∏aby zmieniç si´ w cokolwiek innego. Poniewa˝ historia, wbrew
powszechnym przekonaniom, to rzeczywiÊcie królowie, daty i bi-
twy. A te rzeczy muszà si´ zdarzaç w odpowiednim czasie. To trud-
ne. W chaotycznym wszechÊwiecie zbyt wiele spraw mo˝e si´ niew∏a-
Êciwie potoczyç. Koƒ genera∏a a˝ nazbyt ∏atwo mo˝e zgubiç
podkow´ w nieodpowiedniej chwili albo ktoÊ êle zrozumie rozkaz,
albo goniec z wa˝nà wieÊcià zostanie zatrzymany przez ludzi z kija-
mi i problemem p∏ynnoÊci finansowej. Sà te˝ dzikie opowieÊci, pa-
so˝ytnicze naroÊla na drzewie historii, które próbujà nagiàç je
w swojà stron´.
Dlatego historia ma swoich opiekunów.
˚yjà... Có˝, z samej natury rzeczy ˝yjà tam, gdzie zostanà po-
s∏ani, ale ich duchowym domem jest ukryta dolina w wysokich Ram-
topach na Êwiecie Dysku, gdzie przechowuje si´ ksià˝ki historyczne.
Nie sà to ksià˝ki, w których przesz∏e wydarzenia przypi´te sà
do kartek jak motyle w gablocie. To ksià˝ki, z których historia si´ wy-
wodzi. Jest ich ponad dwadzieÊcia tysi´cy; ka˝da wysoka na dziesi´ç
stóp, oprawna w o∏ów, zapisana literami tak ma∏ymi, ˝e trzeba je
czytaç przez lup´.
Kiedy ludzie mówià, ˝e coÊ „zosta∏o zapisane”, zosta∏o zapisane
tutaj.
Istnieje o wiele mniej metafor, ni˝ si´ powszechnie sàdzi.
Ka˝dego miesiàca opat i dwóch starszych mnichów wyrusza do
groty, gdzie znajdujà si´ ksi´gi. KiedyÊ by∏ to obowiàzek wy∏àcznie
opata, ale dwaj inni godni zaufania mnisi zostali do∏àczeni do gru-
py po nieszcz´Êliwej historii pi´çdziesiàtego dziewiàtego opata, któ-
ry zarobi∏ milion dolarów na drobnych zak∏adach, zanim przy∏apa-
li go inni zakonnicy.
Poza tym samotne wejÊcie do groty nie jest bezpieczne. Przy-
t∏oczyç mo˝e choçby sama koncentracja Historii przeciekajàcej bez-
g∏oÊnie do Êwiata. Czas p∏ynie. Zbyt wiele Czasu mo˝e cz∏owieka
utopiç.
Czterysta dziewi´çdziesiàty trzeci opat z∏o˝y∏ pomarszczone
d∏onie i zwróci∏ si´ do Lu-Tze, jednego ze swych najstarszych mni-
chów. Czyste powietrze i spokojne ˝ycie w ukrytej dolinie sprawia,
˝e wszyscy mnisi sà starsi. Poza tym, kiedy si´ pracuje z Czasem, tro-
ch´ go wciera si´ w cz∏owieka.
9
 W IAT D YSKU
– Miejscem tym jest Omnia – rzek∏ opat. – Na klatchiaƒskim
wybrze˝u.
– Pami´tam – odpar∏ Lu-Tze. – Ten m∏ody cz∏owiek imieniem
Ossory, zgadza si´?
– Sprawy powinny byç... uwa˝nie obserwowane – przypomnia∏
opat. – Istniejà naciski. Wolna wola, przeznaczenie... pot´ga symbo-
li... punkt zwrotny... znasz to wszystko.
– Nie by∏em w Omni ju˝ chyba, no, b´dzie jakieÊ siedemset lat
– stwierdzi∏ Lu-Tze. – Sucha okolica. Pewnie w ca∏ym kraju nie zbie-
rze si´ razem tona porzàdnej gleby.
– Ruszaj zatem.
– Wezm´ swoje góry. Klimat b´dzie dla nich odpowiedni.
Lu-Tze zabra∏ tak˝e swojà miot∏´ i mat´ do spania. Mnisi histo-
rii nie dbajà o majàtek. Przekonali si´, ˝e wi´kszoÊç przedmiotów
zu˝ywa si´ ju˝ po stuleciu czy dwóch.
Podró˝ do Omni zaj´∏a mu cztery lata. Po drodze musia∏ zo-
baczyç kilka bitew i jedno skrytobójstwo – inaczej by∏yby tylko przy-
padkowymi zdarzeniami.
By∏ to Rok Hipotetycznego W´˝a albo dwusetny po Obja-
wieniu Proroka Abbysa.
Co oznacza∏o, ˝e zbli˝a si´ czas Ósmego Proroka.
W KoÊciele Wielkiego Boga Oma mo˝na by∏o polegaç na pro-
rokach: zjawiali si´ bardzo punktualnie. Da∏oby si´ wed∏ug nich re-
gulowaç kalendarz, gdyby tylko ktoÊ mia∏ kalendarz odpowiednio
du˝y.
I jak zwykle w porze, kiedy oczekiwany jest nowy prorok, KoÊció∏
zdwoi∏ wysi∏ki zmierzajàce ku ÊwiàtobliwoÊci. By∏o to ca∏kiem podob-
ne do krzàtaniny, jaka nast´puje w biurach dowolnego wielkiego
koncernu, kiedy spodziewani sà audytorzy. Jednak tutaj cz´sto po-
lega∏o na wyszukiwaniu ludzi podejrzewanych o bycie nie doÊç Êwià-
tobliwymi i zadawaniu im Êmierci na wiele pomys∏owych sposobów.
Jest to uznawane za godny zaufania barometr stanu pobo˝noÊci
w wi´kszoÊci popularnych religii. Pojawia si´ sk∏onnoÊç do deklara-
cji, ˝e nast´puje upadek obyczajów wi´kszy ni˝ przy solidnym trz´sie-
niu ziemi, ˝e trzeba wyrwaç herezj´ z korzeniami, a nawet z r´kà,
10
POMNIEJSZE BÓSTWA
nogà i okiem, ˝e przyszed∏ czas, ˝eby oczyÊciç si´ moralnie. Krew jest
zwykle uwa˝ana za Êrodek niezwykle skuteczny do tego celu.
I sta∏o si´ w owym czasie, ˝e Wielki Bóg Om przemówi∏ do
Bruthy, którego wybra∏:
– Psst!
Brutha znieruchomia∏ w po∏owie zamachu motykà i rozejrza∏
si´ po Êwiàtynnym ogrodzie.
– S∏ucham? – powiedzia∏.
By∏ pi´kny dzieƒ mniejszej wiosny. M∏ynki modlitewne kr´ci∏y
si´ weso∏o na wietrze od gór. Pszczo∏y leniuchowa∏y w kwiatach fa-
soli, ale brz´cza∏y g∏oÊno, by sprawiaç wra˝enie ci´˝ko zapracowa-
nych. Wysoko pod niebem krà˝y∏ samotny orze∏.
Brutha wzruszy∏ ramionami i wróci∏ do swoich melonów.
A Wielki Bóg Om znowu przemówi∏ do Bruthy, którego wybra∏:
– Psst!
Brutha zawaha∏ si´. KtoÊ wyraênie mówi∏ coÊ do niego z pustki.
Mo˝e to demon? Przewodnik nowicjuszy, brat Nhumrod, bardzo
dok∏adnie omawia∏ temat demonów. Demonów i nieczystych my-
Êli, gdy˝ jedno prowadzi∏o do drugiego. Brutha by∏ niepokojàco
Êwiadomy, ˝e prawdopodobnie ju˝ dawno nale˝y mu si´ demon.
Najlepszym wyjÊciem by∏a stanowczoÊç i recytacja Dziesi´ciu
Fundamentalnych Aforyzmów.
I raz jeszcze Wielki Bóg Om przemówi∏ do Bruthy, którego
wybra∏:
– G∏uchy jesteÊ, ch∏opcze?
Motyka stukn´∏a o wyschni´tà ziemi´. Brutha odwróci∏ si´ gwa∏-
townie. Widzia∏ pszczo∏y, or∏a, a na drugim koƒcu ogrodu starego
brata Lu-Tze, sennie przerzucajàcego wid∏ami stos nawozu. M∏yn-
ki modlitewne wirowa∏y pocieszajàco wzd∏u˝ murów.
Wykona∏ r´kà znak, którym prorok Ishkible odp´dzi∏ z∏e moce.
– Ustàp mi z drogi, demonie – wymamrota∏.
– Przecie˝ stoj´ za tobà.
Brutha odwróci∏ si´ jeszcze raz, bardzo powoli. Ogród nadal
by∏ pusty.
Brutha rzuci∏ si´ do ucieczki.
11
 W IAT D YSKU
Wiele opowieÊci zaczyna si´ na d∏ugo przed swym poczàt-
kiem, a historia Bruthy si´ga tysiàce lat przed jego naro-
dziny.
Na Êwiecie istniejà miliardy bóstw. Rojà si´ g´sto jak ∏awica Êle-
dzi. Wi´kszoÊç jest zbyt ma∏a, by je zauwa˝yç, i nigdy nikt ich nie
czci, w ka˝dym razie nikt wi´kszy od bakterii, które si´ nie modlà
i nie majà wielkich wymagaƒ w zakresie cudów.
To sà w∏aÊnie pomniejsze bóstwa – duchy miejsc, gdzie krzy˝u-
jà si´ Êcie˝ki mrówek, bogowie mikrolimatów pomi´dzy korzeniami
traw. I wi´kszoÊç z nich taka ju˝ pozostaje.
Poniewa˝ brakuje im wiary.
Garstka jednak trafia w wy˝sze regiony. Powodem mo˝e byç co-
kolwiek. Pasterz szukajàcy zb∏àkanej owcy znajduje jà w krzakach
i poÊwi´ca minut´ czy dwie, ˝eby wznieÊç niewielki kamienny o∏ta-
rzyk w ogólnej podzi´ce wszelkim duchom, jakie mogà przebywaç
w okolicy. Albo jakieÊ niezwykle ukszta∏towane drzewo zostanie sko-
jarzone z lekiem na chorob´. Albo ktoÊ wyryje spiral´ na samotnym
g∏azie. Albowiem bogowie potrzebujà wiary, a ludzie pragnà bogów.
Cz´sto na tym si´ koƒczy. Ale czasami wydarzenia rozwijajà si´
dalej. Dodawane sà nast´pne kamienie, uk∏adane kolejne g∏azy;
w miejscu, gdzie kiedyÊ ros∏o drzewo, staje Êwiàtynia. Bóg wtedy na-
biera mocy, wiara wyznawców niesie go w gór´ jak tysiàc ton paliwa
rakietowego. Nieliczni si´gajà a˝ do nieba.
A czasem nawet dalej.
Brat Nhumrod w odosobnieniu swej surowej celi walczy∏
z nieczystymi myÊlami, kiedy us∏ysza∏ rozgoràczkowany g∏os
z sypialni nowicjuszy.
M∏ody Brutha le˝a∏ plackiem przed posàgiem Oma w Jego ma-
nifestacji jako gromu, dogota∏ ca∏y i mamrota∏ fragmenty modlitw.
W tym ch∏opcu jest coÊ, co przyprawia o dreszcze, pomyÊla∏
Nhumrod. To sposób, w jaki patrzy, kiedy si´ do niego mówi. Ca∏-
kiem jakby s∏ucha∏.
Podszed∏ bli˝ej i szturchnà∏ nowicjusza koƒcem laski.
– Wstawaj, ch∏opcze! Co w∏aÊciwie robisz w sypialni w Êrodku
dnia, co?
12
POMNIEJSZE BÓSTWA
Brutha zdo∏a∏ jakoÊ odwróciç si´, wcià˝ le˝àc plackiem na pod-
∏odze, i chwyci∏ kap∏ana za kostki.
– G∏os! G∏os! Mówi∏ do mnie! – zaj´cza∏.
Nhumrod odetchnà∏. No tak... Znalaz∏ si´ na znajomym tere-
nie. Na g∏osach zna∏ si´ doskonale. S∏ysza∏ je przez ca∏y czas.
– Wstaƒ, ch∏opcze – powiedzia∏ nieco ∏agodniejszym tonem.
Brutha podniós∏ si´ z pod∏ogi.
By∏ – na co Nhumrod ju˝ wczeÊniej narzeka∏ – troch´ za du˝y
do nowicjatu. Mia∏ jakieÊ dziesi´ç lat za du˝o. Dajcie mi ch∏opaka
w wieku do siedmiu lat, mawia∏ zawsze brat Nhumrod.
Ale Brutha pewnie umrze jako nowicjusz. Kiedy ustalali zasady,
nie przewidzieli kogoÊ takiego jak Brutha.
Szeroka, szczera, rumiana twarz skierowa∏a si´ ku przewodni-
kowi.
– Usiàdê na swoim ∏ó˝ku, Brutho – poleci∏ Nhumrod.
Brutha natychmiast wykona∏ polecenie. Nie zna∏ znaczenia s∏o-
wa „niepos∏uszeƒstwo”. By∏o to jedno z bardzo wielu s∏ów, których
znaczenia nie zna∏.
Nhumrod usiad∏ obok niego.
– S∏uchaj mnie uwa˝nie, Brutho – rzek∏. – Wiesz, co spotyka
ludzi, którzy g∏oszà k∏amstwa, prawda?
Brutha zaczerwieni∏ si´ i kiwnà∏ g∏owà.
– Doskonale. A teraz opowiedz mi o tych g∏osach.
Brutha zmià∏ w palcach brzeg szaty.
– To by∏ raczej jeden g∏os, mistrzu – wyzna∏.
– ...raczej jeden g∏os – powtórzy∏ Nhumrod. – A co ten g∏os
mówi∏? Hm?
Brutha zawaha∏ si´. W∏aÊciwie, kiedy si´ zastanowiç, to g∏os
w ogóle niewiele powiedzia∏. Po prostu mówi∏. Ale rozmowa z bra-
tem Nhumrodem nigdy nie by∏a ∏atwa. Mia∏ on irytujàcy zwyczaj
zerkania z ukosa na usta mówiàcego i powtarzania ostatnich s∏ów
praktycznie w chwili, kiedy zosta∏y wypowiedziane. I przez ca∏y czas
dotyka∏ ró˝nych rzeczy: Êcian, mebli, ludzi... Jakby si´ ba∏, ˝e ca∏y
wszechÊwiat zniknie, jeÊli nie b´dzie na niego uwa˝a∏. A jego nerwo-
we tiki by∏y tak liczne, ˝e musia∏y ustawiaç si´ w kolejce. Brat Nhum-
rod by∏ ca∏kiem normalny jak na kogoÊ, kto prze˝y∏ pi´çdziesiàt lat
w Cytadeli.
– No wi´c... – zaczà∏ Brutha.
13
 W IAT D YSKU
Brat Nhumrod uniós∏ szczup∏à d∏oƒ. Brutha widzia∏ b∏´kitne
˝y∏ki pod jego skórà.
– Z pewnoÊcià wiesz, ˝e istniejà dwa rodzaje g∏osów, które mo˝-
na us∏yszeç duchowo. – Brew przewodnika nowicjuszy zadrga∏a gwa∏-
townie.
– Tak – zapewni∏ pokornie Brutha. – Brat Murduck nam mówi∏.
– ...nam mówi∏. Tak. Gdy czasem w swej nieskoƒczonej màdro-
Êci uzna to za stosowne, Bóg sam przemawia do wybraƒca, który
zostaje potem wielkim prorokiem. Jestem pewien, ˝e nie uwa˝asz si´
za takiego. Hm?
– Nie, mistrzu.
– ...mistrzu. Ale sà te˝ inne. – W g∏osie brata Nhumroda poja-
wi∏o si´ lekkie dr˝enie. – Mamiàce, kuszàce, przekonujàce. Tak?
G∏osy, które tylko czekajà, by nas zaskoczyç. Zgadza si´?
Brutha odetchnà∏ cicho. Wiedzia∏ ju˝, na czym stoi.
Wszyscy nowicjusze znali tego rodzaju g∏osy. Tyle ˝e zwykle mó-
wi∏y one o rzeczach prostych, takich jak przyjemnoÊci nocnych ma-
nipulacji albo ogólna potrzeba dziewczàt. Co dowodzi∏o tylko, ˝e
wÊród g∏osów sà to prawdziwi nowicjusze. Brat Nhumrod s∏ysza∏ g∏o-
sy, które wobec tamtych by∏y niczym pe∏ne oratorium. Niektórzy co
bardziej zuchwali nowicjusze cz´sto próbowali nak∏oniç brata
Nhumroda do wyk∏adu o g∏osach. Jego wyk∏ady by∏y naprawd´
kszta∏càce, twierdzili. Zw∏aszcza wtedy, kiedy bia∏e kropelki Êliny po-
jawia∏y mu si´ w kàcikach ust.
Brutha s∏ucha∏.
Brat Nhumrod by∏ przewodnikiem nowicjuszy, ale nie
wszystkich – tylko tej grupy, do której nale˝a∏ Brutha. By-
li te˝ inni. Mo˝e ktoÊ w Cytadeli wiedzia∏, ilu ich jest. Istnia∏
gdzieÊ ktoÊ taki, czyim zadaniem by∏o wiedzieç wszystko.
Cytadela zajmowa∏a ca∏e centrum miasta Kom, le˝àcego po-
mi´dzy pustyniami Klatchu a równinami i d˝unglami Howondalan-
du. Rozciàga∏a si´ na ca∏e mile; jej Êwiàtynie, koÊcio∏y, szko∏y, sypial-
nie, ogrody i wie˝e wyrasta∏y z siebie nawzajem i dooko∏a siebie
w sposób, który przywodzi∏ na myÊl milion termitów próbujàcych
równoczeÊnie budowaç swoje kopce.
14
POMNIEJSZE BÓSTWA
Kiedy wschodzi∏o s∏oƒce, jego odbicie we wrotach g∏ównej Êwià-
tyni p∏on´∏o niczym ogieƒ. Wrota by∏y z bràzu i mia∏y sto stóp wyso-
koÊci. Na nich, z∏otymi literami osadzonymi w o∏owiu, wypisano
Przykazania. Do tej pory by∏o ich sto dwanaÊcie, a nast´pny prorok
bez wàtpienia dopisze kolejne.
Odbity blask s∏oƒca Êwieci∏ na dziesiàtki tysi´cy wytrwa∏ych
w wierze, którzy trudzili si´ ni˝ej na wi´kszà chwa∏´ Wielkiego Bo-
ga Oma.
Najprawdopodobniej nikt naprawd´ nie wiedzia∏, ilu ich jest
– niektóre zjawiska potrafià przejÊç w stan krytyczny. OczywiÊcie,
by∏ tylko jeden cenobiarcha, najwy˝szy iam. To pewne. I szeÊciu ar-
cybiskupów. I trzydziestu ni˝szych iamów. I setki biskupów, diako-
nów, subdiakonów i kap∏anów. Od nowicjuszy roi∏o si´ jak od szczu-
rów w magazynie ziarna. A jeszcze rzemieÊlnicy, hodowcy byków,
oprawcy, Êwi´te dziewice...
Niewa˝ne, jakie kto mia∏ zdolnoÊci. Na pewno by∏o dla niego
miejsce w Cytadeli.
A jeÊli zdolnoÊci te polega∏y na zadawaniu nieodpowiednich
pytaƒ albo przegrywaniu s∏usznych wojen, tym miejscem mog∏y si´
okazaç paleniska oczyszczenia albo lochy sprawiedliwoÊci Kwizycji.
Miejsce dla ka˝dego. I ka˝dy na swoim miejscu.
˚ar s∏oƒca la∏ si´ na ogródek Êwiàtyni.
Wielki Bóg Om stara∏ si´ pozostawaç w cieniu pnàcza me-
lona. Prawdopodobnie by∏ tu bezpieczny – wewnàtrz mu-
rów, z modlitewnymi wie˝ami dooko∏a... Ale ostro˝noÊci nigdy do-
syç. Raz dopisa∏o mu szcz´Êcie, ale oczekiwa∏by nazbyt wiele, gdyby
liczy∏ na nie po raz drugi.
Kiedy si´ jest bogiem, k∏opot polega na tym, ˝e nie ma si´ do
kogo modliç.
Pope∏z∏ stanowczym krokiem w stron´ starca przerzucajàcego na-
wóz. Wreszcie, strudzony, uzna∏, ˝e znalaz∏ si´ w zasi´gu jego s∏uchu.
Przemówi∏ zatem:
– Hej, ty!
Nie by∏o odpowiedzi. Nie pojawi∏a si´ nawet najl˝ejsza suge-
stia, ˝e cokolwiek zosta∏o us∏yszane.
15
 W IAT D YSKU
Om straci∏ cierpliwoÊç i zmieni∏ Lu-Tze w n´dznego robaka
z najg∏´bszej otch∏ani piek∏a, po czym rozgniewa∏ si´ jeszcze bar-
dziej, bo starzec wcià˝ spokojnie macha∏ ∏opatà.
– Demony nieskoƒczonoÊci nape∏nià twoje ˝ywe koÊci siarkà! –
wrzasnà∏ Om.
Nie nastàpi∏a ˝adna zmiana.
– Przyg∏uchy staruch – mruknà∏ Wielki Bóg.
A mo˝e jednak by∏ ktoÊ, kto wiedzia∏ o Cytadeli wszystko,
co tylko mo˝liwe. Zawsze istnieje ktoÊ taki, kto kolekcjo-
nuje wiedz´, ale na tej samej zasadzie, jak sroka b∏yskotki,
a chruÊciki – kawa∏ki ga∏àzek i kamyki. Zawsze te˝ jest ktoÊ, kto ro-
bi wszystko to, co zrobiç trzeba, a czym inni woleliby si´ raczej nie
zajmowaç ani nawet przyznawaç, ˝e istnieje.
Trzecià cechà, jakà ludzie dostrzegali u Vorbisa, by∏ jego
wzrost. Vorbis mia∏ ponad szeÊç stóp, ale by∏ chudy jak patyk, ni-
czym ktoÊ o zwyk∏ych proporcjach, wymodelowany z gliny, a potem
rozwa∏kowany.
Drugà cechà, jakà ludzie dostrzegali u Vorbisa, by∏y oczy. Jego
przodkowie pochodzili z pewnego plemienia ˝yjàcego w g∏´bi pu-
styni, u którego wyewoluowa∏a dziwna sk∏onnoÊç do ciemnych oczu.
Nie tylko o ciemnej t´czówce, ale o niemal czarnych ca∏ych ga∏-
kach. Trudno by∏o oceniç, w którà stron´ patrzy – zupe∏nie jakby
mia∏ pod powiekami s∏oneczne okulary.
Ale pierwszym, co dostrzegali, by∏a czaszka.
Diakon Vorbis by∏ ∏ysy Êwiadomie. Wi´kszoÊç s∏ug KoÊcio∏a, gdy
tylko przyj´∏a Êwi´cenia, zapuszcza∏a d∏ugie w∏osy i brody, w których
mo˝na by zgubiç koz´. Ale Vorbis goli∏ ca∏à g∏ow´. A˝ b∏yszcza∏. A ta
∏ysina zdawa∏a si´ zwi´kszaç jego w∏adz´. Nie strofowa∏. Nigdy nie
grozi∏. Po prostu wzbudza∏ wra˝enie, ˝e jego przestrzeƒ osobista
si´ga na kilka sà˝ni od cia∏a, i ˝e ka˝dy, kto si´ do niego zbli˝a, prze-
szkadza w czymÊ wa˝nym. Zwierzchnicy, starsi od niego o pi´çdzie-
siàt lat, czuli si´ winni, przerywajàc rozmyÊlania o tym, o czym Vor-
bis akurat rozmyÊla∏.
Z drugiej strony prawie niemo˝liwe by∏o odkrycie, o czym w∏a-
Êciwie myÊli; nikt nigdy o to nie pyta∏. Najwa˝niejszà tego przyczynà
16
POMNIEJSZE BÓSTWA
by∏ fakt, ˝e Vorbis pe∏ni∏ funkcj´ przywódcy Kwizycji, a jej zadanie
polega∏o na robieniu tego wszystkiego, co zrobiç trzeba, a czym in-
ni woleliby si´ raczej nie zajmowaç.
Nie nale˝y pytaç takich ludzi, o czym myÊlà; mogliby odwróciç
si´ powoli i odpowiedzieç: „O tobie”.
Najwy˝szym stanowiskiem dost´pnym w Kwizycji by∏a funkcja
diakona. Regu∏´ t´ ustanowiono setki lat temu, aby ta ga∏àê KoÊcio-
∏a nie wyros∏a zanadto z butów*. Jednak z takim umys∏em, twierdzi-
li wszyscy, Vorbis z ∏atwoÊcià móg∏by ju˝ zostaç arcybiskupem, a na-
wet iamem.
Vorbis nie dba∏ o takie drobiazgi. Zna∏ swoje przeznaczenie.
Przecie˝ sam Bóg mu je zdradzi∏.
– Otó˝ to – zakoƒczy∏ brat Nhumrod, klepiàc Bruth´ po
ramieniu. – Jestem pewien, ˝e teraz lepiej wszystko zrozu-
miesz.
Brutha wyczu∏, ˝e powinien udzieliç konkretnej odpowiedzi.
– Tak, mistrzu – zapewni∏. – Jestem pewien, ˝e tak.
– ...˝e tak. Twoim Êwi´tym obowiàzkiem jest opieraç si´ g∏o-
som o ka˝dym czasie – doda∏ brat Nhumrod, wcià˝ go klepiàc.
– Tak, mistrzu. B´d´ si´ opiera∏. Zw∏aszcza jeÊli mi powiedzà,
˝eby robiç któràÊ z tych rzeczy, o których wspomnia∏eÊ.
– ...wspomnia∏eÊ. Dobrze. Bardzo dobrze. A gdybyÊ znów je
us∏ysza∏, co wtedy zrobisz? Hm?
– Przyjd´ i powiem ci o nich – odpar∏ pos∏usznie Brutha.
– ...o nich. Dobrze. Bardzo dobrze. To w∏aÊnie chcia∏em us∏y-
szeç – rzek∏ Nhumrod. – Zawsze wam to powtarzam, ch∏opcy. Pa-
mi´tajcie, jestem tutaj, ˝eby rozwiàzywaç te drobne problemy, któ-
re mogà was n´kaç.
– Tak, mistrzu. Czy mam teraz wróciç do ogródka?
– ...do ogródka. Tak myÊl´. Tak myÊl´. I ˝adnych wi´cej g∏o-
sów, s∏yszysz? – Nhumrod pogrozi∏ palcem d∏oni nie klepiàcej ra-
mienia Bruthy. Zmarszczy∏ policzek.
– Tak, mistrzu.
* Które mia∏y uniwersalny rozmiar i Êruby do dokr´cania.
17
 W IAT D YSKU
– A co robi∏eÊ w ogrodzie?
– Okopywa∏em melony, mistrzu.
– Melony? Ach tak, melony – powtórzy∏ wolno Nhumrod. –
Melony. Melony. No có˝, to wiele wyjaÊnia, naturalnie.
Powieka zatrzepota∏a mu szaleƒczo.
Nie tylko Wielki Bóg przemawia∏ do Vorbisa w mrokach
jego umys∏u. Ka˝dy rozmawia∏ z ekskwizytorem, wczeÊniej
czy póêniej. To tylko kwestia wytrzyma∏oÊci.
Ostatnio Vorbis niecz´sto schodzi∏ na dó∏, ˝eby oglàdaç inkwi-
zytorów przy pracy. Ekskwizytorzy nie majà takiej potrzeby. Przesy-
∏ajà tylko instrukcje i odbierajà raporty. Ale szczególne okoliczno-
Êci wymaga∏y jego szczególnej uwagi.
Trzeba przyznaç, ˝e w lochach Kwizycji niewiele by∏o powo-
dów do Êmiechu – w ka˝dym razie dla kogoÊ obdarzonego normal-
nym poczuciem humoru. Nie wisia∏y tu ma∏e kartki z napisami
w stylu: „Nie musisz by∏ bezlitosnym sadystà, ˝eby tu pracowaç, ale
to pomaga!”.
Pewne zjawiska sugerowa∏y jednak cz∏owiekowi myÊlàcemu, ˝e
Stwórca wszechÊwiata posiada mocno skrzywione poczucie tego, co
zabawne; mog∏y tak˝e wzbudziç w Jego sercu gniew zdolny wstrzà-
snàç bramami niebios.
Kubki na przyk∏ad. Dwa razy dziennie inkwizytorzy przerywali
prac´, by wypiç kaw´. Kubki, które przynieÊli z domu, czeka∏y usta-
wione wokó∏ czajnika przy g∏ównym palenisku, gdzie przypadkiem
podgrzewa∏y si´ tak˝e no˝e i obc´gi.
Kubki mia∏y ró˝ne napisy, na przyk∏ad „Pamiàtka ze Êwi´tej gro-
ty Ossory’ego” albo „Dla najlepszego tatusia na Êwiecie”. W wi´k-
szoÊci troch´ wyszczerbione, ˝adne dwa nie by∏y takie same.
I widokówki na Êcianie. Tradycja nakazywa∏a, by ka˝dy inkwi-
zytor przysy∏a∏ z urlopu prymitywnie kolorowany drzeworyt przed-
stawiajàcy najbli˝szà okolic´, z odpowiednio zabawnym czy frywol-
nym liÊcikiem na odwrocie. Przypi´to tam równie˝ wzruszajàcy list
od inkwizytora pierwszej klasy, Ishmale’a „Popa” Quooma, który
dzi´kowa∏ kolegom za to, ˝e zebrali a˝ siedemdziesiàt osiem oboli
na jego prezent po˝egnalny, i za pi´kny bukiet kwiatów dla pani
18
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment
pełnej wersji całej publikacji.
Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można
nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są
jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej
od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.
Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie
internetowym Bookarnia Online.