Embed
Email

Terry Pratchett - Kosiarz - ebook

Document Sample

Shared by: Monika Sz.
Stats
views:
21
posted:
10/22/2011
language:
Polish
pages:
20
2. Kosiarz

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.



Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie

rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez

NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody

NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej

od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym Bookarnia Online.

2. Kosiarz

Tytu∏ orygina∏u:

REAPER MAN



Copyright © Terry and Lyn Pratchett 1991

First published by Victor Gollancz Ltd, London









Projekt graficzny serii

Z ombie S putnik C orporation

Ilustracja na ok∏adce

Josh Kirby/via Thomas Schlück GmbH



Redakcja

Dorota Malinowska/¸ucja Grudziƒska



Redakcja techniczna

El˝bieta Babiƒska



Korekta

Bronis∏awa Dziedzic-Weso∏owska



¸amanie

Ma∏gorzata Wnuk





ISBN 13: 978-83-7337-998-5

ISBN 10: 83-7337-998-3





Fantastyka





Wydawca:

Prószyƒski i S-ka SA

02-651 Warszawa, ul. Gara˝owa 7

www.proszynski.pl



Druk i oprawa:

ABEDIK S.A.

61-311 Poznaƒ, ul. ¸ugaƒska 1

 W I AT D Y S K U

KOLOR MAGII

H

BLASK FANTASTYCZNY

H

RÓWNOUMAGICZNIENIE

H

MORT

H

CZARODZICIELSTWO

H

ERYK

H

TRZY WIEDèMY

H

PIRAMIDY

H

STRA˚! STRA˚!

H

RUCHOME OBRAZKI

H

NAUKA ÂWIATA DYSKU

H

KOSIARZ

H

WYPRAWA CZAROWNIC

H

POMNIEJSZE BÓSTWA

H

PANOWIE I DAMY

H

ZBROJNI

H

MUZYKA DUSZY

H

CIEKAWE CZASY

H

MASKARADA

H

OSTATNI BOHATER

H

ZADZIWIAJÑCY MAURYCY

H

NA GLINIANYCH NOGACH

6

T aniec morris znany jest we wszystkich zamieszkanych Êwiatach

multiwersum.

Taƒczy si´ go pod b∏´kitnym niebem, by uczciç przebudzenie

gleby, i pod nagimi gwiazdami, poniewa˝ nadchodzi wiosna i przy

odrobinie szcz´Êcia dwutlenek w´gla znowu odtaje. Przymus taƒca

odczuwajà g∏´binowe morskie istoty, które nigdy nie widzia∏y s∏oƒ-

ca, i mieszkaƒcy miast, których jedyny kontakt z naturà polega na

tym, ˝e kiedyÊ swoim volvo przejechali owc´.

Taƒczony jest w sposób niewinny przez brodatych m∏odych ma-

tematyków, do wtóru amatorskiego akordeonowego wykonania Lo-

katora pani Widgery, albo bezlitoÊnie, przez Zespó∏ Morris-Ninja

z Nowego Ankh, który potrafi robiç niezwyk∏e rzeczy ze zwyk∏à

chustkà i dzwoneczkiem.

I nigdy nikt nie taƒczy go w∏aÊciwie.



2. Kosiarz

7

 W IAT D YSKU



Wyjàtkiem jest Dysk, p∏aski i spoczywajàcy na grzbietach czte-

rech s∏oni, p∏ynàcych przez kosmos na skorupie Wielkiego A’Tu-

ina, ˝ó∏wia Êwiata.

I nawet tam tylko w jednym miejscu taƒczà morrisa jak nale˝y.

To ma∏a wioska w górskim ∏aƒcuchu Ramtopów, gdzie wielkà i pro-

stà tajemnic´ przekazuje si´ z pokolenia na pokolenie.

M´˝czyêni taƒczà tam pierwszego dnia wiosny, w ty∏ i w przód,

z dzwonkami uwiàzanymi u kolan, w powiewajàcych bia∏ych koszu-

lach. Ludzie przychodzà popatrzeç. Potem piecze si´ na ro˝nie wo-

∏u. Powszechnie uznaje si´ to za mi∏à okazj´ do rodzinnej wycieczki.

Ale nie na tym polega tajemnica.

Tajemnicà jest inny taniec.

Jednak nie zdarzy si´ on jeszcze przez d∏u˝szy czas.







Rozbrzmiewa tykanie, jakby wielkiego zegara. I rzeczywi-

Êcie, na niebie tkwi zegar i sp∏ywa z niego tykanie Êwie˝o

wybitych sekund.

A przynajmniej wyglàda jak zegar. Ale w istocie jest przeciwieƒ-

stwem zegara, a najwi´ksza wskazówka okrà˝a tarcz´ tylko raz.

Pod zamglonym niebem rozciàga si´ równina. Pokrywajà jà ∏a-

godnie falujàce krzywizny, które – gdybyÊmy oglàdali je z daleka –

mog∏yby nam przypominaç coÊ innego. Ale gdybyÊmy oglàdali

je naprawd´ z daleka, bylibyÊmy bardzo zadowoleni, ˝e jesteÊmy

daleko.

Tu˝ nad równinà unoszà si´ trzy szare postacie. To, czym sà,

nie da si´ opisaç w zwyk∏ym j´zyku. Niektórzy nazwaliby je cherubi-

nami, chocia˝ absolutnie nie majà rumianych policzków. Mo˝na

zaliczyç je do tych, którzy pilnujà, by dzia∏a∏a grawitacja i by czas

pozostawa∏ oddzielony od przestrzeni. Nazwijmy je audytorami. Au-

dytorami rzeczywistoÊci.

Toczà ze sobà rozmow´, choç nic nie mówià. Nie muszà mówiç.

W∏aÊnie zmienili rzeczywistoÊç tak, ˝e ju˝ to powiedzieli.

KtóryÊ powiedzia∏: Nigdy nie sta∏o si´ nic podobnego. Czy mo-

˝emy to zrobiç?

KtóryÊ powiedzia∏: Trzeba to zrobiç. Pojawi∏a si´ osobowoÊç.

A osobowoÊci si´ koƒczà. Tylko si∏y mogà przetrwaç.



8

KOSIARZ



Powiedzia∏ to z niejakà satysfakcjà.

KtóryÊ powiedzia∏: Poza tym... Zdarza∏y si´ nieregularnoÊci.

Kiedy wyst´puje osobowoÊç, muszà wystàpiç nieregularnoÊci. To

powszechnie znany fakt.

KtóryÊ powiedzia∏: Czy pracowa∏ nieefektywnie?

KtóryÊ powiedzia∏: Nie. Pod tym wzgl´dem nie mo˝emy mu

nic zarzuciç.

KtóryÊ powiedzia∏: O to w∏aÊnie chodzi. Wa˝ne jest s∏owo „mu”.

Bycie osobowoÊcià zmniejsza efektywnoÊç. Nie chcemy, ˝eby to si´

rozpowszechni∏o. Wyobraêmy sobie, ˝e grawitacja rozwinie w∏asnà

osobowoÊç. Stwierdzi, przypuÊçmy, ˝e lubi ludzi.

KtóryÊ powiedzia∏: Zechce ich zgnieÊç w uÊcisku?

KtóryÊ powiedzia∏ – g∏osem, który by∏by bardziej lodowaty, gdy-

by nie to, ˝e mia∏ ju˝ temperatur´ zera absolutnego: Nie.

KtóryÊ powiedzia∏: Przepraszam. To taki mój drobny ˝arcik.

KtóryÊ powiedzia∏: Poza tym czasami zastanawia si´ nad swojà

pracà. Takie spekulacje sà niebezpieczne.

KtóryÊ powiedzia∏: Co do tego nie ma wàtpliwoÊci.

KtóryÊ powiedzia∏: A zatem jesteÊmy zgodni?

KtóryÊ, który od pewnego czasu wydawa∏ si´ nad czymÊ zastana-

wiaç, powiedzia∏: Jednà chwileczk´. Czy nie u˝y∏eÊ przed chwilà za-

imka liczby pojedynczej „mój”? Chyba nie rozwijasz sobie osobo-

woÊci, co?

KtóryÊ powiedzia∏, zawstydzony: Kto? My?

KtóryÊ powiedzia∏: Gdzie wystàpi osobowoÊç, pojawia si´ roz-

dêwi´k.

KtóryÊ powiedzia∏: Tak, tak. Szczera prawda.

KtóryÊ powiedzia∏: No dobrze. Ale na przysz∏oÊç uwa˝aj.

KtóryÊ powiedzia∏: A zatem jesteÊmy zgodni?

Spojrzeli w gór´, na widocznà na niebie twarz Azraela. W∏aÊci-

wie to twarz by∏a niebem.

Azrael wolno skinà∏ g∏owà.

KtóryÊ powiedzia∏: Doskonale. Co to za miejsce?

KtóryÊ powiedzia∏: To Êwiat Dysku. P∏ynie w przestrzeni na

grzbiecie gigantycznego ˝ó∏wia.

KtóryÊ powiedzia∏: Aha, to jeden z takich... Nie znosz´ ich.

KtóryÊ powiedzia∏: Znowu zaczynasz. U˝y∏eÊ pierwszej osoby

liczby pojedynczej.



2. Kosiarz

9

 W IAT D YSKU



KtóryÊ powiedzia∏: Nie! Nie! Nigdy nie u˝ywam liczby pojedyn-

czej! A niech to...

Rozgorza∏ ogniem i sp∏onà∏ tak, jak p∏onie niewielki ob∏oczek

pary: szybko i bez zb´dnego popio∏u. Niemal natychmiast pojawi∏

si´ nast´pny, identyczny ze swym unicestwionym krewniakiem.

KtóryÊ powiedzia∏: Niech to b´dzie lekcja. Staç si´ osobowo-

Êcià to zakoƒczyç swe istnienie. A teraz... ruszajmy.

Azrael przyglàda∏ si´, jak odp∏ywajà.

Trudno jest zg∏´biç myÊli istoty tak ogromnej, ˝e w rzeczywistej

przestrzeni jej wielkoÊç mo˝na okreÊliç tylko w terminach pr´dkoÊci

Êwiat∏a. Ale zwróci∏ swà gigantycznà mas´ i oczami, w których mog∏yby

zatonàç gwiazdy, wÊród miliardów Êwiatów poszuka∏ jednego p∏askiego.

Na grzbiecie ˝ó∏wia... Âwiat Dysku – Êwiat i zwierciad∏o Êwiatów.

Brzmia∏o to interesujàco. A w swym miliardoletnim wi´zieniu

Azrael si´ nudzi∏.







Oto pokój, gdzie przysz∏oÊç przelewa si´ w przesz∏oÊç przez

zw´˝enie teraêniejszoÊci.

Czasomierze stojà na pó∏kach. To nie klepsydry, chocia˝

wyglàdajà tak samo. Nie s∏u˝à do gotowania jajek jak te, które mo˝-

na kupiç jako pamiàtki, przyczepione do niewielkiej tabliczki z na-

zwà wybranego kurortu wypisanà przez kogoÊ o wyczuciu stylu god-

nym ciastka z galaretà.

Nawet nie piasek si´ w nich przesypuje. To sekundy, w nieskoƒ-

czonoÊç zmieniajàce „zdarzy si´” w „by∏o”.

I ka˝dy ˝yciomierz ma wypisane imi´.

A pokój pe∏en jest cichego szumu ludzkiego ˝ycia.

Wyobraêcie sobie t´ scen´...

Dodajcie teraz ostre stukanie koÊci o kamienie – coraz bli˝sze.

Mroczna postaç przesuwa si´ przez pole widzenia i sunie

wzd∏u˝ nieskoƒczonych pó∏ek szeleszczàcego szk∏a. Klik, klik... Oto

klepsydra, której górna cz´Êç jest ju˝ prawie pusta... Zdj´ta z pó∏-

ki. I kolejna... Zdj´ta. I wi´cej. O wiele wi´cej. Zdj´ta, zdj´ta.

To codzienna praca. A raczej by∏aby nià, gdyby istnia∏y tu dni.

Klik, klik... Czarna postaç idzie cierpliwie wzd∏u˝ pó∏ek.

I przystaje.



10

KOSIARZ



Waha si´...

...poniewa˝ zauwa˝y∏a ma∏à z∏otà klepsydr´, niewiele wi´kszà

od zegarka na r´k´.

Nie by∏o jej tu wczoraj. A raczej nie by∏oby, gdyby istnia∏o tu

wczoraj.

KoÊciste palce obejmujà znalezisko i unoszà do Êwiat∏a.

Wypisano na niej imi´ – drobnymi wielkimi literami.

To imi´ brzmi ÂMIERå.

Âmierç odstawi∏ klepsydr´, ale po chwili wzià∏ jà znowu. Piasek

czasu si´ przesypywa∏. Âmierç na prób´ odwróci∏ ˝yciomierz – dla

sprawdzenia. Piasek sypa∏ si´ dalej, tyle ˝e teraz z do∏u do góry.

Âmierç w∏aÊciwie nie oczekiwa∏ niczego innego.

To oznacza∏o, ˝e nawet gdyby mog∏y tu istnieç dni jutrzejsze, to

i tak ich nie b´dzie. Ju˝ nie.

CoÊ zadr˝a∏o w powietrzu za jego plecami.

Âmierç odwróci∏ si´ powoli i powiedzia∏ do postaci falujàcej

niewyraênie w pó∏mroku:

DLACZEGO?

Postaç mu powiedzia∏a.

ALE TO... TAK NIE WOLNO.

Postaç powiedzia∏a mu, ˝e owszem, wolno.

Na twarzy Âmierci nie drgnà∏ ˝aden mi´sieƒ – poniewa˝ ich

nie mia∏.

B¢D¢ SI¢ ODWO¸YWA¸.

Postaç powiedzia∏a, ˝e powinien przecie˝ wiedzieç, ˝e nie ma

odwo∏ania. Nigdy nie ma odwo∏ania.

Âmierç zastanowi∏ si´ przez chwil´.

ZAWSZE STARA¸EM SI¢ JAK NAJLEPIEJ WYKONYWAå

SWOJE OBOWIÑZKI.

Postaç podp∏yn´∏a bli˝ej. Przypomina∏a troch´ zakapturzone-

go mnicha w szarej szacie.

Powiedzia∏a: Wiemy. Dlatego pozwalamy ci zatrzymaç konia.







S∏oƒce wisia∏o nad horyzontem.

Najkrócej ˝yjàcymi istotami na Dysku by∏y j´tki, które wy-

trzymywa∏y ledwie swoje dwadzieÊcia cztery godziny. Dwie



2. Kosiarz

11

 W IAT D YSKU



spoÊród najstarszych zygzakowa∏y bez celu nad wodami pe∏nego

pstràgów strumienia. Dyskutowa∏y o historii z m∏odszymi przedsta-

wicielkami wieczornego wyl´gu.

– Nie ma teraz takiego s∏oƒca jak dawniej – stwierdzi∏a jedna

z nich.

– Racja. Za dobrych, dawnych godzin mia∏yÊmy s∏oƒce jak na-

le˝y. By∏o ca∏e ˝ó∏te, a nie takie czerwone jak teraz.

– I by∏o wy˝ej.

– By∏o. Racja.

– A poczwarki i larwy okazywa∏y starszym szacunek.

– Tak by∏o. Okazywa∏y – przyzna∏a z pasjà druga.

– MyÊl´ sobie, ˝e gdyby w obecnych godzinach j´tki lepiej si´

zachowywa∏y, wcià˝ mia∏ybyÊmy porzàdne s∏oƒce.

M∏odsze j´tki s∏ucha∏y uprzejmie.

– Pami´tam – rzek∏a jedna z najstarszych j´tek – kiedyÊ wsz´-

dzie wokó∏ jak okiem si´gnàç ciàgn´∏y si´ pola.

M∏odsze j´tki rozejrza∏y si´.

– To wcià˝ sà pola – zauwa˝y∏a jedna z nich, uprzejmie odcze-

kawszy nale˝nà chwil´.

– Pami´tam, ˝e kiedyÊ to by∏y lepsze pola – odpar∏a surowo sta-

ra j´tka.

– Zgadza si´ – przyzna∏a jej kole˝anka. – I by∏a tam krowa.

– Racja! Masz racj´! Pami´tam krow´! Sta∏a w tamtym miejscu

przez dobre, bo ja wiem, czterdzieÊci, mo˝e pi´çdziesiàt minut. Brà-

zowa, o ile sobie przypominam.

– W tych godzinach nie ma ju˝ takich krów.

– W ogóle nie ma krów.

– A co to jest krowa? – zainteresowa∏a si´ któraÊ nowo wykluta

j´tka.

– Widzicie? – zawo∏a∏a tryumfalnie stara. – Oto nowoczesne

Ephemeroptera. – Urwa∏a na moment. – Co robi∏yÊmy, zanim zacz´-

∏yÊmy rozmawiaç o s∏oƒcu?

– Zygzakowa∏yÊmy bez celu nad wodà – odpar∏a któraÊ z m∏od-

szych. By∏a to doÊç bezpieczna hipoteza.

– Nie, jeszcze wczeÊniej.

– Ee... Opowiada∏yÊcie nam o Wielkim Pstràgu.

– Aha. RzeczywiÊcie. Pstràg. Widzicie, jeÊli b´dziecie dobrymi

j´tkami, b´dziecie zygzakowaç jak nale˝y w gór´ i w dó∏...



12

KOSIARZ



– ...ust´pujàc starszym i màdrzejszym...

– Tak, i ust´powaç starszym i màdrzejszym, to kiedyÊ Wielki

Pstràg...

Chlup!

Chlap!

– Tak? – spyta∏a jedna z m∏odszych j´tek.

Nikt jej nie odpowiedzia∏.

– Co Wielki Pstràg? – doda∏a inna nerwowo.

Spojrza∏a w dó∏, na ciàg rozszerzajàcych si´ kr´gów na wodzie.

– To Êwi´ty znak! – zawo∏a∏a jedna z nich. – Pami´tam, ˝e mi

o tym mówiono! Wielki Kràg na wodzie! Taki bowiem b´dzie znak

Wielkiego Pstràga!

Najstarsza z m∏odych j´tek w zadumie obserwowa∏a wod´. Za-

czyna∏a zdawaç sobie spraw´, ˝e jako najstarsza z obecnych zyska∏a

w∏aÊnie przywilej latania najbli˝ej powierzchni wody.

– Mówià – odezwa∏a si´ j´tka na szczycie zygzakujàcej chmury

– ˝e kiedy przychodzi po kogoÊ Wielki Pstràg, zabiera go do krainy

p∏ynàcej... p∏ynàcej... – J´tki nie jedzà, wi´c troch´ si´ pogubi∏a. –

Wodà p∏ynàcej – dokoƒczy∏a niepewnie.

– To ciekawe – odpar∏a najstarsza.

– Musi tam byç naprawd´ wspaniale – doda∏a najm∏odsza.

– Tak? A dlaczego?

– Bo nikt jeszcze nie próbowa∏ stamtàd wróciç.







Najbardziej d∏ugowiecznymi stworzeniami na Dysku sà

s∏ynne liczàce sosny, rosnàce dok∏adnie na granicy wiecz-

nego Êniegu w górach Ramtopów.

Liczàca sosna to jeden z niewielu znanych przyk∏adów po˝y-

czonej ewolucji.

Wi´kszoÊç gatunków ewoluuje samodzielnie, po drodze szu-

kajàc najlepszych rozwiàzaƒ. Tak w∏aÊnie zaplanowa∏a to Natu-

ra. Wszystko jest ca∏kiem naturalne, organiczne i zharmonizowane

z tajemniczymi cyklami kosmosu, który uwa˝a, ˝e nie ma nic lep-

szego ni˝ miliony lat frustrujàcych prób i b∏´dów, by gatunek zy-

ska∏ nale˝ytà strun´ moralnà, a w niektórych przypadkach nawet

kr´gos∏up.



2. Kosiarz

13

 W IAT D YSKU



To zapewne doskona∏a metoda z punktu widzenia gatunku,

ale z perspektywy pojedynczych osobników, których dotyczy, po-

strzegana jest jako zwyk∏e Êwiƒstwo – a raczej gadstwo, przy czym

chodzi o te ma∏e, ró˝owe, ˝ywiàce si´ korzeniami gady, z których

pewnego dnia mogà wyewoluowaç Êwinie.

Dlatego liczàce sosny unika∏y tych k∏opotów, pozwalajàc innym

roÊlinom ewoluowaç dla siebie. Nasienie sosny, spadajàce na ziemi´

w dowolnym miejscu Dysku, poprzez rezonans morficzny natychmiast

wychwytywa∏o najbardziej efektywny kod genetyczny i wyrasta∏o w coÊ

optymalnie dopasowanego do gleby i klimatu. Zwykle radzi∏o sobie

o wiele lepiej ni˝ gatunki miejscowe, które na ogó∏ wypiera∏o.

Jednak najciekawszà cechà liczàcych sosen jest to, w jaki sposób

liczà. Niejasno zdajàc sobie spraw´, ˝e istoty ludzkie nauczy∏y si´

rozpoznawaç wiek drzewa poprzez liczenie pierÊcieni w pniu, pierw-

sze liczàce sosny uzna∏y, ˝e ludzie w∏aÊnie po to Êcinajà drzewa.

W ciàgu jednej nocy liczàce sosny skorygowa∏y swój kod gene-

tyczny tak, by jasnymi cyframi na pniu, mniej wi´cej na wysokoÊci

oczu cz∏owieka, wyÊwietlaç swój dok∏adny wiek. W ciàgu roku wy-

ci´to je niemal do ostatniego egzemplarza – w zwiàzku z zapotrze-

bowaniem producentów ozdobnych tabliczek z numerami domów.

Tylko kilka przetrwa∏o w trudno dost´pnych rejonach.

SzeÊç liczàcych sosen rosnàcych w jednej k´pie s∏ucha∏o naj-

starszej, której s´katy pieƒ informowa∏, ˝e ma trzydzieÊci jeden ty-

si´cy siedemset trzydzieÊci cztery lata. Sama rozmowa trwa∏a sie-

demnaÊcie lat, ale na potrzeby tej opowieÊci zosta∏a przyspieszona.

– Pami´tam, ˝e kiedyÊ wokó∏ by∏y nie tylko pola.

Sosny spojrza∏y na tysiàce mil pejza˝u. Niebo migota∏o niczym

marne efekty specjalne w filmie o podró˝y w czasie. Ânieg pojawia∏

si´, le˝a∏ przez krótkà chwil´ i topnia∏.

– A co wtedy by∏o? – spyta∏a jej najbli˝sza sàsiadka.

– Lód. JeÊli to mo˝na nazwaç lodem. Wtedy mieliÊmy porzàd-

ne lodowce. Nie takie coÊ, co trafia si´ teraz, pole˝y pó∏ roku i ju˝

go nie ma. Tamten lód le˝a∏ przez ca∏e wieki.

– No to co si´ z nim sta∏o?

– Odszed∏.

– Dokàd odszed∏?

– Tam, gdzie odchodzà rzeczy. Wszystko stale gdzieÊ p´dzi.

– O rany... Ta by∏a ostra.



14

KOSIARZ



– Co takiego?

– Ta zima przed chwilà.

– To nazywasz zimà? Kiedy by∏am p´dem, mieliÊmy takie zimy,

˝e...

I wtedy drzewo znikn´∏o.

Po trwajàcej kilka lat chwili zdumionego milczenia, jedna z k´-

py odezwa∏a si´ wreszcie.

– Ona znikn´∏a. Ot tak sobie! Jednego dnia tu sta∏a, a nast´p-

nego jej nie by∏o!

Gdyby pozosta∏e drzewa by∏y ludêmi, z pewnoÊcià przestàpi∏y-

by z nogi na nog´.

– To si´ zdarza, moja ma∏a – odpowiedzia∏o ostro˝nie jedno

z nich. – Trafi∏a do Lepszego Miejsca*, mo˝esz byç tego pewna. By-

∏a dobrym drzewem.

M∏oda sosna, liczàca sobie zaledwie pi´ç tysi´cy sto jedenaÊcie

lat, nie by∏a przekonana.

– Do jakiego Lepszego Miejsca?

– Nie jesteÊmy pewne – odpar∏a jej starsza kole˝anka. Zadr˝a-

∏a lekko w dmuchajàcym przez tydzieƒ wietrze. – Ale myÊlimy, ˝e

sà tam... trociny.

Poniewa˝ drzewa nie sà w stanie nawet zauwa˝yç zdarzenia, któ-

re trwa krócej ni˝ dzieƒ, nie us∏ysza∏y stuku siekier.







Windle Poons, najstarszy mag wÊród profesorów Niewi-

docznego Uniwersytetu...

...znanego z magii, magów i sutych bankietów...

...tak˝e mia∏ umrzeç.

Wiedzia∏ o tym, na swój kruchy i dr˝àcy sposób.

OczywiÊcie, myÊla∏, jadàc swym wózkiem inwalidzkim po bruku

w stron´ po∏o˝onego na parterze gabinetu, w sensie ogólnym wszy-

scy wiedzà, ˝e majà umrzeç. Nawet zwykli ludzie. Nikt nie wie, gdzie

by∏ cz∏owiek, zanim si´ urodzi∏, ale kiedy ju˝ si´ urodzi∏, doÊç szyb-

ko odkrywa∏, ˝e przyby∏ ze skasowanym biletem powrotnym.



* W tym wypadku do trzech lepszych miejsc: na bramy posesji pod numerami 31,

7 i 34 przy ulicy Wiàzów w Ankh-Morpork.





2. Kosiarz

15

 W IAT D YSKU



Magowie jednak wiedzieli naprawd´. OczywiÊcie nie wtedy, kie-

dy zgon wiàza∏ si´ z przemocà i zabójstwem, ale kiedy chodzi∏o

o zwyk∏y przypadek ˝ycia dobiegajàcego koƒca... wtedy si´ wiedzia-

∏o. Zwykle przeczucie nadchodzi∏o doÊç wczeÊnie, by zdà˝yç oddaç

ksià˝ki do biblioteki, sprawdziç, czy najlepsze ubranie jest czyste,

i po˝yczyç od przyjació∏ du˝e sumy pieni´dzy.

Windle Poons mia∏ ju˝ sto trzydzieÊci lat. Przysz∏o mu do g∏o-

wy, ˝e przez wi´kszà cz´Êç ˝ycia by∏ starym cz∏owiekiem. Nie wyda-

wa∏o si´ to sprawiedliwe.

Nikt z nim o tym nie rozmawia∏. W zesz∏ym tygodniu w sali klu-

bowej wspomnia∏ o tej sprawie, ale nikt nie zrozumia∏ aluzji. A dzi-

siaj przy obiedzie prawie si´ do niego nie odzywali. Nawet starzy

tak zwani przyjaciele chyba starali si´ go unikaç, a przecie˝ nawet

nie próbowa∏ po˝yczaç od nich pieni´dzy.

To tak jakby wszyscy zapomnieli o jego urodzinach. Tylko go-

rzej.

Teraz mia∏ umrzeç samotny i nikogo to nie obchodzi∏o.

Pchnà∏ drzwi przednim kó∏kiem wózka i na stoliku przy wej-

Êciu zaczà∏ szukaç pude∏ka z hubkà.

To kolejna sprawa. W tych dniach ma∏o kto u˝ywa∏ hubki. Ku-

powali od alchemików wielkie, cuchnàce ˝ó∏te zapa∏ki. Windle te-

go nie aprobowa∏. Ogieƒ jest wa˝ny. Cz∏owiek nie powinien zapalaç

go ot tak – okazywa∏ tym brak szacunku. Tacy sà teraz ludzie: wiecz-

nie si´ gdzieÊ spieszà. I ogieƒ te˝. No w∏aÊnie, za dawnych lat by∏

chyba o wiele cieplejszy. Takie ognie, jakie teraz rozpalajà, nie po-

trafià cz∏owieka rozgrzaç, chyba ˝e prawie usiàdzie na palenisku.

To musi byç coÊ z drewnem... tak, drewno jest niew∏aÊciwe. Zresztà

wszystko ostatnio jest niew∏aÊciwe. JakieÊ takie rozrzedzone... i roz-

mazane. W niczym nie ma prawdziwego ˝ycia. I dni sà krótsze.

Mmm... CoÊ niedobrego sta∏o si´ z dniami. Sà teraz takie krótkie.

Mmm... Ka˝dy dzieƒ ciàgnie si´ ca∏e wieki, co jest dziwne, poniewa˝

dni – w liczbie mnogiej – mijajà w p´dzie. Ludzie niewiele ju˝ chcie-

li od stutrzydziestoletniego maga, a Windle Poons nabra∏ zwyczaju

zjawiania si´ przy stole na dwie godziny przed posi∏kiem, ˝eby ja-

koÊ zabiç czas.

Nieskoƒczone dni, przemijajàce szybko. To przecie˝ nie ma

sensu. Mmm... Zresztà sens teraz te˝ nie bywa ju˝ taki, jak za daw-

nych czasów.



16

KOSIARZ



I jeszcze pozwalajà, ˝eby Uniwersytetem kierowali ch∏opcy. Za

dawnych czasów rzàdzili tu magowie jak nale˝y, wielcy i zbudowani

jak barki – to byli magowie, do których czu∏o si´ szacunek. A potem

nagle wszyscy gdzieÊ znikn´li i do Windle’a zacz´li odzywaç si´ pro-

tekcjonalnym tonem ci ch∏opaczkowie, z których kilku mia∏o jeszcze

w∏asne z´by. Choçby ten m∏odzik Ridcully... Windle pami´ta∏ go do-

skonale: chudy, ze sterczàcymi uszami, nigdy porzàdnie nie wyciera∏

nosa, a pierwszej nocy w internacie p∏aka∏ za matkà. Zawsze mu pso-

ty w g∏owie. KtoÊ próbowa∏ Windle’owi ostatnio t∏umaczyç, ˝e Ridcul-

ly jest teraz nadrektorem. Mmm... Chyba majà go za durnia.

Gdzie ta przekl´ta hubka? Palce... Za dawnych lat miewa∏o si´

palce jak nale˝y...

KtoÊ Êciàgnà∏ zas∏on´ z lampy. KtoÊ inny wcisnà∏ Poonsowi do

r´ki drinka.

– Niespodzianka!







W korytarzu domu Âmierci stoi zegar z wahad∏em podob-

nym do ostrza, ale bez wskazówek, poniewa˝ w domu

Âmierci nie ma czasu. Istnieje tylko „teraz”. (OczywiÊcie, by-

∏o te˝ teraz przed obecnym teraz, ale to równie˝ teraz. Tyle ˝e starsze).

Wahad∏o ma ostrze, na widok którego Edgar Allan Poe rzuci∏-

by wszystko i rozpoczà∏ karier´ jako komik w barze z owocami mo-

rza. Ko∏ysze si´ z cichym dudnieniem, delikatnie odcinajàc plaster-

ki interwa∏ów od szynki wiecznoÊci.

Âmierç przeszed∏ obok zegara i zanurzy∏ si´ w pos´pny pó∏-

mrok swojej pracowni. Albert, jego s∏uga, czeka∏ ju˝ z r´cznikiem

i Êciereczkami.

– Dzieƒ dobry, panie.

Âmierç bez s∏owa usiad∏ w fotelu. Albert zarzuci∏ mu r´cznik

na kanciaste ramiona.

– Kolejny pi´kny dzionek – zaczà∏ swobodnie.

Âmierç milcza∏.

Albert strzepnà∏ Êciereczk´ do polerowania i zsunà∏ Âmierci

kaptur.

ALBERCIE.

– S∏ucham.



2. Kosiarz

17

 W IAT D YSKU



Âmierç wyjà∏ ma∏à z∏otà klepsydr´.

WIDZISZ TO?

– Tak, prosz´ pana. Bardzo ∏adna. Jeszcze takiej nie widzia∏em.

Czyja to?

MOJA.

Albert zerknà∏ w bok. Na rogu blatu sta∏a du˝a klepsydra

w czarnej ramie. W Êrodku nie by∏o piasku.

– MyÊla∏em, ˝e tamta jest paƒska – powiedzia∏.

BY¸A. A TERAZ MAM T¢. TO PREZENT PO˚EGNALNY. OD

SAMEGO AZRAELA.

Albert przyjrza∏ si´ klepsydrze w d∏oni Âmierci.

– Ale... ten piasek, prosz´ pana. On si´ przesypuje.

W SAMEJ RZECZY.

– Ale to znaczy... Chcia∏em powiedzieç...

TO ZNACZY, ALBERCIE, ˚E PEWNEGO DNIA PRZESYPIE

SI¢ CA¸Y.

– Wiem, prosz´ pana, ale... ale pan... MyÊla∏em, ˝e Czas to coÊ,

co zdarza si´ innym. Tak jest, prawda? Nie panu.

Pod koniec g∏os Alberta przybra∏ b∏agalny ton.

Âmierç Êciàgnà∏ r´cznik i wsta∏.

CHODè ZE MNÑ.

– Przecie˝ jesteÊ Âmiercià, panie... – mamrota∏ Albert, biegnàc

za nim nerwowo.

Przeszli korytarz, min´li ogród i weszli do stajni.

– Czy to mo˝e jakiÊ ˝art? – doda∏ z nadziejà.

RACZEJ NIE JESTEM ZNANY Z POCZUCIA HUMORU.

– Nie, oczywiÊcie, ˝e nie. Nie chcia∏em pana uraziç. Ale przecie˝

nie mo˝e pan umrzeç, bo jest pan Âmiercià, musia∏by pan sam si´ so-

bie przydarzyç, to by by∏o jak z tym w´˝em, który po˝era w∏asny ogon...

MIMO TO B¢D¢ MUSIA¸ UMRZEå. NIE MA ODWO¸ANIA.

– Ale co b´dzie ze mnà? – spyta∏ Albert. Groza zamigota∏a mu

w oczach niby p∏atki metalu na ostrzu no˝a.

POJAWI SI¢ NOWY ÂMIERå.

Albert wyprostowa∏ si´.

– Szczerze mówiàc, nie sàdz´, ˝ebym potrafi∏ s∏u˝yç innemu

panu – oznajmi∏.

W TAKIM RAZIE WRACAJ DO ÂWIATA. DAM CI PIENIÑ-

DZE. BY¸EÂ DOBRYM S¸UGÑ, ALBERCIE.



18

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.



Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie

rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez

NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody

NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej

od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym Bookarnia Online.


Related docs
Other docs by Monika Sz.
By registering with docstoc.com you agree to our
privacy policy

You are almost ready to download!

You are almost ready to download!