Embed
Email

Terry Pratchett - Czarodzicielstwo - ebook

Document Sample

Shared by: Monika Sz.
Stats
views:
15
posted:
10/22/2011
language:
Polish
pages:
20
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.



Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie

rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez

NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody

NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej

od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym Bookarnia Online.

Tytu∏ orygina∏u

SOURCERY





Copyright © by Terry and Lyn Pratchett 1988

First published by Victor Gollancz Ltd, London





Projekt ok∏adki

Z ombie S putnik C orporation

Ilustracja na ok∏adce

Josh Kirby/via Thomas Schlück Agency



Redakcja

Dorota Malinowska



Korekta

Teresa Pajdziƒska



¸amanie

El˝bieta Rosiƒska



Redakcja techniczna

El˝bieta Babiƒska







ISBN 978-83-7648-032-9





Fantastyka



Wydawca

Prószyƒski Media Sp z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Gara˝owa 7

www.proszynski.pl



Druk i oprawa

Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca S.A.

30-011 Kraków, ul. Wroc∏awska 53

Tego samego autora polecamy:



KOLOR MAGII H

H ZADZIWIAJÑCY MAURYCY

BLASK FANTASTYCZNY I JEGO UCZONE SZCZURY

H H



RÓWNOUMAGICZNIENIE NA GLINIANYCH NOGACH

H H

MORT WIEDèMIKO¸AJ

H H

CZARODZICIELSTWO WOLNI CIUTLUDZIE

H H

ERYK KAPELUSZ PE¸EN NIEBA

H H

TRZY WIEDèMY BOGOWIE, HONOR,

H ANKH-MORPORK

PIRAMIDY H

H OSTATNI KONTYNENT

STRA˚! STRA˚! H

H CARPE JUGULUM

RUCHOME OBRAZKI H

H PIÑTY ELEFANT

NAUKA ÂWIATA DYSKU I, II I III H

H PRAWDA

KOSIARZ H

H Z¸ODZIEJ CZASU

WYPRAWA CZAROWNIC H

H ZIMISTRZ

POMNIEJSZE BÓSTWA H

H STRA˚ NOCNA

PANOWIE I DAMY H

H POTWORNY REGIMENT

ZBROJNI H

H PIEK¸O POCZTOWE

MUZYKA DUSZY H

H ¸UPS!

CIEKAWE CZASY H

H ÂWIAT FINANSJERY

MASKARADA H

H HUMOR I MÑDROÂå

OSTATNI BOHATER ÂWIATA DYSKU

Wiele lat temu zobaczy∏em w Bath bardzo pot´˝nà amerykaƒ-

skà dam´ z ogromnà walizkà w szkockà krat´. Ciàgn´∏a jà szybko

na ma∏ych, stukajàcych g∏oÊno kó∏eczkach, które wpada∏y w szcze-

liny bruku i ogólnie przydawa∏y walizce ˝ycia. Wtedy w∏aÊnie naro-

dzi∏ si´ Baga˝. Niniejszym dzi´kuj´ tej damie i wszystkim innym

w takich miejscach jak Power Cable, Nebraska, którym nale˝y si´

troch´ zach´ty.



Ta ksià˝ka nie zawiera mapy. Czytelnik mo˝e si´ nie kr´powaç

i narysowaç w∏asnà.

˚y∏ sobie raz pewien cz∏owiek, który mia∏ oÊmiu synów. Poza

tym by∏ zaledwie przecinkiem na stronie Historii. To smutne, ale

o niektórych nie mo˝na powiedzieç nic wi´cej.

Ale jego ósmy syn dorós∏, o˝eni∏ si´ i te˝ mia∏ oÊmiu synów,

a ˝e jest tylko jedna profesja odpowiednia dla ósmego syna ósme-

go syna, jego ósmy syn zosta∏ magiem. By∏ màdry i pot´˝ny, no…

w ka˝dym razie pot´˝ny, nosi∏ szpiczasty kapelusz i na tym by si´ to

skoƒczy∏o…

Powinno si´ skoƒczyç…

Ale wbrew Sztuce Magicznej i wbrew nakazom rozsàdku – a za

nakazami serca, które sà ciep∏e, nieokreÊlone i… no… nierozsàd-

ne – uciek∏ z komnat magii, zakocha∏ si´ i o˝eni∏, niekoniecznie

w tej kolejnoÊci.



9

 WIAT D YSKU





I mia∏ siedmiu synów, a ka˝dy od ko∏yski by∏ pot´˝ny jak mag.

A potem urodzi∏ si´ ósmy syn…

Mag do kwadratu. Rodzic magii.

Czarodziciel.







Letni grom przetoczy∏ si´ po piaszczystych wydmach. Da-

leko w dole fale zasysa∏y kamienie tak ha∏aÊliwie, jak staru-

szek z jednym z´bem, który dosta∏ lizaka. Kilka mew wisia-

∏o w pràdach wznoszàcych czekajàc, a˝ coÊ si´ zdarzy.

Ojciec magów siedzia∏ wÊród k´p morskiej trawy na kraw´dzi

urwiska, trzyma∏ dziecko na r´kach i spoglàda∏ w morze.

Przetacza∏a si´ tam czarna chmura. Sun´∏a ku làdowi, a blask,

który spycha∏a przed sobà, mia∏ g´stoÊç syropu, jak cz´sto si´ zda-

rza przed naprawd´ wielkà burzà.

Nag∏a cisza za plecami sprawi∏a, ˝e ojciec magów odwróci∏ si´

i zaczerwienionymi od ∏ez oczami spojrza∏ na wysokà postaç w czar-

nej szacie z kapturem.

IPSLORE RUDY? zapyta∏ przybysz. G∏os by∏ g∏uchy jak jaski-

nia, ci´˝ki jak gwiazda neutronowa.

Ipslore uÊmiechnà∏ si´ strasznym uÊmiechem cz∏owieka nagle

ob∏àkanego. Podniós∏ dziecko, pokazujàc je Âmierci.

– Mój syn – oznajmi∏. – Nazw´ go Coin.

IMI¢ NIE GORSZE OD INNYCH, stwierdzi∏ uprzejmie

Âmierç.

Puste oczodo∏y wpatrywa∏y si´ w ma∏à okràg∏à buzi´ otulonà

snem. Wbrew plotkom, Âmierç nie jest okrutny; jest po prostu per-

fekcyjny, straszliwie perfekcyjny w swej pracy.

– Zabra∏eÊ jego matk´ – rzek∏ Ipslore.

By∏o to oboj´tne stwierdzenie, na pozór bez gniewu. W doli-

nie za klifami dom Ipslore’a zmieni∏ si´ w wypalonà ruin´; wzma-

gajàcy si´ wiatr roznosi∏ ju˝ po wydmach delikatny popió∏.



10

CZARODZICIELSTWO





TAK NAPRAWD¢ TO ZMAR¸A NA ATAK SERCA, wyjaÊni∏

Âmierç. SÑ GORSZE SPOSOBY UMIERANIA. MO˚ESZ MI WIE-

RZYå.

Ipslore spojrza∏ w morze.

– Ca∏a moja magia nie zdo∏a∏a jej ocaliç.

ISTNIEJÑ MIEJSCA, GDZIE NIE DOCIERA NAWET MAGIA.

– A teraz przyszed∏eÊ po dziecko?

NIE. TO DZIECKO MA SWOJE PRZEZNACZENIE. PRZYBY-

¸EM PO CIEBIE.

– Aha…

Mag wsta∏, ostro˝nie u∏o˝y∏ Êpiàce niemowl´ na rzadkiej trawie

i podniós∏ le˝àcà tam d∏ugà lask´. Wykonano jà z czarnego meta-

lu, a siatka srebrnych i z∏otych rzeêbieƒ nadawa∏a jej wyglàd boga-

ty, z∏owieszczy i niegustowny. Metalem tym by∏ oktiron, immanent-

nie magiczny.

– To ja jà zrobi∏em, wiesz? Wszyscy powtarzali, ˝e nie mo˝na

zrobiç laski z metalu, ˝e musi byç z drewna. Ale mylili si´. W∏o˝y-

∏em w nià sporo z siebie. Dam mu jà.

Z uczuciem przesunà∏ d∏oƒmi po lasce, a ta zabrz´cza∏a cicho.

TO DOBRA LASKA, pochwali∏ Âmierç.

Ipslore podniós∏ jà przed sobà i zerknà∏ na swego ósmego sy-

na, który gaworzy∏ coÊ przez sen.

– Chcia∏a mieç córk´…

Âmierç wzruszy∏ ramionami. Ipslore obrzuci∏ go wzrokiem pe∏-

nym zdumienia i wÊciek∏oÊci.

– Wiesz, kim on jest?

ÓSMYM SYNEM ÓSMEGO SYNA ÓSMEGO SYNA, odpar∏

Âmierç, niewiele wyjaÊniajàc. Wiatr szarpa∏ jego szatà i przetacza∏

po niebie czarne chmury.

– A czym go to czyni?

CZARODZICIELEM, JAK DOSKONALE WIESZ.

Jakby na zawo∏anie zahucza∏ grom.



11

 WIAT D YSKU





– Jakie jest jego przeznaczenie? – zawo∏a∏ Ipslore, przekrzyku-

jàc narastajàcà wichur´.

Âmierç znowu wzruszy∏ ramionami. Potrafi∏ to robiç.

CZARODZICIELE SAMI SOBIE KSZTA¸TUJÑ PRZEZNA-

CZENIE. LEKKO TYLKO DOTYKAJÑ ZIEMI.

Ipslore wspar∏ si´ na lasce, b´bniàc po niej palcami, zagubio-

ny w labiryncie myÊli. Uniós∏ lewà brew.

– Nie – szepnà∏. – Nie. Ja pokieruj´ jego przeznaczeniem.

ODRADZAM TAKIE KROKI.

– Nie przeszkadzaj! I s∏uchaj, kiedy mówi´: przep´dzili mnie

swoimi ksi´gami, swoimi rytua∏ami i swojà Sztukà! Nazywali siebie

magami, a w ca∏ych swoich t∏ustych cielskach mieli mniej magii

ni˝ ja w ma∏ym palcu! Wyp´dzili! Mnie! Bo pokaza∏em, ˝e jestem

cz∏owiekiem! A czym byliby ludzie bez mi∏oÊci?

GINÑCYM GATUNKIEM, odpar∏ Âmierç. MIMO TO…

– S∏uchaj! Wygnali nas tutaj, na koniec Êwiata, i to jà zabi∏o.

Próbowali mi odebraç lask´! – Ipslore przekrzykiwa∏ wycie wichu-

ry. – Ale zosta∏a mi jeszcze odrobina mocy – oznajmi∏. – I powia-

dam, ˝e syn mój uda si´ na Niewidoczny Uniwersytet i tam b´dzie

nosi∏ kapelusz nadrektora, a wszyscy magowie Êwiata b´dà k∏aniaç

si´ przed nim! Poka˝e im, co tkwi w najg∏´bszych zakamarkach ich

serc… Ich tchórzliwych, chciwych serc. Poka˝e Êwiatu prawdziwe

przeznaczenie i nie b´dzie magii pot´˝niejszej ni˝ jego!

NIE.

Âmierç wymówi∏ to s∏owo dziwnie spokojnie, a jednak za-

brzmia∏o g∏oÊniej ni˝ ryk burzy. Ipslore na moment odzyska∏ zmy-

s∏y. Niepewnie przestàpi∏ z nogi na nog´.

– Co? – zdziwi∏ si´.

POWIEDZIA¸EM: NIE. NIC NIE JEST OSTATECZNE. NIC

NIE JEST ABSOLUTNE. OPRÓCZ MNIE, MA SI¢ ROZUMIEå.

TAKIE IGRASZKI Z PRZEZNACZENIEM MOGÑ DOPROWA-

DZIå DO ZAG¸ADY ÂWIATA. MUSI POZOSTAå SZANSA,



12

CZARODZICIELSTWO





CHOåBY NAJMNIEJSZA. PRAWNICY LOSU ˚ÑDAJÑ FURTKI

W KA˚DYM PROROCTWIE.

Ipslore wpatrywa∏ si´ w nieprzejednane oblicze Âmierci.

– Musz´ im daç szans´?

TAK.

Puk puk puk wybija∏y palce Ipslore’a na metalu laski.

– Wi´c dostanà t´ swojà szans´ – oÊwiadczy∏. – Kiedy piek∏o

zamarznie.

NIE. NIE JESTEM UPOWA˚NIONY, BY INFORMOWAå

CI¢, NAWET SWOIM MILCZENIEM, O BIE˚ÑCYCH TEMPERA-

TURACH NA TAMTYM ÂWIECIE.

– Zatem… – Ipslore zawaha∏ si´. – Dostanà swojà szans´, kie-

dy mój syn odrzuci swojà lask´.

˚ADEN MAG NIE ODRZUCI SWOJEJ LASKI, rzek∏ Âmierç.

ZBYT SILNY JEST ZWIÑZEK.

– Ale musisz przyznaç, ˝e to mo˝liwe.

Âmierç zastanowi∏ si´. „Musisz” nie by∏o s∏owem, do s∏uchania

którego by∏ przyzwyczajony. Po chwili jednak uzna∏ racj´ maga.

ZGODA.

– Czy to wystarczajàco ma∏a szansa?

DOSTATECZNIE MOLEKULARNA.

Ipslore uspokoi∏ si´ nieco.

– Niczego nie ˝a∏uj´ – powiedzia∏ prawie normalnym g∏osem.

– Zrobi∏bym to jeszcze raz. Dzieci to nasza nadzieja na przysz∏oÊç.

NIE MA NADZIEI NA PRZYSZ¸OÂå, oÊwiadczy∏ Âmierç.

– Wi´c co nas tam czeka?

JA.

– Ale poza tobà?

Âmierç spojrza∏ na niego ze zdziwieniem.

S¸UCHAM?

Sztorm nad nimi osiàgnà∏ szczyt. JakaÊ mewa przelecia∏a obok

nich, ty∏em.



13

 WIAT D YSKU





– Chcia∏em powiedzieç – wyjaÊni∏ z goryczà Ipslore – ˝e na

tym Êwiecie jest chyba coÊ, dla czego warto ˝yç.

Âmierç zastanowi∏ si´ przez chwil´.

KOTY, stwierdzi∏ w koƒcu. KOTY SÑ MI¸E.

– Przeklinam ci´!

JAK WIELU PRZED TOBÑ, odpar∏ Âmierç niewzruszenie.

– Ile czasu mi jeszcze zosta∏o?

Z tajemnych zakamarków swej szaty Âmierç wyjà∏ du˝à klepsy-

dr´. Dwie jej cz´Êci umieszczone by∏y w pr´tach czarnych i z∏otych,

a prawie ca∏y piasek przesypa∏ si´ ju˝ do dolnej.

HM… JAKIE DZIEWI¢å SEKUND.

Ipslore wyprostowa∏ si´ na swà wcià˝ robiàcà wra˝enie wyso-

koÊç i wyciàgnà∏ do dziecka b∏yszczàcà lask´. Podobna do ró˝o-

wego kraba ràczka wysun´∏a si´ spod kocyka i chwyci∏a czarny

metal.

– Niech zatem b´d´ pierwszym i ostatnim magiem w historii

tego Êwiata, który przekazuje lask´ swemu ósmemu synowi – oznaj-

mi∏ powoli, g∏uchym g∏osem. – I ˝àdam od niego, by wykorzysta∏

jà…

NA TWOIM MIEJSCU BYM SI¢ POSPIESZY¸…

– …w pe∏ni – mówi∏ dalej Ipslore. – I sta∏ si´ najpot´˝niej-

szym…

B∏yskawica strzeli∏a z sykiem z samego serca chmury, trafi∏a Ip-

slore’a w czubek kapelusza, trzeszczàc sp∏yn´∏a po r´ku, zajaÊnia∏a

na lasce i uderzy∏a dziecko.

Mag zniknà∏ w smudze dymu. Laska rozjarzy∏a si´ zielenià, po-

tem bielà, a w koƒcu zwyk∏ym czerwonym ˝arem. Dziecko

uÊmiechn´∏o si´ przez sen.

Kiedy ucich∏ grom, Âmierç pochyli∏ si´ i ostro˝nie podniós∏

ch∏opca. Ten otworzy∏ oczy.

LÊni∏y z∏ociÊcie, od wewnàtrz. Po raz pierwszy w tym, co z bra-

ku lepszego okreÊlenia musimy nazwaç ˝yciem, Âmierç napotka∏



14

CZARODZICIELSTWO





spojrzenie, które trudno mu by∏o wytrzymaç. Te oczy zdawa∏y si´

ogniskowaç na punkcie po∏o˝onym kilka cali w g∏´bi jego czaszki.

Nie planowa∏em czegoÊ takiego, zabrzmia∏ z powietrza g∏os Ipslo-

re’a. Czy coÊ mu si´ sta∏o?

NIE. Âmierç oderwa∏ wzrok od niewinnego, màdrego uÊmie-

chu. PRZYJѸ W SIEBIE T¢ MOC. JEST CZARODZICIELEM:

BEZ WÑTPIENIA PRZE˚YJE O WIELE GORSZE RZECZY. A TE-

RAZ… TERAZ PÓJDZIESZ ZE MNÑ.

Nie.

TAK. ROZUMIESZ, JESTEÂ MARTWY. Âmierç rozejrza∏ si´ za

chwiejnym cieniem Ipslore’a. Nie znalaz∏ go. GDZIE JESTEÂ?

W lasce.

Âmierç opar∏ si´ na kosie i westchnà∏.

NIEMÑDRE. JAK˚E ¸ATWO MÓG¸BYM CI¢ STAMTÑD WY-

RWAå.

Nie, chyba ˝e zniszczysz lask´, odpar∏ g∏os Ipslore’a. Âmierci wyda-

∏o si´, ˝e brzmi w nim jakiÊ nowy, wyraênie tryumfujàcy ton. Teraz,

kiedy dziecko przyj´∏o lask´, nie mo˝esz jej zniszczyç, nie niszczàc przy tym

i jego. A tego zrobiç ci nie wolno, gdy˝ wtedy zmieni∏byÊ przeznaczenie. To

mój ostatni czar. Mam wra˝enie, ˝e doÊç sprytny.

Âmierç dêgnà∏ lask´ palcem. Zatrzeszcza∏a i iskry pope∏z∏y ob-

scenicznie wzd∏u˝ niej.

To dziwne, ale w∏aÊciwie si´ nie z∏oÊci∏. Gniew to emocja, a do

emocji potrzeba gruczo∏ów. Z gruczo∏ami Âmierç w∏aÊciwie wcale

nie mia∏ do czynienia i naprawd´ musia∏ si´ nam´czyç, ˝eby si´ po-

rzàdnie rozgniewaç.

By∏ za to lekko zirytowany.

Z drugiej strony zawsze ciekawie by∏o popatrzeç na ludzkie

wysi∏ki. A to przynajmniej okaza∏o si´ bardziej oryginalne ni˝ typo-

wa symboliczna gra w szachy, której Âmierç bardzo si´ obawia∏, po-

niewa˝ w ˝aden sposób nie móg∏ zapami´taç, jak porusza si´ koƒ.

ODSUWASZ TYLKO NIEUNIKNIONE, zauwa˝y∏.



15

 WIAT D YSKU





Na tym przecie˝ polega ˝ycie.

A W¸AÂCIWIE CO PRÓBUJESZ PRZEZ TO OSIÑGNÑå?

Pozostan´ u boku mego syna. B´d´ go uczy∏, choç bez jego wiedzy.

Wska˝´ drog´ jego zrozumieniu. A kiedy doroÊnie, wska˝´ drog´ i jemu.

POWIEDZ, JAK WSKAZYWA¸EÂ DROG¢ SWOIM POZO-

STA¸YM SYNOM?

Przep´dzi∏em ich. OÊmielili si´ ze mnà spieraç, nie chcieli s∏uchaç, kie-

dy ich poucza∏em. Ale ten zechce.

CZY TO ROZSÑDNE?

Laska umilk∏a. Obok niej ch∏opiec zaÊmia∏ si´ cicho do g∏osu,

który on jeden móg∏ s∏yszeç.







Nie istnieje metafora dla sposobu, w jaki Wielki A’Tuin,

˝ó∏w Êwiata, porusza si´ poprzez galaktycznà noc. Kiedy

ktoÊ ma dziesi´ç tysi´cy mil d∏ugoÊci, skorup´ poznaczo-

nà kraterami meteorów i przyprószonà lodem komet, nie mo˝e

byç rozsàdnie porównany do nikogo prócz siebie.

Zatem Wielki A’Tuin p∏ynà∏ z wolna przez mi´dzygwiezdnà

pustk´ niczym najwi´kszy z istniejàcych ˝ó∏wi, dêwigajàc na skoru-

pie cztery ogromne s∏onie, które z kolei trzyma∏y na grzbietach

rozleg∏y, b∏yszczàcy, otoczony migotliwà fr´dzlà wodospadu kràg

Êwiata Dysku, który istnieje albo ze wzgl´du na jakieÊ niemo˝liwe

za∏amanie krzywej prawdopodobieƒstwa, albo dlatego, ˝e bogowie

lubià ˝arty nie mniej ni˝ ludzie.

A nawet bardziej ni˝ wi´kszoÊç ludzi.

Nad brzegami Okràg∏ego Morza, w prastarym i rozleg∏ym mie-

Êcie Ankh-Morpork, na aksamitnej poduszce, na wysokiej pó∏ce

w Niewidocznym Uniwersytecie, spoczywa∏ kapelusz.

By∏ to pi´kny kapelusz. Wspania∏y kapelusz.

By∏ szpiczasty, naturalnie, z szerokim mi´kkim rondem; kiedy

projektant zadba∏ ju˝ o te podstawowe elementy, na powa˝nie wzià∏



16

CZARODZICIELSTWO





si´ do roboty. Kapelusz zdobi∏y z∏ote koronki, per∏y, wst´gi wermi-

niowego futra i b∏yszczàce ramtopowe kryszta∏y * , jak równie˝ po-

twornie niegustowne cekiny i – co wyraênie zdradza∏o przeznacze-

nie nakrycia g∏owy – pierÊcieƒ oktaryn.

Poniewa˝ w tej chwili nie znajdowa∏y si´ w silnym polu magicz-

nym, nie jaÊnia∏y zbytnio i przypomina∏y doÊç poÊlednie diamenty.

Do Ankh-Morpork przyby∏a wiosna. Ten fakt nie rzuca∏ si´

w oczy, jednak dla ludzi oÊwieconych pewne znaki by∏y oczywiste.

Na przyk∏ad Êcieki na rzece Ankh, wielkim, szerokim i powolnym

szlaku wodnym, s∏u˝àcym podwójnemu miastu za rezerwuar, ka-

na∏ i cz´sto kostnic´, nabra∏y koloru szczególnie jaskrawej zieleni.

Szalone dachy miasta rozkwit∏y materacami i poduszkami, gdy

mieszkaƒcy pod bladym s∏oƒcem wietrzyli zimowà poÊciel. W g∏´-

binach zat´ch∏ych piwnic trzeszcza∏y i dr˝a∏y belki, gdy wysch∏e so-

ki odpowiada∏y na pradawny zew korzeni. Ptaki wi∏y gniazda w ryn-

nach i pod okapami Niewidocznego Uniwersytetu. Da∏o si´ zauwa-

˝yç, ˝e mimo trudnoÊci ze znalezieniem miejsca, nigdy, ale to

nigdy nie szuka∏y mieszkania w zach´cajàco otwartych paszczach

gargulców stojàcych na kraw´dziach dachów, ku owych gargulców

rozczarowaniu.

CoÊ w rodzaju wiosny trafi∏o nawet do samego Niewidocznego

Uniwersytetu. DziÊ przypada∏a wigilia Pomniejszych Bóstw i wybór

nowego nadrektora.

W∏aÊciwie nawet nie wybór, poniewa˝ magowie nie mieli prze-

konania do tej niezbyt powa˝nej procedury g∏osowania. Zresztà

doskonale wiadomo, ˝e nadrektora wskazuje wola bogów, a w tym

roku mo˝na by∏o spokojnie za∏o˝yç, ˝e bogowie bez zb´dnych wàt-

pliwoÊci zawyrokujà, i˝ najlepszym kandydatem jest stary Virrid





*

Szczególny rodzaj kryszta∏ów górskich, wyst´pujàcych w Ramtopach. JeÊli

chodzi o b∏yszczàce obiekty, magowie charakteryzujà si´ gustem i opanowa-

niem ob∏àkanej sroki.





17

 WIAT D YSKU





Wayzygoose, porzàdny ch∏op, od lat cierpliwie czekajàcy na swojà

kolej.

Nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu by∏ oficjalnym przy-

wódcà wszystkich magów na Dysku. Dawno temu oznacza∏o to, ˝e

jest najpot´˝niejszy i najsprawniejszy w czarodziejskich dzia∏aniach.

Obecnie jednak, w spokojniejszych czasach, starsi magowie spo-

glàdali na czary jako coÊ, co jest nieco poni˝ej ich godnoÊci. Prefe-

rowali administracj´, o wiele bezpieczniejszà, a dajàcà niemal takà

samà przyjemnoÊç, plus dodatkowo obfite kolacje.

I tak p∏yn´∏o to senne popo∏udnie. Kapelusz le˝a∏ na swojej

wyblak∏ej poduszce w komnatach Wayzygoose’a, zaÊ sam mag sie-

dzia∏ w balii przed kominkiem i mydli∏ brod´. Inni magowie drze-

mali w pracowniach albo spacerowali niespiesznie po ogrodach,

by wypracowaç sobie odpowiedni apetyt na wieczorny bankiet;

mniej wi´cej dwanaÊcie kroków uznawano zwykle za wystarczajàcy

wysi∏ek.

W G∏ównym Holu, pod rzeêbionymi lub malowanymi spojrze-

niami wczeÊniejszych nadrektorów, s∏u˝ba ustawia∏a d∏ugie sto∏y

i ∏awy. W wysoko sklepionym labiryncie kuchni… có˝, tu wyobraê-

nia nie potrzebuje chyba pomocy. Powinna przedstawiç mnóstwo

t∏uszczu, goràca i krzyków, beczki kawioru, pieczone na ro˝nach

wo∏y, sznury kie∏bas rozwieszone od Êciany do Êciany jak papierowe

∏aƒcuchy, a tak˝e samego naczelnego kucharza, który w jednej

z ch∏odni koƒczy∏ model Uniwersytetu, z jakiegoÊ tajemniczego

powodu wyrzeêbiony w ca∏oÊci z mas∏a. Robi∏ to na ka˝dy bankiet:

maÊlane ∏ab´dzie, maÊlane budynki, ca∏à je∏czejàcà maÊlanà me-

na˝eri´… Tak bardzo to lubi∏, ˝e nikt nie mia∏ serca, by kazaç mu

przestaç.

W osobnym labiryncie piwnic podczaszy w´drowa∏ mi´dzy

beczkami, nalewa∏ i kosztowa∏.

Atmosfera wyczekiwania si´gn´∏a nawet kruków zamieszkujà-

cych Wie˝´ Sztuk, wysokà na osiemset stóp i b´dàcà podobno naj-



18

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.



Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie

rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez

NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody

NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej

od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym Bookarnia Online.


Related docs
Other docs by Monika Sz.
By registering with docstoc.com you agree to our
privacy policy

You are almost ready to download!

You are almost ready to download!